niedziela, 10 grudnia 2017

313. Bieganie nad morzem

Ku pamięci zapisuję, bo w sumie mnie to zdziwiło.

Po pierwsze bieganie po plaży wcale nie jest takie proste. Nie dość, że wiatr wieje i utrudnia, to jeszcze biegnie się po nierównym i niestabilnym. Chwilami jedna noga wyżej, w drodze powrotnej na odwrót, i ogólnie kroki są mniejsze. A jeśli się biegnie w grudniu, to trzeba naprawdę uważać, żeby nie skończyć z nogami w wodzie. Od tej dziwności nawierzchni bolą mnie dzisiaj zupełnie niespodziewane mięśnie, których w mieście nie mam szansy bliżej poznać.

Po drugie dobiegnięcie do plaży wcale nie jest takie przyjemne, bo schody, ścieżki z nierównościami i wysiłek związany z kontrolowaniem tego, gdzie się stąpa. A w drodze powrotnej trzeba tymi schodami pod górkę! Musiałam sobie intensywnie powtarzać, że "już nie mogę" to w mojej głowie się dzieje i na pewno dam radę.

A po trzecie, i to chyba najważniejsze: w lesie edmund nie ogarnia i kłamie. Wydaje mu się, że nic nie przebiegłaś, choć Ty już dawno zaczęłaś kolejny kilometr. Oszukuje okrutnie. Zapisał mi żałosne 3,5 km, gdy na mapie jednoznacznie widać, że zrobiłam prawie 5 km. Pff.

A tak serio to od dawna chciałam pobiegać nad wodą i było mi cudownie. Bardzo mi przykro, że w Warszawie moja codzienna trasa biegowa jest tak bardzo wzdłuż ulicy i tak beznadziejnie płaska.

Aha, i jeszcze jedno - jeśli biegniesz na kacu albo na półkacu (bo dwa kieliszki wina to realne nic na Nordconie, chyba że nie piłaś alkoholu od miesiąca), to pamiętaj o właściwym nawodnieniu w post factumie, gdyż głowa.