czwartek, 24 sierpnia 2017

305. Trener poszukiwany.

Kochani moi,
potrzebuję Waszej pomocy, Waszych znajomości i Waszych dobrych rad.
A mianowicie: zostało mi pół roku do 40-tki i chcę sobie w prezencie dać dobrą kondycję i zdrowy organizm.

O ile mówimy o jedzeniu, to kwestię zdrowego żywienia mam mniej więcej ogarniętą. Pani Halszka z Belladieta.pl mną kieruje. Bardzo dużo się od niej nauczyłam i nadal uczę. Wcześniej byłam pod opieką Karoliny z sekretydiety.pl i od niej również wiele się dowiedziałam.

Jeśli chodzi o sprawy zdrowotne i hormonalne, to powiedzmy, że mniej więcej wiem, co powinnam robić, a jeśli nie wiem, to wiem, kogo zapytać. Tu nie jestem jeszcze super zadowolona z efektów, bo mam wrażenie, że któryś z hormonów mi daje do wiwatu i nawet mam podejrzenia, że to estragon, czy też estrogen, jeden pies. Pracuję nad tym i generalnie potrafię już obserwować objawy i potrafię zrobić sobie badania, resztę pozostawiam lekarzom.

Zostaje kwestia kondycji. Sportu. Ruszania nóżkami i rączkami. Machania ciałem. Tutaj przyznaję bez bicia: jestem kompletną nomen omen nogą.

Przez kilka lat chodziłam na treningi krav maga, od półtora roku już nie chodzę, bo zrozumiałam, że to nie do końca moja bajka. Doszłam do pewnego poziomu, załatwiłam sama ze sobą pewne sprawy i wychodzi na to, że nie mam już ochoty na stykanie się z cudzym potem i cudzą nadmierną energią. Nawet polubiłam te swoje siniaki, a przede wszystkim pokochałam swoich trenerów i za nimi jak w ogień, ale jednak: niekoniecznie sztuki walki. Albo przynajmniej nie wyłącznie i nie tylko, bo nie twierdzę, że już nigdy.

Na siłownię chodzić nie umiem, nie mam pojęcia, co się powinno robić, dlaczego i w jakiej kolejności. I nie wiem, na co zwracać uwagę przy wyborze (poza zapachem w szatni). Na basen chętnie bym, ale to jest trochę skomplikowane, bo przed pracą to dla mnie za wcześnie, a po pracy basen wyłącza z dalszego wieczoru (makijaż, włosy, itd), natomiast przed snem już nie mam tej energii, choć rzeczywiście jeśli miałabym bywać na basenie, to zapewne w końcówce dnia. Na zajęcia grupowe ze skakania i machania nóżką mogę chodzić, ale chciałabym, żeby to było coś regularnego, sensownego (ze względu na kondycję i mięśnie) i najlepiej gdzieś blisko moich codziennych ścieżek. Idealnie byłoby z kimś, bo samej jest mi się trudno zmobilizować. Najwygodniej jest pójść pobiegać, bo wystarczy założyć buty (i włączyć endomondo, spotify i apkę od interwałów), ale to mi nie zrobi mięśni na brzuchu, choć nie mówię nie. No i mogłabym jeszcze jakiś nowy sport załączyć, ale nie wiem, na ile to będzie źródło kondycji i pięknego ciała, czy też masy i rzeźby ;)

W domu mam matę do jogi, fajne rękawice bokserskie, rękawice ćwiczeniowe (otwarte), ochraniacze na piszczele i na krocze, hantle 3-kilogramowe, piłkę do kosza, dwa rowery i buty do biegania. Chętnie to wykorzystam i mogę nawet ćwiczyć na chacie, jeśli trener mi napisze, co po kolei mam robić i dlaczego i nie będzie to trwało półtorej godziny dziennie. Nie umiem skakać do telewizora. Być może dlatego, że go nie mam.

