sobota, 22 grudnia 2018

323. Wolniej, słabiej, ciszej - czyli postanowienia na 2019 rok

Ależ to był intensywny rok!

Rok temu postanowiłam się skupić na trzech słowach kluczowych: jedzenie, sport i stres. Chciałam schudnąć 5 kg. I ogarnąć kwestię tego, że mój metabolizm nie działa tak, jak powinien. No to pochwalę się od razu, że się udało. Nawet dwa razy :) Najpierw tuż przed 40-tymi urodzinami, bo jestem próżna i chciałam ładnie wyglądać na imprezie, ale te kilogramy skutecznie do mnie wróciły wiosną (nieregularne jedzenie, zbyt intensywne jak na moje Hashimoto bieganie, odstawienie mięsa, więc przygarnięcie większej ilości węglowodanów, których Hashimoto nie metabolizuje prawidłowo i nadmierny stres w pracy), dlatego późną jesienią po raz kolejny się wzięłam za siebie i na razie doszłam do 6,5 kg na minusie. Czas pokaże, jak to się ułoży dalej, bo nie sztuką jest schudnąć, sztuką jest utrzymać.

A zatem trzy słowa kluczowe. (1) Jedzenie. Jem sensownie, 5 razy dziennie, Radek mi gotuje i jest w tym coraz doskonalszy. Słodyczy właściwie nie ma, niezdrowych napojów też nie, alkohol jest w ilościach homeopatycznych, a mięsa nie używam. (2) Stres. Wydaje mi się, że powoli uczę się, jak radzić sobie ze stresem, nie zajadając go. Miałam go rozładowywać bieganiem - (3) sport - ale organizm mi powiedział, że zbyt intensywnie bieganie nie jest dla mnie. Szyja mi się dość konkretnie odezwała, osteopata pomacał, pomacał, aż w końcu po kilku tygodniach macania oświadczył, że bieganie nie jest dla wszystkich i może jednak powinnam wybrać brydż albo szachy. Odpuściłam. Półmaratonu nie przebiegłam. Nawet 10-tki nie zrobiłam z okazji Biegu Niepodległości, choć się na nią zapisałam. Teraz zastanawiam się, czy przebiegnę 5-tkę na WOŚP, bo mnie kolano pobolewa, więc najwyżej przejdę żwawym krokiem. Mogłabym oczywiście inne sporty uprawiać, ale na razie mi to nie wychodzi. Kilka tygodni temu popluskałam się w basenie, niepostrzeżenie przepłynęłam 40 krótkich długości i sprawiło mi to frajdę. Wygląda na to, że muszę się przeprosić z wodą i kupić ładny kostium. Bo przecież nadal jestem próżna.

No ale wróćmy do tej intensywności. Bo 2018 rok był męczący.

Mam trochę za dużo pracy w pracy, a tematami, którymi się zajmuję, można by obdzielić kilka osób i na pewno by się nie nudziły. Jestem w tym swoim podejściu dość beznadziejnie przewidywalna - niczym sroka, która się rzuca na błyskotki, choćby ich miała już kilka w dziobie - wystarczy mi podsunąć nowy pomysł, żebym go zaczęła rozkminiać, wystarczy mi dać jakąś ciekawą propozycję, żebym się do niej przymierzyła, i niestety wystarczy też, żebym się czegoś podjęła, a już nie będę potrafiła odpuścić, bo przecież poczuję się odpowiedzialna. Moje nienasycenie, nieustępliwość i zachłanność są cennym zasobem, ale wyczerpującym też.

I dlatego od kilku tygodni mówię sobie, że czas wyhamować. Że nie muszę robić wszystkiego, a i tak nadal będzie dużo. Że nie muszę jechać na pełnym gazie, bo i tak jadę szybko. Że nie trzeba wszystkiego naraz, bo i tak jest intensywnie, nawet wtedy, gdy się robi jedno po drugim, a nie jednocześnie. Szukam w sobie "wystarczająco intensywnie i wystarczająco ciekawie", żeby moja zachłanność mnie nie wykończyła.

