sobota, 13 stycznia 2018

317. O twardym HR i o filozofii, która z niego wynika

Siedzę ostatnio w przepisach prawa pracy. Wynika to głównie z potrzeb służbowych, ale skłamałabym, gdybym twierdziła, że się nie wkręciłam. Zresztą już nieraz mówiłam, że gdybym na nowo miała decydować o swojej karierze edukacyjno-zawodowej prawdopodobnie poszłabym na prawo.

Dostałam (w prezencie!) kodeks pracy z komentarzem i przepisy prawa pracy w postaci kompendium, więc siedzę i czytam. Dołączyłam też do kilku grup na facebooku, gdzie panie z kadr i finansów wymieniają się konkretnymi radami na temat wyliczania różnych urlopów czy też trzynastek. Powoli zaczynam rozumieć różne zawiłości, które do tej pory wydawały mi się czarną magią.

Już wiem, dlaczego osoba na pół etatu ma de facto 26 dni urlopu, a nie 13, i potrafię określić, kiedy pracownik ma jeszcze 1 miesiąc wypowiedzenia, a kiedy należy mu policzyć 3 miesiące. No i zasada 33 miesięcy, po których już musi być umowa na czas nieokreślony.

Albo czy wiedzieliście, że choć w 2018 roku kwota wolna od podatku wynosi 8000 zł, to kwota dopuszczalnego dochodu dla dorosłego dziecka, z którym samotny rodzic chciałby się rozliczyć podatkowo, wynosi nadal 3089 zł?

Tych mniej lub bardziej drobnych przepisów i zasad jest multum. Mam takie fajne wrażenie, że o ile dotychczas rozwijałam się w miękkim HR i tworzyłam systemy zarządzania oparte na dobrym rozumieniu potrzeb i motywacji swoich pracowników, o tyle teraz dokładam bardzo konkretną wiedzę z zakresu twardego HR.

Wydawać by się mogło, że przepisy ograniczają, bo tworzą nieelastyczną rzeczywistość, do której trzeba się dostosować. To tylko jedna strona medalu. Kiedy się na nie patrzy z punktu widzenia ustawodawcy i jego intencji, to widać, że polski system prawa pracy został stworzony w dużej mierze z myślą o pracowniku i jego bezpieczeństwie.

Czy wiedzieliście, na przykład, że liczbę dni urlopowych się zawsze zaokrągla w górę? Jeśli więc z kalkulacji wynika 2,16 dni, to pracownikowi udzielamy 3 dni urlopu. Albo wyliczenie prawa do 26 dni urlopu (trzeba mieć 10 lat stażu pracy, rozmaite poziomy edukacji zaliczają różną liczbę lat) - załóżmy, że nasz pracownik właśnie skończył studia dwustopniowe i przez całe studia pracował zawodowo. Czy ma prawo do 26 dni urlopu czy nie? Rolą pracodawcy jest sprawdzić, która wersja będzie bardziej korzystna dla pracownika - czy po prostu lata za magisterium (8 lat) czy może lata za liceum (4 lata) + dotychczasowe 5 lat pracy czy też lata za licencjat (8 lat) i 2 lata pracy po dyplomie licencjata (w sumie 10).

Albo inna sprawa - jeśli w danej dobie pracownik pracuje co najmniej 6 godzin, to ma prawo do co najmniej 15 minut przerwy, która jest wliczona do czasu pracy. A osoba niepełnosprawna ma prawo do dodatkowych 15 minut na gimnastykę lub wypoczynek.

Podoba mi się to podejście. Jako przełożona swoich pracowników chcę mieć pewność, że traktuję ich nie tylko sprawiedliwie i zgodnie z tym, co jest dla nich ważne, ale również w ramach pewnego systemu prawnego, który nie tylko determinuje pewne zachowania, lecz także "wymusza" na mnie właściwe podejście.

Są oczywiście przepisy mniej fajne, jak to, że prowadzenie działalności gospodarczej nie zalicza się do stażu pracy, nawet jeśli składki na ZUS w przypadku działalności obejmują dokładnie te same obszary, co przy pracy etatowej. W ogóle osoby pracujące w oparciu o jednoosobową działalność gospodarczą miewają pod górkę. Zapewne nie muszę wspominać o przedsiębiorczyniach w ciąży, które muszą się wykłócać z ZUSem o swoje zasiłki macierzyńskie (bo ZUS wychodzi z założenia, że podwyższenie składki na czas ciąży jest formą oszustwa), ale to nie wszystko - osoba zatrudniona na etacie i jednocześnie prowadząca działalność musi odprowadzać składkę na ubezpieczenie zdrowotne w obu miejscach, choć przecież - jeśli choruje - to nie choruje podwójnie.