Szukam więc kogoś, kto się ze mną spotka, posłucha o moich upodobaniach i niepodobaniach, uwzględni moje możliwości czasowe i cele dotyczące organizmu i zaproponuje jakiś schemat (najlepiej powtarzalny, żebym nie musiała się nadmiernie zastanawiać). A potem będzie się spotykał, niczym dietetyczka, raz w miesiącu, żeby ten plan zmodyfikować. Może być częściej, ale nie wiem, czy na częściej mnie stać, bo nie mam miliona monet i nie wiem, ile taka usługa może kosztować. Z pewnością nie chcę jednorodności, czyli trener na siłowni mi nie wystarczy. I na pewno nie chcę kupować gotowego produktu, bo chcę dostać produkt dostosowany do moich możliwości, mojej nadwagi, mojej siły i mojego Hashimoto. Wreszcie, chciałabym rozumieć, dlaczego zastosowaliśmy taki, a nie inny plan, czyli nie tylko realizować zadania, ale także rozumieć, co takiego się dzieje w moim organizmie i którędy go prowadzimy.
Szukam więc kogoś, kto się mną zaopiekuje.

Obiecuję być marudna, grymaśna, dyskutująca i nie zawsze konsekwentna.
Ale prawdopodobnie będę też karna, kontaktowa i podatna na wpływ.
I na pewno pochwalę się wynikami oraz wyściskam, gdy osiągniemy efekt.

A zatem? Znacie kogoś takiego?

(PS - Zdjęcie na hamaku, bo jestem leniwa)






środa, 23 sierpnia 2017

304. Stopklatki z Niechorza

Przyjechałam nad polskie morze, żeby w samotni spokojnie popisać. Temat, którym się zajmuję, jest jednak na tyle ciężki, że muszę robić przerwy. Dzisiejszą poświęciłam na krótki spacer po plaży i miasteczku. No taki trzygodzinny.

* * *
Na plaży feeria męskich brzuchów, kilkuletnich dzieci z nadwagą i kobiet z źle dobranymi stanikami. Nie wiem, czemu akurat na takich osobach mój wzrok się zatrzymywał, ale widocznie dużo tego było.
* * *
Parawany czasami służą do ochrony przed wiatrem i piaskiem. W większości przypadków są sposobem na oznaczenie swojej przestrzeni i oddzielenie się od pozostałych plażowiczów. Z punktu widzenia osoby, która nieraz była obsypywana piaskiem ze stóp przechodzących za blisko mojego ręcznika ludzi, a w szczególności przebiegających dzieci, uważam ten rodzaj plażowania za niezwykle wygodny. O socjologii się nie wypowiem, bo moim zdaniem wygoda i święty spokój są tu najważniejsze.
* * *
W knajpach drogo. W sporawej restauracji za dorsza, frytki i piwo zapłaciłam 50 zł. W barze-smażalni za halibuta, frytki, surówkę i piwo - 65 zł. Co z tego, że prosiłam o małą porcję, halibut ważył 400 gramów i był bardzo smaczny, ale o połowę za duży.
* * *
W Niechorzu jest głośno. Jak nie samochody, krzyczące dzieci i przechodzące kolonie, to babcie i dziadkowie biegnący za swoimi wnukami. A między tym wszystkim radio, muzyka, odgłosy z wesołych miasteczek, automatów i cymbergaja. W cymbergaja grają do późnej nocy, to ostatni miejski dźwięk, jaki do mnie dochodzi.
* * *
Pełno sklepików z tzw. gówienkami, durnostojkami i pamiątkami znad morza. Jeden za drugim. Sezon się zbliża ku końcowi, parkowanie jest płatne do 15.09, pogoda nie rozpieszcza, choć dzisiaj akurat było śliczne słońce (acz 22 stopnie w słońcu to jednak nie jest letnia temperatura). Marki, które się tutaj zainstalowały na lato, powoli się zwijają. Jedni robią przeceny na całość ("75% pierwotnej ceny!"), inni próbują sprzedać po normalnej i nie przyjmują do wiadomości, że kolejna taka okazja będzie za rok.
* * *
Nie wiem, czy jest tu więcej ludzi niezamożnych niż wcześniej (vide narracja o rodzinach 500+), bo bardzo dawno nie byłam nad polskim morzem w trakcie wakacji, ale widać zróżnicowanie możliwości. Są ludzie w tanich sklepach, którzy każdą rzecz i każdą cenę oglądają dwa razy i są ludzie dość zamożni, którzy idą obwieszeni złotem i dość intensywnie komunikują swój stan konta. Jednych i drugich nie brakuje. Z języków obcych to słyszałam dzisiaj niemiecki, wiadomo, niderlandzki, co mnie trochę zaskoczyło i ukraiński, przy czym ten ostatni to były panie w strojach służbowych z pobliskiego hotelu spa.
* * *
Najbardziej mnie wzruszył pewien pan, koło czterdziestki. Klęczał na granicy wody i piasku i budował zamek. Kilkuletnie dziecko siedziało obok, coś do niego mówiło, nawet nadmiernie się zamkiem nie przejmowało, ale pan, ubrany w nienaganne szorty kąpielowe i nienaganną koszulkę polo, jakby nie słyszał. Był w swoim świecie i właśnie pracował nad tym, żeby warstwa wierzchnia sześcianu była gładka. Maksymalnie skupiony nad swoją pracą.
Skojarzenie nr 1: w ramach assessment center mogliby ludziom dawać zadanie: masz dziecko, piasek i foremki, zbudujcie zamek. Skojarzenie nr 2: bardzo, ale to bardzo jestem ciekawa, jak wyglądałby zamek mojego narzeczonego.

