piątek, 14 kwietnia 2017

284. Z okazji Wielkanocy

Jest kościół siostry Bernadetty. Kościół pedofilii. Kościół władzy i trzymania ludzi za jaja. Kościół, który zabijał w imię potrzeb własnych ukrytych pod ideologią. I kościół, który nadal zabija. Bezkarnie. Z dokładnie tego samego powodu. Jest kościół ludzi chciwych. I tych bez sumienia, nawet jeśli regularnie chodzą do spowiedzi. Jest kościół grzeszny. Bardzo grzeszny i bardzo świadomy tego, co robi. Kościół ludzi fałszywych. Kościół skupujący nieruchomości za bezcen. I kościół ukrywający przestępców w swoich szeregach. Jest kościół ludzi niezbyt mądrych. I tych klepiących modlitwy na pamięć. Kościół demagogii i autorytaryzmu. Kościół manipulujący swoimi owieczkami. Kościół owieczek zresztą też jest. Niekoniecznie inteligentnych i na pewno pozbawionych krytycznej refleksji. Jest kościół ludzi mówiących bardzo złe rzeczy na obcokrajowców. Na migrantów. Na uchodźców. I na muzułmanów. Kościół homofobów. Kościół mizoginów. Kościół stosujący przemoc. Wobec dzieci. Wobec kobiet. Wobec zwierząt. Kościół usprawiedliwiający zachowania niegodne. I kościół kłamliwy. Kościół mafijny. Kościół tworzący prawa i przepisy, które z wiarą nie mają nic wspólnego. Kościół wchodzący ludziom do łóżek. I kościół wykluczający. Każdą inność i wszelkie wyjście z szeregu. Jest kościół karzący. I kościół będący zaprzeczeniem miłości i miłosierdzia. Kościół bogaczy w drogich samochodach i kościół nienawidzący dzieci, bo są hałaśliwe. Kościół ludzi pełnych nienawiści. I kościół domagający się cierpienia, bo cierpienie uszlachetnia, tyle że nie. Jest kościół pieniędzy, układów, cenników i licznych co łasek za pogrzeby i śluby. Kościół odmawiający pomocy realnie potrzebującym. I kościół niewierny, sypiający z kim popadnie, bo przecież księdzu się nie odmówi. Jest kościół smutny, szary, ale złotem obleczony. I kościół odmawiający ludziom oficjalnej apostazji. Kościół nadmiernie obecny w polityce. I kościół narzucający swoje poglądy. Wymuszający ustawy oparte na ideologii, a nie dobru wspólnym. Jest kościół prowadzący złe zajęcia z religii w szkołach i kościół przekazujący nieprawdziwą wiedzę o życiu seksualnym. Kościół utożsamiający seks ze złem i wstydem. I kościół budujący swój autorytet na lęku, bo przecież tak się najłatwiej wymusza i przekonuje. Jest kościół niezwykle zły. Kościół, z którego odeszłam, bo mnie oskarżał jako rozwódkę. Bo nieustannie oceniał moralność moich przyjaciół nieheteronormatywnych. Bo nazywał grzechem te moje zachowania, które są naturalne i normalne.

Ale jest też kościół Dominikanów i kościół Franciszka. Kościół ludzi wrażliwych i dobrych. Kościół tych, którzy pomagają, choć nie muszą. I kościół ludzi miłosiernych. Tych, którzy pracują nad sobą i tych, którzy nie zgadzają się na to, co złe w kościele. Jest kościół pięknych liturgii i pięknych opraw tychże. Kościół prostych tradycji. Kościół inteligencji i postaw prawdziwie etycznych. Kościół otwarty i inkluzywny. Kościół dający wsparcie i zmuszający do refleksji. Kościół zmiany i szukania prawdy. Kościół prawdziwej miłości i ciepła. Tego ludzkiego i tego przychodzącego niespodziewanie. Od obcych i od bliskich. Jest kościół szukający wyjaśnień. Kościół logiczny, choć oparty na Niezrozumiałym. Kościół, dla którego piekło jest puste. I kościół pełen śmiechu i poczucia humoru. Kościół ludzi pokornych i kościół ludzi, którzy potrafią powiedzieć: przepraszam. Jest kościół ludzi zwyczajnie pracowitych. I ludzi widzących dobro w innych. Kościół uśmiechu i podanej ręki, gdy ciężko jest wstać. Jest kościół tworzący wspólnotę i przyjmujący nawet tych najbardziej zagubionych. Kościół ludzi wątpiących. Kościół akceptujący inność, nawet tę seksualną. Kościół skromności i nie narzucania się. Jest kościół moich Rodziców i kościół moich Przyjaciół.

Za tym drugim czasami tęsknię.
Ale tylko czasami.


piątek, 7 kwietnia 2017

283. Kilka myśli z okazji.

Mam dzisiaj w sobie wiele emocji, jestem jakby trochę na wierzchu, przynajmniej dla samej siebie.

Prawdopodobnie powinnam wziąć kartkę, otworzyć plik i zacząć pisać, bo czuję, że słowa są naprawdę blisko, ale jakoś się boję. Nawet wiem już mniej więcej, gdzie jest ta historia, którą chciałabym Wam opowiedzieć, powoli czuję jej smak, przypominam sobie pewne zdarzenia, które będą ją niosły. I szukam w niej tych kolorów, których jeszcze nie ma. Żeby je namalować.

Oglądam "The Affair", taki serial o romansie, widziany z co najmniej dwóch perspektyw. Jego i jej. Albo jego i jego byłej żony. Nie wiem jeszcze, co o nim sądzę całościowo, bo dopiero zaczynam drugi sezon, ale czuję, że akurat to oglądanie jest dla mnie ważne. Rozmawiam sama ze sobą, przyglądam się pewnym odzywkom bohaterów, typowym dla romansów reakcjom i zdaję sobie sprawę, że część tych emocji miałam okazję przeżyć. Bardzo ładnie opowiedziana historia o trudnych relacjach. Albo o relacjach niepełnych. Lub zwyczajnie smutnych.

"Każdy ma w sobie jedną książkę" - mówi jeden z bohaterów, pisarz. "Rzadko kto ma w sobie drugą". Ja tej pierwszej jeszcze nie napisałam, choć gdyby zestawić moje 16 lat blogowania i wiele lat pisania dzienników, to by zapewne było co czytać, ale wiadomo - książka to coś innego. Połączenie fikcji i prawdy. Przeżyć, które gdzieś tam we mnie tkwią i opowieści, które sobie jedynie wyobrażam. Stworzenie postaci, które mają swoje pierwowzory, ale przecież mówią swoim własnym językiem i podejmują samodzielne decyzje, czasami zaskakujące nawet autora.

Wydawało mi się, że nie mam nic do powiedzenia. Bo przecież inni już wszystko napisali, a nawet gdyby, to na pewno potrafią robić to lepiej. "Mało czytasz, to i słownictwo ubogie" - żartował ze mnie R., a we mnie narastała blokada. Jak mam pisać, skoro mam w sobie tylko wspomnienia i emocje? A warsztatu brak.

Ale właśnie oglądając ten serial zdałam sobie sprawę, że ostatnie 20 lat mojego życia to wspaniały punkt wyjścia. Tyle razy zdarzyło mi się mówić przyjaciółce czy kumplowi, że dana historia może się wydawać trochę filmowa, ale naprawdę miała miejsce. Że nie kłamię, nie upiększam. Bo i po co.

Usłyszałam ostatnio, że jestem odważna. Coś tam opowiadałam, historię miłosną z zaprzeszłości. Czy nawet nie miłosną, a seksualną. Odparłam, że to nieprawda. Że moją podstawową emocją jest lęk, tyle że radzę sobie z nim tak, że właśnie wtedy staję się silna i działam pomimo. I że dopiero gdy jestem bezpieczna, pozwalam sobie na chwile słabości. Po tym można zresztą poznać, że jest mi dobrze i stabilnie. Bo dokładnie wtedy staję się słaba.

Ostatnie dwa lata spędziłam z R. Nareszcie poczułam się bezpiecznie. Weszłam do przemiłej - po tylu latach samotnej walki - strefy komfortu, w której słabość jest nie tyle możliwością, ile najlepszym rozwiązaniem. Bo to on jest silny. Bo już nie muszę niczego nikomu udowadniać, co najwyżej pracować nad sobą, żeby nie być taką zołzą. Nauczyć się odpuszczać. Świadomość bycia kochaną daje mi wszystko to, co potrzebne, żeby nie tylko przetrwać, ale też żyć na pełnej kurwie.

