piątek, 28 grudnia 2018

324. Wigilia dla Emerytowanych Gangsterów 2018

Wigilia była zawsze dla mnie najważniejszym świętem w roku.

Długo oczekiwanym rodzinnym spotkaniem przy zastawionym stole, przewidywalnym i powtarzalnym ciągiem uroczystych zdarzeń, białą koszulą, smakiem opłatka i śledzi w oleju, pięknie zapakowanymi prezentami, ale także płaczem, gdyż moje starsze rodzeństwo co roku się zakładało, które z nich pierwsze mnie doprowadzi do łez (tak, Piotrze, tak, Aniu, pamiętam o tym ;). I chociaż nie lubię rutyny i wiecznie szukam zmiany, to w Wigilię lubiłam, gdy wszystko się działo we właściwy sposób i poprawnej kolejności. Ciasto kręcone Babci Walentyny, kwaśne mandarynki z pestkami i zimna Coca Cola, której Mama nie pozwalała trzymać na stole. 

Na początku Ojciec czytał, że "w owym czasie wyszło rozporządzenie" z Ewangelii Łukasza, potem składaliśmy sobie życzenia łamiąc się opłatkiem (każdy każdemu, trudna sprawa, gdy się chwilę wcześniej na kogoś nawrzeszczało, więc nie opłacało się kłócić tuż przed świętami), później barszcz, sałatka jarzynowa i kawior (taka nasza rodzinna tradycja), kapusta, ryba, ziemniaki, a przy słodkościach "czytało się" prezenty. Wielki worek prezentów, gdyż każdy każdemu coś kupował. 

Cały rok czekałam na ten moment, w którym okazywało się, że jednak się nawzajem lubimy i potrafimy sobie sprawić fajne rzeczy, czasami całkiem przydatne, a czasami bardzo wymarzone. W swojej dziecięcej głowie przeliczałam liczbę prezentów na ilość miłości. Im więcej i im drożej, tym bardziej się czułam kochana. Mówią, że to normalne, gdy się jest trzecim dzieckiem w nieszczególnie zamożnej i tym bardziej niematerialistycznej rodzinie. ;)

W ostatnich latach nam się te święta pozmieniały. Rodzice wyprowadzili się na Suwalszczyznę, trzeba u nich codziennie palić w piecach, więc nie bardzo można opuszczać dom zimą, a jednocześnie chałupa jest trochę za mała, żeby nas wszystkich ugościć. Zresztą i dojechać byłoby ciężko, bo w rodzinie mało aut i jeszcze mniej praw jazdy. Latem jest prościej, gdy PKSy normalnie kursują, a trawnik przed obejściem jest idealny pod namiot. 

Chcąc nie chcąc (a w moim przypadku bardzo nie chcąc) zaczęliśmy sobie radzić inaczej. Nasze rozłożyste patchworkowe rodziny stworzyły sieć powiązań i zależności i ciężko je wszystkie obsłużyć świątecznie. Jeśli mój syn miał spędzić choć część Wigilii ze swoim ojcem, to ja nie miałam szans pojechać na północ, a Radek nie bardzo mógł do swoich, na południe. Jeśli mój brat chciał być ze swoimi dziećmi, to spotkać się mogliśmy dopiero w pierwszy dzień świąt, gdy tymczasem drugi brat wybierał między świętami z nami lub z dziewczyną. O siostrze nawet nie piszę, bo ona za daleko i równie skomplikowanie pod względem rodzinnym. 

Jedno jednak było zawsze oczywiste - w święta Bożego Narodzenia nikt nie powinien być samotny. Przez te wszystkie lata nadałam temu dniu ogrom znaczeń i oczekiwań. W mojej głowie jest to więc kwintesencja święta miłości, bliskości, uważności, ciepła i wrażliwości. Taki dzień, w którym chcę mieć do kogo się przytulić i komu powiedzieć, że jesteś dla mnie ważny i dziękuję, że jesteś. Taki dzień, w którym wszystkie moje dziecięce zmysły i niedokochania są bardzo uwrażliwione.

