piątek, 28 grudnia 2018

324. Wigilia dla Emerytowanych Gangsterów 2018

Wigilia była zawsze dla mnie najważniejszym świętem w roku.

Długo oczekiwanym rodzinnym spotkaniem przy zastawionym stole, przewidywalnym i powtarzalnym ciągiem uroczystych zdarzeń, białą koszulą, smakiem opłatka i śledzi w oleju, pięknie zapakowanymi prezentami, ale także płaczem, gdyż moje starsze rodzeństwo co roku się zakładało, które z nich pierwsze mnie doprowadzi do łez (tak, Piotrze, tak, Aniu, pamiętam o tym ;). I chociaż nie lubię rutyny i wiecznie szukam zmiany, to w Wigilię lubiłam, gdy wszystko się działo we właściwy sposób i poprawnej kolejności. Ciasto kręcone Babci Walentyny, kwaśne mandarynki z pestkami i zimna Coca Cola, której Mama nie pozwalała trzymać na stole. 

Na początku Ojciec czytał, że "w owym czasie wyszło rozporządzenie" z Ewangelii Łukasza, potem składaliśmy sobie życzenia łamiąc się opłatkiem (każdy każdemu, trudna sprawa, gdy się chwilę wcześniej na kogoś nawrzeszczało, więc nie opłacało się kłócić tuż przed świętami), później barszcz, sałatka jarzynowa i kawior (taka nasza rodzinna tradycja), kapusta, ryba, ziemniaki, a przy słodkościach "czytało się" prezenty. Wielki worek prezentów, gdyż każdy każdemu coś kupował. 

Cały rok czekałam na ten moment, w którym okazywało się, że jednak się nawzajem lubimy i potrafimy sobie sprawić fajne rzeczy, czasami całkiem przydatne, a czasami bardzo wymarzone. W swojej dziecięcej głowie przeliczałam liczbę prezentów na ilość miłości. Im więcej i im drożej, tym bardziej się czułam kochana. Mówią, że to normalne, gdy się jest trzecim dzieckiem w nieszczególnie zamożnej i tym bardziej niematerialistycznej rodzinie. ;)

W ostatnich latach nam się te święta pozmieniały. Rodzice wyprowadzili się na Suwalszczyznę, trzeba u nich codziennie palić w piecach, więc nie bardzo można opuszczać dom zimą, a jednocześnie chałupa jest trochę za mała, żeby nas wszystkich ugościć. Zresztą i dojechać byłoby ciężko, bo w rodzinie mało aut i jeszcze mniej praw jazdy. Latem jest prościej, gdy PKSy normalnie kursują, a trawnik przed obejściem jest idealny pod namiot. 

Chcąc nie chcąc (a w moim przypadku bardzo nie chcąc) zaczęliśmy sobie radzić inaczej. Nasze rozłożyste patchworkowe rodziny stworzyły sieć powiązań i zależności i ciężko je wszystkie obsłużyć świątecznie. Jeśli mój syn miał spędzić choć część Wigilii ze swoim ojcem, to ja nie miałam szans pojechać na północ, a Radek nie bardzo mógł do swoich, na południe. Jeśli mój brat chciał być ze swoimi dziećmi, to spotkać się mogliśmy dopiero w pierwszy dzień świąt, gdy tymczasem drugi brat wybierał między świętami z nami lub z dziewczyną. O siostrze nawet nie piszę, bo ona za daleko i równie skomplikowanie pod względem rodzinnym. 

Jedno jednak było zawsze oczywiste - w święta Bożego Narodzenia nikt nie powinien być samotny. Przez te wszystkie lata nadałam temu dniu ogrom znaczeń i oczekiwań. W mojej głowie jest to więc kwintesencja święta miłości, bliskości, uważności, ciepła i wrażliwości. Taki dzień, w którym chcę mieć do kogo się przytulić i komu powiedzieć, że jesteś dla mnie ważny i dziękuję, że jesteś. Taki dzień, w którym wszystkie moje dziecięce zmysły i niedokochania są bardzo uwrażliwione.

Dlatego nieraz zapraszałam różnych swoich - bliskich, dalszych, najbliższych - jeśli wiedziałam, że nie mają rodziny, z którą by mogli spędzić ten wieczór. I zawsze się znalazły dla nich prezenty, to było dla mnie bardzo ważne, żeby nawet niespodziewany gość, ten od pustego talerza (a kiedyś i taki nam się zdarzył!), dostał choćby najmniejszy podarek. Już nie tyle symbol dziecięco pojmowanej miłości, ile artefakt tego, co nas łączy i oznaka mojej uważności. Prezent jest namacalnym dowodem tego wszystkiego, na co zazwyczaj brakuje czasu. 
A i nieraz słów. 

I wcale mnie nie dziwi, że właśnie dzisiaj mi tych słów brakuje, żeby Wam opisać naszą tegoroczną Wigilię. Bo wyszło bardzo inaczej i bardzo nie po mojemu. 

Rodzice znowu nie przyjechali, bracia mieli jakieś swoje plany, coraz to inne, syn z tamtą częścią swojej rodziny, a my w rozkroku między tym, na co mamy ochotę, a tym, że we dwoje to najchętniej byśmy zasiedli na kanapie i nic nie robili, taki to był męczący rok. 

I jakoś wtedy się dowiedziałam, że na Mokotowie pewni niesamowici ludzie organizują Wigilię dla samotnych seniorów, które to wydarzenie w naszej fejsbukowej nomenklaturze zostało nazwane "Wigilią dla emerytowanych gangsterów", bo pomysł powstał na grupie "Stary Mokotów Gang", gdzie wraz z sąsiadami z dzielni się wymieniamy pomysłami, informacjami, niepotrzebnymi już przedmiotami i całą masą pozytywnej energii.

Pierwsza Wigilia miała miejsce rok temu, wtedy jeszcze o niej nie wiedziałam. W drugiej - tegorocznej - wzięłam udział. A wraz ze mną Radek i moja bratowa, która tym razem nie pojechała do swoich. 

I nie wiem, jak o tym opowiedzieć, gdyż najbardziej nie chciałabym, żebyście pomyśleli, że się chwalę. Nie. Nie jest istotne to, że ja tam byłam, ale istotne jest, ile dobra tego dnia się odbyło w pewnej podstawówce na Narbutta. 

I o tym chcę właśnie, bo dobro potrzebuje reklamy i pozytywnych opowieści. 

Więc może lepiej napiszę o tych dziesiątkach ludzi z fejsbuka ("z fejsbuka? po co tak ciągle siedzicie na tym fejsbuku?"), którzy w kilka tygodni zorganizowali kilkugodzinne spotkanie dla 80 seniorów ze Starego Mokotowa. 

Znaleźli szkołę (SP 85), której dyrektor się zgodził nas ugościć. Udostępnił nam wielką salę teatralną, szatnię, korytarze, miejsce na tymczasową kuchnię i wiele innych przestrzeni. Ktoś zaprojektował zaproszenia, ktoś inny je wydrukował, ktoś znalazł sponsorów, cała masa ktosiów dotarła nieraz przedziwnymi kanałami do samotnych starszych ludzi i ich namówiła, żeby w Wigilię o 16:00 przyszli i się z nami spotkali. 

Ktoś uruchomił zbiórkę w internecie, masa ktosiów zebrała ponad 20 000 zł, ktoś pojechał zrobić zakupy, wielkie zakupy, ktoś udostępnił piwnicę, żeby te zakupy przechować. Ktoś załatwił prezenty od rozmaitych sponsorów, ktoś inny wynegocjował świetną cenę za 80 torbokółek (w różnych kolorach - dla panów i dla pań), ktoś przyszedł i spakował ogrom prezentów żywieniowych, kosmetycznych i przydatnych do tych toreb, ktoś zdobył książki i wpisał w nie dedykacje, ktoś przygotował i wydrukował vouchery do mokotowskiej kawiarni. 