  

piątek, 18 sierpnia 2017

303. Stopklatki w drodze


W poprzednim poście pisałam, czym są moje stopklatki. Dzisiaj dalszy ciąg.
* * *
Tegoroczne wakacje spędzamy w Polsce. "Całe trzy tygodnie urlopu, a ja nigdzie nie wyjeżdżam" - taką miałam myśl jakiś czas temu, ale za chwilę zdałam sobie sprawę, że nie tylko nie mam ochoty na sierpniowe zwiedzane mniej lub bardziej turystycznej Europy i nie pragnę zalogować się w pięknym hotelu, ani spędzić tego czasu w basenie lub na leżaczku, ale to jeszcze coś: tym razem chcę odpocząć od nadmiaru bodźców, i Polska jest do tego idealna. Była więc Suwalszczyzna z rodziną, jest Dolny Śląsk bez napinki, i za chwilę jadę nad morze. Będę pisać.
* * *
Koleżanka pyta, co jest tak złego w all inclusive, że ludzie się z tego śmieją i mówią, że tak nie należy. Przecież dostaje wszystko (nomen omen) na talerzu, dziećmi się zajmą, a ona realnie odpoczywa w miłym towarzystwie i w wygodnym hotelu. Mnie się wydaje, że brakuje nam akceptacji faktu, że różni ludzie mają różne potrzeby. Niektórzy chcą podróżować, poznawać wszystko, co nowe i każdego dnia nocować gdzie indziej, może z kim innym, a na pewno inaczej. Inni chcą po prostu się wyspać i poczytać książki, na które w ciągu roku nie mają czasu. Jeszcze inni chcą zapewnić fajne atrakcje swoim dzieciom, ale niekoniecznie w tych zajęciach uczestniczyć. A kolejni chcą mieć czas dla siebie, na przemyślenie swoich wewnętrznych spraw, albo na przegadanie ich z najbliższymi. Każda z tych potrzeb, a przecież wymieniłam tylko kilka, to kompletnie inny rodzaj wyjazdu. Inne miejsce. Inna dynamika.
Niewielu jednak z nas ma umiejętność myślenia o innych z ich punktu widzenia, a nie ze swojego. W psychologii nazywa się to zdolność do decentracji.
* * *
Najlepiej mi się myśli w interakcji, więc uwielbiam rozmowy z bliskimi. W zeszłym tygodniu udało mi się na moment spotkać z przyjaciółką w warszawskiej kawiarni. Usiadłyśmy w wygodnej kanapie (Cafe Nero przy pl. Unii Lubelskiej), ja podciągnęłam nogi i przykryłam je chustką, bo tak lubię, gdy rozmawiam o rzeczach, i omówiłyśmy wszystko to, co ważne. M. na ten przykład twierdzi, że ja nie oceniam ludzi. Że nie mam takiej potrzeby. A jeśli to robię, to bez nadawania tej ocenie wartości moralnej. I chyba tak rzeczywiście jest. Ludzie są dla mnie różni, wiadomo. Ale to, że coś robią inaczej ode mnie, albo że mają kompletnie inne predyspozycje, nie jest w mojej głowie ani dobre, ani złe. Czasami mnie to rzecz jasna wkurza, ale to nie zmienia faktu, że oni po prostu tacy są. Przyznam, że w takim codziennym kontakcie, nieocenianie bardzo upraszcza życie. Zwłaszcza, że nadawanie ludziom etykietek bywa niezwykle mylące. Mnie się może wydawać, że ktoś jest leniwy i że mu się nie chce, a on po prostu nie potrafi i boi się o tym powiedzieć głośno.
* * *
Dwóch rzeczy wyjątkowo nie lubię. Kłamstwa i biernej agresji. To pierwsze powoduje, że bardzo ciężko mi znaleźć wspólny język: ktoś, kto mnie okłamuje, sprawia, że nie mogę o nim myśleć prawdziwie, bo nie tylko brakuje mi danych (choć oczywiście nigdy nie dostaję całej prawdy), ale jeszcze te, które mam, są błędne. I chociaż wiem, że kłamstwo jest najczęściej wyrazem słabości i lęku, to ciężko jest mi to zaakceptować. Niektórzy kłamią, żeby nie ranić. Intelektualnie to rozumiem, emocjonalnie jest mi to obce. Mnie rani brak prawdy.
A bierna agresja? Sama taka bywałam, sama taka bywam, pewnie dlatego jestem na to cięta u innych. Lubię więc przebywać z ludźmi, którzy mają choć odrobinę autorefleksji i samoświadomości i potrafią wyjaśnić swoje zachowanie i swoje emocje. Bierna agresja jest formą komunikacji stosowanej mniej lub bardziej świadomie, gdy powiedzenie głośno o tym, co nie jest w porządku, wydaje się niemożliwe, więc dana osoba odwołuje się do komunikatów pozornych lub pośrednich. Takie komunikaty też przekazują ładunek emocjonalny, ale ich treść jest zazwyczaj neutralna lub unikająca. A biedny odbiorca nie wie, czemu spokojne z pozoru teksty rozmówcy go wkurzają i wyprowadzają z równowagi.  