Dlatego nieraz zapraszałam różnych swoich - bliskich, dalszych, najbliższych - jeśli wiedziałam, że nie mają rodziny, z którą by mogli spędzić ten wieczór. I zawsze się znalazły dla nich prezenty, to było dla mnie bardzo ważne, żeby nawet niespodziewany gość, ten od pustego talerza (a kiedyś i taki nam się zdarzył!), dostał choćby najmniejszy podarek. Już nie tyle symbol dziecięco pojmowanej miłości, ile artefakt tego, co nas łączy i oznaka mojej uważności. Prezent jest namacalnym dowodem tego wszystkiego, na co zazwyczaj brakuje czasu. 
A i nieraz słów. 

I wcale mnie nie dziwi, że właśnie dzisiaj mi tych słów brakuje, żeby Wam opisać naszą tegoroczną Wigilię. Bo wyszło bardzo inaczej i bardzo nie po mojemu. 

Rodzice znowu nie przyjechali, bracia mieli jakieś swoje plany, coraz to inne, syn z tamtą częścią swojej rodziny, a my w rozkroku między tym, na co mamy ochotę, a tym, że we dwoje to najchętniej byśmy zasiedli na kanapie i nic nie robili, taki to był męczący rok. 

I jakoś wtedy się dowiedziałam, że na Mokotowie pewni niesamowici ludzie organizują Wigilię dla samotnych seniorów, które to wydarzenie w naszej fejsbukowej nomenklaturze zostało nazwane "Wigilią dla emerytowanych gangsterów", bo pomysł powstał na grupie "Stary Mokotów Gang", gdzie wraz z sąsiadami z dzielni się wymieniamy pomysłami, informacjami, niepotrzebnymi już przedmiotami i całą masą pozytywnej energii.

Pierwsza Wigilia miała miejsce rok temu, wtedy jeszcze o niej nie wiedziałam. W drugiej - tegorocznej - wzięłam udział. A wraz ze mną Radek i moja bratowa, która tym razem nie pojechała do swoich. 

I nie wiem, jak o tym opowiedzieć, gdyż najbardziej nie chciałabym, żebyście pomyśleli, że się chwalę. Nie. Nie jest istotne to, że ja tam byłam, ale istotne jest, ile dobra tego dnia się odbyło w pewnej podstawówce na Narbutta. 

I o tym chcę właśnie, bo dobro potrzebuje reklamy i pozytywnych opowieści. 

Więc może lepiej napiszę o tych dziesiątkach ludzi z fejsbuka ("z fejsbuka? po co tak ciągle siedzicie na tym fejsbuku?"), którzy w kilka tygodni zorganizowali kilkugodzinne spotkanie dla 80 seniorów ze Starego Mokotowa. 

Znaleźli szkołę (SP 85), której dyrektor się zgodził nas ugościć. Udostępnił nam wielką salę teatralną, szatnię, korytarze, miejsce na tymczasową kuchnię i wiele innych przestrzeni. Ktoś zaprojektował zaproszenia, ktoś inny je wydrukował, ktoś znalazł sponsorów, cała masa ktosiów dotarła nieraz przedziwnymi kanałami do samotnych starszych ludzi i ich namówiła, żeby w Wigilię o 16:00 przyszli i się z nami spotkali. 

Ktoś uruchomił zbiórkę w internecie, masa ktosiów zebrała ponad 20 000 zł, ktoś pojechał zrobić zakupy, wielkie zakupy, ktoś udostępnił piwnicę, żeby te zakupy przechować. Ktoś załatwił prezenty od rozmaitych sponsorów, ktoś inny wynegocjował świetną cenę za 80 torbokółek (w różnych kolorach - dla panów i dla pań), ktoś przyszedł i spakował ogrom prezentów żywieniowych, kosmetycznych i przydatnych do tych toreb, ktoś zdobył książki i wpisał w nie dedykacje, ktoś przygotował i wydrukował vouchery do mokotowskiej kawiarni. 