Ktoś załatwił bumary, kuchenki przenośne i zastawę dla tylu osób. Ktoś się oderwał od własnych przygotowań i przyjechał w weekend nosić te prezenty, naczynia i kilogramy jedzenia. Ktoś zorganizował lampy, reflektory i softboxy, żeby nie trzeba było świecić jarzeniówkami. Ktoś inny w dniu wigilii pojechał do Ikei i dokupił lampy stojące, żeby seniorzy widzieli, co jedzą. I stoły, bo w szkole zabrakło. Ktoś przyjechał i je skręcił. 

Ktoś inny przyprowadził z rana swoje dzieci i przez kilka godzin rozkładał talerze, talerzyki, szklanki i sztućce. Ktoś wpadł na chwilę koło jedenastej, bo podwoził wspólniczkę, a został do wieczora i podgrzewał setki pierogów i krokietów, dziesiątki litrów barszczu i zupy grzybowej i rozkładał sałatkę jarzynową w półmiski, których ktoś inny nie mógł znaleźć przez kilka godzin. 

Cała ekipa ktosiów upiekła, ugotowała, usmażyła i upichciła w swoich własnych kuchniach, a potem przyniosła te smakowitości do szkoły. W miskach, półmiskach, miseczkach i wielkich garnkach (część tych misek jest zresztą nadal do odbioru). Ktoś przygotował najpiękniejsze pierniczki, ktoś inny najsmaczniejsze ciasteczka, a ktoś pamiętał, żeby zamówić kilogramy karpia w mokotowskim barze mlecznym, bo nie wszystko się dało zrobić tymi ręcami. 

Ktoś przygotował playlistę z kolędami, ktoś udostępnił swoje konto na spotify, ktoś przekonał panie woźne, żeby otworzyły salkę z nagłośnieniem, ktoś przywiózł odpowiednie kable i przedłużacze, które się zresztą przydały do lamp i lampeczek. Ktoś pozapalał świeczki, ktoś inny poustawiał krzesła, ktoś wymyślił, jak wprowadzać do sali ludzi na wózkach inwalidzkich. 

Ktoś wsiadł do samochodu i pojechał do dwóch pań, które nie mogły samodzielnie dotrzeć. Zawiózł im prezentowe torbokółki, barszcz w słoikach, sałatkę w pojemniczkach, piernik w opakowaniu, trochę chleba i pełno pierogów. I zobaczył w domu pani Krystyny, że starość bywa okrutna, a połowę podłogi w sypialni zajmują papierowe teczki z napisami "neurolog", "chirurg" i "ortopeda". A w domu pani Jadwigi, że na stole leży pół chleba i cała paczka śledzi. 

Cała gromada ktosiów rozjechała się po dzielni i przywiozła swoimi autami mniej ruchomych gangsterów, w tym czasie inne ktosie latały między kuchnią a salą (70 metrów, 8 schodków) z bumarami, talerzami, półmiskami i garnkami. Ktoś podgrzewał, ktoś rozkładał, ktoś dzielił, ktoś nosił. Część ktosiów pobiegła do swoich domów, dzieci, babć i dziadków, część ktosiów została i zaczęło się świętowanie. 

Ktoś zaprosił wszystkich do ubierania choinki, ktoś przeprosił za opóźnienie, gdy w tym czasie w kuchni wszystko wrzało, a goście się nadal schodzili. Ktoś otworzył imprezę, choć bardzo się bał zabrać głos, ale powiedział od serca, że to spotkanie jest dla niego ważne, ktoś inny zaintonował kolędę, ktoś rozdał opłatki i zaczął roznosić ciepłe dania. Ktoś był kelnerem, ktoś kucharzem, ktoś fotografem, a ktoś patrzył, czy wszystko jest na swoim miejscu. 

Ktoś zauważył, że jedna z gościń jest smutna i zbiera się do wyjścia, więc ktoś inny przyniósł jej prezent, ktoś przytulił, dyskretnie podsunął chusteczkę, wysłuchał, że stres, córka i depresja. Ktoś zauważył, że czajników nie ma, więc ktoś inny szybko umył garnki po barszczu i nastawił wodę na herbatę, a ktoś poszedł wybłagać choć jeden mały czajnik od pani woźnej. 

Ktoś wskoczył w auto i pojechał na stację benzynową po cukier i mleko. Inny ktoś w tym czasie stanął na zmywaku i zaczął czyścić tę całą zastawę, bo przecież oddać trzeba czyste. W kuchni ekipa ktosiów zaczęła pakować gościńce w przyniesione przez kogoś wcześniej pojemniki tekturowo-plastikowe. 

A inne ktosie przysiadały się do gości i spędzały z nimi ten najważniejszy z wieczorów. Ileż historii się nasłuchali, ileż ważnych słów usłyszeli. Ileż uśmiechów i łez doświadczyli. Że siostra umarła i samotność i nie ma z kim spędzać świąt. Od trzech lat. Aż do dzisiaj. Że mama nie chciała przyjść, ale udało się namówić. Że zdrowie jest najważniejsze. I że kiedyś to łatwiej było się dostać do lekarza. Że kawy bez mleka to nie można, i czy gdzieś jest cukier? Że tamta pani jest nieprzyjemna i czy mogę się przesiąść. Że za rok chciałabym się włączyć w przygotowania. Że kto to wszystko zorganizował i jaki macie KRS, bo chciałabym Wam dać swój 1%. 

No właśnie nie mamy. Bo my na fejsbuku, proszę Pani. Tak po prostu. Bez żadnego stowarzyszenia. 

Że bardzo Wam dziękuję za Wasz czas i obecność. Że bałam się przyjść, ale cieszę się, że się przemogłam. A czy mogłabym dostać kawałek tego ciasta do domu? Jeden mały mi starczy, tak, żebym miała na jutro. Ale jeśli nie można, to nie muszę. Niech starczy dla innych. 

Oczywiście, że Pani może. A może dwa kawałki Pani spakować? 

A potem ekipa ktosiów z samochodami przyjechała poodwozić gości do domów. Niektóre ktosie odprowadziły pod same drzwi, bo torbokółki z prezentami swoje ważą. Inne ktosie pobiegły do siebie i zrzuciły przepocone kuchnią koszulki, coby za chwilę usiąść przy innym stole, trochę bardziej własnym, ale trochę inaczej przeżywanym. Już na spokojnie, już bez łez w kącikach oczu. 

A tymczasem kolejne ktosie zaczęły sprzątać, zbierać, rozkładać, roznosić, czyścić, układać i doprowadzać do stanu pierwotnego tę ogromną przestrzeń, która przez krótki moment tworzyła wrażenie ciepła i bliskości. 

Która była naszym domem. 

Nie będę ukrywać, że byłam wykończona. Trochę fizycznie, bo stopy mnie okrutnie bolały od długiego biegania w kozakach, ale przede wszystkim emocjonalnie. Kilka razy w ciągu dnia zmusiłam się do wyjścia ze swojej strefy komfortu i przekroczenia swoich granic. Gdy jechałam do pań, gdy przemawiałam, gdy przytulałam i gdy próbowałam uporządkować otaczający nas chaos. 

Nie znałam siebie od tej strony. Nie wiedziałam, że potrafię tak działać. I nie zdawałam sobie sprawy, że dając tak niewiele, mogę zyskać tak wiele. Myślałam, że pomogę przez chwilę, podwieziemy ludzi, ponosimy stoły, wiecie, tak fizycznie i z boku, bez zaangażowania. Bałam się zresztą, że tak wielka ekipa prawie obcych sobie ludzi nie będzie umiała stworzyć atmosfery świątecznej dla tak ogromnej ekipy całkiem obcych ludzi. Ach, jakże się myliłam!   

Tego dnia w tej niewielkiej szkole podstawowej wydarzyło się tak dużo dobra i pozytywnych emocji, że po dziś dzień mam wilgotne oczy, gdy o tym myślę. 

W tym roku dostałam najwspanialszy prezent. 
Drodzy Gangsterzy, i starzy i młodzi, dziękuję Wam za to! 









(fot.: Karol Dzik) 



sobota, 22 grudnia 2018

323. Wolniej, słabiej, ciszej - czyli postanowienia na 2019 rok

Ależ to był intensywny rok!

Rok temu postanowiłam się skupić na trzech słowach kluczowych: jedzenie, sport i stres. Chciałam schudnąć 5 kg. I ogarnąć kwestię tego, że mój metabolizm nie działa tak, jak powinien. No to pochwalę się od razu, że się udało. Nawet dwa razy :) Najpierw tuż przed 40-tymi urodzinami, bo jestem próżna i chciałam ładnie wyglądać na imprezie, ale te kilogramy skutecznie do mnie wróciły wiosną (nieregularne jedzenie, zbyt intensywne jak na moje Hashimoto bieganie, odstawienie mięsa, więc przygarnięcie większej ilości węglowodanów, których Hashimoto nie metabolizuje prawidłowo i nadmierny stres w pracy), dlatego późną jesienią po raz kolejny się wzięłam za siebie i na razie doszłam do 6,5 kg na minusie. Czas pokaże, jak to się ułoży dalej, bo nie sztuką jest schudnąć, sztuką jest utrzymać.

A zatem trzy słowa kluczowe. (1) Jedzenie. Jem sensownie, 5 razy dziennie, Radek mi gotuje i jest w tym coraz doskonalszy. Słodyczy właściwie nie ma, niezdrowych napojów też nie, alkohol jest w ilościach homeopatycznych, a mięsa nie używam. (2) Stres. Wydaje mi się, że powoli uczę się, jak radzić sobie ze stresem, nie zajadając go. Miałam go rozładowywać bieganiem - (3) sport - ale organizm mi powiedział, że zbyt intensywnie bieganie nie jest dla mnie. Szyja mi się dość konkretnie odezwała, osteopata pomacał, pomacał, aż w końcu po kilku tygodniach macania oświadczył, że bieganie nie jest dla wszystkich i może jednak powinnam wybrać brydż albo szachy. Odpuściłam. Półmaratonu nie przebiegłam. Nawet 10-tki nie zrobiłam z okazji Biegu Niepodległości, choć się na nią zapisałam. Teraz zastanawiam się, czy przebiegnę 5-tkę na WOŚP, bo mnie kolano pobolewa, więc najwyżej przejdę żwawym krokiem. Mogłabym oczywiście inne sporty uprawiać, ale na razie mi to nie wychodzi. Kilka tygodni temu popluskałam się w basenie, niepostrzeżenie przepłynęłam 40 krótkich długości i sprawiło mi to frajdę. Wygląda na to, że muszę się przeprosić z wodą i kupić ładny kostium. Bo przecież nadal jestem próżna.

No ale wróćmy do tej intensywności. Bo 2018 rok był męczący.

Mam trochę za dużo pracy w pracy, a tematami, którymi się zajmuję, można by obdzielić kilka osób i na pewno by się nie nudziły. Jestem w tym swoim podejściu dość beznadziejnie przewidywalna - niczym sroka, która się rzuca na błyskotki, choćby ich miała już kilka w dziobie - wystarczy mi podsunąć nowy pomysł, żebym go zaczęła rozkminiać, wystarczy mi dać jakąś ciekawą propozycję, żebym się do niej przymierzyła, i niestety wystarczy też, żebym się czegoś podjęła, a już nie będę potrafiła odpuścić, bo przecież poczuję się odpowiedzialna. Moje nienasycenie, nieustępliwość i zachłanność są cennym zasobem, ale wyczerpującym też.

I dlatego od kilku tygodni mówię sobie, że czas wyhamować. Że nie muszę robić wszystkiego, a i tak nadal będzie dużo. Że nie muszę jechać na pełnym gazie, bo i tak jadę szybko. Że nie trzeba wszystkiego naraz, bo i tak jest intensywnie, nawet wtedy, gdy się robi jedno po drugim, a nie jednocześnie. Szukam w sobie "wystarczająco intensywnie i wystarczająco ciekawie", żeby moja zachłanność mnie nie wykończyła.

Więc tak, nadal chcę działać na pełnej kurwie (Państwo wybaczą, ale lubię to wyrażenie i ono mnie całkiem dobrze definiuje) ale chcę też zacząć odpoczywać. Robić nic. Zamknąć oczy i nic nie mówić. A także nic nie słyszeć. Tylko miarowe bicie serca, albo wskazówek zegara, trudno wyczuć, co jest bardziej regularne, gdy się ma zbyt niski puls, który czasem prawie zanika.

Chcę więc czasem działać wolniej, bo przy nadmiernej prędkości potrzebne jest męczące skupienie, a i tak wszystkich szczegółów się nie dostrzeże. Chcę czasem działać słabiej, bo chwilowa słabość i wycofanie są na dłuższą metę bardzo skuteczne. Chcę umieć odpuścić to, co na pozór atrakcyjne, bo nowe, gdyż im więcej nowego, tym więcej powierzchownego, a na starość mi się na głębię zbiera.

Prawie codziennie mam kilkadziesiąt tematów na tapecie. Bardzo różnych. Czasami krótka rozmowa, żeby ktoś tam wiedział, co ma dalej robić (ale trzeba usłyszeć i zrozumieć). Kiedy indziej poważne wieloosobowe spotkanie nad bardzo strategicznym tematem (i trzeba wiedzieć, co jest ważne, a co tylko nieistotnym szumem prosto z ministerstwa). Jeszcze indziej małe decyzje, krótkie podpisy, niewielkie sprawy, ale każda z nich ma znaczenie. Albo maile, w których jest bardzo dużo wiedzy, którą nie wiadomo jak wchłonąć, a przecież olać nie można. I pisma napisane mniej lub bardziej ludzkim językiem, na który wewnętrzny grammarnazi reaguje bardzo źle, choć zewnętrzne okoliczności zmuszają do przepuszczenia. I coraz bardziej zapełniony kalendarz, który nie wiedzieć czemu nie chce być bardziej pojemny.

A potem nagle wpada temat personalny, którym trzeba się zająć natychmiast i w którym chodzi o to, żeby wysłuchać bez pośpiechu i dać się wygadać. Bardzo łatwo przeoczyć te najważniejsze rozmowy i niechcący spojrzeć na zegarek w niewłaściwym momencie, bo akurat odezwie się jakieś powiadomienie na nadgarstku. I stracić ten krótki moment prawdziwego kontaktu z jednym ze swoich ludzi.

Przy najważniejszych rozmowach nauczyłam się zdejmować smartwatch z ręki i odwracać od ściany, na której wisi zegar. Bo wtedy trzeba dorozmawiać do końca. Zwłaszcza, że zarządzania ludźmi i procesami najczęściej nie da się wpisać w harmonogram.

Ale maili i spraw nie ubywa. Więc wracam późno do domu, późno jem kolację, późno mówię Radkowi, że ledwo żyję, a potem i tak muszę znowu usiąść do kompa, bo ważne rzeczy na chwilę odsunęły te pilne, a emocjonalne sprawy przysłoniły te nudne.

Mam zajebistą pracę, która mi daje mnóstwo satysfakcji i w której rozwijam się każdego dnia w gronie znakomitych ludzi, z którymi uwielbiam pracować. Mam też wyczerpującą pracę, która mnie nieraz wpędza w nadmierny stres i w której walka o najmniejszą zmianę potrafi w godzinę zużyć miesięczny zapas energii. Bo po co zmieniać, skoro zawsze tak było.

A zatem wolniej. Słabiej. Ciszej.
Żeby odzyskać równowagę i jakąś namiastkę życia towarzyskiego.
Gdyż pracoholik jest bardzo marnym kumplem, a na imprezach zasypia przed wszystkimi.
A ja się dramatycznie stęskniłam za moimi przyjaciółmi, choć to zazwyczaj ja nie mam dla nich czasu.
Trochę przypał, prawda? 




poniedziałek, 30 kwietnia 2018

322. Nie ma lepszej inwestycji

Bardzo dużo ostatnio pracuję. Tak wyszło, takie decyzje podjęłam, jestem z nich bardzo zadowolona, bo z wielu powodów są to dla mnie dobre decyzje - robię to, co mnie kręci, jestem za to wynagradzana w tej walucie, która jest dla mnie ważna (to nie tylko pieniądze, ale też poczucie wpływu i świadomość misji), a przede wszystkim czuję, że się rozwijam.

Nie mam więc czasu (i energii) pisać ani tutaj, ani na blogu o seksie (na nim to w ogóle piszę skandalicznie rzadko), czasami coś skrobnę na facebooku, jakąś reakcję na rzeczywistość, która nadal potrafi mnie zaskoczyć. Nie mam czasu pisać książki i zaczyna mi to ciążyć, bo gdzieś w głowie ustaliłam sama ze sobą, że skończę ją do końca roku akademickiego, czyli do czerwca. Potem zdałam sobie sprawę, że rok akademicki kończy się formalnie 30 września, ale mnie chodziło o czerwiec. To nie jest przyjemna do pisania książka, więc chciałabym zamknąć temat. Po prostu.

Tymczasem nie, wymyśliłam sobie dodatkowe zadania i oprócz mojej codziennej pracy i mojej dodatkowej działalności mam teraz zadania ważne i najważniejsze. Wybaczcie, że nie piszę konkretnie o swojej robocie, ale to są tematy, którymi nie chcę się dzielić z całym światem.

A oprócz tego zapisałam się na półmaraton (1 września), walczę z wagą (bo wyobraźcie sobie, że od biegania można utyć, szczególnie jak się ma Hashimoto, które stresu nie lubi, a bieganie jest dla mojego organizmu stresem, od jedzenia też się tyję, tak wiem, od jedzenia łatwiej przytyć niż od biegania), porządkuję mieszkanie po wyprowadzce syna (nadal jest mi z tym dziwnie, że go już nie ma, właściwie to jest mi z tym bardzo dziwnie), i próbuję zachować namiastki życia towarzyskiego, co mi wychodzi najgorzej, bo brakuje czasu na wszystkich, a z wiekiem przestałam lubić spędy ludzkie, stanowczo wolę bardziej czasochłonne, ale też głębsze spotkania w pojedynkę.

Staram się jednak patrzeć na swoje życie obiektywnie. Mam pracę (a nawet kilka prac), stać mnie na wyjazdy zagraniczne i w gruncie rzeczy nie muszę liczyć każdego grosza, jestem mniej więcej tak samo zdrowa jak mój styl życia - co do zasady jest wszystko ok, odżywiam się bardzo rozsądnie, ruszam się i śpię średnio 7 godzin dziennie, ale wiadomo, co jakiś czas za dużo słodyczy, za mało biegania albo niekoniecznie dietetyczne jedzenie zamawiane do domu. Mam dobre relacje z bliskimi, z nikim nie jestem pokłócona na śmierć i życie, a jeśli byłam, to zapewne już zapomniałam, bo właśnie, mam uroczą zdolność zajmowania się głównie tym, co tu i teraz. Wypracowałam to sobie. Tak się lepiej żyje. Nie pamiętam ludzi, nie pamiętam twarzy i nie pamiętam imion. Chyba że pamiętam, bo ktoś jest bliski i ważny, albo nawet najważniejszy.

Czy jest coś, czego żałuje? Masę rzeczy, ale na tamtejsze moje dojrzałości wewnętrzne,  czy też niedojrzałości, podejmowałam zapewne najlepsze wówczas możliwe decyzje, więc nie mam do siebie pretensji.
Czy jest coś, o czym marzę? Tak, oczywiście, chciałabym mieć więcej czasu dla Was, więcej kasy na podróżowanie i być szczupła. I dążę do tego, więc spodziewajcie się efektów. Któregoś dnia Was zarzucę krótkim: "to kiedy się widzimy?".
Czy oprócz tego jest coś, czego mi brakuje? Co najwyżej poczucia humoru, kiedy jestem zmęczona nadmiarem pracy i przestaję rozumieć to, co się do mnie mówi.

Nie chcę zapeszać, kochani, ale wszystko na to wskazuje, że jestem szczęśliwa.
I nawet jeśli niektórzy twierdzą, że jak ktoś musi o tym głośno przypominać, to zapewne taki szczęśliwy nie jest, ja na swoje usprawiedliwienie powiem, że chodzi mi głównie o to, żeby Was uspokoić. Że żyję, że mam się dobrze, że nie mam za wiele planów na najbliższy czas, a decyzje podejmuję coraz bardziej spontanicznie i na intuicji. I jest mi z tym dobrze. No i że pracuję cały czas. Zawodowo. Zarobkowo. Intensywnie.
Ale przede wszystkim pracuję nad sobą. Bo to ja jestem swoją najlepszą inwestycją.

Dobrego Wielkiego weekendu!
(na deser kilka zdjęć z Andaluzji)





czwartek, 12 kwietnia 2018

321. Andaluzja. Pociągiem z Rondy do Algeciras.

Są różne bziki podróżnicze. Jedni kupują magnesy, inni muszą koniecznie zjeść coś słodkiego lokalnego, a jeszcze inni zbierają mapki i plany z każdego miejsca, które odwiedzą.

Ja lubię pociągi. 

Lubię nimi jeździć i lubię oglądać świat z ich okien. Gdzie tylko jestem, próbuję wyszukać jakąś ładną trasę i staram się nią przejechać. A pięknych tras jest wiele i to niektóre całkiem łatwo dostępne, niestety rzadko kiedy się z nich robi atrakcje turystyczne. 

Parę lat temu przejechałam się kolejką z Podgoricy do Baru w Czarnogórze (bardzo polecam, przepiękna około godzinna trasa, nawet jeśli pociągi stare i okna mocno zaśniedziałe, więc nie wszystko ładnie widać). Na Tajwanie pojechałam specjalnie w głąb wyspy przez półtora dnia do Alishan (2200 m npm) tylko po to, żeby przejechać się wąskotorówką, a potem zjechać na wybrzeże wyspy przez pięknie kwitnące lasy. W Szwajcarii chciałam pociągiem zjechać pół kraju i góry, ale było trochę za drogo, więc czekam na lepszą okazję. Na Sycylii trochę przypadkiem wsiedliśmy do pociągu z Trapani do Marsali i dzięki temu obejrzeliśmy z okien liczne baseny solankowe. 

Tak, lubię pociągi. 

(w Polsce polecam np. trasę Sokółka-Suwałki) 

Dlatego dzisiaj wsiedliśmy w pociąg w Rondzie, pojechaliśmy do Algeciras, zjedliśmy falafela i frytki i wróciliśmy do Rondy. 

Dwa razy po półtorej godziny jazdy, z czego ostatnie 20 minut autobusem, bo jest jakiś remont i komunikacja zastępcza. W sumie 50 EUR na dwie osoby (pierwszy pociąg droższy, 15,90 EUR na łebka, powrotny lokalniejszy, więc tańszy, 8,90 EUR na łebka). Byłoby drożej, ale bilety pociągowe w Hiszpanii warto kupować w internecie, mają niższą o kilka euro cenę na sztuce, nie trzeba ich drukować, wystarczy mieć w telefonie. 

Jazda w jedną, jazda w drugą, niejeden postukałby się w głowę - po cholerę jechać pociągiem do mocno industrialnego miasta portowego, w którym nie ma nic ciekawego (na pewno coś jest, ale mieliśmy za mało czasu, żeby to znaleźć)? Po co spędzać pół dnia w pociągu, skoro można by sie ponownie przejść po niezwykle malowniczej Rondzie, jej licznych schodach, kościołach i pięknych domach? Pan w hotelu nie rozumiał, czemu pytam o pociąg, a pani w kasie biletowej długo mi wyjaśniała, że możemy nie zdążyć wrócić i czy aby na pewno rozumiem, że w Algeciras nie ma nic ciekawego. 

Rozumiałam, wszystko rozumiałam. Ale musiałam. Bo lubię pociągi. 

Widoki były obłędne, nawet jeśli deszcz i mgła po drodze, pogoda dziś niestety w górach mocno taka sobie. Góry, skały, rzeki i rzeczki, mosty, skałki i inne szczyty. Przewyższenia oceniam na jakieś 800 metrów, Ronda położona jest na wysokości 739 m npm, a pociąg trochę w górę też jechał. Trasa prowadzi przez kilka małych miejscowości, ale przede wszystkim brzegiem dwóch parków krajobrazowych (Parque Natural de la Sierra de Grazalema i Parque Natural Los Arconocales). Owce, kozy, krowy, samotne gospodarstwa, dziwne zabudowania, drogi, które się nagle kończą, droga na Ostrołękę, spływające rzeki, głębokie wąwozy i skały w warstwach, jakby specjalnie przygotowane pod lekcję geologii. Zdjęć mam niewiele, zwłaszcza, że okien w pociągu nie można było otworzyć, ale i tak namawiam Was na taką wycieczkę, jeśli tylko będziecie w okolicy. 