Tak, realnie nie lubię ludzi kłamliwych i bierno-agresywnych.
* * *
Brzeg - miasto powiatowe w województwie opolskim. Zwiedziliśmy dzisiaj Zamek Piastów Śląskich.  (kasa biletowa czynna do 16:00, normalny 10 zł, ulgowy - honorują legitymację pracowniczą z UW! - 6 zł). Bardzo zgrabnie podana wiedza. Nie w nadmiarze, a przede wszystkim bez zadęcia. Półtorej godziny nam zajęło przespacerowanie się po kilku piętrach. Najlepiej zapamiętam chyba kryptę z sarkofagami, wśród których sarkofażek Krystiana Alberta, wnuka Jana Krystiana i Doroty Sybilli. Chłopiec miał 2,5 miesiąca, kiedy zmarł i pozostawił rodzinę bez spadkobiercy. 
Natomiast w gablotach na II piętrze widnieje piękna kolekcja monet, także takich z XII wieku. Każda z nich ma trochę inny kształt, trochę inną wielkość i z pewnością nieco inne tłoczenie. Wobec takich różnic zastanawiałam się, w jaki sposób sprzedawca wiedział, że to, co mu kupiec przekazuje, jest prawowitym środkiem płatniczym. 
Ach i koniecznie wejdźcie do kościoła obok - są w nim niesamowite osiemnastowieczne freski (z tzw iluzjami), wykonane przez Johanna Kubena, jezuitę. 
* * * 
Brzeg jest także uroczym miasteczkiem pełnym starych i zniszczonych kamienic poniemieckich. Chodzi się po jego ulicach trochę jak po praskiej stronie Warszawy. Pomieszanie z poplątaniem, gęsta zabudowa, co chwila jakieś ruiny i przejścia między domami. Albo kościół franciszkański (a raczej jego resztki) przyklejony do sąsiadującego budynku, przez co całość jest objęta nadzorem konserwatorskim na okoliczność bycia zabytkiem. Za winklem most, za mostem cypel (a właściwie wysepka), na niej kolejne budynki, które u nas by posłużyły za squaty. A na samym końcu miłe zejście do Odry i lokalna plaża. Panowie piją piwko, widać jest jakiś pakt o nieagresji z policją. Ale podobno rzeka bywa wirowa i niedawno chłopak zginął, gdy próbował ratować dziewczynę, która wskoczyła za swoim telefonem. Ona wyszła bez szwanku, jego już nie ma. 
Chodziłam po Brzegu i zachwycałam się jego niepolskim klimatem. A potem pojeździliśmy autem i odkrywaliśmy coraz to piękniejsze uliczki ze zniszczonymi, ale prawdziwymi kamienicami. I dworzec z cegieł z placem dworcowym. W Brzegu mogłabym umieścić akcję kryminału, gdybym potrafiła je pisać. Musiałabym tam zamieszkać na jakiś czas, ale małe miasteczka mają ten fajny klimat, że tam się właściwie nic nie zmienia. W księgarni dostaliśmy Macierewicza Tomasza Piątka. Będzie czytane. A w barze na rynku pokaźna porcja pierogów z mięsem za 5,90. 
Sąsiednia Oława już niestety typowo polska - pasteloza, rama H, bloki 4-5 piętrowe, co chwilę kolejny sklep spożywczy i kościoły podobne do kury. Uciekliśmy czem prędzej. 
* * * 
Póki co lubię mieszkać w mieście, w centrum miasta, dwa kroki do metra, pięć kroków na bazarek, w kwadrans autem do ścisłego centrum i w drugi kwadrans na autostradę. Przyglądam się jednak innym opcjom. Dom we wsi pod większym miastem? Tak, ale raczej nie na osiedlu suburbiów, bo odległość do sąsiadów za mała. Mieszkanie w kamienicy w mieście powiatowym? Czemu nie, w Brzegu można kupić kawalerkę za 75 tys., acz obawiam się, że to by było tylko na moment. Bo mnie nosi, wiadomo. Dom w lekkim oddaleniu od wioski, nie tak, że w środku lasu, ale jednak z kwadrans się idzie do najbliższego sklepu, czy dwóch, a kolejne w odległości 30 km? Za daleko, obawiam się. Bałabym się tego potwora, co wyjdzie z lasu i jeśli mnie nie zabije, to będzie mnie podglądał przez wielkie okna. Bo chcę mieć wielkie okna z wielkim widokiem. Czy robi się szyby na wpół weneckie, co to z mojej strony wszystko widać, a z zewnątrz już nie bardzo? 
* * * 

Nie ciągnie mnie do domu. 


























środa, 16 sierpnia 2017

302. Stopklatki (czyli ja bez żadnego trybu)

W czasie protestów o wolne sądy (głos z offu: WOLNE SĄDY! WOLNE SĄDY! WOLNOŚĆ! RÓWNOŚĆ! SOLIDARNOŚĆ!) regularnie pisałam na facebooku "stopklatki i wzruszenia", z krótkimi werbalnymi obrazkami tego, co przyuważyłam danego dnia. Jest to przyjemna dla mnie forma pisania i chętnie ją zachowam (a przy okazji może mi się kiedyś uda zebrać wszystkie stopklatki z tamtego okresu w jeden wpis, na razie możecie je wyszukać wpisując tag #stopklatki i ograniczając wyszukiwanie do moich postów, ale to działa tak sobie).

Póki co kilka stopklatek z ostatnich 10 dni, czyli od kiedy jestem na urlopie.

* * *
Na Suwalszczyźnie w wielu sklepach ogłoszenia na szybie "dam pracę". To dla mnie nowość. Kiedyś praca w sklepie była załatwiana po znajomości, a wakaty rozchodziły się zanim właściwie zaistniały. Dzisiaj jedno za drugim ogłoszenia. Każą wątpić w wysokie bezrobocie. I to nie tylko w Gołdapi, ale także w mniejszych miejscowościach, w Przerośli też.
* * *
Niedaleko domu moich rodziców spory kawałek ziemi kupił p. Antoni Ptak, ten miliarder spod Łodzi (jego majątek jest szacowany na 1,7 mld, gdzieś przeczytałam). Zbudował całkiem przyjemne dla oka domy, aktualnie przygotowuje chyba stadninę, bo na jego polach przyuważyliśmy z 20 koni tej samej maści. Samochody z jego pracownikami (obrandowane Ptak Fashion) jednoznacznie i znacząco zwalniały przejeżdżając przed domem moich rodziców, bo pies może wyskoczyć, bo ludzie tu mieszkają. Tam jest taka wąska polna piaszczysta droga, ale prosta i gładka i widać już asfalt, stałe miejsce rozpędzania się okolicznych mieszkańców.
* * *
W całej Przerośli nie udało nam się kupić Coli Zero. "Czasami przywożą, ale szybko schodzi". Cola zwykła wszędzie i w każdym rozmiarze.
* * *
Dużo sklepów z odzieżą używaną w Gołdapi. Ubrania w całkiem dobrym stanie i niezłe stylem w przedziale 8-30 zł. Obkupiłam się oczywiście.
* * *
Mc Donalds w Łomży oblegany. W jedną stronę czekaliśmy 40 minut na realizację zamówienia. W drugą - jakieś pół godziny.
* * *
Za to Mc Donalds w Łasku (droga na Wrocław, trochę za Łodzią na S8) jakby mniej zatłoczony. Co druga osoba z obsługi mówiąca średnio po polsku, z bardzo wschodnim akcentem. Wiedziałam, że jest bardzo dużo Ukraińców w wielkich miastach, ale na stacji benzynowej w środku niczego?
* * *
Plaża Poniatówka w Warszawie w piątkowy ciepły wieczór. Ogniska, grille, piwko (oraz panowie, co to za dnia chodzą po pociągach na stacjach i po plażach nadmorskich i wołają "piiiiiwooo jaaaaassssne"), kocyki, psy i ogólne swawole. Nadal nie mogę się nacieszyć tym, co udało nam się odzyskać. Dziesięć lat temu Wisła nie istniała w naszych weekendowych ścieżkach i nic nie wskazywało na to, żeby to miało się zmienić.
* * *
Autostrada A2 z Warszawy jakaś taka nieprzyjemna, ludzie jadą agresywnie, skaczą z pasa na pas, trudno przewidzieć, co za chwilę zrobią, a na autostradzie przecież nie mogę jechać na pamięć i ze stałą prędkością, tylko muszę tak, jak kolegi. Dynamikę dostosować do tego, co się w danej chwili dzieje. Hamować, gdy oni hamują, nawet jeśli nie wiem dlaczego. I wracać na prawy pas od razu po wyprzedzaniu.
Za to droga szybkiego ruchu S8 za Łodzią przyjemna i harmonijna. Jedzie się bez napięcia.
* * *
Odpoczywam.