Ktoś załatwił bumary, kuchenki przenośne i zastawę dla tylu osób. Ktoś się oderwał od własnych przygotowań i przyjechał w weekend nosić te prezenty, naczynia i kilogramy jedzenia. Ktoś zorganizował lampy, reflektory i softboxy, żeby nie trzeba było świecić jarzeniówkami. Ktoś inny w dniu wigilii pojechał do Ikei i dokupił lampy stojące, żeby seniorzy widzieli, co jedzą. I stoły, bo w szkole zabrakło. Ktoś przyjechał i je skręcił. 

Ktoś inny przyprowadził z rana swoje dzieci i przez kilka godzin rozkładał talerze, talerzyki, szklanki i sztućce. Ktoś wpadł na chwilę koło jedenastej, bo podwoził wspólniczkę, a został do wieczora i podgrzewał setki pierogów i krokietów, dziesiątki litrów barszczu i zupy grzybowej i rozkładał sałatkę jarzynową w półmiski, których ktoś inny nie mógł znaleźć przez kilka godzin. 

Cała ekipa ktosiów upiekła, ugotowała, usmażyła i upichciła w swoich własnych kuchniach, a potem przyniosła te smakowitości do szkoły. W miskach, półmiskach, miseczkach i wielkich garnkach (część tych misek jest zresztą nadal do odbioru). Ktoś przygotował najpiękniejsze pierniczki, ktoś inny najsmaczniejsze ciasteczka, a ktoś pamiętał, żeby zamówić kilogramy karpia w mokotowskim barze mlecznym, bo nie wszystko się dało zrobić tymi ręcami. 

Ktoś przygotował playlistę z kolędami, ktoś udostępnił swoje konto na spotify, ktoś przekonał panie woźne, żeby otworzyły salkę z nagłośnieniem, ktoś przywiózł odpowiednie kable i przedłużacze, które się zresztą przydały do lamp i lampeczek. Ktoś pozapalał świeczki, ktoś inny poustawiał krzesła, ktoś wymyślił, jak wprowadzać do sali ludzi na wózkach inwalidzkich. 

Ktoś wsiadł do samochodu i pojechał do dwóch pań, które nie mogły samodzielnie dotrzeć. Zawiózł im prezentowe torbokółki, barszcz w słoikach, sałatkę w pojemniczkach, piernik w opakowaniu, trochę chleba i pełno pierogów. I zobaczył w domu pani Krystyny, że starość bywa okrutna, a połowę podłogi w sypialni zajmują papierowe teczki z napisami "neurolog", "chirurg" i "ortopeda". A w domu pani Jadwigi, że na stole leży pół chleba i cała paczka śledzi. 

Cała gromada ktosiów rozjechała się po dzielni i przywiozła swoimi autami mniej ruchomych gangsterów, w tym czasie inne ktosie latały między kuchnią a salą (70 metrów, 8 schodków) z bumarami, talerzami, półmiskami i garnkami. Ktoś podgrzewał, ktoś rozkładał, ktoś dzielił, ktoś nosił. Część ktosiów pobiegła do swoich domów, dzieci, babć i dziadków, część ktosiów została i zaczęło się świętowanie. 

Ktoś zaprosił wszystkich do ubierania choinki, ktoś przeprosił za opóźnienie, gdy w tym czasie w kuchni wszystko wrzało, a goście się nadal schodzili. Ktoś otworzył imprezę, choć bardzo się bał zabrać głos, ale powiedział od serca, że to spotkanie jest dla niego ważne, ktoś inny zaintonował kolędę, ktoś rozdał opłatki i zaczął roznosić ciepłe dania. Ktoś był kelnerem, ktoś kucharzem, ktoś fotografem, a ktoś patrzył, czy wszystko jest na swoim miejscu. 

Ktoś zauważył, że jedna z gościń jest smutna i zbiera się do wyjścia, więc ktoś inny przyniósł jej prezent, ktoś przytulił, dyskretnie podsunął chusteczkę, wysłuchał, że stres, córka i depresja. Ktoś zauważył, że czajników nie ma, więc ktoś inny szybko umył garnki po barszczu i nastawił wodę na herbatę, a ktoś poszedł wybłagać choć jeden mały czajnik od pani woźnej. 