Bogu dzięki nie jestem polityczką i nie muszę decydować o tym, czy możliwość pracowania w oparciu o umowy cywilnoprawne jest dobra czy nie. Im bardziej się jednak wgłębiam w przepisy prawa pracy, tym bardziej widzę, że one realnie chronią pracownika. A zleceniobiorca, autor czy też przedsiębiorca z tych mechanizmów skorzystać nie mogą.

Fajnie by było, gdyby młodzież dostawała bardzo konkretną edukację na temat tego, czym się realnie różni śmieciówka od umowy o pracę. Bo tu nie tylko chodzi o emeryturę, kodeksowe dni urlopowe, ciążę i zwolnienia chorobowe.

To jest podejście do pracownika i jego pracy.

W umowie o pracę wiele rzeczy jest określonych i opisanych - podmiotem tej logiki jest pracownik, jego możliwości i stan psychofizyczny. Pracodawca podejmuje się swoistej odpowiedzialności za drugiego człowieka, który czasami jest w stanie pracować, a czasami nie, i nikt z tego powodu nie powinien mieć do niego pretensji.

Natomiast w śmieciówce liczy się właściwie tylko praca. Pracodawca oczekuje efektu i na nim się skupia. Człowiek jest dużo mniej istotny - ma znaczenie tylko wtedy, gdy pracuje. Jeśli więc podmiotem jest efekt, to zrozumiałe jest, że w tej logice stan psychofizyczny człowieka jest kompletnie nieistotny i nie wymaga żadnych ustaleń.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że każde z tych podejść generuje inne koszty dla przedsiębiorcy. Uważam jednak - i to jest ta moja lewicowa część, do której dorosłam całkiem niedawno - że niezależnie od tego, z jaką formą umowy społecznej mamy do czynienia, jej podmiotem powinien być człowiek, a nie potencjalny zysk przedsiębiorcy. 







sobota, 6 stycznia 2018

316. Chodziłam na terapię.

Wychodziłam wczoraj z księgarni, gdy ktoś do mnie powiedział: "dzień dobry". Odpowiedziałam odruchowo, bo jednocześnie pakowałam zakupioną książkę do torby i rozplątywałam słuchawki, następnie się przyjrzałam i zastanowiłam się, czy to aby jest na pewno ta osoba, o której pomyślałam. Gdyż z rozpoznawaniem twarzy, jak wiecie, u mnie słabo.

Ale tak, to był on, mój terapeuta sprzed... no właśnie... to była kolejna myśl... sprzed ilu lat? Policzyłam naprędce - z byłym mężem rozstałam się w 2004 roku i w miarę od razu trafiłam na terapię. Czyli 14 lat. Zanim zdążyłam dokonać tej kalkulacji już go dawno nie było - kiedy przechodził obok mnie, był w trakcie rozmowy telefonicznej i "dzień dobry" powiedział głównie skinieniem głowy i bezdźwięcznym ćwierćgębkiem.

A zatem terapeuta. Po tylu latach. Uruchomiło to wiele wspomnień w głowie. I wiele przemyśleń.

Z początku miała to być zwykła interwencja kryzysowa, w sensie że kilka nieskomplikowanych spotkań w trudnym momencie życia, coby mieć profesjonalne wsparcie. Rozwodziłam się, byłam emocjonalnym wrakiem człowieka i bardzo potrzebowałam pomocy. Po tych kilku sesjach było jasne, że tematów jest dużo więcej i przyda mi się normalna relacja terapeutyczna.

Wcale nie byłam pewna, czy to powinien być ten człowiek i ten nurt, bo mój temperament mnie raczej skłaniał do terapii behawioralnej, krótkoterminowej i konkretnej, a tutaj trafiłam (z polecenia i rekomendacji) na nurt psychodynamiczny, czyli terapię, gdzie więcej było analizy i rozkminiania niż znajdowania rozwiązań. Z dystansu już wiem, że to było bardzo sensowne, bo raz otwarta, a następnie domknięta przeszłość pozwala się następnie skupić na teraźniejszości.

Wówczas jednak chodził mi po głowie ten dowcip o człowieku, który przyszedł do psychoanalityka z problemem. A mianowicie ptak mu nasrał na głowę. Zaczęli więc razem się zastanawiać, skąd ten ptak leciał i dokąd, jakich miał rodziców i czy nie był bity w dzieciństwie, a także szukali powiązań między tą kupą a  aktualnym życiem seksualnym tego człowieka, snami jego żony i odruchami ich dzieci. Pytaniom nie było końca. W drugiej kolejności człowiek ten poszedł do terapeuty behawioralno-poznawczego, przedstawił problem, a tamten podał mu chusteczkę i zaproponował, żeby starł kupę z głowy.

