niedziela, 20 stycznia 2019

325. Dieta - aktualizacja po 3 miesiącach

Tak sobie wczoraj pomyślałam, że może warto Wam napisać, jak mi idzie.
A zatem: od połowy października schudłam ok. 8 kg, ale wcale łatwo mi nie idzie.



Po pierwsze z moją aktualną panią dietetyczką (nadal nie chcę jej tutaj polecać z imienia i nazwiska, bo nadal uważam, że dobra dietetyczka to nie ta, dzięki której się schudło, ale ta, dzięki której się wagę utrzymało) nie bardzo można dyskutować. Taki ma charakter i takie ma podejście. Jak chudnę, to świetnie. Jak nie chudnę, to "na moje własne życzenie". Bo gdybym stosowała dietę w stu procentach, to waga by spadała. A ja sobie pozwalam na wyjazdy, w czasie których trzymanie diety jest bardzo skomplikowane, no i w weekendy nie jem śniadania o 8:00, więc czego się spodziewam.

Trochę mnie znacie, więc możecie się domyślać, że nasze ostatnie spotkanie było burzliwe. Ja wyjaśniałam, że potrzebuję rozwiązań, które będę w stanie zastosować przy moim trybie życia, a ona mi tłumaczyła, że odstępstwa od diety powodują brak chudnięcia. Ja jej, że akceptuję, że nie chudnę, gdy jem niezgodnie z zasadami, ale nie rozumiem, czemu wtedy tyję (sylwester, 4 dni, + 2 kg, które nie były tylko wodą, bo zrzucałam je ponad 2 tygodnie). Ona mi, że to dlatego, że mam Hashimoto i metabolizm 55-letniej kobiety, i że powinnam wreszcie przyjąć do wiadomości, że w moim wieku trzeba jeść inaczej, bo metabolizm siada, a co dopiero wtedy, gdy się ma problemy z tarczycą.

Wydawało się, że się nie dogadamy i że czas poszukać innego rozwiązania, zwłaszcza że pani dietetyczka ma również zastrzeżenia do mojego wegetarianizmu - według niej, gdybym jadła mięso, byłoby mi łatwiej się odchudzać, bo białko mięsa hamuje apetyt. I właściwie już prawie wychodziłam od niej z gabinetu z przekonaniem, że to by było na tyle, gdy uzmysłowiłam sobie, że może jednak istnieje przyczyna, z powodu której tyję w czasie wyjazdów. Biały chleb, biała mąka, jasny makaron. Bo w domu zgodnie z zaleceniami nie jem pszenicy, a na wyjazdach się zdarza. A to makaron, a to kawałeczek pizzy, a to białe pieczywo pod kanapkę. Pani dietetyczka się zainteresowała i lekko zmieniła podejście. Postanowiła porozmawiać ze znajomym endokrynologiem i dopytać o pewne elementy związane z Hashimoto i zeznała, że tzw. ciężki gluten rzeczywiście ma niefajny wpływ na jelita i wagę, szczególnie gdy się go odstawiło i nagle wraca. I nie, nie chodzi o nietolerancję glutenu, a o obciążanie jelit.

No więc zalecenia na najbliższy miesiąc to całkowita rezygnacja z wszystkiego, co ma pszenicę. Sprawdźmy tę hipotezę. A nuż to wyjaśni moje niewytłumaczalne dotychczas skoki wagi o kilogram lub dwa z dnia na dzień. Pszenica, powiadacie.

A teraz Wam napiszę kilka konkretów. Nie jest mi łatwo się tym dzielić, bo to są obiektywne liczby, a ja nadal mam problem, żeby o tym mówić. I z co z tego, że mam dużo mięśni i ciężkie kości - mam nieustanne wrażenie, że ważę ogromnie dużo. Ale pomyślałam sobie, że razem nam będzie raźniej.

A zatem: dziś rano ważyłam 84,8 kg przy 185 cm wzrostu. BMI jest w normie (24,7), mój rozmiar ubrań to wygodne 42, z rzadkimi przypadkami 40, raczej L niż M, ale na pewno już nie XL. Na dole dodałam zdjęcie, bo te liczby lepiej wyglądają na żywo ;) choć oczywiście ustawiałam się przez kwadrans przed lustrem, żeby przypadkiem nie było widać wystających nad spodniami fałd. A piszę o tym tak otwarcie, bo pracuję nad tym, żeby przestać się przejmować swoją wagą. Na razie idzie mi tak sobie.

Prawdopodobnie popełniam błąd, że nie sprawdzam obwodów, ale mi się realnie nie chce, zwłaszcza że nigdy nie potrafię trafić dwa razy w to samo miejsce, więc dokładność tych pomiarów jest mocno dyskusyjna. Moja motywacja do dalszego chudnięcia jest w tej chwili słabsza niż była 3 miesiące temu, bo nie tylko osiągnęłam ten rozmiar, który mi odpowiada, ale również ważę tyle, ile nie ważyłam od 20 lat. Ostatni raz taką wagę widziałam w czasie ciąży w 1998 roku.

Walczę jednak dalej. Moim podstawowym problemem wszak nie jest waga, a metabolizm i tarczyca. Chcę wiedzieć, co mi służy i co mi przeszkadza. Wtedy nawet gdy będę jadła niewskazane potrawy, będę świadoma, skąd się biorą zmiany wagi.

Na razie wiem, że pierwszą kawę powinnam pić najwcześniej 1,5 godziny po wzięciu hormonu. Soję jadam rzadko i raczej po południu, bo ona też zaburza absorpcję hormonu. Staram się nie pić gazowanych napojów, bo rozkręcają apetyt. Do każdej kawy i każdej herbaty powinnam pić szklankę wody, bo oba te napoje odwadniają, a to nie służy mojemu metabolizmowi. Najlepszym moim ciepłym napojem jest wrzątek z cytryną i imbirem. Owoce jem, ale tylko do południa. Staram się jeść bardzo regularnie, bo mój organizm to polubił (8 - 11 - 13/14 - 17 - 19/20). Słodycze mi się zdarzają, ale raczej te na miodzie lub daktylach i na pewno nie codziennie. Sport jest niestety rzadki, bo tarczyca nie lubi stresu i nie lubi kardio, tu mam jeszcze sporo do poprawy - fajnie by było, gdyby ciało było bardziej jędrne.

No i teraz ta pszenica.