Ktoś wskoczył w auto i pojechał na stację benzynową po cukier i mleko. Inny ktoś w tym czasie stanął na zmywaku i zaczął czyścić tę całą zastawę, bo przecież oddać trzeba czyste. W kuchni ekipa ktosiów zaczęła pakować gościńce w przyniesione przez kogoś wcześniej pojemniki tekturowo-plastikowe. 

A inne ktosie przysiadały się do gości i spędzały z nimi ten najważniejszy z wieczorów. Ileż historii się nasłuchali, ileż ważnych słów usłyszeli. Ileż uśmiechów i łez doświadczyli. Że siostra umarła i samotność i nie ma z kim spędzać świąt. Od trzech lat. Aż do dzisiaj. Że mama nie chciała przyjść, ale udało się namówić. Że zdrowie jest najważniejsze. I że kiedyś to łatwiej było się dostać do lekarza. Że kawy bez mleka to nie można, i czy gdzieś jest cukier? Że tamta pani jest nieprzyjemna i czy mogę się przesiąść. Że za rok chciałabym się włączyć w przygotowania. Że kto to wszystko zorganizował i jaki macie KRS, bo chciałabym Wam dać swój 1%. 

No właśnie nie mamy. Bo my na fejsbuku, proszę Pani. Tak po prostu. Bez żadnego stowarzyszenia. 

Że bardzo Wam dziękuję za Wasz czas i obecność. Że bałam się przyjść, ale cieszę się, że się przemogłam. A czy mogłabym dostać kawałek tego ciasta do domu? Jeden mały mi starczy, tak, żebym miała na jutro. Ale jeśli nie można, to nie muszę. Niech starczy dla innych. 

Oczywiście, że Pani może. A może dwa kawałki Pani spakować? 

A potem ekipa ktosiów z samochodami przyjechała poodwozić gości do domów. Niektóre ktosie odprowadziły pod same drzwi, bo torbokółki z prezentami swoje ważą. Inne ktosie pobiegły do siebie i zrzuciły przepocone kuchnią koszulki, coby za chwilę usiąść przy innym stole, trochę bardziej własnym, ale trochę inaczej przeżywanym. Już na spokojnie, już bez łez w kącikach oczu. 

A tymczasem kolejne ktosie zaczęły sprzątać, zbierać, rozkładać, roznosić, czyścić, układać i doprowadzać do stanu pierwotnego tę ogromną przestrzeń, która przez krótki moment tworzyła wrażenie ciepła i bliskości. 

Która była naszym domem. 

Nie będę ukrywać, że byłam wykończona. Trochę fizycznie, bo stopy mnie okrutnie bolały od długiego biegania w kozakach, ale przede wszystkim emocjonalnie. Kilka razy w ciągu dnia zmusiłam się do wyjścia ze swojej strefy komfortu i przekroczenia swoich granic. Gdy jechałam do pań, gdy przemawiałam, gdy przytulałam i gdy próbowałam uporządkować otaczający nas chaos. 

Nie znałam siebie od tej strony. Nie wiedziałam, że potrafię tak działać. I nie zdawałam sobie sprawy, że dając tak niewiele, mogę zyskać tak wiele. Myślałam, że pomogę przez chwilę, podwieziemy ludzi, ponosimy stoły, wiecie, tak fizycznie i z boku, bez zaangażowania. Bałam się zresztą, że tak wielka ekipa prawie obcych sobie ludzi nie będzie umiała stworzyć atmosfery świątecznej dla tak ogromnej ekipy całkiem obcych ludzi. Ach, jakże się myliłam!   

Tego dnia w tej niewielkiej szkole podstawowej wydarzyło się tak dużo dobra i pozytywnych emocji, że po dziś dzień mam wilgotne oczy, gdy o tym myślę. 

W tym roku dostałam najwspanialszy prezent. 
Drodzy Gangsterzy, i starzy i młodzi, dziękuję Wam za to! 










(fot.: Karol Dzik) 



sobota, 22 grudnia 2018

323. Wolniej, słabiej, ciszej - czyli postanowienia na 2019 rok

Ależ to był intensywny rok!

Rok temu postanowiłam się skupić na trzech słowach kluczowych: jedzenie, sport i stres. Chciałam schudnąć 5 kg. I ogarnąć kwestię tego, że mój metabolizm nie działa tak, jak powinien. No to pochwalę się od razu, że się udało. Nawet dwa razy :) Najpierw tuż przed 40-tymi urodzinami, bo jestem próżna i chciałam ładnie wyglądać na imprezie, ale te kilogramy skutecznie do mnie wróciły wiosną (nieregularne jedzenie, zbyt intensywne jak na moje Hashimoto bieganie, odstawienie mięsa, więc przygarnięcie większej ilości węglowodanów, których Hashimoto nie metabolizuje prawidłowo i nadmierny stres w pracy), dlatego późną jesienią po raz kolejny się wzięłam za siebie i na razie doszłam do 6,5 kg na minusie. Czas pokaże, jak to się ułoży dalej, bo nie sztuką jest schudnąć, sztuką jest utrzymać.

A zatem trzy słowa kluczowe. (1) Jedzenie. Jem sensownie, 5 razy dziennie, Radek mi gotuje i jest w tym coraz doskonalszy. Słodyczy właściwie nie ma, niezdrowych napojów też nie, alkohol jest w ilościach homeopatycznych, a mięsa nie używam. (2) Stres. Wydaje mi się, że powoli uczę się, jak radzić sobie ze stresem, nie zajadając go. Miałam go rozładowywać bieganiem - (3) sport - ale organizm mi powiedział, że zbyt intensywnie bieganie nie jest dla mnie. Szyja mi się dość konkretnie odezwała, osteopata pomacał, pomacał, aż w końcu po kilku tygodniach macania oświadczył, że bieganie nie jest dla wszystkich i może jednak powinnam wybrać brydż albo szachy. Odpuściłam. Półmaratonu nie przebiegłam. Nawet 10-tki nie zrobiłam z okazji Biegu Niepodległości, choć się na nią zapisałam. Teraz zastanawiam się, czy przebiegnę 5-tkę na WOŚP, bo mnie kolano pobolewa, więc najwyżej przejdę żwawym krokiem. Mogłabym oczywiście inne sporty uprawiać, ale na razie mi to nie wychodzi. Kilka tygodni temu popluskałam się w basenie, niepostrzeżenie przepłynęłam 40 krótkich długości i sprawiło mi to frajdę. Wygląda na to, że muszę się przeprosić z wodą i kupić ładny kostium. Bo przecież nadal jestem próżna.

No ale wróćmy do tej intensywności. Bo 2018 rok był męczący.

Mam trochę za dużo pracy w pracy, a tematami, którymi się zajmuję, można by obdzielić kilka osób i na pewno by się nie nudziły. Jestem w tym swoim podejściu dość beznadziejnie przewidywalna - niczym sroka, która się rzuca na błyskotki, choćby ich miała już kilka w dziobie - wystarczy mi podsunąć nowy pomysł, żebym go zaczęła rozkminiać, wystarczy mi dać jakąś ciekawą propozycję, żebym się do niej przymierzyła, i niestety wystarczy też, żebym się czegoś podjęła, a już nie będę potrafiła odpuścić, bo przecież poczuję się odpowiedzialna. Moje nienasycenie, nieustępliwość i zachłanność są cennym zasobem, ale wyczerpującym też.

I dlatego od kilku tygodni mówię sobie, że czas wyhamować. Że nie muszę robić wszystkiego, a i tak nadal będzie dużo. Że nie muszę jechać na pełnym gazie, bo i tak jadę szybko. Że nie trzeba wszystkiego naraz, bo i tak jest intensywnie, nawet wtedy, gdy się robi jedno po drugim, a nie jednocześnie. Szukam w sobie "wystarczająco intensywnie i wystarczająco ciekawie", żeby moja zachłanność mnie nie wykończyła.