Żeby jednak było jasne - to nie jest tak, że terapia behawioralno-poznawcza jest dobra na wszystko, a psychoanaliza i jej pochodne są nic niewarte. Wręcz przeciwnie: są różne osoby, różne tematy i różne potrzeby.

Ja nie żałuję. Nie żałuję tych 4 lat spotkań i całkiem sporej inwestycji finansowej (kiedyś liczyłam, że wydałam równowartość małego samochodu). Nie żałuję tych momentów, kiedy miałam serdecznie dość, a jednak dalej szłam. I tej ciszy, od której zaczynało się każde spotkanie, a ja drżałam, że nie będę wiedziała, co powiedzieć. Terapeuta był jak mądrzejsze ode mnie lustro. Przeglądałam się w nim bardzo dokładnie. A najbardziej nie żałuję tych momentów, gdy nagle wszystko się w głowie układało i w drodze powrotnej wiedziałam już wszystko: co zrobić, jak to zrobić i dlaczego.

W okresie terapii odkryłam bardzo wiele swoich mechanizmów i skryptów działania. Jednym z ważniejszych było uświadomienie sobie, że jeśli realnie wiem, czego chcę, to potrafię to osiągnąć. Problem polegał na tym, że ja bardzo często nie wiedziałam. Nikt mnie nigdy nie pytał, co lubię, to po cholerę miałam się nad tym zastanawiać. Robiłam, bo musiałam. Albo dlatego, że wypadało.

Inną ważną myślą była ta, że nie muszę być idealną matką. Że małe błędy popełnia każdy i to, że raz czy drugi coś mi nie wychodzi, nie oznacza, że jestem złą matką. Co więcej, mój syn być może nawet nie zauważy niektórych spraw, za to w pamięci zachowa zupełnie inne, które dla mnie były całkowicie w porządku. I nie mam na to szczególnego wpływu.

No właśnie - martwić się tym, na co mam wpływ i dopiero wtedy, gdy już realnie jest się czym martwić. Nie próbować zmieniać ludzi, bo to niemożliwe, za to pracować nad sobą i obserwować (z zaskoczeniem!), jak świat się dostosowuje. Poszukać w sobie tego, co się lubi i nauczyć się to komunikować, bo skąd inni mają wiedzieć, na czym mi zależy, jeśli im tego nie powiem.  Nie zakładać, że to, co inni robią jest skierowane przeciwko mnie lub skoncentrowane na mnie. To, co inni robią i mówią, jest najczęściej związane z nimi, a nie ze mną.

Ach i jeszcze kontakt ze złością. Kiedy zaczynałam terapię, moją najsilniejszą i najczęstszą emocją był lęk. Jak nie wiedziałam, co powinnam czuć, to się bałam. Czasami było mi smutno, ale lęk był zawsze silniejszy. Złości nie czułam. Złość była "złą" emocją i złości się bałam. Jako ofiara przemocy bałam się, że wyrażenie złości spowoduje jeszcze większy atak ze strony agresora. Dość typowy mechanizm. Na początku musiałam się więc nauczyć, kiedy tak naprawdę odczuwam złość. Czy też raczej kiedy mogłabym ją odczuwać. Musiałam jej szukać.

Wypracowałam sobie wówczas ciekawy mechanizm, rzecz jasna intelektualny. Zauważyłam, że wtedy, kiedy najbardziej się boję i denerwuję, zaczynam kaszleć krtaniowo (początki astmy oskrzelowej), a jeśli pogrzebię w przyczynach tego lęku, to właśnie wtedy powinnam odczuwać złość i na tej złości budować. Więc sobie tę drogę skróciłam - ilekroć pojawiał się kaszel krtaniowy, tylekroć zaczynałam szukać źródła złości. I starałam się dawać jej upust.

Z czasem nauczyłam się rozmawiać ze swoją złością i nawet ją zaakceptowałam. A jeszcze później (całkiem niedawno) zrozumiałam, że złość jest nośnikiem ogromnej energii i warto to wykorzystywać.

Przez te ostatnie 14 lat wiele się w moim życiu zmieniło. Bez wielkiej przesady mogę powiedzieć, że jestem innym człowiekiem, a i codzienność jest inna. Spokojniejsza, stabilniejsza, szczęśliwsza i bardziej przewidywalna, a jednocześnie bardzo angażująca, urozmaicona i pod świadomą kontrolą. Wyznaczam sobie cele, potem je realizuję, a jak się nie uda, to przeformułowuję.

I cieszę się własnymi sukcesami, a z porażek wyciągam wnioski.
Brzmi mało interesująco i dość książkowo, zdaję sobie z tego sprawę, na pograniczu coehlizmów.
Ale mówią, że szczęście jest nudne.