Więc tak, nadal chcę działać na pełnej kurwie (Państwo wybaczą, ale lubię to wyrażenie i ono mnie całkiem dobrze definiuje) ale chcę też zacząć odpoczywać. Robić nic. Zamknąć oczy i nic nie mówić. A także nic nie słyszeć. Tylko miarowe bicie serca, albo wskazówek zegara, trudno wyczuć, co jest bardziej regularne, gdy się ma zbyt niski puls, który czasem prawie zanika.

Chcę więc czasem działać wolniej, bo przy nadmiernej prędkości potrzebne jest męczące skupienie, a i tak wszystkich szczegółów się nie dostrzeże. Chcę czasem działać słabiej, bo chwilowa słabość i wycofanie są na dłuższą metę bardzo skuteczne. Chcę umieć odpuścić to, co na pozór atrakcyjne, bo nowe, gdyż im więcej nowego, tym więcej powierzchownego, a na starość mi się na głębię zbiera.

Prawie codziennie mam kilkadziesiąt tematów na tapecie. Bardzo różnych. Czasami krótka rozmowa, żeby ktoś tam wiedział, co ma dalej robić (ale trzeba usłyszeć i zrozumieć). Kiedy indziej poważne wieloosobowe spotkanie nad bardzo strategicznym tematem (i trzeba wiedzieć, co jest ważne, a co tylko nieistotnym szumem prosto z ministerstwa). Jeszcze indziej małe decyzje, krótkie podpisy, niewielkie sprawy, ale każda z nich ma znaczenie. Albo maile, w których jest bardzo dużo wiedzy, którą nie wiadomo jak wchłonąć, a przecież olać nie można. I pisma napisane mniej lub bardziej ludzkim językiem, na który wewnętrzny grammarnazi reaguje bardzo źle, choć zewnętrzne okoliczności zmuszają do przepuszczenia. I coraz bardziej zapełniony kalendarz, który nie wiedzieć czemu nie chce być bardziej pojemny.

A potem nagle wpada temat personalny, którym trzeba się zająć natychmiast i w którym chodzi o to, żeby wysłuchać bez pośpiechu i dać się wygadać. Bardzo łatwo przeoczyć te najważniejsze rozmowy i niechcący spojrzeć na zegarek w niewłaściwym momencie, bo akurat odezwie się jakieś powiadomienie na nadgarstku. I stracić ten krótki moment prawdziwego kontaktu z jednym ze swoich ludzi.

Przy najważniejszych rozmowach nauczyłam się zdejmować smartwatch z ręki i odwracać od ściany, na której wisi zegar. Bo wtedy trzeba dorozmawiać do końca. Zwłaszcza, że zarządzania ludźmi i procesami najczęściej nie da się wpisać w harmonogram.

Ale maili i spraw nie ubywa. Więc wracam późno do domu, późno jem kolację, późno mówię Radkowi, że ledwo żyję, a potem i tak muszę znowu usiąść do kompa, bo ważne rzeczy na chwilę odsunęły te pilne, a emocjonalne sprawy przysłoniły te nudne.

Mam zajebistą pracę, która mi daje mnóstwo satysfakcji i w której rozwijam się każdego dnia w gronie znakomitych ludzi, z którymi uwielbiam pracować. Mam też wyczerpującą pracę, która mnie nieraz wpędza w nadmierny stres i w której walka o najmniejszą zmianę potrafi w godzinę zużyć miesięczny zapas energii. Bo po co zmieniać, skoro zawsze tak było.

A zatem wolniej. Słabiej. Ciszej.
Żeby odzyskać równowagę i jakąś namiastkę życia towarzyskiego.
Gdyż pracoholik jest bardzo marnym kumplem, a na imprezach zasypia przed wszystkimi.
A ja się dramatycznie stęskniłam za moimi przyjaciółmi, choć to zazwyczaj ja nie mam dla nich czasu.
Trochę przypał, prawda? 




3 komentarze:

  1. Znam? Ale ja rok 2019 na pisanie poświęcam. Skoro zaczęłam to skończę :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Very informative blog post….thanks for sharing it..
    Book online bus ticket from redbus.my

    OdpowiedzUsuń
  3. Najpiękniejsze kostiumy na świecie ma Black Milk. A na basenie (choć tak naprawdę poza) sporo frajdy daje monopłetwa

    OdpowiedzUsuń