wtorek, 15 sierpnia 2017

301. Ślęża

27 000 kroków po szeroko rozumianej Ślęży.
Ledwo żyjemy.

Na samym początku się zgubiliśmy, bo w przewodniku było, że żółty szlak zaczyna się tuż za wysokim murem poprawczaka, a poprawczak miał co najwyżej płot z siatki, więc nasze algorytmy wewnętrzne się pogubiły, a my wraz z nimi.

Jak już zdecydowaliśmy się nim pójść pomimo braku oznaczeń, to zaraz się okazało, że jesteśmy jakimiś totalnie no-lajfami, bo my do góry dysząc ostatnimi płucami, a z góry coraz to mniejsze dzieciaki schodziły. Pełne energii, wiadomo. A potem wyprzedził nas rowerzysta. W górę, w sensie. Nie wiemy, jak on to zrobił, bo większość drogi to były kamienie ułożone w schody. A my nadal ledwo dyszeliśmy.

Dopiero na szczycie wyszło na jaw, że z drugiej strony jest wejście łagodniutkie i nie za długie, bezpośrednio z przełęczy Tąpadły, gdzie to diabeł podobno tupnął nóżką, a zejście do Sobótki (to, które dla nas było wejściem) nie jest jakoś dramatycznie trudne, stąd te czteroletnie dzieci z plecaczkami i tenisówkami.

Więc zeszliśmy tym łagodniutkim, a potem dawaj jeszcze z 10 km po poziomicy czarnym szlakiem, co by wrócić do auta. Ta poziomica była miejscami pionowicą, a z każdym kilometrem nawierzchnia coraz bardziej przeszkadzała (drobne ostre kamienie w ramach drogi). W sumie 500 metrów w górę i 500 w dół.

Ostatnie kilometry zrobiliśmy na ostatnich nogach, a potem w te pędy do sklepu, bo przecież dzisiaj wszystko zamknięte, więc dokonaliśmy tradycyjnego armageshopu.

notetoself: nie rób zakupów na głodniaka.
notetoeverybody: NIE LUBIĘ CHODZIĆ PO GÓRACH.

Co nie zmienia faktu, że było pięknie. I trochę fajnie też.

A kościół na szczycie jest cudownym uosobieniem kiczu i przedziwnych upodobań. Najfajniejszy był pirat z Karaibów przy ołtarzu. I magnesik 3D hologramowy z
papieżem Franciszkiem. A wydawało mi się, że u nas to tylko naszego papieża się sprzedaje.
niekochane dzieci lex szyszko

las i drzewa
święty pirat z karaibów

różne dziwne w podziemiach kościoła

niebezpieczne znaki, uwaga schody

uwaga zły pies

daleko jeszcze? 







-->

czwartek, 10 sierpnia 2017

300. Katalog grzechów polskiej branży turystycznej

Już nie mogę od tego klikania.
Mam tego serdecznie dość.