Bo z okien pociągu widzi się inaczej i widzi się co innego. Trasy kolejowe są bardzo często tam, gdzie nie ma dróg dojazdowych, więc pokazują inny, coraz bardziej niedostępny świat (niedostępny także dlatego, że ostatni pociąg z Algeciras do Rondy wyjeżdża o 15:30, trochę jak PKS-y na Suwalszczyźnie). Pociągiem jest magicznie. 

(a ostatecznym argumentem było to, że po kilku dniach łażenia i snucia się po andaluzyjskich miastach i miasteczkach dobrze było dać chwilę odpocząć nogom) 

Wróciliśmy więc po południu do Rondy. Deszcz padał w najlepsze. Kilkaset metrów do parkingu przebiegliśmy, zmokliśmy tylko od spodu, ale za to po całości, autem podjechaliśmy do hotelu po bagaże. 

Już tylko włączyć nawigację, kupić żelki haribo na drogę, odkryć, że siedzenia w aucie są podgrzewane, i wyruszyć ponownie w trasę w dół, znowu nad samo morze śródziemne. Na dwie ostatnie noce naszej podróży zamieszkaliśmy dziś w Estaponie. Z okna widać plażę. Deszcz nadal trochę pada. 

Dobrze, że klimatyzator ma też funkcję ogrzewania :)   







wtorek, 13 marca 2018

320. Puste gniazdo

Tymczasem dziecko mi się wyprowadziło.
Wzięło i wyprowadziło.
Jakoś szybko to wyszło i sama nie wiem, czy mi się to podoba.

Na początku roku zaczął szukać pracy, po dwóch tygodniach podpisał umowę, po kolejnych dwóch poszedł do roboty, w międzyczasie zaliczył sesję, a zanim luty się skończył - znaleźli mieszkanie, podpisali umowę, zapłacili kaucję i tyle ich widziano.

Nie spodziewałam się, że mój syn będzie tak skuteczny w realizacji swoich planów i zamierzeń.
Z pewnością rzeczywistość go do tego zachęcała, bo i praca bardzo dobra i powierzchnia naszego mieszkania niewystarczająca dla czworga, ale i tak jestem pełna podziwu, że w tak krótkim czasie dopięli swego i wynajęli swoje własne małe mieszkanko.

I w ten oto sposób zanim zdążyłam się dobrze przyzwyczaić do tego, że mój malutki synek już nie jest taki malutki, chodzi do pracy i zarabia miliony monet, to musiałam się zmierzyć z tym, że jego pokój jest pusty, kolejki do łazienki się definitywnie skończyły, a zmywarka się zapełnia geometrycznie wolniej.

Jest mi dziwnie.
Bo tu nie tylko chodzi o to, że nagle znowu zaczęłam mieszkać bezdzietnie (pierwszy taki czas był wtedy, gdy z jego ojcem mieliśmy opiekę naprzemienną, kolejny - bardziej znaczący - gdy oni całą rodziną wyjechali na dwa lata do Houston, TX). I problemem nie jest to, że nie ma komu wyjść z psem po południu, czy też nie można już napisać na naszym patorodzinkowym czacie "niech ktoś kupi papier toaletowy, bo się właśnie skończył". I nie jest kwestią to, że nareszcie mogę chodzić półnaga po mieszkaniu ("pół-" bo to nadal jest parter) i że w nocy nikt nie robi sobie obiadu i nie zostawia potem naczyń w zlewie. Nie. To są wszystko skutki uboczne. Części z nich się spodziewałam, i nawet trochę ich oczekiwałam, bo mieliśmy już stanowczo za dużo par butów w przedpokoju, a innych nie wymyśliłabym (chociażby to, że Młody zabierze połowę narzędzi, w tym śrubokrętów, bo jednak większa część była jego własnością).

Jest mi dziwnie, bo mam wrażenie, że właśnie się skończyło moje macierzyństwo.
To znaczy wiem, oczywiście, że matką będę całe życie i matka siedzi z tyłu (sprawdzić, czy nie ksiądz), ale jakiś bardzo ważny etap się właśnie skończył i teraz będzie inaczej.

Więc w głowie mam pełno wątpliwości.
Czy aby zdążyłam być fajnym rodzicem? Czy te dwa lata dorosłego wspólnego życia były na tyle dobre, że Młody będzie miał dobre wspomnienia? Czy będzie chętnie do mnie przychodził, skoro nie gotuję, i czy to właśnie na obiadkach niedzielnych (Radek obiecał, że coś upichci, dzieci się chętnie wproszą) ma się opierać nasza relacja? A może lepiej pójść z nim pobiegać, skoro zamieszkali 850 metrów w linii prostej? Albo do kina wyciągnąć (ale jak to zrobić sensownie, skoro on mieszka z moją synową in spe). Piszę o tym wszystkim otwartym tekstem, wiedząc, że oboje mogą to przeczytać, bo z Młodym już o tym rozmawiałam, więc to żadna tajemnica.

Tak, nie wiem, czy byłam dobrą matką. I nie wiem, jak dalej tę relację ustawiać, żeby nie wciskać im się w rzeczywistość i pozwolić im sobie ją stworzyć, a jednocześnie nie opuścić i interesować się na tyle, żeby wiedział, że jestem. Że - tak jak zawsze - idę krok za nim. Nie tylko po to, żeby mógł się swobodnie rozwijać, ale też po to, żeby go złapać, gdy zacznie upadać.

I nie wiem, jak traktować tego młodego dorosłego, którego chciałabym co jakiś czas jeszcze przytulić, bo przecież to moje małe dzieciątko, co to nie dalej niż wczoraj ważyło 4 kilo i w ogóle nie chciało spać w ciągu dnia. I z którym chciałabym móc pogadać jak człowiek z człowiekiem, ale akurat tak się niefortunnie dla mnie składa, że on jest tak bardzo introwertykiem, jak ja ekstrawertyczką, więc najlepiej nam wychodziły głębokie rozmowy przy przypadkowych pracach domowych, a teraz tych prac już nie ma. I którego powinnam kopnąć w tyłek, i to mocno, coby nie rzucał studiów i podjął właściwe dorosłe decyzje.

No ale go już tutaj nie ma, a na pytanie: "co dobrego? jak się macie? wszystko w porządku?" odpisuje rzeczowo: "tak".

Więc siedzę sobie przy jego biurku, w jego pokoju, w jego fotelu. Chcę sobie zrobić tutaj gabinet do pracy, taki tylko mój, coby nikt mi nie ruszał moich papierów na biurku. Patrzę na te liczne rzeczy, które zostawił, bo "tam brakuje im półek", bo "rower chyba niepotrzebny", bo "nie wiem, czy chcę to zabierać". I myślę sobie, że zapewne on zrobi to samo z moim mieszkaniem, co ja zrobiłam u mojej mamy - po dziś dzień są tam kartony, które miałam odebrać, a w nich moje nuty i partytury oraz inne notatki z czasów licealnych.

Wygląda na to, że taka już kolej rzeczy.
Dzieci przychodzą i odchodzą.

A ja mogę co najwyżej nie przeszkadzać w tym jego rozwoju i mieć nadzieję, że to, co miałam przekazać, jakoś dotarło i zostało wchłonięte. I że udało mi się nadmiernie nie zepsuć tego, co dostałam 20 lat temu. I że ta więź jakoś przetrwa.






wtorek, 20 lutego 2018

319. Czterdzieści lat, czyli młodości dodaj mi skrzydła!


No i dopadło mnie.
Ja też już jestem czterdziestka.
Od dzisiaj.

