czwartek, 28 grudnia 2017

315. Postanowienia na 2018 rok!

Przed momentem zdałam sobie sprawę, że postanowienia noworoczne to taki papierek lakmusowy satysfakcji z własnego życia. Jeśli coś mi się w nim nie podoba, próbuję to zmienić właśnie postanowieniami. Raz do roku robię inwentaryzację i ustawiam sobie cele. Mierzalne i konkretne, osiągalne i pozytywne. Zgodnie ze sztuką ;)

Nie jest to proste, wiadomo, bo zmiana nawyków wymaga nie tylko silnej woli, ale także czasu i konsekwencji. Z reguły udaje mi się tylko kilka tematów ogarnąć, a większość zadań przeskakuje z roku na rok, z listy na listę, aż w którymś roku znikają, przestają się pojawiać, bo chyba zdaję sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, więc po cholerę się dołować niezrealizowanym zadaniem. Odpuszczam.  Inne wskakują na to miejsce.

Wydaje mi się więc, że zamiast wymyślać i formułować postanowienia dużo ciekawiej jest je obserwować na przestrzeni kilku lat i analizować, co z nich wynika. Jaka prawda o mnie samej się w nich pojawia.  

Pozornie z innej beczki: spotkałam się wczoraj z dawno niewidzianą koleżanką z treningów krav maga. Na jej pytanie, co u mnie, odpowiedziałam szczerze i konkretnie, że wszystko w porządku. Bo realnie mam wrażenie, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Opowiedziałam jej o swoim narzeczonym (tak, naprawdę dawnośmy się nie widziały), o swojej rozszerzonej rodzinie, o sportach, z których zrezygnowałam i o tych, które sobie właśnie wypracowuję. O pracy, coraz ciekawszej i bardziej angażującej i o innych swoich pomysłach na życie i rozwój własny. O książce, która nadal na tapecie. I o planach zawodowo-osobistych. 

Na koniec dodałam, że właściwie jest tylko jeden wymiar, w którym trochę walczę ze sobą - to niemożność schudnięcia. Tarczyca to dziwka, wiadomo, a bieganie mi pomaga niestety tylko o tyle, o ile trenuję 3 razy w tygodniu. Wtedy waga stoi w miejscu. A w każdej innej konstelacji treningowej waga idzie w górę. Badania niewiele wyjaśniają, raczej pokazują niemalże idealnie zdrową laskę o ładnych wynikach, jednak chcę ponownie sprawdzić rozmaite hormony, może we wrześniu coś przeoczyłam. Mam różne teorie na temat stresu (kortyzol badałam, warto powtórzyć, bo ciężko go dobrze złapać), na temat snu i na temat diety, która wprawdzie wydaje się być bardzo zdrowa, poza drobnymi słodyczowymi wpadkami, ale najwyraźniej jest niewystarczająco sensowna, skoro dwa lata temu na podobnej diecie chudłam, a teraz tyję.  

No więc właśnie, wracając do postanowień, mam tylko jedno: schudnąć te 5 kg, które przytyłam, od kiedy zmieniłam pracę. 

I całą masę postanowień pobocznych, które z tego głównego celu wynikają: 
- biegać średnio dwa razy w tygodniu, a najlepiej trzy. 
- wymyślić jakiś inny sport na te dni, w których nie chce mi się iść biegać, albo nie mam energii. Coś, co będzie mnie wyciągało z domu i co przyczyni się do wzmocnienia gorsetu mięśniowego. I uprawiać ten sport regularnie. 
- przeanalizować ponownie swoją dietę tak, żeby słodycze zdarzały się raz w tygodniu, a nie raz dziennie ;) i wrócić do bardzo regularnych godzin posiłków (8, 11, 13, 16, 19 i 21)  
- znaleźć sposób na stres. Coraz częściej chodzi mi po głowie, że powinnam odłączyć mail służbowy z telefonu komórkowego. Bo nie umiem nie przeczytać maila, jeśli wiem, że wpadł. I nie umiem na niego nie zareagować, jeśli wiem, że coś trzeba wyjaśnić lub dopowiedzieć. I to mnie stresuje. A przecież nikt nie jest w stanie być na stand-by przez 18 godzin na dobę (przez pozostałe 6 staram się spać i "staram się" jest dobrym sformułowaniem, bo niestety zbyt często budzę się w środku nocy i nie mogę już zasnąć). 
- już na początku roku zaplanować urlopy i w ich trakcie odłączyć się całkowicie od wszystkiego, co mnie stresuje (bo wtedy chudnę!). 

