poniedziałek, 3 kwietnia 2017

282. Lumpiata w szpitalu, czyli mięśniakom mówimy nie.

Zacznę od disclaimera, że lekarzem nie jestem, wykształcenia medycznego nie posiadam, na klasówkach z biologii przede wszystkim ściągałam, więc wszystko, co tutaj napiszę, jest owocem moich rozmów z medykami, wcale nie tak intensywnego guglowania (bo się bałam, a jakże!) i procesów powiedzmy że intelektualnych wynikających z tych doświadczeń. Jeden rabin powie tak, inny powie nie. Nie roszczę więc sobie żadnego prawa do głoszenia jedynej objawionej prawdy na temat mięśniaków, ale chciałabym się z Wami podzielić swoimi wymądrzeniami, bo w ciągu ostatniego miesiąca zbyt wiele razy usłyszałam - ale właściwie to co to jest ten mięśniak i jakie są objawy? A może ja też to mam?

No więc prawdopodobnie masz.

Jeśli jesteś kobietą w wieku rozrodczym, są większe szanse, że mięśniaka masz, miałaś lub będziesz miała, niż że Cię to nie spotka. Według jednego z istniejących badań, 70% kobiet rasy białej ma mięśniaka przed 50tką. Albo mięśniaki, bo może być ich więcej, czasami nawet cała kolonia. Mogą być małe, mogą być większe, mogą dawać objawy, ale nie muszą. Być może będziesz chciała go wyciąć (wyłuszczyć, jak to mówią fachowcy), a być może nie będziesz musiała go wcale ruszać.

Mięśniak to łagodny guz gładkokomórkowy rozwijający się w ściance macicy. Rozrost mięśnia macicy. Nowotwór, ale łagodny (nie powoduje raka). Rozwija się nie za szybko i nie do końca wiadomo, skąd się bierze. Jedni mówią, że terapia hormonalna może się przyczyniać do ich wzrostu, inni że to geny. Mówiłam, z tymi rabinami nigdy nie wiadomo, który ma rację. Przynajmniej póki co.

Mój miał 4,5 cm, gdy się o nim dowiedziałam. Wyszło mi to w czasie USG dowcipnego (transwaginalnego) i lekarz był trochę zdziwiony, że nikt mi go wcześniej nie zauważył. Ale faktem jest, że był z tyłu i z boku, więc mógł się schować. To było z półtora roku temu. Natychmiast zbladłam, usłyszałam słowo "nowotwór" i w myślach zaczęłam pisać testament. Za chwilę jednak się okazało, że co druga baba ma takie coś i nie muszę się tym przejmować, o ile nie daje objawów.

A jakie mogą być objawy?
Najbardziej chyba zauważalny efekt to bardziej intensywne miesiączki. Zaczynają się wcześniej (plamienie), kończą później (plamienie), a w środku jest wodospad krwi, najczęściej w skrzepach. (baj de łej, drodzy czytelnicy, jeśli ktoś doszedł do tego miejsca i zastanawia się, po co ja piszę o takich sprawach, przecież to obrzydliwe, jak można w ogóle pisać o okresie, to sugeruję, żeby natychmiast przestał czytać i poszedł sobie gdzie indziej, tu są na przykład ładne kotki. O okresie trzeba pisać, bo jak laski nie będą wiedziały, co jest normalne, a co jest objawem, to będą chorowały, nawet o tym nie wiedząc. Edukacja około-waginalna jest nam bardzo potrzebna. Nam kobietom, nam dziewczynom, nam dziewczynkom i naszym córkom. Ok, poszliście sobie?).

Taki wypływ krwi może być zwyczajnie niekomfortowy, bo okres trwa dłużej i właściwie powoli kobieta ma wrażenie, że ledwo się jeden skończył, to drugi się zaraz zaczyna, ale to może mieć też konsekwencje medyczne - w szpitalu leżała ze mną kobieta, która miała całkiem niewielkiego mięśniaka, ale za to wariata. Miała z tego powodu anemię i hemoglobinę na poziomie niemalże ujemnym. Po podaniu jej kilku jednostek krwi i po operacji usunięcia gada, obie z zaskoczeniem odkryłyśmy, że laska ma super dużo energii i ciemną karnację. Gdy ją przyjmowali dwa dni wcześniej była koloru kremowej ściany. A nie zwracała uwagi na to swoje zmęczenie, bo ciągle pracowała i tłumaczyła sobie, że to z tego powodu.

Innym objawem jest ból. Taki powiedzmy, że mechaniczny. Może mieć miejsce w trakcie seksu, bo mięśniak naciska na inne narządy. Może się zdarzać przy sikaniu, bo mięśniak naciska na pęcherz. U mnie się objawił w trakcie grypy, czy też w ramach jej powikłań. Internista myślał, że mam nietypowe zapalenie pęcherza, bo bolał mnie pęcherz, a nie oddawanie moczu, i dostałam antybiotyk. Po tygodniu inna internistka domyśliła się, że coś jest nie tak, skoro nadal mnie bolało jak skurwesyn, gdy ktoś naciskał lub dotykał. Kazała zrobić USG jamy brzusznej i wtedy okazało się, że przez ostatni rok kolega mięśniak sporo urósł i warto by było coś z tym zrobić, gdyż jest już jabłuszko, a nie śliwka.

Bo gdy miałam śliwkę, to kolejni lekarze mówili, że nie ma co ruszać ścianek macicy. Że kolega jest z tyłu, więc może nie będzie tak bardzo przeszkadzał. Że wycinanie jest jednak dość poważną ingerencją w powłoki brzuszne. Że są oczywiście inne metody. Ale nie, nie będę Wam o nich pisać. Poczytajcie sobie same i wyróbcie sobie zdanie, bo ja nie chcę: embolizacja, czyli zabijanie nieoperacyjne, nic o niej nie wiem, laparoskopia, czyli zabijanie przez zrobienie trzech dziurek, które jednak mają taką wadę, że ich się nie zaszywa, i trudniej jest wszystko wyczyścić, podobno, wreszcie można też podawać leki, żeby chama zmniejszyć przed operacją, ale podobno to już jest stara metoda i niekoniecznie sensowna, gdyż osłabia organizm, a efekt wcale niepewny. No ale już mówiłam o rabinach, prawda?

I tu będzie krótki moment wymądrzania się filozoficznego. Z medycyną u mnie jest tak, że nie próbuję wszystkiego sama zrozumieć, ale wychodzę z założenia, że komuś muszę zaufać, jakiemuś specjaliście. Więc gdy choruję, wybieram nie metodę leczenia, a człowieka, który tę metodę zaproponuje i zastosuje. I to on mi wyjaśnia, co się wydarzy. I to on mi pomaga podjąć decyzję, jeśli są jakieś decyzje do podjęcia. Ale komuś MUSZĘ zaufać, bo inaczej oszalałabym. Bo ja nie jestem profesjonalistą i nie studiowałam przez wiele lat medycyny i nie mam wieloletniego doświadczenia praktycznego. A oni mają. Więc w przypadku mięśniaka odwiedziłam kilku lekarzy i wreszcie wybrałam tego swojego. I się go posłuchałam.

A zatem gdy w macicy miałam śliwkę i gdy w ciągu pół roku jej rozmiar się nie zwiększył, decyzja była na nie. Zwłaszcza, że jestem nadal w wieku rozrodczym i nie wiem, co mi do głowy jeszcze może strzelić, a tej wielkości śliwka nie przeszkadza ciąży. Ale gdy śliwka stała się antonówką, uznaliśmy wspólnie, że trzeba mięśniakowi powiedzieć nie i że lepiej to zrobić szybciej niż wolniej, bo skoro w rok mu się urosło do 7 cm, to nie wiadomo, co będzie dalej. No i objawy. Coraz dłuższa miesiączka, coraz częstsze oddawanie moczu, incydentalne nocne cierpnięcie nogi (które miałam też w trakcie ciąży, stąd to skojarzyłam) i ogólne poczucie osłabienia i rosnącego brzucha. Przed momentem przeczytałam jeszcze, że czasami mięśniaki wpływają też na obniżenie libido (bo jakieś zaburzenia hormonalne mają miejsce), ale nie wszystkie badania to potwierdzają.

A zatem ustaliliśmy datę zalogowania się w szpitalu. Niektóre źródła internetowe mówią, że lepiej być bezpośrednio po okresie, ale u mnie tego wymogu nie było. Byłam raczej w drugiej części cyklu. Poproszono mnie o przyniesienie ze sobą świeżych badań (morfologia, różne tam potasy i glukozy, mocz, najnowsze USG i cytologię oraz grupę krwi, kobiety po 45 r.ż miały jeszcze obowiązkowe EKG, a ja badania tarczycowe, skoro mam Hashimoto). I lekarz mi zabronił czytać internety, bo one mówią, że czasami trzeba wyciąć całą macicę na ten przykład, co jest oczywiście lekkim przekłamaniem, gdyż to się zdarza bardzo rzadko, ale faktem jest, że byłam totalnie zestresowana na tym tle. Lekarzowi nic nie powiedziałam, bo przecież zabronił.

