sobota, 16 lutego 2019

326. Dziennik. Czyli zapisy bez związku

Minął kolejny tydzień, sobota rano, zjedliśmy razem śniadanie, R poszedł z psem, ja puściłam pranie, siedzimy teraz przy komputerach - próbuję się wziąć do roboty, R już dawno pisze i każe do siebie nie mówić.

W głowie mam wiele krótkich myśli, trochę stopklatek, trochę wąteczków do rozwinięcia, trochę tematów, którymi chciałabym się zająć, ale ciągle coś innego. 
Dzisiaj więc będzie bez ładu i składu. Dzień dobry. 
* * *
Byłam wczoraj w centrum handlowym, przeszłam się po sklepach z ubraniami, kupiłam to i owo, bo końcówki wyprzedaży. U góry miewam już rozmiar 40, czyli trochę M, trochę L, a u dołu bez większych problemów 42, choć nie zawsze ładnie leżą. To bardzo przyjemna sytuacja, gdy właściwie w każdym sklepie jestem w stanie coś dobrać. Jeszcze kilka kilogramów temu musiałam ostro wybierać marki, bo kiedy XL oznacza 42, to człowiek z nieco szerszym tyłkiem nie ma żadnych szans. A przecież sami wiecie, że bardzo gruba nie byłam. Jest coś upokarzającego, gdy w przypadku nieznanej nam marki trzeba pytać obsługę, jaką mają rozmiarówkę. Szczególnie w droższych sklepach łatwo napotykałam oceniający wzrok bardzo szczupłej i młodej ekspedientki. "Nie, niestety tylko do 42". 
* * *
Podeszłam też do sklepu spożywczego i kupiłam trochę nietypowych produktów, których jest tam większy wybór: szynka sojowa dla R, bo nie jemy mięsa, makaron bezglutenowy, bo staram się nie jeść pszenicy (a nawet makaron żytni ma sporą część mąki pszenicznej), zdrowe batoniki bez cukru, bo jakieś słodycze warto mieć na wszelki wypadek, jogurty bez laktozy, bo laktoza też nam średnio służy. Gdyby nie to, że czuję się realnie lepiej bez pszenicy, to bym nas wyśmiała, że fanaberie pierwszego świata. Jak dobrze, że mieszkam w dużym mieście i mam bezproblemowy dostęp do produktów dla wegetarian, bezglutów i ludzi na diecie. Mogę eksperymentować. 
* * *
We wtorek byłam na pogrzebie pracownika naszego Wydziału. Trudny moment. Dla wszystkich. Nie umiem pisać o śmierci, więc nie będę, ale mam w głowie poczucie, że nie potrafię w normy społeczne z nią związane. Jest wokół niej wiele zwyczajów i wiele "wypadałoby", a ja kompletnie nie mam wyczucia, które z nich kiedy stosować. Wiadomo, najważniejsze w takim dniu, to nie ranić tych, co już zranieni i nie lekceważyć cudzych emocji. Problem w tym, że oczekiwania ludzi są bardzo różne. 
Ja na ten przykład chciałabym, żeby moja śmierć nie była bez sensu (chyba każdy chciałby). Niech biorą z mojego organizmu to, co się jeszcze będzie nadawało dla innych. Niech się uczą na podstawie mojego ciała, o ile prawdziwe ciało jeszcze się czymkolwiek różni od ciała wydrukowanego w 3D. Niech mnie kremują, obym nie stanowiła problemu, i nie zajmowała za dużo miejsca i niech się wokół mojego grobu nie kłócą. Chciałabym odejść pozytywnie. Co mi zresztą przypomina, że trzeba zaktualizować różne dokumenty i uporządkować różne sprawy. Co kilka lat spisuję wszystkie swoje urzędowości, aktywa, pasywa i najważniejsze hasła i przekazuję je komuś zaufanemu. Na wszelki wypadek.  
* * * 
W środę uzmysłowiłam sobie, czym się różni wróbelek. (że ma lewą nóżkę bardziej. Dowcip abstrakcyjny kalibrujący, jakby kto nie znał). 