W poniedziałek mamy drugą rocznicę. Wiem, data już zapluta i zarezerwowana przez innych, ale przynajmniej małe są szanse, żebyśmy zapomnieli ;) Poznaliśmy się na pewnym zaprzyjaźnionym balkonie na Bemowie. Oboje nietrzeźwi i oboje zainteresowani.
- Czego ode mnie oczekujesz? - rozsądnie zapytał R., gdy już wiadomo było, że z tego balkonu wyjdziemy razem.
- Miłości. Poczucia bezpieczeństwa. I dobrego seksu. - odpowiedziałam bez większego zastanowienia. - I na pewno nie będę Ci gotować.

Siedzę więc sobie sama w domu, R. gdzieś tam w mieście ogarnia swoje sprawy i swoje potrzeby, ja w fotelu cieszę się wolnym wieczorem i gdzieś w głębi serca czuję, że ta miłość, która nam się zdarzyła, pozwoliła mi odbudować większość moich deficytów. Coraz łagodniejsza dla siebie, z atencją i wyrozumiałością. Krok po kroku.

I choć jeszcze długa droga przede mną, to już jestem kompletna. Mogę działać, mówić, tworzyć. I to już nie jest potrzeba, a możliwość. Bo nic mnie nie pcha, nie zmusza, nie zobowiązuje. Bo odpoczęłam od poczucia powinności i zobowiązania. Bo wreszcie mogę być sobą.
Bo wreszcie  l u b i ę  być sobą.

I nie muszę gotować :)


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

282. Lumpiata w szpitalu, czyli mięśniakom mówimy nie.

Zacznę od disclaimera, że lekarzem nie jestem, wykształcenia medycznego nie posiadam, na klasówkach z biologii przede wszystkim ściągałam, więc wszystko, co tutaj napiszę, jest owocem moich rozmów z medykami, wcale nie tak intensywnego guglowania (bo się bałam, a jakże!) i procesów powiedzmy że intelektualnych wynikających z tych doświadczeń. Jeden rabin powie tak, inny powie nie. Nie roszczę więc sobie żadnego prawa do głoszenia jedynej objawionej prawdy na temat mięśniaków, ale chciałabym się z Wami podzielić swoimi wymądrzeniami, bo w ciągu ostatniego miesiąca zbyt wiele razy usłyszałam - ale właściwie to co to jest ten mięśniak i jakie są objawy? A może ja też to mam?

No więc prawdopodobnie masz.

Jeśli jesteś kobietą w wieku rozrodczym, są większe szanse, że mięśniaka masz, miałaś lub będziesz miała, niż że Cię to nie spotka. Według jednego z istniejących badań, 70% kobiet rasy białej ma mięśniaka przed 50tką. Albo mięśniaki, bo może być ich więcej, czasami nawet cała kolonia. Mogą być małe, mogą być większe, mogą dawać objawy, ale nie muszą. Być może będziesz chciała go wyciąć (wyłuszczyć, jak to mówią fachowcy), a być może nie będziesz musiała go wcale ruszać.

Mięśniak to łagodny guz gładkokomórkowy rozwijający się w ściance macicy. Rozrost mięśnia macicy. Nowotwór, ale łagodny (nie powoduje raka). Rozwija się nie za szybko i nie do końca wiadomo, skąd się bierze. Jedni mówią, że terapia hormonalna może się przyczyniać do ich wzrostu, inni że to geny. Mówiłam, z tymi rabinami nigdy nie wiadomo, który ma rację. Przynajmniej póki co.

Mój miał 4,5 cm, gdy się o nim dowiedziałam. Wyszło mi to w czasie USG dowcipnego (transwaginalnego) i lekarz był trochę zdziwiony, że nikt mi go wcześniej nie zauważył. Ale faktem jest, że był z tyłu i z boku, więc mógł się schować. To było z półtora roku temu. Natychmiast zbladłam, usłyszałam słowo "nowotwór" i w myślach zaczęłam pisać testament. Za chwilę jednak się okazało, że co druga baba ma takie coś i nie muszę się tym przejmować, o ile nie daje objawów.

A jakie mogą być objawy?
Najbardziej chyba zauważalny efekt to bardziej intensywne miesiączki. Zaczynają się wcześniej (plamienie), kończą później (plamienie), a w środku jest wodospad krwi, najczęściej w skrzepach. (baj de łej, drodzy czytelnicy, jeśli ktoś doszedł do tego miejsca i zastanawia się, po co ja piszę o takich sprawach, przecież to obrzydliwe, jak można w ogóle pisać o okresie, to sugeruję, żeby natychmiast przestał czytać i poszedł sobie gdzie indziej, tu są na przykład ładne kotki. O okresie trzeba pisać, bo jak laski nie będą wiedziały, co jest normalne, a co jest objawem, to będą chorowały, nawet o tym nie wiedząc. Edukacja około-waginalna jest nam bardzo potrzebna. Nam kobietom, nam dziewczynom, nam dziewczynkom i naszym córkom. Ok, poszliście sobie?).

Taki wypływ krwi może być zwyczajnie niekomfortowy, bo okres trwa dłużej i właściwie powoli kobieta ma wrażenie, że ledwo się jeden skończył, to drugi się zaraz zaczyna, ale to może mieć też konsekwencje medyczne - w szpitalu leżała ze mną kobieta, która miała całkiem niewielkiego mięśniaka, ale za to wariata. Miała z tego powodu anemię i hemoglobinę na poziomie niemalże ujemnym. Po podaniu jej kilku jednostek krwi i po operacji usunięcia gada, obie z zaskoczeniem odkryłyśmy, że laska ma super dużo energii i ciemną karnację. Gdy ją przyjmowali dwa dni wcześniej była koloru kremowej ściany. A nie zwracała uwagi na to swoje zmęczenie, bo ciągle pracowała i tłumaczyła sobie, że to z tego powodu.

Innym objawem jest ból. Taki powiedzmy, że mechaniczny. Może mieć miejsce w trakcie seksu, bo mięśniak naciska na inne narządy. Może się zdarzać przy sikaniu, bo mięśniak naciska na pęcherz. U mnie się objawił w trakcie grypy, czy też w ramach jej powikłań. Internista myślał, że mam nietypowe zapalenie pęcherza, bo bolał mnie pęcherz, a nie oddawanie moczu, i dostałam antybiotyk. Po tygodniu inna internistka domyśliła się, że coś jest nie tak, skoro nadal mnie bolało jak skurwesyn, gdy ktoś naciskał lub dotykał. Kazała zrobić USG jamy brzusznej i wtedy okazało się, że przez ostatni rok kolega mięśniak sporo urósł i warto by było coś z tym zrobić, gdyż jest już jabłuszko, a nie śliwka.

Bo gdy miałam śliwkę, to kolejni lekarze mówili, że nie ma co ruszać ścianek macicy. Że kolega jest z tyłu, więc może nie będzie tak bardzo przeszkadzał. Że wycinanie jest jednak dość poważną ingerencją w powłoki brzuszne. Że są oczywiście inne metody. Ale nie, nie będę Wam o nich pisać. Poczytajcie sobie same i wyróbcie sobie zdanie, bo ja nie chcę: embolizacja, czyli zabijanie nieoperacyjne, nic o niej nie wiem, laparoskopia, czyli zabijanie przez zrobienie trzech dziurek, które jednak mają taką wadę, że ich się nie zaszywa, i trudniej jest wszystko wyczyścić, podobno, wreszcie można też podawać leki, żeby chama zmniejszyć przed operacją, ale podobno to już jest stara metoda i niekoniecznie sensowna, gdyż osłabia organizm, a efekt wcale niepewny. No ale już mówiłam o rabinach, prawda?

I tu będzie krótki moment wymądrzania się filozoficznego. Z medycyną u mnie jest tak, że nie próbuję wszystkiego sama zrozumieć, ale wychodzę z założenia, że komuś muszę zaufać, jakiemuś specjaliście. Więc gdy choruję, wybieram nie metodę leczenia, a człowieka, który tę metodę zaproponuje i zastosuje. I to on mi wyjaśnia, co się wydarzy. I to on mi pomaga podjąć decyzję, jeśli są jakieś decyzje do podjęcia. Ale komuś MUSZĘ zaufać, bo inaczej oszalałabym. Bo ja nie jestem profesjonalistą i nie studiowałam przez wiele lat medycyny i nie mam wieloletniego doświadczenia praktycznego. A oni mają. Więc w przypadku mięśniaka odwiedziłam kilku lekarzy i wreszcie wybrałam tego swojego. I się go posłuchałam.