Więc tak, nadal chcę działać na pełnej kurwie (Państwo wybaczą, ale lubię to wyrażenie i ono mnie całkiem dobrze definiuje) ale chcę też zacząć odpoczywać. Robić nic. Zamknąć oczy i nic nie mówić. A także nic nie słyszeć. Tylko miarowe bicie serca, albo wskazówek zegara, trudno wyczuć, co jest bardziej regularne, gdy się ma zbyt niski puls, który czasem prawie zanika.

Chcę więc czasem działać wolniej, bo przy nadmiernej prędkości potrzebne jest męczące skupienie, a i tak wszystkich szczegółów się nie dostrzeże. Chcę czasem działać słabiej, bo chwilowa słabość i wycofanie są na dłuższą metę bardzo skuteczne. Chcę umieć odpuścić to, co na pozór atrakcyjne, bo nowe, gdyż im więcej nowego, tym więcej powierzchownego, a na starość mi się na głębię zbiera.

Prawie codziennie mam kilkadziesiąt tematów na tapecie. Bardzo różnych. Czasami krótka rozmowa, żeby ktoś tam wiedział, co ma dalej robić (ale trzeba usłyszeć i zrozumieć). Kiedy indziej poważne wieloosobowe spotkanie nad bardzo strategicznym tematem (i trzeba wiedzieć, co jest ważne, a co tylko nieistotnym szumem prosto z ministerstwa). Jeszcze indziej małe decyzje, krótkie podpisy, niewielkie sprawy, ale każda z nich ma znaczenie. Albo maile, w których jest bardzo dużo wiedzy, którą nie wiadomo jak wchłonąć, a przecież olać nie można. I pisma napisane mniej lub bardziej ludzkim językiem, na który wewnętrzny grammarnazi reaguje bardzo źle, choć zewnętrzne okoliczności zmuszają do przepuszczenia. I coraz bardziej zapełniony kalendarz, który nie wiedzieć czemu nie chce być bardziej pojemny.

A potem nagle wpada temat personalny, którym trzeba się zająć natychmiast i w którym chodzi o to, żeby wysłuchać bez pośpiechu i dać się wygadać. Bardzo łatwo przeoczyć te najważniejsze rozmowy i niechcący spojrzeć na zegarek w niewłaściwym momencie, bo akurat odezwie się jakieś powiadomienie na nadgarstku. I stracić ten krótki moment prawdziwego kontaktu z jednym ze swoich ludzi.

Przy najważniejszych rozmowach nauczyłam się zdejmować smartwatch z ręki i odwracać od ściany, na której wisi zegar. Bo wtedy trzeba dorozmawiać do końca. Zwłaszcza, że zarządzania ludźmi i procesami najczęściej nie da się wpisać w harmonogram.

Ale maili i spraw nie ubywa. Więc wracam późno do domu, późno jem kolację, późno mówię Radkowi, że ledwo żyję, a potem i tak muszę znowu usiąść do kompa, bo ważne rzeczy na chwilę odsunęły te pilne, a emocjonalne sprawy przysłoniły te nudne.

Mam zajebistą pracę, która mi daje mnóstwo satysfakcji i w której rozwijam się każdego dnia w gronie znakomitych ludzi, z którymi uwielbiam pracować. Mam też wyczerpującą pracę, która mnie nieraz wpędza w nadmierny stres i w której walka o najmniejszą zmianę potrafi w godzinę zużyć miesięczny zapas energii. Bo po co zmieniać, skoro zawsze tak było.

A zatem wolniej. Słabiej. Ciszej.
Żeby odzyskać równowagę i jakąś namiastkę życia towarzyskiego.
Gdyż pracoholik jest bardzo marnym kumplem, a na imprezach zasypia przed wszystkimi.
A ja się dramatycznie stęskniłam za moimi przyjaciółmi, choć to zazwyczaj ja nie mam dla nich czasu.
Trochę przypał, prawda?