Od kilku dni próbuję sobie znaleźć miejsce na pisanie. Ten fragment mojego urlopu będzie trwał całe 6 dni, więc rozumiecie, że miejscówa musi być dobrana precyzyjnie, gdyż czasu mikroskopijnie mało, a książka się sama nie napisze. Przede wszystkim więc chodzi o to, żeby nic nie przeszkadzało. Narzeczony, syn, jego dziewczyna, pies oraz 2 koty zostają w domu. Jadę sama.

Wydawało mi się, że nie chcę za wiele. Widok na morze z okna i balkonu. Biurko. Wyżywienie. I cena niższa niż za tygodniowy wyjazd do Grecji.

No więc myliłam się.

Na booking.com jest sporo filtrów wyboru, ale mam wrażenie, że większość wypełniających nie oznacza odpowiednich opcji. Określiłam, że chcę "balkon" i "widok" - wyszło mi kilkadziesiąt opcji na całym Pomorzu (wszystkich możliwości kilkadziesiąt tysięcy). Dodałam jeszcze plażę, liczba opcji zmalała do 17, i większość z nich była w sporej odległości od morza (nie wiem, może chodzi o to, że plaża jest niedaleko?). Za to "widok" to przede wszystkim widok na ogród. Albo na jezioro. A tym jeziorem jest czasami staw. Na pewno urokliwy. W sumie widok na parking to też widok, nie?

Zdjęcia natomiast się robi obiektywem szerokokątnym, żeby pokój wydawał się większy. To już chyba norma. Czasami się robi zdjęcia artystyczne - autofokus na wazonik z różami, na małej przesłonie, więc tego co z tyłu nie widać. Zdjęcia z balkonem? Ależ po co. Zdjęć z balkonu zresztą też nie ma. No bo jeszcze wtedy by się okazało, że ten widok jest na las tylko troszeczkę, a morze jest tylko w lewym górnym rogu, gdy człowiek się lekko wychyli. Bo tak normalnie to widać głównie budowę na pobliskiej działce. Starałam się sprawdzać foty w google maps, ale one są w zazwyczaj kilkuletnie (większość Pomorza to 2012 r.).

Na Airbnb nie jest lepiej. Właściwie jest gorzej, bo kilka razy znalazłam tam dom (domek?) do wynajęcia, fota pokazuje, że plaża za rogiem, ale nie ma ani jednej foty pokojów. Ani jednej. ŻODYN nie wie, czy tam jest choćby łóżko, a opinii poprzednich klientów z wynajmu tyż nie ma, bo lokal jest nowy w serwisie. No nie będę ryzykować, zwłaszcza za 350 zł za dobę.

Są też oczywiście świetne oferty, piękne kompleksy hotelowe, fantastyczne widoki z jednego z trzystu takich samych balkonów i wtedy też ceny są fantastyczne. Super okazja, liczne rabaty (w serwisie travelist są teoretycznie tylko oferty promocyjne), wyżywienie w cenie, zapłacisz tylko 4500 zł, oszczędzasz 4234 zł. I nie ma różnicy, czy przyjedziesz sama, czy z kimś, czy w wersji dwoje rodziców i troje dzieci (dwoje na dostawkach, jedno w łóżku z rodzicami, fajne wakacje, nie?), cena jest taka sama. Wyobraziłam sobie te codzienne animacje dla dzieci za oknem. I parawany na plaży. Koleżanka wrzuciła zdjęcie z Łeby i twierdzi, że jak kto ma mniej niż 170 cm wzrostu to może mieć problem, żeby morze zobaczyć. Jestem wysoka, no ale jednak.

Znalazłam też kilka cudownych apartamentów. Z widokiem. W sensie budynek na plaży, na wydmie (ciekawe, jak uzyskali pozwolenie na budowę), albo tuż obok. Samotnicze. Nowoczesne. Idealne. Ceny jednak powalające. Z wyżywieniem z pobliskiej biedronki wyszłoby ponad 5000 zł, więc jednak odpuściłam, nie sądzę, żebym tyle pieniędzy na tej książce kiedykolwiek zarobiła ;)

No ja wiem, że jak się szuka na 10 dni przed wyjazdem, to nie należy marudzić, ale jednak wolałabym się uczciwie dowiedzieć, że nie ma żadnej oferty spełniającej moje wymagania, że następnym razem to rezerwuj, Cywińska, w lutym, ale nie, spędziłam kilka dobry godzin na klikaniu, wyliczaniu, wpisywaniu dat, żeby się dowiedzieć, że jednak miejsca nie ma, a te "od 199 zł za dobę" wynosi 3800 za 6 dni, bo cena promocyjna będzie aktywna od 1 grudnia.  