A zatem gdy w macicy miałam śliwkę i gdy w ciągu pół roku jej rozmiar się nie zwiększył, decyzja była na nie. Zwłaszcza, że jestem nadal w wieku rozrodczym i nie wiem, co mi do głowy jeszcze może strzelić, a tej wielkości śliwka nie przeszkadza ciąży. Ale gdy śliwka stała się antonówką, uznaliśmy wspólnie, że trzeba mięśniakowi powiedzieć nie i że lepiej to zrobić szybciej niż wolniej, bo skoro w rok mu się urosło do 7 cm, to nie wiadomo, co będzie dalej. No i objawy. Coraz dłuższa miesiączka, coraz częstsze oddawanie moczu, incydentalne nocne cierpnięcie nogi (które miałam też w trakcie ciąży, stąd to skojarzyłam) i ogólne poczucie osłabienia i rosnącego brzucha. Przed momentem przeczytałam jeszcze, że czasami mięśniaki wpływają też na obniżenie libido (bo jakieś zaburzenia hormonalne mają miejsce), ale nie wszystkie badania to potwierdzają.

A zatem ustaliliśmy datę zalogowania się w szpitalu. Niektóre źródła internetowe mówią, że lepiej być bezpośrednio po okresie, ale u mnie tego wymogu nie było. Byłam raczej w drugiej części cyklu. Poproszono mnie o przyniesienie ze sobą świeżych badań (morfologia, różne tam potasy i glukozy, mocz, najnowsze USG i cytologię oraz grupę krwi, kobiety po 45 r.ż miały jeszcze obowiązkowe EKG, a ja badania tarczycowe, skoro mam Hashimoto). I lekarz mi zabronił czytać internety, bo one mówią, że czasami trzeba wyciąć całą macicę na ten przykład, co jest oczywiście lekkim przekłamaniem, gdyż to się zdarza bardzo rzadko, ale faktem jest, że byłam totalnie zestresowana na tym tle. Lekarzowi nic nie powiedziałam, bo przecież zabronił.

Pierwszego dnia mnie zarejestrowali i sprawdzili te wszystkie badania. Lekarz przyjmujący mi wszystko opowiedział i zbadał ponownie, żeby sprawdzić, czy wszystko jest tam, gdzie powinno. Mięśniak był i machał do nas lewą rączką. Powiedziałam mu, że jego godziny są policzone.
Wieczorem mnie przygotowano do operacji -  nie mogłam jeść od jakiejś 16.00, więc o 20.00 przyszedł R. z paczką ptysiów z bitą śmietaną. Ślicznie pachniały. Zaraz więc wyszedł.

Potem kazali się umyć w płynie antybakteryjnym, raz wieczorem, raz rano, dostałam jakieś leki nasenne, a jeszcze wcześniej przyszła pani anestezjolog i ustaliłyśmy, że kłucie będzie w plecy i że będę przytomna. Zamontowali mi wenflon (nie wiem, jak to możliwe, ale w ogóle go nie czułam przez całe trzy dni pobytu w szpitalu) i kazali spać. Zasnęłam bez problemu.

Rano dostałam jeszcze jakieś inne leki, coś na krzepliwość, jakiś antybiotyk, umyłam się, przebrałam w białą sukieneczkę szpitalną i zabrali mnie koło 10.00 już na blok operacyjny. W szlafroku przemyciłam telefon komórkowy, choć mówili, że nie wolno. Bo potem miałam przez dobę leżeć na sali pooperacyjnej, podpięta do monitorów takich jak w serialach amerykańskich. Żeby wiadomo było, że żyję. No i wtedy telefon jest niepotrzebny. Ha ha i ha. Cywińska bez internetu? No doprawdy. W tym czasie wszystkie moje pozostałe rzeczy zostały zapakowane do worka plastikowego, podpisane i schowane w pokoju pielęgniarek. Żeby nikt się nie poczęstował, wiadomo.


W czasie operacji byłam zatem przytomna, odmówiłam środka nasennego i muszę przyznać, że to ciekawe odczucie. Wiedziałam, że coś mi robią, przed oczami miałam parawan, więc tylko odrobinę mogłam podejrzeć w odbiciu przy lampach. Czułam, że ktoś mnie dotyka, ale nie mogłam ruszyć ani nogą, ani brzuchem, ani żadnego bólu nie było. Trochę mi się słabo zrobiło w trakcie, więc przyłożyli mi tlen. Może i dobrze - nie mogłam nic mówić. Bo ja to wiecie, w sytuacjach stresujących to gaduła jestem. Zresztą nie tylko w stresujących ;) Za to panowie operatorowie mówili niewiele i raczej do siebie.