Trochę mi z tym dziwnie, bo zawsze mi się wydawało, że w tym wieku ludzie są już starzy, a przynajmniej uczesani i przezorni. A ja? Nie dość, że nieszczególnie wyglądam na swój wiek, to jeszcze zachowuję się nieraz jak bardzo młode dziewczę, jakby mi tej młodości wiecznie było mało.

No bo jest jej mało. I przez wiele lat było jej jeszcze mniej.



Na pewno byłam dużo starsza, gdy w wieku 20 lat musiałam się zmierzyć z nieco za wczesnym macierzyństwem i nieco zbyt trudnym małżeństwem, okraszonym katolickim poczuciem winy i przekonaniem, że Bóg mi cierpienie wynagrodzi. Stara wtedy byłam, dojrzała i doświadczona. A w głowie cieszyłam się tym, że mam już wszystko - syna, męża, mieszkanie i pracę. Na szczęście szybko przyszło otrzeźwienie.

Starsza też byłam chwilę później, gdy zdawałam egzamin na stałego urzędnika unijnego, kariera już na zawsze ustalona, z wyróżnieniem zdałam. Mogłabym tam dzisiaj kolejne sprawności zdobywać i poziomy pensji oraz benefitów. Stara byłam i skutecznie wypracowałam sobie wygodną pracę w strukturach europejskich.  Na szczęście jakaś część mnie samej się znudziła samym myśleniem o takim życiu, więc podążyła za innymi wyzwaniami (a inna część przez wiele lat miała tę decyzję przeklinać, bo przecież dużo spraw byłoby prostszych gdyby, a w szczególności kredyt).

Wyjątkowo stara byłam, gdy mój syn miał studniówkę. Gdy zdawał maturę. Gdy poszedł na studia. I gdy podpisał umowę ze swoim pracodawcą. To ostatnie było nie tak dawno i rzeczywiście stara wtedy byłam jak stąd do Starego Sącza. Na szczęście na co dzień nikt nie chce mi wierzyć, że mam dorosłego syna, a jego koledzy patrząc na nasze wspólne zdjęcie w mieszkaniu, pytają czy ma starszą siostrę.

O, stara też byłam, gdy po raz pierwszy ktoś do mnie powiedział: "Pani Dyrektor". Dzisiaj się już do tego przyzwyczaiłam, ale przez kilka tygodni zastanawiałam się, do kogo oni tak naprawdę się zwracają, bo przecież to brzmi tak strasznie poważnie.

Ale za to młoda byłam, gdy jeszcze parę lat temu jeździłam na festiwale, siedziałam w dżinsach na chodniku i piłam piwo ze znajomymi i nieznajomymi, i tego piwa było tyle, że nie do końca pamiętam.

Młoda byłam, gdy z pewnym Teklakiem całowałam się na pamiętnym balkonie i nikt już nie wiedział, czy aby na pewno z nami wszystko w porządku.

Młoda byłam i buńczuczna, gdy jednego dnia kupiłam swój pierwszy samochód, a następnego pojechałam nim do Szczecina, i przejechałam całą trasę w 5,5 godziny, a jeszcze nie było autostrady po całości. No dobra. Młoda i głupia.

Młoda też byłam, gdy wierzyłam kolejnym dziwnym facetom i dawałam się im omotać. I gdy potem nie mogłam zrozumieć, czemu oni kłamią, skoro przecież kłamać nie należy.

I młoda byłam po wielokroć, gdy zachwycałam się zbyt pięknym zachodem słońca w Nowym Meksyku, zbyt kolorowym tłumem w Marrakeszu, zbyt zimną wodą nad Atlantykiem i zbyt krótką nocą w San Francisco.




A dzisiaj?
Dzisiaj czuję się jeszcze młodsza.

Mam wszystko, co mi potrzeba do szczęścia, choć na wszelki wypadek się tym nie chwalę, bo dziś jest, jutro nie ma, więc po co się przyzwyczajać. Mam też poczucie i to bardzo głębokie, że co by się nie wydarzyło, jestem na tyle już silna i stabilna, że jakoś sobie poradzę.

Czuję, że mogę żyć i mogę się śmiać i nareszcie nie muszę się wstydzić tego, kim jestem. Nie jestem typowa i typową być nie chcę. I zrozumiałam, zresztą całkiem niedawno, że niektórzy mnie lubią, inni mniej, a ja na to właściwie nie mam wpływu.

Decydować natomiast mogę o tym, z kim chcę przebywać i koło kogo usiąść, choćby na chwilę. I korzystam z tego prawa, bo tak jest przyjemniej. A życie nie jest po to, żeby tkwić w czymś, co nie działa. Szkoda światła i szkoda prądu na relacje toksyczne. Drugiego człowieka nie zmienię, a nad sobą pracować mogę niezależnie od tego, czy on jest blisko czy daleko.

Wiem, że warto próbować kilka razy, ale wiem też, że trzeba umieć powiedzieć sobie: starczy.
Lubię swoje rozmaite reakcje - swoją złość, gdy nie mogę tego, co chcę. I swoje lęki, które mnie chronią przed nieznanym. Swoją odwagę, gdy staram się je przezwyciężyć. I swoją radość, gdy coś mi wychodzi. Swoją energię, gdy widzę sens. I swoje skupienie, gdy jestem przekonana, że warto dać z siebie wszystko. I swój intelekt, który nieraz mi przeszkadzał, a teraz bardzo zgrabnie wspiera na każdym kroku. I intuicję, której się słucham coraz częściej i coraz słuszniej.

Tak po prawdzie, to zwyczajnie lubię siebie.



Za to nie lubię rozpamiętywać, co było wczoraj, bo wczoraj ma jedynie sens, jeśli pomoże sprawić, aby jutro było lepsze. Nie interesuje mnie, kto jest winny, a jedynie, co zrobimy, żebyśmy w przyszłości uniknąć tego samego błędu. Przy czym skoro wczoraj już było, a jutra jeszcze nie ma, to zasadniczo wolę myśleć o tym, co teraz. I rozkminiać, analizować, manipulować i kombinować. To lubię najbardziej.

Nie pamiętam twarzy, nie pamiętam imion i nie pamiętam szczegółów. Pamiętam za to liczby, daty, miejsca i zapachy. A gdy patrzę na drugiego człowieka, widzę jego historię, jego możliwości i jego braki. I staram się to wszystko uwzględniać, bo im realniejsze oczekiwania w stosunku do innych, tym większe szanse, że nie będę rozczarowana.

Jeżeli już wiem, czego chcę, to wiem też, co zrobić, żeby to osiągnąć. Wiedza u mnie wchodzi całymi pakietami. Za to jeśli nie wiem, to warto mi dać czas. I kogoś do rozmowy, bo najlepiej mi się myśli w interakcji. Co nie zmienia faktu, że lubię też posiedzieć sobie sama i podróżować lubię w pojedynkę.

Bo w samotności człowieka jest więcej.

Trochę już siebie znam, troszeczkę, i jest mi z tym naprawdę dobrze.
Więc plan jest taki, że teraz będę zbierać owoce.
Pierwsze 40 lat było trochę pod górkę.
Druga czterdziestka zapowiada się nieco łatwiejsza.

Życie, napierdalaj! 

niedziela, 4 lutego 2018

318. Czemu służy ten narodowy mechanizm obronny?

- Z fascynacją obserwuję dyskurs publiczny, którego celem jest wybielenie zachowań niektórych Polaków w trakcie wojny. Zastanawiam się, czemu służy to zaprzeczanie faktom - czy wynika ono z poczucia winy, że się za mało zrobiło, żeby uratować tych, których ratować należało? Co jest tak trudnego w zaakceptowaniu, że część Polaków zachowywała się niewłaściwie, że aż musimy to wyprzeć z naszej polskiej świadomości? Czemu służy ten narodowy mechanizm obronny? 

- Być może chodzi o wzmocnienie naszej narodowej tożsamości poprzez najpierw wytworzenie, a następnie wykorzystanie konfliktu z tymi, którzy Polakami (prawdziwymi Polakami) nie są? Silniejsze różnice międzygrupowe są zapewne dobrym sposobem na wzmocnienie spójności wewnątrzgrupowej. 

