niedziela, 8 października 2017

307. Bez żadnego trybu

Kiedy człowiek regularnie publikuje, każda notka ma jakiś temat, strukturę i myśl przewodnią. Kiedy leniwie pisze raz na jakiś czas, myśli jest tyle, że lekka biegunka myślowa człowieka napada i sam nie wie, na czym się skupić.

Tak właśnie mam dzisiaj.

Dużo ostatnio myślę o zmianie. O tym, czy każdy jest w stanie się zmieniać i od czego to zależy. Na czym polega to, że niektórzy przyglądają się sobie, pracują nad swoimi słabościami i osiągają realne cele, które potrafią przekuć w zmianę przyzwyczajeń i nawyków, a inni chcą zachowania status quo i nijak nie da się ich namówić na autorefleksję, której efektem byłoby zaplanowanie jakiejkolwiek zmiany.

Czy to jest jakaś forma lęku, że niektórzy nie chcą zadawać sobie pytań i nie chcą se mettre en cause (z francuskiego - zakwestionować samego siebie)? A może to skutek socjalizacji, że lepiej się nie wychylać? Że lepiej, żeby było tak, jak jest, oraz po co cokolwiek zmieniać, skoro teraz jest jakoś tam znośnie? Co z tego, że uwiera i że niewielkim kosztem mogłoby być lepiej - zmiana przecież jest uciążliwa.

Przychodzą mi do głowy różne psychologiczne konstrukty takie, jak wyuczona bezradność, gdy człowiek pozostaje bierny, bo jest przekonany, że co by nie robił, to i tak nic nie zmieni. No właśnie. Albo osadzenie w przeszłości i przekonanie, że to przeszłość niejako determinuje to, co się ze mną dzieje dzisiaj i będzie działo w przyszłości. Tak zwana perspektywa czasowa (por. Zimbardo) na pewno w jakimś stopniu determinuje gotowość do zmian.

A może to kwestia edukacji, w której dzieciom się nakazuje, rozkazuje i się od nich wymaga, wspierając ich motywację zewnętrzną, zamiast wspierać ich poczucie sprawczości i samodzielności i pracować nad ich motywacją wewnętrzną. Dodajmy jeszcze do tego niesprawiedliwe systemy oceniania, gdy ocena jest uznaniowa i niepowiązana z wykonaną pracą i włożonym wysiłkiem i efekt murowany - nie ma sensu, żebym się starał, życie i tak mi da w kość i lepiej nie będzie.

Jak to jednak jest, że niezależnie od tego, z jakiego środowiska i z jakiej zamożności się pochodzi, niektórzy potrafią przeskoczyć własne ograniczenia i potrafią się zmieniać. Czasami w małych rzeczach takich, jak praca nad własnym ciałem, nad rozwojem intelektualnym albo wypracowaniem jakichś umiejętności, a czasami w ogromnych osiągnięciach - przeprowadzają się w nowe miejsca, poznają nowych ludzi, nie popełniają dwa razy tych samych błędów i potrafią z nich wyciągnąć nie tylko wnioski, ale też zmienić cały swój system wartości. (NB. czy zmiana własnego systemu wartości jest rozwojem samoświadomości czy oportunizmem i słabością?)

Patrzę na swoich współpracowników i podwładnych i widzę, że podejście do zmiany wcale nie jest zależne od wieku. To prawda, osoba w wieku podeszłym czasem potrzebuje więcej czasu, żeby się czegoś nauczyć, bo plastyczność nawyków już nie ta, ale postawa pro-zmianowa - jestem co do tego pewna - tworzy się w głowie, a nie w ciele, choćby miało być mniej sprawne. Znam ludzi młodszych od siebie, których opór na zmianę jest tak silny, że tkwią w niewygodnych, ale przynajmniej znanych i przyzwyczajonych sytuacjach. Znam też ludzi w wieku moich rodziców, którzy każdego dnia starają się coś zmienić w swoich nawykach, albo wprowadzić kolejne elementy pracy nad sobą. Mój osobisty ojciec, rocznik 1939, gdy chciał sobie parę lat temu odświeżyć języki obce, postanowił pisać dziennik każdego dnia w innym języku. Codziennie jedną stronę po angielsku, francusku lub rosyjsku. I wytrwał tak co najmniej kilka miesięcy. Skąd w nim ta postawa?

Przypomniałam sobie ostatnio, jakie tworzyłam listy, gdy myślałam o potencjalnym partnerze życiowym. Wraz z doświadczeniem życiowym do obowiązkowej przystojności, bogactwa i inteligencji jako przymiotów księcia na białym rumaku dochodziły nowe cechy, nieraz całkowicie sprzeczne z tym pierwszym niekoniecznie dojrzałym podejściem. Wpierw zrozumiałam, że przystojność jest mi kompletnie niepotrzebna (choć wzrost by się przydał, wiadomo). Potem wyszło mi, że inteligencja to nie wszystko, potrzebna jest też wrażliwość i kontakt z własnymi emocjami. Bogactwo odpuściłam dość szybko, bo duże pieniądze są częściej kłopotem niż ułatwieniem, a średnie pieniądze potrafię sobie wypracować sama. Po trzydziestce doszły jednak warunki sine qua non - ma mieć uporządkowaną relację z matką, musi mieć pralkę i powinien choć trochę lubić sport i podróżowanie. Tego, że nie może być mizoginem ani troglodytą społecznym nie musiałam zapisywać - to i tak wychodziło zazwyczaj na pierwszej randce. I że musi mieć kręgosłup moralny.

W pewnym momencie z cech ujętych pozytywnie zostało niewiele, coraz częściej notowałam, kim ten człowiek być nie może. Że nie chcę być z egoistą w łóżku, nie może mieć żony, nie może mnie okłamywać i nie powinien oczekiwać, że będę mu gotować obiadki. A gdy kolejny facet mi się zdarzał, sprawdzałam, czy wszystko idzie zgodnie z listą. Mówiłam sobie: "Cywińska, spróbuj choć raz podjąć decyzję czymś więcej niż endorfinami i zakochaniem". Kompletnie niemożliwe, wiadomo, ale starałam się zachowywać pozory. I odkrywałam, że każda z tych cech jest do zlekceważenia, o ile pozostałe są na miejscu. I nawet wymiary - wydawać by się mogło - konstytutywne (jak kwestia pralki i samodzielności życiowej), byłam w stanie zlekceważyć, o ile widziałam chęć zmiany. Bo przecież czasami warto zakomunikować swoje oczekiwania i chwilę poczekać.

Jakieś trzy lata temu sformułowałam swoją ostateczną listę cech, którą musi spełniać facet, żebym chciała się z nim spotykać. Spojrzałam na wszystkie cechy w ujęciu pozytywnym i z każdej z nich potencjalnie zrezygnowałam. Spojrzałam na listę cech, których nie chciałam, i każdą z nich potencjalnie zaakceptowałam. Została tylko jedna.

Jeśli mianowicie jest chemia, to wystarczy mi, że będzie otwarty na zmiany i chętny do rozwoju.
Po prostu.
Lumpiata w drodze. Cywińska w zmianie.

Tymczasem Radek znowu poszedł pobiegać. Sam z siebie. Ten człowiek nie przestaje mnie zaskakiwać.