niedziela, 12 listopada 2017

310. Bieg niepodległości 2017

Bieganie jest nudne.

Tak mi się zawsze wydawało. Od wielu lat próbuję się jednak na różne sposoby przekonać do tego sportu, bo bieganie jest przede wszystkim proste - możesz pójść, kiedy chcesz, nie potrzebujesz do tego za wiele sprzętu i nie płacisz za treningi. W sam raz dla osób zapracowanych i nie do końca panujących nad swoim gryplanem w trakcie tygodnia.

Ale bieganie jest nudne. Ciągle to samo, ciągle tak samo, nic się nie dzieje, a trzeba do przodu i człowiek ledwo żyje.

Z półtora roku temu koleżanka namówiła mnie do wspólnego biegania w Parku Skaryszewskim. Raz w tygodniu robiłyśmy 5 km (dwa okrążenia + dobieg), omawiałyśmy wszystko to, co najważniejsze i biegałyśmy tzw. Galloway'em, czyli marszobieg w regularnych odstępach (5 minut biegu, 1 minuta marszu). Umówiłam się z nią, że celem jest przebiegnięcie longiem tej odległości, ciągłym biegiem, niemalże na jednym oddechu. Nie zdążyłam - zmieniłam pracę i dojeżdżanie na Pragę było już kompletnie bezsensowne. Przestałam biegać.

Potem zimą spróbowałam ponownie, tym razem syn przyjaciółki mnie zmotywował, pod włos mnie wziął, żebym mu obiecała, że do końca tygodnia pójdę choć raz. Poszłam, było zajebiście, bo na mrozie biega się fajnie, ale zaraz się rozchorowałam, a potem była grypa, Berlin, Sycylia, i zaraz wylądowałam w szpitalu na te swoje kobiece wycinanki, i znowu się rozeszło.

Przez całe lato wszędzie jeździłam z butami do biegania. Bo może będzie okazja. Ani razu ich nie założyłam. Okazji nie było żadnej, wiadomo.

Przyszła jesień, ja nadal unieruchomiona własnym lenistwem, kondycja coraz mniej ciekawa, waga rozwojowa (ha ha ha) i nic. Siedziałam na kanapie i udawałam, że przecież bieganie jest tak strasznie męczące, to może jednak jutro. Oraz deszcz padał. Jak być może wiecie, bieganie pod deszczem jest super, ale najpierw trzeba wstać z kanapy.

Wstaliśmy z tej kanapy wspólnie, w którąś niedzielę września. Akurat się totalnie pokłóciliśmy, rozwód za pasem, już przecież nic się nie da i na pewno się nie uda. "To może chodźmy pobiegać" - powiedziałam do Radka, a on, oszołomiony takim zwrotem akcji, nieopatrznie się zgodził.

I zaczęło się. Radek też spróbował Galloway'em (minuta biegu, minuta marszu), ja obok niego, ale potem czułam się totalnie niedobiegana, więc następnego dnia poszłam ponownie, już sama i wróciłam do swoich interwałów z czasów praskich. I endorfiny się załączyły, więc za dwa dni znowu z Radkiem (i z Filipem, z tego co pamiętam, bieganie z psem chaosem jest niezłym wyzwaniem, polecam starym wyjadaczom, jeśli się nudzą zwykłymi podbiegami), a potem znowu sama.

A potem była impreza. I ta sama koleżanka ze Skaryszaka przypomniała, że Bieg Niepodległości, że zapisy ruszyły i zaraz pakietów nie będzie. A ja zamiast nalać sobie kolejny kieliszek wina wyklikałam to, co trzeba i się zapisałam. Kasia mi obiecała, że pobiegnie ze mną, bo ona w tym roku też miała swoje przejścia medyczne, więc dopiero wraca do regularnego biegania. I zapewniła, że w miesiąc dam radę się przygotować.

