czwartek, 28 grudnia 2017

315. Postanowienia na 2018 rok!

Przed momentem zdałam sobie sprawę, że postanowienia noworoczne to taki papierek lakmusowy satysfakcji z własnego życia. Jeśli coś mi się w nim nie podoba, próbuję to zmienić właśnie postanowieniami. Raz do roku robię inwentaryzację i ustawiam sobie cele. Mierzalne i konkretne, osiągalne i pozytywne. Zgodnie ze sztuką ;)

Nie jest to proste, wiadomo, bo zmiana nawyków wymaga nie tylko silnej woli, ale także czasu i konsekwencji. Z reguły udaje mi się tylko kilka tematów ogarnąć, a większość zadań przeskakuje z roku na rok, z listy na listę, aż w którymś roku znikają, przestają się pojawiać, bo chyba zdaję sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, więc po cholerę się dołować niezrealizowanym zadaniem. Odpuszczam.  Inne wskakują na to miejsce.

Wydaje mi się więc, że zamiast wymyślać i formułować postanowienia dużo ciekawiej jest je obserwować na przestrzeni kilku lat i analizować, co z nich wynika. Jaka prawda o mnie samej się w nich pojawia.  

Pozornie z innej beczki: spotkałam się wczoraj z dawno niewidzianą koleżanką z treningów krav maga. Na jej pytanie, co u mnie, odpowiedziałam szczerze i konkretnie, że wszystko w porządku. Bo realnie mam wrażenie, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Opowiedziałam jej o swoim narzeczonym (tak, naprawdę dawnośmy się nie widziały), o swojej rozszerzonej rodzinie, o sportach, z których zrezygnowałam i o tych, które sobie właśnie wypracowuję. O pracy, coraz ciekawszej i bardziej angażującej i o innych swoich pomysłach na życie i rozwój własny. O książce, która nadal na tapecie. I o planach zawodowo-osobistych. 

Na koniec dodałam, że właściwie jest tylko jeden wymiar, w którym trochę walczę ze sobą - to niemożność schudnięcia. Tarczyca to dziwka, wiadomo, a bieganie mi pomaga niestety tylko o tyle, o ile trenuję 3 razy w tygodniu. Wtedy waga stoi w miejscu. A w każdej innej konstelacji treningowej waga idzie w górę. Badania niewiele wyjaśniają, raczej pokazują niemalże idealnie zdrową laskę o ładnych wynikach, jednak chcę ponownie sprawdzić rozmaite hormony, może we wrześniu coś przeoczyłam. Mam różne teorie na temat stresu (kortyzol badałam, warto powtórzyć, bo ciężko go dobrze złapać), na temat snu i na temat diety, która wprawdzie wydaje się być bardzo zdrowa, poza drobnymi słodyczowymi wpadkami, ale najwyraźniej jest niewystarczająco sensowna, skoro dwa lata temu na podobnej diecie chudłam, a teraz tyję.  

No więc właśnie, wracając do postanowień, mam tylko jedno: schudnąć te 5 kg, które przytyłam, od kiedy zmieniłam pracę. 

I całą masę postanowień pobocznych, które z tego głównego celu wynikają: 
- biegać średnio dwa razy w tygodniu, a najlepiej trzy. 
- wymyślić jakiś inny sport na te dni, w których nie chce mi się iść biegać, albo nie mam energii. Coś, co będzie mnie wyciągało z domu i co przyczyni się do wzmocnienia gorsetu mięśniowego. I uprawiać ten sport regularnie. 
- przeanalizować ponownie swoją dietę tak, żeby słodycze zdarzały się raz w tygodniu, a nie raz dziennie ;) i wrócić do bardzo regularnych godzin posiłków (8, 11, 13, 16, 19 i 21)  
- znaleźć sposób na stres. Coraz częściej chodzi mi po głowie, że powinnam odłączyć mail służbowy z telefonu komórkowego. Bo nie umiem nie przeczytać maila, jeśli wiem, że wpadł. I nie umiem na niego nie zareagować, jeśli wiem, że coś trzeba wyjaśnić lub dopowiedzieć. I to mnie stresuje. A przecież nikt nie jest w stanie być na stand-by przez 18 godzin na dobę (przez pozostałe 6 staram się spać i "staram się" jest dobrym sformułowaniem, bo niestety zbyt często budzę się w środku nocy i nie mogę już zasnąć). 
- już na początku roku zaplanować urlopy i w ich trakcie odłączyć się całkowicie od wszystkiego, co mnie stresuje (bo wtedy chudnę!). 