Czyli tak to: jedzenie, sport i stres. Trzy słowa kluczowe na 2018 rok. Trzy obszary, z których nie jestem zadowolona, i których konsekwencją jest waga, która mi się nie podoba. Bardzo. 

Cała reszta jest w porządku. 

Aż boję się tego, co właśnie napisałam, żeby jakiegoś licha nie obudzić i nie otworzyć puszki z pandorą. Niech więc ten 2018 rok będzie co najmniej taki fajny jak 2017. O więcej nie proszę. Mam cudowne życie, fantastycznych najbliższych i tych trochę dalszych też, całą masę pomysłów na siebie i wiele, a nawet coraz więcej, możliwości. Za dwa miesiące kończę 40 lat. Niech to będzie początek, a nie koniec. 

Już dawno nie czułam się tak dobrze! 

Czego i Wam życzę. 


sobota, 16 grudnia 2017

314. Czas imprez przedświątecznych

Trochę przypadkiem byłam wczoraj na imprezie przedświątecznej u znajomych. Nie znałam tam prawie nikogo, więc szybko dołączyłam do miłej grupki facetów w garniturach, a za chwilę do kolejnej. Rozmowy były o wszystkim i o niczym, tematy bieżące, z pysznych pierogów przeszliśmy gładko na islamistów w Europie Zachodniej, a z grudniowej pogody na sytuację polityczną i nowego premiera.

I w ten oto sposób w bardzo krótkim czasie dowiedziałam się, że gdy kobieta prowokuje, to sąd słusznie to uznaje za okoliczność łagodzącą, ale i tak lepiej być zgwałconym na randce niż przez islamskiego uchodźcę ekonomicznego. Dowiedziałam się także, że to nie ma znaczenia, że Ukraińcom nie dajemy statusu uchodźcy - przecież co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób z Donbasu pracuje u nas na legalu, więc tego statusu nie potrzebują, ale są realnymi uchodźcami i niech nam Europa nie wmawia.

Kolejnym wątkiem byli panowie molestujący opisani przez Codziennik Feministyczny - a mianowicie: jak można tak bezkarnie zniszczyć komuś życie, opisując sytuacje bez żadnego pokrycia i to chyba tylko lewaki tak potrafią, że się sami między sobą zaorają. Ktoś zauważył, że używam form żeńskich, zapytano mnie więc o to, jak powinna brzmieć kobieta płetwonurek i kobieta chirurg. Na poczekaniu wymyśliłam płetwonurkinię, chirurżki nie musiałam, bo już istnieje w moim idiolekcie.

Przeskoczyliśmy do tematu aktualnie głosowanych ustaw i okazało się, że głosowanie korespondencyjne jest złe, bo było wiele nadużyć, a niepełnosprawni sobie na pewno jakoś poradzą. Reszta działań rządu nie wzbudza niepokoju, bo nareszcie ktoś się zabrał za porządkowanie tego, co od tylu lat było zaniedbane. Gdy zeznałam, że kilka dni temu byłam pod Senatem i krzyczałam wraz z innymi, panowie poszli po kolejną porcję pierogów.