Od pierwszego zejścia z kanapy do biegu minęło 7 tygodni. Poszłam na 16 treningów. Przebiegłam w sumie jakieś 85 km. Najpierw biegałam z Chmielarzem na uszach (audiobooczki nie wymuszają tempa), później ze Spotify (można ustawić sobie funkcję "running", apka każe podbiec kawałek, ustala tempo, u mnie zazwyczaj 160 kroków na minutę, i potem puszcza muzykę w tym tempie, posiłkując się utworami, które lubię albo podobnymi). Włączałam oczywiście Endomondo (Edmunda dla przyjaciół), bo rywalizacja sama ze sobą to podstawa i na opasce Mi band włączałam pomiar tętna, coby nie przekraczać zdrowych 155 uderzeń na minutę, ale to mi jeszcze za bardzo nie wychodzi. I apka do interwałów, oczywiście, bo biegałam 5 minut na 1 minutę, a potem 6 minut, 7, 8 aż doszłam do 15 minut na 2 minuty marszu. Tak mi doradził Wojtek Staszewski. A jak doszłam do 15 minut biegu, to spróbowałam pobiec trochę dalej i jeszcze fragment i kawałek i troszeczkę, aż przebiegłam całe 5 km bez zatrzymania. Jakieś 10 dni temu.

Tych apek do włączania mam jeszcze więcej, bo ostatnio przypomniałam sobie, że mam pas podcyckowy z pomiarem tętna, a Mi band tego nie obsługuje, tylko Endomondo, za to Endomondo w wersji bezpłatnej nie daje ostrzeżeń, że tętno jest za wysokie, więc próbowałam z innymi apkami. Póki co mi się nie udało, a na treningi zaczęłam wychodzić z powerbankiem, bo mi telefon nie był w stanie ogarnąć takiego obciążenia :)) No i nie śmiejcie się za bardzo, uprzejmie proszę, bo gdyby nie te wszystkie dodatkowe gadżety, to ja bym już dawno ponownie zamieszkała na kanapie. One uratowały moją motywację! (obmyślam ostatnio, czy istnieje opcja, żeby oglądać seriale w trakcie biegania po parku, zakładam że na bieżni na siłowni się zapewne da to ogarnąć, ale w parku?)

Na Bieg Niepodległości plan był jednocześnie skromny i ambitny. Skromny, bo moim celem było przebiegnięcie 10 km w 1h10 minut. To jest ostatnia strefa startowa biegu ("powyżej 60 minut"), tam biegną lamerzy i ci, którzy niewiele potrafią. Czyli dokładnie ja. Ale dla mnie ten cel był bardzo ambitny. Przede wszystkim dlatego, że średnią z biegania miałam około 7 minut na kilometr, i to było na odległościach raczej 5 km i wracałam z tych treningów zmachana i z tętnem prawie maksymalnym (180 i okolice), ale także dlatego, że moja życiówka na 10 km sprzed 5 lat wynosiła 1h15. A ważyłam wtedy trochę mniej.

No bo musicie wiedzieć, że ostatni raz kiedy przebiegłam 10 km to był właśnie Bieg Niepodległości, rok 2012, i to był bardzo dla mnie trudny rok. We wrześniu mój syn osobisty wyjechał ze swoim ojcem do Stanów Zjednoczonych na rok (który potem stał się dwoma latami), w październiku zmarła Chustka, a w listopadzie, dzień przed biegiem, miałam bardzo nieprzyjemną rozmowę z osobistą matką i byłam tą rozmową zdołowana. Biegłam więc wtedy mocno nieszczęśliwa, dość konkretnie osamotniona, i do tego trasa prowadzi do Rakowieckiej i z powrotem na północ, a na Rakowieckiej moi rodzice mają mieszkanie. Symbolika bardziej niż wyraźna, drugą połowę biegu wówczas przeryczałam, słońce świeciło i ludzie się wręcz pytali na trasie, czy aby ze mną wszystko w porządku.

A zatem Bieg Niepodległości 2017. Mam biec z koleżanką, ważę kilka kilo więcej, bo tarczyca to dziwka, a metabolizm to skurwesyn, jest zimno, jestem starsza o 5 lat, przygotowania do biegu jakieś tam były, ale nie oszukujmy się, 7 tygodni to nie za wiele, a ja sobie wymarzyłam 1h10. Na głos mówię, że spoko, nie musi być taki czas, wystarczy, że ukończę ten bieg, przecież to i tak wyzwanie i w ogóle. A wewnątrz myślę - nie ma szans, żebym zrobiła 1h10, musiałabym przez cały czas biec szybciej niż na treningach. Nie ma szans, Cywińska, pogódź się z tym.