Czyli tak to: jedzenie, sport i stres. Trzy słowa kluczowe na 2018 rok. Trzy obszary, z których nie jestem zadowolona, i których konsekwencją jest waga, która mi się nie podoba. Bardzo. 

Cała reszta jest w porządku. 

Aż boję się tego, co właśnie napisałam, żeby jakiegoś licha nie obudzić i nie otworzyć puszki z pandorą. Niech więc ten 2018 rok będzie co najmniej taki fajny jak 2017. O więcej nie proszę. Mam cudowne życie, fantastycznych najbliższych i tych trochę dalszych też, całą masę pomysłów na siebie i wiele, a nawet coraz więcej, możliwości. Za dwa miesiące kończę 40 lat. Niech to będzie początek, a nie koniec. 

Już dawno nie czułam się tak dobrze! 

Czego i Wam życzę. 


sobota, 16 grudnia 2017

314. Czas imprez przedświątecznych

Trochę przypadkiem byłam wczoraj na imprezie przedświątecznej u znajomych. Nie znałam tam prawie nikogo, więc szybko dołączyłam do miłej grupki facetów w garniturach, a za chwilę do kolejnej. Rozmowy były o wszystkim i o niczym, tematy bieżące, z pysznych pierogów przeszliśmy gładko na islamistów w Europie Zachodniej, a z grudniowej pogody na sytuację polityczną i nowego premiera.

I w ten oto sposób w bardzo krótkim czasie dowiedziałam się, że gdy kobieta prowokuje, to sąd słusznie to uznaje za okoliczność łagodzącą, ale i tak lepiej być zgwałconym na randce niż przez islamskiego uchodźcę ekonomicznego. Dowiedziałam się także, że to nie ma znaczenia, że Ukraińcom nie dajemy statusu uchodźcy - przecież co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób z Donbasu pracuje u nas na legalu, więc tego statusu nie potrzebują, ale są realnymi uchodźcami i niech nam Europa nie wmawia.

Kolejnym wątkiem byli panowie molestujący opisani przez Codziennik Feministyczny - a mianowicie: jak można tak bezkarnie zniszczyć komuś życie, opisując sytuacje bez żadnego pokrycia i to chyba tylko lewaki tak potrafią, że się sami między sobą zaorają. Ktoś zauważył, że używam form żeńskich, zapytano mnie więc o to, jak powinna brzmieć kobieta płetwonurek i kobieta chirurg. Na poczekaniu wymyśliłam płetwonurkinię, chirurżki nie musiałam, bo już istnieje w moim idiolekcie.

Przeskoczyliśmy do tematu aktualnie głosowanych ustaw i okazało się, że głosowanie korespondencyjne jest złe, bo było wiele nadużyć, a niepełnosprawni sobie na pewno jakoś poradzą. Reszta działań rządu nie wzbudza niepokoju, bo nareszcie ktoś się zabrał za porządkowanie tego, co od tylu lat było zaniedbane. Gdy zeznałam, że kilka dni temu byłam pod Senatem i krzyczałam wraz z innymi, panowie poszli po kolejną porcję pierogów.

I chyba wtedy zeszło nam na kartki świąteczne. Przyznałam, że wolę formę "czas świąteczny" od "życzeń bożonarodzeniowych", bo jest w naszym kraju sporo osób innych wyznań, a i teraz jest też Chanuka. Usłyszałam w odpowiedzi, że Żydów właściwie już u nas nie ma, więc nie trzeba ich brać pod uwagę, a końcówka grudnia to czas Bożego Narodzenia i rozszerzanie życzeń w rodzaju "Season's Greetings" to nieuwzględnianie naszej prawdziwej polskiej kultury.

Zrobiło mi się duszno.

Wracałam do domu głęboko oddychając zasmogowanym powietrzem stolicy. Szłam niepewnie, bo chodnik był nierówny, a i pół butelki białego wina wczytało się dość szybko. Być może więc to wszystko mi się przyśniło. A być może warto raz na jakiś czas wyjść poza swój klosik towarzysko-poglądowy i zobaczyć, że wyniki proPISowskich sondaży są jak najbardziej prawdziwe i to niezależnie od tego, czy pokażemy osoby niezdecydowane na wykresie.  Na warszawskich imprezach przedświątecznych jest bowiem całkiem sporo tych zdecydowanych. Jednoznacznie.




niedziela, 10 grudnia 2017

313. Bieganie nad morzem

Ku pamięci zapisuję, bo w sumie mnie to zdziwiło.

