sobota, 7 stycznia 2017

278. Cztery kilogramy, trzynaście błędów i osiem rozwiązań

Przeczytałam w mądrej książce, którą aktualnie mam na tapecie ("4-godzinne ciało, Tim Ferris, bardzo polecam tego pana) o różnych metodach tracenia tłuszczu i innych zwyczajach, które warto wprowadzić, gdyż zmieniają reakcje organizmu, a niewiele kosztują (np. łyżeczka cynamonu dziennie ogranicza skoki insulinowe, jak i sok z cytryny - a Wy się pytaliście, czemu piję wrzątek z cytryną - albo zrobienie kilkudziesięciu przysiadów przed większym posiłkiem, coby uruchomić pewne procesy zanim zarzucimy organizm niezdrowym jedzeniem).

Wciągnęła mnie idea, że mogłabym nieco bardziej lubić swoje ciało i mieć nad nim nieco większą kontrolę. Ale nie w sposób nakazowo-rozdzielczy, raczej tak, jak się wychowuje dziecko - dając mu maksymalnie dużo swobody w ramach ustalonych zasad i dbania o konsekwencję. Już od dłuższego czasu wiem, że moje ciało zachowuje się w przewidywalny sposób wtedy, gdy o nie dbam. Prosta zależność. Kiedy trochę o nim zapominam, albo próbuję udawać, że to, co robię, jest zdrowe - ciało reaguje dość szybko i dobitnie wyraża swój pogląd na ten temat.

Od września przybyło mi 4 kg. Pierwsze dwa mnie trochę zdenerwowały, ale wiedziałam świetnie, że zmienił mi się tryb życia, posiłki się stały dużo mniej regularne (pierwszy błąd), a także z powodu przemęczenia zaczęłam jeść dużo więcej słodyczy (drugi błąd). Przestałam regularnie uprawiać sport (trzeci błąd), zaczęłam krócej spać (czwarty). Wreszcie, zafundowałam sobie dość konkretny stres samym faktem zmiany pracy (to już czynnik mniej kontrolowalny, ale powiedzmy, że piąty błąd). Kolejny kilogram przybył przed świętami, gdy byłam naprawdę zmęczona, realnie zmęczona, a jednocześnie okazji do niezdrowego jedzenia było całkiem sporo, bo tu spotkania świąteczne, tam jakieś mikołajkowe czekoladki.

Gdy zobaczyłam na wadze czwarty kilogram, wkurzyłam się dość konkretnie na siebie (szósty błąd) i zaczęłam analizować. Najpierw pomyślałam, że mi się waga zepsuła (siódmy błąd), później, że z jakichś przyczyn zatrzymuję wodę (to akurat była trochę prawda, ale wodę się zatrzymuje również wtedy, gdy się je niezdrowo i to nie tylko z powodu nadmiaru soli). W międzyczasie odwiedziłam endokrynologa (pierwsze rozwiązanie), stwierdziliśmy razem, że wyniki tarczycy są takie sobie i podwyższyliśmy delikatnie dawkę leku, co mi dodało nadziei, że zaraz wszystko wróci do normy i nie muszę zmieniać sposobu odżywiania, bo to na pewno tylko tarczyca (ósmy błąd).

Zaczęłam jeść nieco częściej i nieco sensowniej (drugie rozwiązanie). Zaczęłam pić regularnie (trzecie rozwiązanie), wodę rzecz jasna, a już koniecznie do każdej kawy, bo niestety kawa się nie wlicza do bilansu płynów. I podjęłam próby odstawienia słodyczy, ale nie bardzo mi to wychodziło, zwłaszcza, że święta i przecież "jak to nie spróbujesz serniczka?" (dziewiąty błąd). Dołożyłam sobie jeszcze Colę Zero, która wydawała się już nie istnieć w moim jadłospisie, a jednak wróciła dziwnym sposobem w postaci zakupu wielkiej zgrzewki dwulitrowych butelek (dziesiąty błąd).

Po świętach miałam akurat taki etap cyklu, gdy wskazania wagi są średnio obiektywne, więc te cztery nadmiarowe kilogramy mnie wkurzały, ale nie dobijały. Zwłaszcza, że dziurka na pasku od spodni ta sama, choć odczuwanego ciała więcej. Ale cykl się zaczął rozkręcać, a waga jak stała, tak stała. (dobrze chociaż, że już więcej nie tyłam).

Poszłam biegać (trzecie rozwiązanie). Ale nie, że raz. Zaplanowałam sobie bieganie trzy razy w tygodniu, i póki co trzymam się planu (sześć treningów za mną, za każdym razem przez minimum 30 minut). Z kalkulatorów mi wynika, że powinnam biegać z tętnem około 150, żeby spalać tłuszcz, gdy ja biegam nieco intensywniej (ok. 165), ale zakładam, że z czasem będę mieć coraz lepszą kondycję i mój organizm się dostosuje (czwarte rozwiązanie).

Tim pisze, żeby jeść sporo białka, a ograniczać węglowodany (ale raz w tygodniu zrobić sobie dzień śmieciowy, który ma zresztą pozytywny wpływ na metabolizm). Ja na razie po prostu ograniczę trochę chleb, skupię się na soczewicy i na kaszach, zanim znowu się wybiorę do p. dietetyczki, coby to wszystko uporządkować (piąte rozwiązanie). Bo oczywiście zamiast się do niej wybrać jak tylko zaczęłam tyć, to ja się zawstydziłam i uznałam, że nie ma sensu się z nią spotykać, skoro wiem, że popełniam błędy. Chciałam być silna i dzielna i najpierw poradzić sobie z błędami, żeby do niej już pójść jako grzeczna uczennica (jedenasty błąd). No ale mądrzeję i jakoś się z nią niebawem umówię. Skoro warunki brzegowe się zmieniły, to i dieta się powinna zmienić, prawda? (szóste rozwiązanie).

