wtorek, 20 lutego 2018

319. Czterdzieści lat, czyli młodości dodaj mi skrzydła!


No i dopadło mnie.
Ja też już jestem czterdziestka.
Od dzisiaj.

Trochę mi z tym dziwnie, bo zawsze mi się wydawało, że w tym wieku ludzie są już starzy, a przynajmniej uczesani i przezorni. A ja? Nie dość, że nieszczególnie wyglądam na swój wiek, to jeszcze zachowuję się nieraz jak bardzo młode dziewczę, jakby mi tej młodości wiecznie było mało.

No bo jest jej mało. I przez wiele lat było jej jeszcze mniej.



Na pewno byłam dużo starsza, gdy w wieku 20 lat musiałam się zmierzyć z nieco za wczesnym macierzyństwem i nieco zbyt trudnym małżeństwem, okraszonym katolickim poczuciem winy i przekonaniem, że Bóg mi cierpienie wynagrodzi. Stara wtedy byłam, dojrzała i doświadczona. A w głowie cieszyłam się tym, że mam już wszystko - syna, męża, mieszkanie i pracę. Na szczęście szybko przyszło otrzeźwienie.

Starsza też byłam chwilę później, gdy zdawałam egzamin na stałego urzędnika unijnego, kariera już na zawsze ustalona, z wyróżnieniem zdałam. Mogłabym tam dzisiaj kolejne sprawności zdobywać i poziomy pensji oraz benefitów. Stara byłam i skutecznie wypracowałam sobie wygodną pracę w strukturach europejskich.  Na szczęście jakaś część mnie samej się znudziła samym myśleniem o takim życiu, więc podążyła za innymi wyzwaniami (a inna część przez wiele lat miała tę decyzję przeklinać, bo przecież dużo spraw byłoby prostszych gdyby, a w szczególności kredyt).

Wyjątkowo stara byłam, gdy mój syn miał studniówkę. Gdy zdawał maturę. Gdy poszedł na studia. I gdy podpisał umowę ze swoim pracodawcą. To ostatnie było nie tak dawno i rzeczywiście stara wtedy byłam jak stąd do Starego Sącza. Na szczęście na co dzień nikt nie chce mi wierzyć, że mam dorosłego syna, a jego koledzy patrząc na nasze wspólne zdjęcie w mieszkaniu, pytają czy ma starszą siostrę.

O, stara też byłam, gdy po raz pierwszy ktoś do mnie powiedział: "Pani Dyrektor". Dzisiaj się już do tego przyzwyczaiłam, ale przez kilka tygodni zastanawiałam się, do kogo oni tak naprawdę się zwracają, bo przecież to brzmi tak strasznie poważnie.

Ale za to młoda byłam, gdy jeszcze parę lat temu jeździłam na festiwale, siedziałam w dżinsach na chodniku i piłam piwo ze znajomymi i nieznajomymi, i tego piwa było tyle, że nie do końca pamiętam.

Młoda byłam, gdy z pewnym Teklakiem całowałam się na pamiętnym balkonie i nikt już nie wiedział, czy aby na pewno z nami wszystko w porządku.

Młoda byłam i buńczuczna, gdy jednego dnia kupiłam swój pierwszy samochód, a następnego pojechałam nim do Szczecina, i przejechałam całą trasę w 5,5 godziny, a jeszcze nie było autostrady po całości. No dobra. Młoda i głupia.

Młoda też byłam, gdy wierzyłam kolejnym dziwnym facetom i dawałam się im omotać. I gdy potem nie mogłam zrozumieć, czemu oni kłamią, skoro przecież kłamać nie należy.

I młoda byłam po wielokroć, gdy zachwycałam się zbyt pięknym zachodem słońca w Nowym Meksyku, zbyt kolorowym tłumem w Marrakeszu, zbyt zimną wodą nad Atlantykiem i zbyt krótką nocą w San Francisco.




A dzisiaj?
Dzisiaj czuję się jeszcze młodsza.

Mam wszystko, co mi potrzeba do szczęścia, choć na wszelki wypadek się tym nie chwalę, bo dziś jest, jutro nie ma, więc po co się przyzwyczajać. Mam też poczucie i to bardzo głębokie, że co by się nie wydarzyło, jestem na tyle już silna i stabilna, że jakoś sobie poradzę.

Czuję, że mogę żyć i mogę się śmiać i nareszcie nie muszę się wstydzić tego, kim jestem. Nie jestem typowa i typową być nie chcę. I zrozumiałam, zresztą całkiem niedawno, że niektórzy mnie lubią, inni mniej, a ja na to właściwie nie mam wpływu.

Decydować natomiast mogę o tym, z kim chcę przebywać i koło kogo usiąść, choćby na chwilę. I korzystam z tego prawa, bo tak jest przyjemniej. A życie nie jest po to, żeby tkwić w czymś, co nie działa. Szkoda światła i szkoda prądu na relacje toksyczne. Drugiego człowieka nie zmienię, a nad sobą pracować mogę niezależnie od tego, czy on jest blisko czy daleko.

Wiem, że warto próbować kilka razy, ale wiem też, że trzeba umieć powiedzieć sobie: starczy.
Lubię swoje rozmaite reakcje - swoją złość, gdy nie mogę tego, co chcę. I swoje lęki, które mnie chronią przed nieznanym. Swoją odwagę, gdy staram się je przezwyciężyć. I swoją radość, gdy coś mi wychodzi. Swoją energię, gdy widzę sens. I swoje skupienie, gdy jestem przekonana, że warto dać z siebie wszystko. I swój intelekt, który nieraz mi przeszkadzał, a teraz bardzo zgrabnie wspiera na każdym kroku. I intuicję, której się słucham coraz częściej i coraz słuszniej.