Operował mnie znany skądinąd prof. Dębski (podobno lubi mięśniaki), miał śliczną wzorzastą szmatkę na głowie w przeciwieństwie do pozostałych obecnych na sali operacyjnej, wszystkich na zielono i biało. Byłam tak przejęta, że zapomniałam mu powiedzieć. I na szczęście nie miał nic przeciwko temu, żebym obejrzała sobie kolegę mięśniaka, gdy już go wydobyli. Byłam przekonana, że będzie czerwony, sikający, trochę jak głowa Zwierzaka z muppetów. No więc nie, proszę państwa, epitet gładkokomórkowy nie jest bez znaczenia - mięśniak wyglądał jak taka większa bila bilardowa, biało-różowy, z małymi plamkami i był cały gładki (wrażliwi, nie klikać, mój był bardziej kulisty). Wysłali go do badań histopatologicznych, rzecz jasna. Wyniki mam za dwa tygodnie.

A mnie wysłali na salę pooperacyjną. Przez kilka godzin miałam nie ruszać nadmiernie głową, coby mnie potem nie bolała, i pić nie mogłam niestety. Morfina mi się trochę dała we znaki, bo wszystko mnie swędziało (podobno tak bywa), a w szczególności twarz. A pod wieczór zwróciłam całą zawartość żołądka, czyli wielkie nic i trochę zielonej wody. Dwa razy. Czucie odzyskałam po jakichś 4-5 godzinach. Miałam trochę za niskie ciśnienie, ale ja tak mam, więc się nadmiernie nie przejmowałam.

Bólu nie czułam, bo dostałam świetną osłonę przeciwbólową. Panie pielęgniarki na oddziale są naprawdę cudowne i pomagają, ile się da, choć warunki pracy mają słabe, bo oddział aktualnie w remoncie, więc lokalizacja jest tymczasowa. Następnego dnia rano mnie od wszystkiego odłączyli (od cewnika też, nie wchodźmy w szczegóły) i kazali się pionizować. Po tego typu operacji warto od razu zacząć chodzić - mówili i internet potwierdzał - żeby się zrosty nie porobiły. No to chodziłam. Korytarz jest długi na 22 kroki. Pierwszego dnia zrobiłam ich 1000. A kolejnego dnia mnie już wypuścili do domu.

I tak to. Od 10 dni siedzę na kanapie i na fotelu i staram się sporo chodzić, bo stać za bardzo nie mogę. Odległość z kuchni do sypialni to jedyne 16 kroków, ale za to spacery wokół bloku są bardziej krokogenne. Czuję się lżejsza i piękniejsza. Co z tego że od wewnątrz ;) Blizna ma jakieś 10 cm, ale szwy wyszły bez problemu, nic tam się nie dzieje, a i dostałam też dobre rady, coby blizna była mniej widoczna (obcisłe majtki i plastry silikonowe).

Gdyby nie to, że szew wewnętrzny przechodzi tuż obok jelit, więc przez ponad tydzień każde ich najmniejsze nawet poruszenie powodowało okropny ból, taki, co to się prawie mdleje (tak, czarno przed oczami, zimne poty, itd) i taki, co to powoduje, że człowiek przypomina sobie o wszystkich swoich grzechach naraz i taki, co to człowiek już nie chce niczego jeść, byleby przestało boleć, no więc gdyby nie ten ból, to właściwie mogłabym uznać, że operacja nie była nadmiernie uciążliwa. Przez jakieś dwa dni to w ogóle miałam wizję, że mi zrobili krzywdę i przeszyli jelita w trakcie zaszywania i na pewno będą musieli mnie ponownie otwierać, bo z pewnością umieram. No więc nie. Pojechałam sprawę skonsultować i wyszło na to, że to tylko lokalizacja szwu na macicy jest niefortunna. I żebym brała przeciwbólowe.

Tymczasem od dwóch dni ból prawie minął, więc najwyraźniej jest już z górki.
To i ja mam więcej energii.
Kontrola za 6 tygodni.

I nie piszcie mi proszę, że mięśniaki lubią odrastać, bo o tym wiem. Póki co mam poczucie spełnienia i szczęścia, i wiem, że się problemu pozbyłam, więc prosiłabym raczej o minutę ciszy nad tym biednym nowotworem łagodnym, którego już nie ma.

I nie będzie.



PS. A tak przy okazji to polecam klinikę profesora Dębskiego, Dębski Clinic. Ten wpis nie jest sponsorowany.