Zdałam sobie sprawę, że umiem czytać ludzi, a nie umiem czytać kultury. Jest to bardzo świeża myśl, więc może być błędna, ale wydaje mi się, że o ile świetnie czytam ludzkie zachowania, myśli i emocje, i potrafię je przewidywać, a także odczytywać wtedy, gdy próbują być ukryte, co więcej, potrafię zrozumieć zależności między poszczególnymi osobami i na tej podstawie zaplanować pewne działania, o tyle kompletnie nie umiem czytać książek i filmów w kontekście. Tam, gdzie R i jego przyjaciele wyłapują wszystkie odniesienia i nawiązania oraz cieszą się wewnętrznymi dialogami z innymi książkami i filmami, tam ja widzę wyłącznie warstwę wierzchnią - treść i fabułę. Kiedyś myślałam, że skoro mało czytam, to i słownictwo mam ubogie, i że wraz z liczbą skonsumowanych dzieł przyjdzie mi rozumienie warstwy podspodniej. No więc nie. Nie tylko nie pamiętam filmów, które obejrzałam, nie umiem przypomnieć sobie nazwisk większości aktorów (o reżyserach nawet nie wspominajmy), ani ich twarzy, to na przykład kompletnie nie widzę tego, że w Nagiej Broni są dziesiątki nawiązań do filmów akcji, a cały Pratchett dyskutuje z Szekspirem (oba te przykłady podał mi R, nie łudźcie się, że sama je wymyśliłam).
Natomiast z ludźmi jest inaczej. Widzę ich zmieniające się twarze, zauważam ich niespójną narrację lub składnię, wyłapuję zależności i motywy i potrafię dość sprawnie podsumować ich konstrukcję psychiczną, żeby zrozumieć ich zachowania. I - co ważniejsze - je przewidzieć. 
Jeszcze nie wiem, co z tą nową konstatacją zrobię. Na razie sobie zapisuję, żeby nabrała mocy urzędowej i trochę dojrzała. 
* * * 
W czwartek natomiast odkryłam, że czasem wystarczy zacząć mówić dużo wolniej, żeby uspokoić najtrudniejszą nawet rozmowę. Trzeba jednak wystrzegać się protekcjonalności w tonie, bo to rozsierdza rozmówcę. Powolne wyrażanie swoich myśli, skupienie na każdym zdaniu i uważne dobieranie słów. Zamiast powiedzieć "nie ma mowy!", zrozumieć co druga osoba ma na myśli i czemu próbuje Cię do tego przekonać. 
Kiedy mój syn był malutki i był na etapie poznawania całego świata, nauczyłam się cudownej rzeczy od mojej byłej teściowej (a właściwie nie byłej, bo zgodnie z prawem teściową się jest na całe życie, nawet jeśli syn się rozwiedzie z żoną). Gdy Młody podchodził do gorącego piekarnika i chciał go dotknąć, babcia go brała na ręce i zamiast powiedzieć: "Nie! Nie wolno!", mówiła: "Tak, widzę, że chciałbyś dotknąć piekarnika. Piekarnik jest gorący, więc teraz nie możesz.". A gdy na spacerze szarpał rękę i chciał wyjść na ulicę, mówiła: "Tak, widzę, że chciałbyś pobiegać, ale tu jest niebezpiecznie, chodź, pobiegamy gdzie indziej.". Starała się ograniczać słowo "nie" i afirmowała jego potrzeby i oczekiwania. Efekty były fantastyczne - Młody bardzo łagodnie przeszedł bunt dwulatka, a ja zrozumiałam, że jego komunikaty są dla niego ważne, więc nie warto ich lekceważyć zwykłym "Nie wolno!". 
* * * 
W Walentynki poszliśmy do komory floatingowej. Każdy do swojej. To takie miejsce, gdzie w zamkniętej z każdej strony wielkiej kabino-wannie jest jakieś 20 cm bardzo słonej wody, w której się kładziesz, więc unosisz się jak w Morzu Martwym i możesz się zrelaksować. Przez godzinę zdążyłam przemyśleć całe swoje życie, bo w głowie miałam biegunkę myślową. Za to moje ciało się bardzo odstresowało i nabrało lekkości. Wyszliśmy stamtąd uśmiechnięci i spowolnieni. Bardzo polecam zwłaszcza tym zestresowanym. 
* * * 
Jedna myśl jest ostatnio bardzo na wierzchu - wygląda na to, że zrealizowałam wszystkie swoje marzenia. Mam świetną pracę, mam najlepszego narzeczonego, jestem zadowolona ze swojego ciała i stanu zdrowia, w głowie sobie poukładałam to, co było do poukładania. Czasami brakuje mi czasu, ale w gruncie rzeczy jak go potrzebuję, to go znajduję. I coraz więcej radości czerpię z dzielenia się tym, co mam.
Bo mam tak wiele. 
* * * 
A potem włącza mi się gen mojego ojca i słyszę taki cichy głos: "To gdzie dzisiaj jedziemy? To co by tu można jeszcze zmienić?"