fot. Radek Teklak, "Radziu, podjedź tam bliżej wiaduktu i zrób fotę fladze z ludzi" 

Zaczęłyśmy powoli. Biegło mi się beznadziejnie. Może dlatego, że musiałam czekać 40 minut zanim nasza strefa mogła wystartować i zdążyłam zmarznąć, a może dlatego, że miałam tego dnia drugi dzień cyklu i straciłam już całkiem sporo krwi. Cholera wie. Było mi źle. Kasia gadała i zagadywała, kochana, a ja myślałam, że nigdy nie dobiegnę do Hali Mirowskiej (2 km). Dobiegłam. Na czwartym kilometrze (za wiaduktem przy Centralnym, który wzięłyśmy wolno w górę, szybko w dół i nie było tak strasznie) nabrałam rytmu. Na piątym poczułam zmęczenie. Za nawrotką przez moment przeszłyśmy w marsz, żeby napić się pół kubka wody z wodopoju. Szósty i siódmy jakoś poszły. Ósmy był trudny, bardzo trudny, byłam zmęczona, miałam dość, po drodze wiadukt przy Centralnym (weszłyśmy w górę, zbiegłyśmy w dół). I niby już bliżej, niedaleko, prawie na miejscu, ale niestety nadal bardzo daleko, a ja już ledwo żyję.

fot. Radek Teklak, pogoda była .. yyy... zróżnicowana 

Radek jechał na rowerze obok nas, "Dawaj Maria, dawaj, dawaj Maria", ale Kasia słusznie wyczuła, że mi to nie pomaga i zaczęła z nim rozmawiać, żebym ja nie musiała. Robił foty, niektóre śliczne, pojawiał się i znikał i było to najcudowniejsze pojawianie się i znikanie w naszej relacji, ale ja i tak nie miałam siły mu nic powiedzieć.

fot. Radek Teklak "Machamy, czy pokazujemy fucka?" 

fot. Radek Teklak 

Rondo ONZ przeszłyśmy, a potem Kasia powiedziała, że niebawem ostatni kilometr i że wtedy ona prowadzi i żebym biegła za nią. Bo ona przyspieszy, a ja mam nie marudzić. Tylko biec. Więc biegłam. Już nic nie mówiłyśmy. Już nikogo nie widziałam. Skoncentrowana na tym, co się dzieje z moim ciałem. Pierwszy raz miałam łzy w oczach, gdy w oddali pojawiła się meta. Drugi raz, gdy już mnie wszystko bolało, ale Kasia nie odpuszczała. Widziałam tylko metę. Białą nadmuchaną bramę z reklamą banku. Tylko metę. Byłam sama na tej trasie. Tylko metę. Już Anielewicza, ostatnie metry, ktoś krzyczy, że jeszcze 150. Ostatnie kroki przeskoczyłam, przeleciałam, nie wiem jak, bo nagle okazało się, że mam bardzo długie nogi. Nie mam pojęcia, skąd ta siła. Przebiegłam. Dobiegłam.

Trzeci raz poryczałam się za metą, gdy Kasia sprawdziła na swoim zegarku nasz czas.

1:09:13.

Udało się!


fot. Radek Teklak "Zaraz do Ciebie przyjdę, tylko medal odbiorę!" 

fot. Radek Teklak "Czy musicie tak szeleścić?" 

Przełamałam wszystko, co było trudne i złapałam wiatr w plecy (skądinąd nieźle wczoraj wiało). Już mogę biegać bez żadnej symboliki. Po prostu. Przed siebie. I tylko nie wiem teraz, co mam zrobić, żeby schudnąć i biegać szybciej i żeby nabrać lepszej kondycji i biegać szybciej i żeby więcej potrafić i biegać szybciej. Ale spoko, na pewno ktoś mi powie, jak się robi te interwały, ile kilometrów mam biegać tygodniowo, żeby się rozwijać, a mój endokrynolog znajdzie sposób na moje kilogramy.

Skoro udało się w 1:10, to i cała masa innych rzeczy jest możliwa, prawda?

Notkę tę dedykuję Kasi, bez której nie zrobiłabym takiej życiówki! Trenejro, jesteś najlepsza!   






2 komentarze: