wtorek, 13 marca 2018

320. Puste gniazdo

Tymczasem dziecko mi się wyprowadziło.
Wzięło i wyprowadziło.
Jakoś szybko to wyszło i sama nie wiem, czy mi się to podoba.

Na początku roku zaczął szukać pracy, po dwóch tygodniach podpisał umowę, po kolejnych dwóch poszedł do roboty, w międzyczasie zaliczył sesję, a zanim luty się skończył - znaleźli mieszkanie, podpisali umowę, zapłacili kaucję i tyle ich widziano.

Nie spodziewałam się, że mój syn będzie tak skuteczny w realizacji swoich planów i zamierzeń.
Z pewnością rzeczywistość go do tego zachęcała, bo i praca bardzo dobra i powierzchnia naszego mieszkania niewystarczająca dla czworga, ale i tak jestem pełna podziwu, że w tak krótkim czasie dopięli swego i wynajęli swoje własne małe mieszkanko.

I w ten oto sposób zanim zdążyłam się dobrze przyzwyczaić do tego, że mój malutki synek już nie jest taki malutki, chodzi do pracy i zarabia miliony monet, to musiałam się zmierzyć z tym, że jego pokój jest pusty, kolejki do łazienki się definitywnie skończyły, a zmywarka się zapełnia geometrycznie wolniej.

Jest mi dziwnie.
Bo tu nie tylko chodzi o to, że nagle znowu zaczęłam mieszkać bezdzietnie (pierwszy taki czas był wtedy, gdy z jego ojcem mieliśmy opiekę naprzemienną, kolejny - bardziej znaczący - gdy oni całą rodziną wyjechali na dwa lata do Houston, TX). I problemem nie jest to, że nie ma komu wyjść z psem po południu, czy też nie można już napisać na naszym patorodzinkowym czacie "niech ktoś kupi papier toaletowy, bo się właśnie skończył". I nie jest kwestią to, że nareszcie mogę chodzić półnaga po mieszkaniu ("pół-" bo to nadal jest parter) i że w nocy nikt nie robi sobie obiadu i nie zostawia potem naczyń w zlewie. Nie. To są wszystko skutki uboczne. Części z nich się spodziewałam, i nawet trochę ich oczekiwałam, bo mieliśmy już stanowczo za dużo par butów w przedpokoju, a innych nie wymyśliłabym (chociażby to, że Młody zabierze połowę narzędzi, w tym śrubokrętów, bo jednak większa część była jego własnością).

Jest mi dziwnie, bo mam wrażenie, że właśnie się skończyło moje macierzyństwo.
To znaczy wiem, oczywiście, że matką będę całe życie i matka siedzi z tyłu (sprawdzić, czy nie ksiądz), ale jakiś bardzo ważny etap się właśnie skończył i teraz będzie inaczej.

Więc w głowie mam pełno wątpliwości.
Czy aby zdążyłam być fajnym rodzicem? Czy te dwa lata dorosłego wspólnego życia były na tyle dobre, że Młody będzie miał dobre wspomnienia? Czy będzie chętnie do mnie przychodził, skoro nie gotuję, i czy to właśnie na obiadkach niedzielnych (Radek obiecał, że coś upichci, dzieci się chętnie wproszą) ma się opierać nasza relacja? A może lepiej pójść z nim pobiegać, skoro zamieszkali 850 metrów w linii prostej? Albo do kina wyciągnąć (ale jak to zrobić sensownie, skoro on mieszka z moją synową in spe). Piszę o tym wszystkim otwartym tekstem, wiedząc, że oboje mogą to przeczytać, bo z Młodym już o tym rozmawiałam, więc to żadna tajemnica.

Tak, nie wiem, czy byłam dobrą matką. I nie wiem, jak dalej tę relację ustawiać, żeby nie wciskać im się w rzeczywistość i pozwolić im sobie ją stworzyć, a jednocześnie nie opuścić i interesować się na tyle, żeby wiedział, że jestem. Że - tak jak zawsze - idę krok za nim. Nie tylko po to, żeby mógł się swobodnie rozwijać, ale też po to, żeby go złapać, gdy zacznie upadać.

I nie wiem, jak traktować tego młodego dorosłego, którego chciałabym co jakiś czas jeszcze przytulić, bo przecież to moje małe dzieciątko, co to nie dalej niż wczoraj ważyło 4 kilo i w ogóle nie chciało spać w ciągu dnia. I z którym chciałabym móc pogadać jak człowiek z człowiekiem, ale akurat tak się niefortunnie dla mnie składa, że on jest tak bardzo introwertykiem, jak ja ekstrawertyczką, więc najlepiej nam wychodziły głębokie rozmowy przy przypadkowych pracach domowych, a teraz tych prac już nie ma. I którego powinnam kopnąć w tyłek, i to mocno, coby nie rzucał studiów i podjął właściwe dorosłe decyzje.

No ale go już tutaj nie ma, a na pytanie: "co dobrego? jak się macie? wszystko w porządku?" odpisuje rzeczowo: "tak".

Więc siedzę sobie przy jego biurku, w jego pokoju, w jego fotelu. Chcę sobie zrobić tutaj gabinet do pracy, taki tylko mój, coby nikt mi nie ruszał moich papierów na biurku. Patrzę na te liczne rzeczy, które zostawił, bo "tam brakuje im półek", bo "rower chyba niepotrzebny", bo "nie wiem, czy chcę to zabierać". I myślę sobie, że zapewne on zrobi to samo z moim mieszkaniem, co ja zrobiłam u mojej mamy - po dziś dzień są tam kartony, które miałam odebrać, a w nich moje nuty i partytury oraz inne notatki z czasów licealnych.

Wygląda na to, że taka już kolej rzeczy.
Dzieci przychodzą i odchodzą.

A ja mogę co najwyżej nie przeszkadzać w tym jego rozwoju i mieć nadzieję, że to, co miałam przekazać, jakoś dotarło i zostało wchłonięte. I że udało mi się nadmiernie nie zepsuć tego, co dostałam 20 lat temu. I że ta więź jakoś przetrwa.