Wspaniałego weekendu Wam życzę! 


   

niedziela, 20 stycznia 2019

325. Dieta - aktualizacja po 3 miesiącach

Tak sobie wczoraj pomyślałam, że może warto Wam napisać, jak mi idzie.
A zatem: od połowy października schudłam ok. 8 kg, ale wcale łatwo mi nie idzie.



Po pierwsze z moją aktualną panią dietetyczką (nadal nie chcę jej tutaj polecać z imienia i nazwiska, bo nadal uważam, że dobra dietetyczka to nie ta, dzięki której się schudło, ale ta, dzięki której się wagę utrzymało) nie bardzo można dyskutować. Taki ma charakter i takie ma podejście. Jak chudnę, to świetnie. Jak nie chudnę, to "na moje własne życzenie". Bo gdybym stosowała dietę w stu procentach, to waga by spadała. A ja sobie pozwalam na wyjazdy, w czasie których trzymanie diety jest bardzo skomplikowane, no i w weekendy nie jem śniadania o 8:00, więc czego się spodziewam.

Trochę mnie znacie, więc możecie się domyślać, że nasze ostatnie spotkanie było burzliwe. Ja wyjaśniałam, że potrzebuję rozwiązań, które będę w stanie zastosować przy moim trybie życia, a ona mi tłumaczyła, że odstępstwa od diety powodują brak chudnięcia. Ja jej, że akceptuję, że nie chudnę, gdy jem niezgodnie z zasadami, ale nie rozumiem, czemu wtedy tyję (sylwester, 4 dni, + 2 kg, które nie były tylko wodą, bo zrzucałam je ponad 2 tygodnie). Ona mi, że to dlatego, że mam Hashimoto i metabolizm 55-letniej kobiety, i że powinnam wreszcie przyjąć do wiadomości, że w moim wieku trzeba jeść inaczej, bo metabolizm siada, a co dopiero wtedy, gdy się ma problemy z tarczycą.

Wydawało się, że się nie dogadamy i że czas poszukać innego rozwiązania, zwłaszcza że pani dietetyczka ma również zastrzeżenia do mojego wegetarianizmu - według niej, gdybym jadła mięso, byłoby mi łatwiej się odchudzać, bo białko mięsa hamuje apetyt. I właściwie już prawie wychodziłam od niej z gabinetu z przekonaniem, że to by było na tyle, gdy uzmysłowiłam sobie, że może jednak istnieje przyczyna, z powodu której tyję w czasie wyjazdów. Biały chleb, biała mąka, jasny makaron. Bo w domu zgodnie z zaleceniami nie jem pszenicy, a na wyjazdach się zdarza. A to makaron, a to kawałeczek pizzy, a to białe pieczywo pod kanapkę. Pani dietetyczka się zainteresowała i lekko zmieniła podejście. Postanowiła porozmawiać ze znajomym endokrynologiem i dopytać o pewne elementy związane z Hashimoto i zeznała, że tzw. ciężki gluten rzeczywiście ma niefajny wpływ na jelita i wagę, szczególnie gdy się go odstawiło i nagle wraca. I nie, nie chodzi o nietolerancję glutenu, a o obciążanie jelit.