Zeszłam z wymagań. Uznałam, że wyżywienie ogarnę na własną rękę. Bo z jedzeniem to są tylko oferty premium, więc podjadę sobie swoją 14 letnią Corollą premium do biedronki premium, kupię składniki premium na kanapki premium i muesli z wisienką na torcie, a raz dziennie wypatrzę jakąś smażalnię albo chociaż wędzarnię. Wyjdzie taniej.

Zaczęłam więc pisać maile, bo czas na szukanie miałam głównie w nocy, a jednak ten widok z balkonu był dla mnie istotny. No niestety. Polska turystyka na maile odpowiada rzadko. No bo w sumie po co, przecież klient i tak przyjdzie, a jak nie przyjdzie, to będzie na co narzekać. Że sezon słaby i pięćsetplus nie pomogło i jak tu żyć, panie premierze. Bo szukałam adresów mailowych poza bookingiem - taki mały trick: booking bierze swoją prowizję, a w bezpośrednim kontakcie można czasami coś wynegocjować.

Pisałam uprzejmie, żem blogerka i że w planach książka. I że biurko potrzebne. No więc nie. Jeśli już odpisywali, to głównie, że wysoki sezon, a rabat to stolica tunezji. Albo że mogą mi dać mniejszy apartament, jeśli chcę taniej, ale ten jednak nie ma widoku, i właściwie to już jest zarezerwowany, więc przykro nam bardzo.

Jeden odpisał po ludzku, słownie: jeden. Ciąg dalszy zatem nastąpi i - przy dobrych wiatrach - pisane będzie.






poniedziałek, 7 sierpnia 2017

299. Urlop. Lądowanie

Najpierw wyłączyłam codzienne budzenie z telefonu. Potem odpięłam pocztę służbową. Poczekałam z tym aż do dzisiaj, bo jeszcze w piątek coś tam się zadziało, chciałam mieć pewność, że nie będzie dalszego ciągu.

Trochę niechcący, a trochę z powodu braku stabilnego internetu przestałam robić sobie prasówkę co kwadrans. To akurat wyszło mi dość bezboleśnie - niusy z Polski mnie kręcą głównie wtedy, gdy wychodzę pospacerować pod Sejmem i Pałacem Prezydenckim. Kiedy indziej są przede wszystkim przykrym obowiązkiem i jeszcze przykrzejszym rozczarowaniem.

Dziś rano, no dobra, nie rano, a w południe, zdałam sobie sprawę, że jest dzień roboczy, a ja sobie chodzę po Suwalszczyźnie i nic nie muszę. Za to spokojnie mogę przez godzinę przebierać w używanych ubraniach. Nigdzie mi się nie spieszy.

Jeszcze wczoraj miałam motorek w dupie i po godzinie na przeroskim rynku chciałam już szybko iść do domu, no bo jak tak można marnować czas przy piwie i na lokalnym odpuście. Powinnam gnać i pędzić.

No więc nie powinnam. A przejrzenie ubrań zaskutkowało dwiema sukienkami i żakiecikiem. Była promocja na 50%. Zapłaciłam 32 zł za całość.

Lądowanie urlopowe wcale nie jest proste. Nie umiem tak z dnia na dzień przestać się przejmować, nie myśleć o sprawach, które zostawiłam w pracy i które będą się działy - beze mnie! - przez całe trzy tygodnie.

Koło siedemnastej położyłam się w hamaku, włączyłam ukochane diamenciki i zdałam sobie sprawę, że one mnie wcale nie cieszą. I znowu się uśmiechnęłam, bo diamenciki, czyli taka ogłupiająca gra w telefonie, gdzie trzeba łączyć trzy takie same, są idealnym odstresowaczem po trudnym dniu, ale się kompletnie nie nadają jako passe-temps na urlopie. Do tego potrzebne są co najmniej planszówki, albo chociaż książki.

Jeszcze jestem trochę autystyczna, jeszcze nie chcę mi się za wiele mówić, a już na pewno nie o ważnych sprawach. Jeszcze sobie siedzę we własnych myślach. Ale już powoli słyszę w sobie ten większy luz i poczucie wewnętrznego spokoju.

Już ląduję.