Pierwszego dnia mnie zarejestrowali i sprawdzili te wszystkie badania. Lekarz przyjmujący mi wszystko opowiedział i zbadał ponownie, żeby sprawdzić, czy wszystko jest tam, gdzie powinno. Mięśniak był i machał do nas lewą rączką. Powiedziałam mu, że jego godziny są policzone.
Wieczorem mnie przygotowano do operacji -  nie mogłam jeść od jakiejś 16.00, więc o 20.00 przyszedł R. z paczką ptysiów z bitą śmietaną. Ślicznie pachniały. Zaraz więc wyszedł.

Potem kazali się umyć w płynie antybakteryjnym, raz wieczorem, raz rano, dostałam jakieś leki nasenne, a jeszcze wcześniej przyszła pani anestezjolog i ustaliłyśmy, że kłucie będzie w plecy i że będę przytomna. Zamontowali mi wenflon (nie wiem, jak to możliwe, ale w ogóle go nie czułam przez całe trzy dni pobytu w szpitalu) i kazali spać. Zasnęłam bez problemu.

Rano dostałam jeszcze jakieś inne leki, coś na krzepliwość, jakiś antybiotyk, umyłam się, przebrałam w białą sukieneczkę szpitalną i zabrali mnie koło 10.00 już na blok operacyjny. W szlafroku przemyciłam telefon komórkowy, choć mówili, że nie wolno. Bo potem miałam przez dobę leżeć na sali pooperacyjnej, podpięta do monitorów takich jak w serialach amerykańskich. Żeby wiadomo było, że żyję. No i wtedy telefon jest niepotrzebny. Ha ha i ha. Cywińska bez internetu? No doprawdy. W tym czasie wszystkie moje pozostałe rzeczy zostały zapakowane do worka plastikowego, podpisane i schowane w pokoju pielęgniarek. Żeby nikt się nie poczęstował, wiadomo.


W czasie operacji byłam zatem przytomna, odmówiłam środka nasennego i muszę przyznać, że to ciekawe odczucie. Wiedziałam, że coś mi robią, przed oczami miałam parawan, więc tylko odrobinę mogłam podejrzeć w odbiciu przy lampach. Czułam, że ktoś mnie dotyka, ale nie mogłam ruszyć ani nogą, ani brzuchem, ani żadnego bólu nie było. Trochę mi się słabo zrobiło w trakcie, więc przyłożyli mi tlen. Może i dobrze - nie mogłam nic mówić. Bo ja to wiecie, w sytuacjach stresujących to gaduła jestem. Zresztą nie tylko w stresujących ;) Za to panowie operatorowie mówili niewiele i raczej do siebie.

Operował mnie znany skądinąd prof. Dębski (podobno lubi mięśniaki), miał śliczną wzorzastą szmatkę na głowie w przeciwieństwie do pozostałych obecnych na sali operacyjnej, wszystkich na zielono i biało. Byłam tak przejęta, że zapomniałam mu powiedzieć. I na szczęście nie miał nic przeciwko temu, żebym obejrzała sobie kolegę mięśniaka, gdy już go wydobyli. Byłam przekonana, że będzie czerwony, sikający, trochę jak głowa Zwierzaka z muppetów. No więc nie, proszę państwa, epitet gładkokomórkowy nie jest bez znaczenia - mięśniak wyglądał jak taka większa bila bilardowa, biało-różowy, z małymi plamkami i był cały gładki (wrażliwi, nie klikać, mój był bardziej kulisty). Wysłali go do badań histopatologicznych, rzecz jasna. Wyniki mam za dwa tygodnie.

A mnie wysłali na salę pooperacyjną. Przez kilka godzin miałam nie ruszać nadmiernie głową, coby mnie potem nie bolała, i pić nie mogłam niestety. Morfina mi się trochę dała we znaki, bo wszystko mnie swędziało (podobno tak bywa), a w szczególności twarz. A pod wieczór zwróciłam całą zawartość żołądka, czyli wielkie nic i trochę zielonej wody. Dwa razy. Czucie odzyskałam po jakichś 4-5 godzinach. Miałam trochę za niskie ciśnienie, ale ja tak mam, więc się nadmiernie nie przejmowałam.

Bólu nie czułam, bo dostałam świetną osłonę przeciwbólową. Panie pielęgniarki na oddziale są naprawdę cudowne i pomagają, ile się da, choć warunki pracy mają słabe, bo oddział aktualnie w remoncie, więc lokalizacja jest tymczasowa. Następnego dnia rano mnie od wszystkiego odłączyli (od cewnika też, nie wchodźmy w szczegóły) i kazali się pionizować. Po tego typu operacji warto od razu zacząć chodzić - mówili i internet potwierdzał - żeby się zrosty nie porobiły. No to chodziłam. Korytarz jest długi na 22 kroki. Pierwszego dnia zrobiłam ich 1000. A kolejnego dnia mnie już wypuścili do domu.

I tak to. Od 10 dni siedzę na kanapie i na fotelu i staram się sporo chodzić, bo stać za bardzo nie mogę. Odległość z kuchni do sypialni to jedyne 16 kroków, ale za to spacery wokół bloku są bardziej krokogenne. Czuję się lżejsza i piękniejsza. Co z tego że od wewnątrz ;) Blizna ma jakieś 10 cm, ale szwy wyszły bez problemu, nic tam się nie dzieje, a i dostałam też dobre rady, coby blizna była mniej widoczna (obcisłe majtki i plastry silikonowe).

Gdyby nie to, że szew wewnętrzny przechodzi tuż obok jelit, więc przez ponad tydzień każde ich najmniejsze nawet poruszenie powodowało okropny ból, taki, co to się prawie mdleje (tak, czarno przed oczami, zimne poty, itd) i taki, co to powoduje, że człowiek przypomina sobie o wszystkich swoich grzechach naraz i taki, co to człowiek już nie chce niczego jeść, byleby przestało boleć, no więc gdyby nie ten ból, to właściwie mogłabym uznać, że operacja nie była nadmiernie uciążliwa. Przez jakieś dwa dni to w ogóle miałam wizję, że mi zrobili krzywdę i przeszyli jelita w trakcie zaszywania i na pewno będą musieli mnie ponownie otwierać, bo z pewnością umieram. No więc nie. Pojechałam sprawę skonsultować i wyszło na to, że to tylko lokalizacja szwu na macicy jest niefortunna. I żebym brała przeciwbólowe.

Tymczasem od dwóch dni ból prawie minął, więc najwyraźniej jest już z górki.
To i ja mam więcej energii.
Kontrola za 6 tygodni.

I nie piszcie mi proszę, że mięśniaki lubią odrastać, bo o tym wiem. Póki co mam poczucie spełnienia i szczęścia, i wiem, że się problemu pozbyłam, więc prosiłabym raczej o minutę ciszy nad tym biednym nowotworem łagodnym, którego już nie ma.

I nie będzie.



PS. A tak przy okazji to polecam klinikę profesora Dębskiego, Dębski Clinic. Ten wpis nie jest sponsorowany. 

2 komentarze:

  1. ciekawe, nie? Z tymi wizjami, co to ludziom mózg podpowiada gdy boli. Miałam bardzo podobną, że ten jajnik co to był przyklejony do jelita, był został odklejony zbyt dziarsko i że teraz dziura...
    Ale to nic. Koleżanka z podstawówki była przekonana, że częste pytania po porodzie "stolec był" wynikają z troski medyków, czy aby jej tyłka nie zaszyli.

    OdpowiedzUsuń
  2. Potwierdzam wszystko z własnego doswiadczenia krok po kroku!
    U mnie jedynie mięśniak został początkowo zdiagnozowany jako mięsak (sarkoma), co spowodowalo morze łez, automatyczne osiwienie, kryzys "egzystencjonalny" i ewidentny wzrost spożycia wina czerwonego - teraz piszę to żartobliwie, ale nie było mi wcale do śmiechu.... trzy mięśniaki blisko siebie dawały obraz ukrwienia wewnętrznego typowego dla sarkomy...
    Owocem "po-operacji" było również bardzo szybkie zaciazenie - widać mięśniaki mogą jednak przeszkadzać w staraniach, u mnie byly to 2lata.
    Minęło 10 lat, nic nie odrosło!!! Włosy farbuję, wino czerwone uwielbiam (jedynie bez dodatku łez!) i myślę, że w sumie wszystko skończyło się na strachu i bardzo dobrym "happy end-zie".
    Pozdrawiam serdecznie
    Urszula

    OdpowiedzUsuń