Tak po prawdzie, to zwyczajnie lubię siebie.



Za to nie lubię rozpamiętywać, co było wczoraj, bo wczoraj ma jedynie sens, jeśli pomoże sprawić, aby jutro było lepsze. Nie interesuje mnie, kto jest winny, a jedynie, co zrobimy, żebyśmy w przyszłości uniknąć tego samego błędu. Przy czym skoro wczoraj już było, a jutra jeszcze nie ma, to zasadniczo wolę myśleć o tym, co teraz. I rozkminiać, analizować, manipulować i kombinować. To lubię najbardziej.

Nie pamiętam twarzy, nie pamiętam imion i nie pamiętam szczegółów. Pamiętam za to liczby, daty, miejsca i zapachy. A gdy patrzę na drugiego człowieka, widzę jego historię, jego możliwości i jego braki. I staram się to wszystko uwzględniać, bo im realniejsze oczekiwania w stosunku do innych, tym większe szanse, że nie będę rozczarowana.

Jeżeli już wiem, czego chcę, to wiem też, co zrobić, żeby to osiągnąć. Wiedza u mnie wchodzi całymi pakietami. Za to jeśli nie wiem, to warto mi dać czas. I kogoś do rozmowy, bo najlepiej mi się myśli w interakcji. Co nie zmienia faktu, że lubię też posiedzieć sobie sama i podróżować lubię w pojedynkę.

Bo w samotności człowieka jest więcej.

Trochę już siebie znam, troszeczkę, i jest mi z tym naprawdę dobrze.
Więc plan jest taki, że teraz będę zbierać owoce.
Pierwsze 40 lat było trochę pod górkę.
Druga czterdziestka zapowiada się nieco łatwiejsza.

Życie, napierdalaj! 

niedziela, 4 lutego 2018

318. Czemu służy ten narodowy mechanizm obronny?

- Z fascynacją obserwuję dyskurs publiczny, którego celem jest wybielenie zachowań niektórych Polaków w trakcie wojny. Zastanawiam się, czemu służy to zaprzeczanie faktom - czy wynika ono z poczucia winy, że się za mało zrobiło, żeby uratować tych, których ratować należało? Co jest tak trudnego w zaakceptowaniu, że część Polaków zachowywała się niewłaściwie, że aż musimy to wyprzeć z naszej polskiej świadomości? Czemu służy ten narodowy mechanizm obronny? 

- Być może chodzi o wzmocnienie naszej narodowej tożsamości poprzez najpierw wytworzenie, a następnie wykorzystanie konfliktu z tymi, którzy Polakami (prawdziwymi Polakami) nie są? Silniejsze różnice międzygrupowe są zapewne dobrym sposobem na wzmocnienie spójności wewnątrzgrupowej. 

- Ja jednak nie rozumiem: mamy przecież w swojej historii wystarczająco bohaterów, żeby na nich budować swoje polskie i narodowe poczucie wartości. A budowanie na pozytywach jest nie tylko bardziej efektywne, ale także trwalsze. Jeśli chcemy być skuteczniejszym i szczęśliwszym narodem, pracujmy nad narodowym poczuciem wartości opartym na naszych zaletach i kompetencjach, a nie na szukaniu wrogów, z którymi można by walczyć. Zmienić wszak możemy tylko samych siebie. 

- No ale skoro tak wiele osób rozumie patriotyzm jako gotowość do walki w sytuacji zagrożenia, to trudno się dziwić, że zarządzanie przez pomnażanie wrogów jest tak skuteczne. Polacy czują się silnym narodem, gdy mają wspólnego wroga. 

- Czyli ta cała awantura o Polaków i Żydów i naszą wspólną i niełatwą historię służy nie tyle kolejnym podziałom, bo te są już wystarczająco oznaczone, ale jest sposobem na wewnętrzne wzmocnienie tych, którzy w ramach dość spójnej dotychczas grupy zaczęli - być może - mieć wątpliwości. Potrzeba było silnego uderzenia, mocnego wroga.
- Skąd się ta potrzeba wzięła? Co takiego się zmieniło w ostatnich tygodniach, że dotychczasowy wróg nie wystarczał do zarządzania strachem? Uchodźcy. Tak. O nich jest wyjątkowo cicho. Żydzi są lepszym wrogiem, bo silnym. A o uchodźcach już nawet nasz polski Kościół zaczął mówić z empatycznym współczuciem, nie wspominając o Franciszku, o którym większość wolałaby zapomnieć. 

- A zatem uchodźcy nie są już wspólnym wrogiem. Trzeba było stworzyć nowego. Jakże wygodnym wrogiem jest Żyd z czasów wojny, ofiara ówczesnego nazizmu i społecznego lęku. Przecież Polacy też umierali i to nieraz w gorszych warunkach, i trzeba to wreszcie podkreślić. Zbudujmy nasz patriotyzm na tym, że my także byliśmy ofiarami. Ofiarami i bohaterami.
Biedni, ale waleczni.
Jedyni sprawiedliwi.
Bohaterowie bez jednej rysy.
Tylko tacy mogą stać na naszych pomnikach i w naszych podręcznikach.
A jeśli uważasz inaczej, nie jesteś Polakiem.