- Ja jednak nie rozumiem: mamy przecież w swojej historii wystarczająco bohaterów, żeby na nich budować swoje polskie i narodowe poczucie wartości. A budowanie na pozytywach jest nie tylko bardziej efektywne, ale także trwalsze. Jeśli chcemy być skuteczniejszym i szczęśliwszym narodem, pracujmy nad narodowym poczuciem wartości opartym na naszych zaletach i kompetencjach, a nie na szukaniu wrogów, z którymi można by walczyć. Zmienić wszak możemy tylko samych siebie. 

- No ale skoro tak wiele osób rozumie patriotyzm jako gotowość do walki w sytuacji zagrożenia, to trudno się dziwić, że zarządzanie przez pomnażanie wrogów jest tak skuteczne. Polacy czują się silnym narodem, gdy mają wspólnego wroga. 

- Czyli ta cała awantura o Polaków i Żydów i naszą wspólną i niełatwą historię służy nie tyle kolejnym podziałom, bo te są już wystarczająco oznaczone, ale jest sposobem na wewnętrzne wzmocnienie tych, którzy w ramach dość spójnej dotychczas grupy zaczęli - być może - mieć wątpliwości. Potrzeba było silnego uderzenia, mocnego wroga.
- Skąd się ta potrzeba wzięła? Co takiego się zmieniło w ostatnich tygodniach, że dotychczasowy wróg nie wystarczał do zarządzania strachem? Uchodźcy. Tak. O nich jest wyjątkowo cicho. Żydzi są lepszym wrogiem, bo silnym. A o uchodźcach już nawet nasz polski Kościół zaczął mówić z empatycznym współczuciem, nie wspominając o Franciszku, o którym większość wolałaby zapomnieć. 

- A zatem uchodźcy nie są już wspólnym wrogiem. Trzeba było stworzyć nowego. Jakże wygodnym wrogiem jest Żyd z czasów wojny, ofiara ówczesnego nazizmu i społecznego lęku. Przecież Polacy też umierali i to nieraz w gorszych warunkach, i trzeba to wreszcie podkreślić. Zbudujmy nasz patriotyzm na tym, że my także byliśmy ofiarami. Ofiarami i bohaterami.
Biedni, ale waleczni.
Jedyni sprawiedliwi.
Bohaterowie bez jednej rysy.
Tylko tacy mogą stać na naszych pomnikach i w naszych podręcznikach.
A jeśli uważasz inaczej, nie jesteś Polakiem.


sobota, 13 stycznia 2018

317. O twardym HR i o filozofii, która z niego wynika

Siedzę ostatnio w przepisach prawa pracy. Wynika to głównie z potrzeb służbowych, ale skłamałabym, gdybym twierdziła, że się nie wkręciłam. Zresztą już nieraz mówiłam, że gdybym na nowo miała decydować o swojej karierze edukacyjno-zawodowej prawdopodobnie poszłabym na prawo.

Dostałam (w prezencie!) kodeks pracy z komentarzem i przepisy prawa pracy w postaci kompendium, więc siedzę i czytam. Dołączyłam też do kilku grup na facebooku, gdzie panie z kadr i finansów wymieniają się konkretnymi radami na temat wyliczania różnych urlopów czy też trzynastek. Powoli zaczynam rozumieć różne zawiłości, które do tej pory wydawały mi się czarną magią.

Już wiem, dlaczego osoba na pół etatu ma de facto 26 dni urlopu, a nie 13, i potrafię określić, kiedy pracownik ma jeszcze 1 miesiąc wypowiedzenia, a kiedy należy mu policzyć 3 miesiące. No i zasada 33 miesięcy, po których już musi być umowa na czas nieokreślony.

Albo czy wiedzieliście, że choć w 2018 roku kwota wolna od podatku wynosi 8000 zł, to kwota dopuszczalnego dochodu dla dorosłego dziecka, z którym samotny rodzic chciałby się rozliczyć podatkowo, wynosi nadal 3089 zł?

Tych mniej lub bardziej drobnych przepisów i zasad jest multum. Mam takie fajne wrażenie, że o ile dotychczas rozwijałam się w miękkim HR i tworzyłam systemy zarządzania oparte na dobrym rozumieniu potrzeb i motywacji swoich pracowników, o tyle teraz dokładam bardzo konkretną wiedzę z zakresu twardego HR.

Wydawać by się mogło, że przepisy ograniczają, bo tworzą nieelastyczną rzeczywistość, do której trzeba się dostosować. To tylko jedna strona medalu. Kiedy się na nie patrzy z punktu widzenia ustawodawcy i jego intencji, to widać, że polski system prawa pracy został stworzony w dużej mierze z myślą o pracowniku i jego bezpieczeństwie.

Czy wiedzieliście, na przykład, że liczbę dni urlopowych się zawsze zaokrągla w górę? Jeśli więc z kalkulacji wynika 2,16 dni, to pracownikowi udzielamy 3 dni urlopu. Albo wyliczenie prawa do 26 dni urlopu (trzeba mieć 10 lat stażu pracy, rozmaite poziomy edukacji zaliczają różną liczbę lat) - załóżmy, że nasz pracownik właśnie skończył studia dwustopniowe i przez całe studia pracował zawodowo. Czy ma prawo do 26 dni urlopu czy nie? Rolą pracodawcy jest sprawdzić, która wersja będzie bardziej korzystna dla pracownika - czy po prostu lata za magisterium (8 lat) czy może lata za liceum (4 lata) + dotychczasowe 5 lat pracy czy też lata za licencjat (8 lat) i 2 lata pracy po dyplomie licencjata (w sumie 10).

Albo inna sprawa - jeśli w danej dobie pracownik pracuje co najmniej 6 godzin, to ma prawo do co najmniej 15 minut przerwy, która jest wliczona do czasu pracy. A osoba niepełnosprawna ma prawo do dodatkowych 15 minut na gimnastykę lub wypoczynek.

Podoba mi się to podejście. Jako przełożona swoich pracowników chcę mieć pewność, że traktuję ich nie tylko sprawiedliwie i zgodnie z tym, co jest dla nich ważne, ale również w ramach pewnego systemu prawnego, który nie tylko determinuje pewne zachowania, lecz także "wymusza" na mnie właściwe podejście.

Są oczywiście przepisy mniej fajne, jak to, że prowadzenie działalności gospodarczej nie zalicza się do stażu pracy, nawet jeśli składki na ZUS w przypadku działalności obejmują dokładnie te same obszary, co przy pracy etatowej. W ogóle osoby pracujące w oparciu o jednoosobową działalność gospodarczą miewają pod górkę. Zapewne nie muszę wspominać o przedsiębiorczyniach w ciąży, które muszą się wykłócać z ZUSem o swoje zasiłki macierzyńskie (bo ZUS wychodzi z założenia, że podwyższenie składki na czas ciąży jest formą oszustwa), ale to nie wszystko - osoba zatrudniona na etacie i jednocześnie prowadząca działalność musi odprowadzać składkę na ubezpieczenie zdrowotne w obu miejscach, choć przecież - jeśli choruje - to nie choruje podwójnie.

Bogu dzięki nie jestem polityczką i nie muszę decydować o tym, czy możliwość pracowania w oparciu o umowy cywilnoprawne jest dobra czy nie. Im bardziej się jednak wgłębiam w przepisy prawa pracy, tym bardziej widzę, że one realnie chronią pracownika. A zleceniobiorca, autor czy też przedsiębiorca z tych mechanizmów skorzystać nie mogą.

Fajnie by było, gdyby młodzież dostawała bardzo konkretną edukację na temat tego, czym się realnie różni śmieciówka od umowy o pracę. Bo tu nie tylko chodzi o emeryturę, kodeksowe dni urlopowe, ciążę i zwolnienia chorobowe.

To jest podejście do pracownika i jego pracy.

W umowie o pracę wiele rzeczy jest określonych i opisanych - podmiotem tej logiki jest pracownik, jego możliwości i stan psychofizyczny. Pracodawca podejmuje się swoistej odpowiedzialności za drugiego człowieka, który czasami jest w stanie pracować, a czasami nie, i nikt z tego powodu nie powinien mieć do niego pretensji.