Tim też zwraca uwagę na fruktozę, która ma średni wpływ na cokolwiek i lepiej jej unikać (a ja oczywiście łatałam brak energii owocami, żeby ograniczyć czekoladę, dwunasty błąd, bo jeden, czy półtora owocu dziennie, to spoko, ale wielki banan, gruszka i trzy mandarynki to już niekoniecznie).

I chyba przy tych owocach zrozumiałam, jaki był mój największy błąd (trzynasty) - ja prawie odstawiłam mięso, między innymi dlatego, że nie miałam gdzie je podgrzać w pracy (to się już zmieniło, mikrofalówka, siódme rozwiązanie), a z białka to miałam jajka na śniadanie, czasami twarożek, i to by mniej więcej było na tyle. Bez sensu. Bez białka nie schudnę! Natychmiast zaczęłam dbać o powrót białka (w miejsce nadmiernych węglowodanów, dość prosta zamiana, ósme rozwiązanie), i już od wczoraj czuję się inaczej. Serio. Nie jest mi tak ciężko na żołądku, a i waga wreszcie ruszyła w dół, bo woda mi nareszcie grzecznie schodzi.

No i tak to - przyglądam się sobie, swojemu ciału, swoim reakcjom i myślę sobie, że naprawdę jest łatwiej, kiedy się to ciało lubi i przynajmniej się na nie zwraca uwagę.

Bo kto o mnie zadba, jeśli nie ja sama?
Czego i Wam życzę!



poniedziałek, 2 stycznia 2017

277. Początek roku

Drugi stycznia.

Ledwo co odpoczęliśmy po Sylwestrze (no dobra, niektórzy nie musieli odpoczywać, bo pół nocy oglądali netfliksowy serial 3% - skądinąd bardzo dobry - a drugie pół nocy grzecznie spali, bo nie udało im się dotrzeć na żadną imprezę. Nie, nie mam pojęcia, jak to się stało.), a już się wzięłam za porządkowanie.

Dzisiaj na ten przykład ustawiłam stałe zlecenia, które mi się pokończyły, spłaciłam trochę karty kredytowej (trudny temat, czy moglibyśmy o tym nie rozmawiać?), zapłaciłam składki rozmaite, sprawdziłam, jak wygląda kwestia mojej polisy i czemu wciąż dostaję ponaglenia, kiedy moim zdaniem jestem jak najbardziej on due time. Następnie napisałam kilka maili porządkujących stan moich finansów.

Zrobiłam sobie listę lekarzy do odwiedzenia. I badań do zrobienia.

Potem poszłam do sąsiada i mu oświadczyłam co trzeba na okoliczność pewnego zdarzenia drogowego na naszym parkingu pod domem (nie, nie pytajcie o szczegóły, oraz niech żyje mój broker ubezpieczeniowy, który mnie namówił na ubezpieczenie od utraty zniżek, jakby co, służę nazwiskiem).

Porozmawiałam z progeniturą na temat ocen na półrocze i jego planów maturalno-uniwersyteckich. To stały temat rozmów w naszym domu i czasami się zastanawiam, czy ja się nadaję do posiadania dorosłego dziecka. "Ale wiesz mamo, jak zaliczę ten jeden test, to już nie będę miał zagrożenia, bo mam średnią 1,95 i wystarczy mi kilka punktów, żeby pani mi zaliczyła". Mówię Wam, to niezły dramacik dla kogoś, kto miał czerwone paski i inne ładne elementy garderoby na swoich świadectwach. Oraz ja niby wiem, że w liceum oceny nie mają najmniejszego znaczenia (o ile nie wybierasz się na studia zagranico), bo liczy się tylko wynik matury, ale no doprawdy. JEDEN DZIEWIĘĆDZIESIĄT PIĘĆ? Zaoszczędzę mu wstydu i nie powiem, z jakiego przedmiotu.

Pogłaskałam kota Sebę na okoliczność powrotu do domu. Nie wiem, w jaki sposób on nas wychował do tego głaskania przy wejściu, ale jest w tym dość skuteczny. Zrobił się dość bezczelny ostatnio i wyjście z toalety też traktuje jak "powrót do domu", więc staje na tym swoich drapaku i miauczy pełen oburzenia, że jeszcze do niego nie podeszłam, a przecież on tu na mnie czeka od niepamiętnych czasów i umiera z tęsknoty. Głaszcz, Człowieku, głaszcz. Co tak krótko?

Zjadłam 1/4 czekolady Ritter Sport, cztery kwadraciki, bo życie czasami domaga się środków nadzwyczajnych.

Umieściłam jakiegoś twitta, spojrzałam na swoje foty na insta, porozmawiałam przez telefon.

Jestem z siebie bardzo dumna. Zwłaszcza, że to wszystko zrobiłam od kiedy wróciłam z pracy, bo w ciągu dnia to głównie jednak robiłam rzeczy.

A teraz planuję coś zjeść, obejrzeć Sherlocka, może napisać parę zdań o seksie, i położyć się wcześnie spać, bo dzisiaj nie idę biegać.

Jutro też jest dzień.

Spizgane wielbłądy z IKEA są dobre na wszystko.