I chyba wtedy zeszło nam na kartki świąteczne. Przyznałam, że wolę formę "czas świąteczny" od "życzeń bożonarodzeniowych", bo jest w naszym kraju sporo osób innych wyznań, a i teraz jest też Chanuka. Usłyszałam w odpowiedzi, że Żydów właściwie już u nas nie ma, więc nie trzeba ich brać pod uwagę, a końcówka grudnia to czas Bożego Narodzenia i rozszerzanie życzeń w rodzaju "Season's Greetings" to nieuwzględnianie naszej prawdziwej polskiej kultury.

Zrobiło mi się duszno.

Wracałam do domu głęboko oddychając zasmogowanym powietrzem stolicy. Szłam niepewnie, bo chodnik był nierówny, a i pół butelki białego wina wczytało się dość szybko. Być może więc to wszystko mi się przyśniło. A być może warto raz na jakiś czas wyjść poza swój klosik towarzysko-poglądowy i zobaczyć, że wyniki proPISowskich sondaży są jak najbardziej prawdziwe i to niezależnie od tego, czy pokażemy osoby niezdecydowane na wykresie.  Na warszawskich imprezach przedświątecznych jest bowiem całkiem sporo tych zdecydowanych. Jednoznacznie.




niedziela, 10 grudnia 2017

313. Bieganie nad morzem

Ku pamięci zapisuję, bo w sumie mnie to zdziwiło.

Po pierwsze bieganie po plaży wcale nie jest takie proste. Nie dość, że wiatr wieje i utrudnia, to jeszcze biegnie się po nierównym i niestabilnym. Chwilami jedna noga wyżej, w drodze powrotnej na odwrót, i ogólnie kroki są mniejsze. A jeśli się biegnie w grudniu, to trzeba naprawdę uważać, żeby nie skończyć z nogami w wodzie. Od tej dziwności nawierzchni bolą mnie dzisiaj zupełnie niespodziewane mięśnie, których w mieście nie mam szansy bliżej poznać.

Po drugie dobiegnięcie do plaży wcale nie jest takie przyjemne, bo schody, ścieżki z nierównościami i wysiłek związany z kontrolowaniem tego, gdzie się stąpa. A w drodze powrotnej trzeba tymi schodami pod górkę! Musiałam sobie intensywnie powtarzać, że "już nie mogę" to w mojej głowie się dzieje i na pewno dam radę.

A po trzecie, i to chyba najważniejsze: w lesie edmund nie ogarnia i kłamie. Wydaje mu się, że nic nie przebiegłaś, choć Ty już dawno zaczęłaś kolejny kilometr. Oszukuje okrutnie. Zapisał mi żałosne 3,5 km, gdy na mapie jednoznacznie widać, że zrobiłam prawie 5 km. Pff.

A tak serio to od dawna chciałam pobiegać nad wodą i było mi cudownie. Bardzo mi przykro, że w Warszawie moja codzienna trasa biegowa jest tak bardzo wzdłuż ulicy i tak beznadziejnie płaska.

Aha, i jeszcze jedno - jeśli biegniesz na kacu albo na półkacu (bo dwa kieliszki wina to realne nic na Nordconie, chyba że nie piłaś alkoholu od miesiąca), to pamiętaj o właściwym nawodnieniu w post factumie, gdyż głowa.




czwartek, 7 grudnia 2017

312. Instrukcja obsługi mnie samej

Ze mną jest trochę jak z tym naukowcem, co to żonie mówi, że jest u kochanki, kochance, że musi do żony, a sam się zaszywa w bibliotece. A mianowicie R pojechał wczoraj na Nordcon i mieszkanie nagle dziwnie opustoszało. Wróciłam więc dziś po rosyjskim do domu, psa wyprowadziłam i zasiadłam w fotelu. Dzieci zeznały, że będą późno, ja odwołałam spotkanie towarzyskie, zrobiłam sobie dwie kanapki z żółtym serem i nareszcie poczułam się dobrze. Teraz siedzę pod prywatną kołderką z prywatnym tygodnikiem powszednim w liczbie dwóch sztuk zaległych i jednej świeżej i napawam się tą pustką, która od pewnego czasu jest towarem wybitnie deficytowym.