Natomiast w śmieciówce liczy się właściwie tylko praca. Pracodawca oczekuje efektu i na nim się skupia. Człowiek jest dużo mniej istotny - ma znaczenie tylko wtedy, gdy pracuje. Jeśli więc podmiotem jest efekt, to zrozumiałe jest, że w tej logice stan psychofizyczny człowieka jest kompletnie nieistotny i nie wymaga żadnych ustaleń.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że każde z tych podejść generuje inne koszty dla przedsiębiorcy. Uważam jednak - i to jest ta moja lewicowa część, do której dorosłam całkiem niedawno - że niezależnie od tego, z jaką formą umowy społecznej mamy do czynienia, jej podmiotem powinien być człowiek, a nie potencjalny zysk przedsiębiorcy. 







sobota, 6 stycznia 2018

316. Chodziłam na terapię.

Wychodziłam wczoraj z księgarni, gdy ktoś do mnie powiedział: "dzień dobry". Odpowiedziałam odruchowo, bo jednocześnie pakowałam zakupioną książkę do torby i rozplątywałam słuchawki, następnie się przyjrzałam i zastanowiłam się, czy to aby jest na pewno ta osoba, o której pomyślałam. Gdyż z rozpoznawaniem twarzy, jak wiecie, u mnie słabo.

Ale tak, to był on, mój terapeuta sprzed... no właśnie... to była kolejna myśl... sprzed ilu lat? Policzyłam naprędce - z byłym mężem rozstałam się w 2004 roku i w miarę od razu trafiłam na terapię. Czyli 14 lat. Zanim zdążyłam dokonać tej kalkulacji już go dawno nie było - kiedy przechodził obok mnie, był w trakcie rozmowy telefonicznej i "dzień dobry" powiedział głównie skinieniem głowy i bezdźwięcznym ćwierćgębkiem.

A zatem terapeuta. Po tylu latach. Uruchomiło to wiele wspomnień w głowie. I wiele przemyśleń.

Z początku miała to być zwykła interwencja kryzysowa, w sensie że kilka nieskomplikowanych spotkań w trudnym momencie życia, coby mieć profesjonalne wsparcie. Rozwodziłam się, byłam emocjonalnym wrakiem człowieka i bardzo potrzebowałam pomocy. Po tych kilku sesjach było jasne, że tematów jest dużo więcej i przyda mi się normalna relacja terapeutyczna.

Wcale nie byłam pewna, czy to powinien być ten człowiek i ten nurt, bo mój temperament mnie raczej skłaniał do terapii behawioralnej, krótkoterminowej i konkretnej, a tutaj trafiłam (z polecenia i rekomendacji) na nurt psychodynamiczny, czyli terapię, gdzie więcej było analizy i rozkminiania niż znajdowania rozwiązań. Z dystansu już wiem, że to było bardzo sensowne, bo raz otwarta, a następnie domknięta przeszłość pozwala się następnie skupić na teraźniejszości.

Wówczas jednak chodził mi po głowie ten dowcip o człowieku, który przyszedł do psychoanalityka z problemem. A mianowicie ptak mu nasrał na głowę. Zaczęli więc razem się zastanawiać, skąd ten ptak leciał i dokąd, jakich miał rodziców i czy nie był bity w dzieciństwie, a także szukali powiązań między tą kupą a  aktualnym życiem seksualnym tego człowieka, snami jego żony i odruchami ich dzieci. Pytaniom nie było końca. W drugiej kolejności człowiek ten poszedł do terapeuty behawioralno-poznawczego, przedstawił problem, a tamten podał mu chusteczkę i zaproponował, żeby starł kupę z głowy.

Żeby jednak było jasne - to nie jest tak, że terapia behawioralno-poznawcza jest dobra na wszystko, a psychoanaliza i jej pochodne są nic niewarte. Wręcz przeciwnie: są różne osoby, różne tematy i różne potrzeby.

Ja nie żałuję. Nie żałuję tych 4 lat spotkań i całkiem sporej inwestycji finansowej (kiedyś liczyłam, że wydałam równowartość małego samochodu). Nie żałuję tych momentów, kiedy miałam serdecznie dość, a jednak dalej szłam. I tej ciszy, od której zaczynało się każde spotkanie, a ja drżałam, że nie będę wiedziała, co powiedzieć. Terapeuta był jak mądrzejsze ode mnie lustro. Przeglądałam się w nim bardzo dokładnie. A najbardziej nie żałuję tych momentów, gdy nagle wszystko się w głowie układało i w drodze powrotnej wiedziałam już wszystko: co zrobić, jak to zrobić i dlaczego.

W okresie terapii odkryłam bardzo wiele swoich mechanizmów i skryptów działania. Jednym z ważniejszych było uświadomienie sobie, że jeśli realnie wiem, czego chcę, to potrafię to osiągnąć. Problem polegał na tym, że ja bardzo często nie wiedziałam. Nikt mnie nigdy nie pytał, co lubię, to po cholerę miałam się nad tym zastanawiać. Robiłam, bo musiałam. Albo dlatego, że wypadało.

Inną ważną myślą była ta, że nie muszę być idealną matką. Że małe błędy popełnia każdy i to, że raz czy drugi coś mi nie wychodzi, nie oznacza, że jestem złą matką. Co więcej, mój syn być może nawet nie zauważy niektórych spraw, za to w pamięci zachowa zupełnie inne, które dla mnie były całkowicie w porządku. I nie mam na to szczególnego wpływu.

No właśnie - martwić się tym, na co mam wpływ i dopiero wtedy, gdy już realnie jest się czym martwić. Nie próbować zmieniać ludzi, bo to niemożliwe, za to pracować nad sobą i obserwować (z zaskoczeniem!), jak świat się dostosowuje. Poszukać w sobie tego, co się lubi i nauczyć się to komunikować, bo skąd inni mają wiedzieć, na czym mi zależy, jeśli im tego nie powiem.  Nie zakładać, że to, co inni robią jest skierowane przeciwko mnie lub skoncentrowane na mnie. To, co inni robią i mówią, jest najczęściej związane z nimi, a nie ze mną.

Ach i jeszcze kontakt ze złością. Kiedy zaczynałam terapię, moją najsilniejszą i najczęstszą emocją był lęk. Jak nie wiedziałam, co powinnam czuć, to się bałam. Czasami było mi smutno, ale lęk był zawsze silniejszy. Złości nie czułam. Złość była "złą" emocją i złości się bałam. Jako ofiara przemocy bałam się, że wyrażenie złości spowoduje jeszcze większy atak ze strony agresora. Dość typowy mechanizm. Na początku musiałam się więc nauczyć, kiedy tak naprawdę odczuwam złość. Czy też raczej kiedy mogłabym ją odczuwać. Musiałam jej szukać.

Wypracowałam sobie wówczas ciekawy mechanizm, rzecz jasna intelektualny. Zauważyłam, że wtedy, kiedy najbardziej się boję i denerwuję, zaczynam kaszleć krtaniowo (początki astmy oskrzelowej), a jeśli pogrzebię w przyczynach tego lęku, to właśnie wtedy powinnam odczuwać złość i na tej złości budować. Więc sobie tę drogę skróciłam - ilekroć pojawiał się kaszel krtaniowy, tylekroć zaczynałam szukać źródła złości. I starałam się dawać jej upust.

Z czasem nauczyłam się rozmawiać ze swoją złością i nawet ją zaakceptowałam. A jeszcze później (całkiem niedawno) zrozumiałam, że złość jest nośnikiem ogromnej energii i warto to wykorzystywać.

Przez te ostatnie 14 lat wiele się w moim życiu zmieniło. Bez wielkiej przesady mogę powiedzieć, że jestem innym człowiekiem, a i codzienność jest inna. Spokojniejsza, stabilniejsza, szczęśliwsza i bardziej przewidywalna, a jednocześnie bardzo angażująca, urozmaicona i pod świadomą kontrolą. Wyznaczam sobie cele, potem je realizuję, a jak się nie uda, to przeformułowuję.

I cieszę się własnymi sukcesami, a z porażek wyciągam wnioski.
Brzmi mało interesująco i dość książkowo, zdaję sobie z tego sprawę, na pograniczu coehlizmów.
Ale mówią, że szczęście jest nudne.