Po pierwsze bieganie po plaży wcale nie jest takie proste. Nie dość, że wiatr wieje i utrudnia, to jeszcze biegnie się po nierównym i niestabilnym. Chwilami jedna noga wyżej, w drodze powrotnej na odwrót, i ogólnie kroki są mniejsze. A jeśli się biegnie w grudniu, to trzeba naprawdę uważać, żeby nie skończyć z nogami w wodzie. Od tej dziwności nawierzchni bolą mnie dzisiaj zupełnie niespodziewane mięśnie, których w mieście nie mam szansy bliżej poznać.

Po drugie dobiegnięcie do plaży wcale nie jest takie przyjemne, bo schody, ścieżki z nierównościami i wysiłek związany z kontrolowaniem tego, gdzie się stąpa. A w drodze powrotnej trzeba tymi schodami pod górkę! Musiałam sobie intensywnie powtarzać, że "już nie mogę" to w mojej głowie się dzieje i na pewno dam radę.

A po trzecie, i to chyba najważniejsze: w lesie edmund nie ogarnia i kłamie. Wydaje mu się, że nic nie przebiegłaś, choć Ty już dawno zaczęłaś kolejny kilometr. Oszukuje okrutnie. Zapisał mi żałosne 3,5 km, gdy na mapie jednoznacznie widać, że zrobiłam prawie 5 km. Pff.

A tak serio to od dawna chciałam pobiegać nad wodą i było mi cudownie. Bardzo mi przykro, że w Warszawie moja codzienna trasa biegowa jest tak bardzo wzdłuż ulicy i tak beznadziejnie płaska.

Aha, i jeszcze jedno - jeśli biegniesz na kacu albo na półkacu (bo dwa kieliszki wina to realne nic na Nordconie, chyba że nie piłaś alkoholu od miesiąca), to pamiętaj o właściwym nawodnieniu w post factumie, gdyż głowa.




czwartek, 7 grudnia 2017

312. Instrukcja obsługi mnie samej

Ze mną jest trochę jak z tym naukowcem, co to żonie mówi, że jest u kochanki, kochance, że musi do żony, a sam się zaszywa w bibliotece. A mianowicie R pojechał wczoraj na Nordcon i mieszkanie nagle dziwnie opustoszało. Wróciłam więc dziś po rosyjskim do domu, psa wyprowadziłam i zasiadłam w fotelu. Dzieci zeznały, że będą późno, ja odwołałam spotkanie towarzyskie, zrobiłam sobie dwie kanapki z żółtym serem i nareszcie poczułam się dobrze. Teraz siedzę pod prywatną kołderką z prywatnym tygodnikiem powszednim w liczbie dwóch sztuk zaległych i jednej świeżej i napawam się tą pustką, która od pewnego czasu jest towarem wybitnie deficytowym.

Potrzebuję samotności.

Tak, wiem, otwartość, ekstrawertyzm i rozmowo-filia zazwyczaj nie chodzą w parze z potrzebą ciszy, samotności i własnej kołderki, a jednak u mnie tak jest. W ciągu dnia mam spotkanie za spotkaniem, co chwila drzwi się otwierają i czyjaś sympatyczna głowa pyta: "mogę?", oczywiście, że może, więc krótkie momenty pustki są na wagę złota. Natomiast wieczorem wracam do domu i tyle rzeczy trzeba ustalić, omówić i przegadać, że dopiero koło 23h każdy siada przed swoim kompem w słuchawkach i zalega relatywna cisza.

Ale pustki nie ma prawie nigdy. A to w pustce jestem najbardziej płodna. Bo o ile uwielbiam myśleć w interakcji z drugą osobą i wtedy wymyślam najwięcej i najfajniej, o tyle tworzę w samotności i samodzielnie. Nie umiem pisać w grupie, nie potrafię spisywać i porządkować pomysłów, gdy ktoś mi stoi za plecami. Jeśli więc rozmowa otwiera wszystkie furtki i uruchamia możliwości, to samotność porządkuje, schematyzuje i wykreśla opcje, coby ostateczna forma była zwarta i domknięta.

 Czasami chciałabym mieć dwa równoległe życia. Jedno z innymi, intensywne i społeczne, a drugie introwertyczne, w samotni i medytacji. W pierwszym się realizuję, w drugim jest mi ze sobą lepiej i bardziej.

A zatem dobry wieczór się z Państwem i dobranoc jednocześnie ;)