No więc zalecenia na najbliższy miesiąc to całkowita rezygnacja z wszystkiego, co ma pszenicę. Sprawdźmy tę hipotezę. A nuż to wyjaśni moje niewytłumaczalne dotychczas skoki wagi o kilogram lub dwa z dnia na dzień. Pszenica, powiadacie.

A teraz Wam napiszę kilka konkretów. Nie jest mi łatwo się tym dzielić, bo to są obiektywne liczby, a ja nadal mam problem, żeby o tym mówić. I z co z tego, że mam dużo mięśni i ciężkie kości - mam nieustanne wrażenie, że ważę ogromnie dużo. Ale pomyślałam sobie, że razem nam będzie raźniej.

A zatem: dziś rano ważyłam 84,8 kg przy 185 cm wzrostu. BMI jest w normie (24,7), mój rozmiar ubrań to wygodne 42, z rzadkimi przypadkami 40, raczej L niż M, ale na pewno już nie XL. Na dole dodałam zdjęcie, bo te liczby lepiej wyglądają na żywo ;) choć oczywiście ustawiałam się przez kwadrans przed lustrem, żeby przypadkiem nie było widać wystających nad spodniami fałd. A piszę o tym tak otwarcie, bo pracuję nad tym, żeby przestać się przejmować swoją wagą. Na razie idzie mi tak sobie.

Prawdopodobnie popełniam błąd, że nie sprawdzam obwodów, ale mi się realnie nie chce, zwłaszcza że nigdy nie potrafię trafić dwa razy w to samo miejsce, więc dokładność tych pomiarów jest mocno dyskusyjna. Moja motywacja do dalszego chudnięcia jest w tej chwili słabsza niż była 3 miesiące temu, bo nie tylko osiągnęłam ten rozmiar, który mi odpowiada, ale również ważę tyle, ile nie ważyłam od 20 lat. Ostatni raz taką wagę widziałam w czasie ciąży w 1998 roku.

Walczę jednak dalej. Moim podstawowym problemem wszak nie jest waga, a metabolizm i tarczyca. Chcę wiedzieć, co mi służy i co mi przeszkadza. Wtedy nawet gdy będę jadła niewskazane potrawy, będę świadoma, skąd się biorą zmiany wagi.

Na razie wiem, że pierwszą kawę powinnam pić najwcześniej 1,5 godziny po wzięciu hormonu. Soję jadam rzadko i raczej po południu, bo ona też zaburza absorpcję hormonu. Staram się nie pić gazowanych napojów, bo rozkręcają apetyt. Do każdej kawy i każdej herbaty powinnam pić szklankę wody, bo oba te napoje odwadniają, a to nie służy mojemu metabolizmowi. Najlepszym moim ciepłym napojem jest wrzątek z cytryną i imbirem. Owoce jem, ale tylko do południa. Staram się jeść bardzo regularnie, bo mój organizm to polubił (8 - 11 - 13/14 - 17 - 19/20). Słodycze mi się zdarzają, ale raczej te na miodzie lub daktylach i na pewno nie codziennie. Sport jest niestety rzadki, bo tarczyca nie lubi stresu i nie lubi kardio, tu mam jeszcze sporo do poprawy - fajnie by było, gdyby ciało było bardziej jędrne.

No i teraz ta pszenica.