Potrzebuję samotności.

Tak, wiem, otwartość, ekstrawertyzm i rozmowo-filia zazwyczaj nie chodzą w parze z potrzebą ciszy, samotności i własnej kołderki, a jednak u mnie tak jest. W ciągu dnia mam spotkanie za spotkaniem, co chwila drzwi się otwierają i czyjaś sympatyczna głowa pyta: "mogę?", oczywiście, że może, więc krótkie momenty pustki są na wagę złota. Natomiast wieczorem wracam do domu i tyle rzeczy trzeba ustalić, omówić i przegadać, że dopiero koło 23h każdy siada przed swoim kompem w słuchawkach i zalega relatywna cisza.

Ale pustki nie ma prawie nigdy. A to w pustce jestem najbardziej płodna. Bo o ile uwielbiam myśleć w interakcji z drugą osobą i wtedy wymyślam najwięcej i najfajniej, o tyle tworzę w samotności i samodzielnie. Nie umiem pisać w grupie, nie potrafię spisywać i porządkować pomysłów, gdy ktoś mi stoi za plecami. Jeśli więc rozmowa otwiera wszystkie furtki i uruchamia możliwości, to samotność porządkuje, schematyzuje i wykreśla opcje, coby ostateczna forma była zwarta i domknięta.

 Czasami chciałabym mieć dwa równoległe życia. Jedno z innymi, intensywne i społeczne, a drugie introwertyczne, w samotni i medytacji. W pierwszym się realizuję, w drugim jest mi ze sobą lepiej i bardziej.

A zatem dobry wieczór się z Państwem i dobranoc jednocześnie ;)

wtorek, 28 listopada 2017

311. Przed Świętami

Miałam dzisiaj ciężki dzień.

Wtorki są zazwyczaj trudne, bo to taki dzień, w którym cały Wydział jest na Wydziale i jeśli ktoś ma coś do załatwienia, to właśnie wtedy próbuje Cię dopaść. A sprawy do załatwienia są rozmaitego kalibru i rozmaitej trudności, więc po takim dniu głowa mi pęka od przebodźcowania. Za dużo, za szybko, za intensywnie. Kto by się spodziewał, że ja kiedyś tak powiem, a jednak. We wtorki wolę wszędzie chodzić z zeszycikiem i zapisywać wątki, bo większość z nich ma jakiś follow up do realizacji, a ja o nim zapominam, zanim jeszcze dojdę do swojego biurka.

A zatem. Miałam ciężki dzień. Ale wieczorem idę pokolorować paznokcie (dzisiaj chyba się zdecyduję na jakiś wiosenny kolor, w końcu listopad się kończy), więc nie opłaca mi się wracać do domu. Wpadłam do centrum handlowego coby przejść się przedświątecznie. Popatrzeć na rzeczy, nabrać inspiracji i pomysłów i przygotować się do zakupów.

Lubię dawać prezenty. Czasami są to szczególiki kupione po taniości, ale z ciepłą myślą o danej osobie. Czasami coś, co sobie dany człowiek wymarzył (w domu robimy sobie wspólny arkusz, każdy wpisuje, co by chciał, a potem jużnie zagląda do swojej zakładki, więc reszta może się spokojnie podzielić zadaniami). Czasami kupuję coś, na co jeszcze nie mam konkretnego ludzkiego pomysłu i wkładam do pudełka z prezentami potencjalnymi. To się przydaje nie tylko w razie niespodziewanych urodzin albo innej okoliczności - niektóre prezenty dojrzewają tam kilka miesięcy i docierają do najlepiej dobranej osoby.

Lubię dawać prezenty.

Niestety jednocześnie nie lubię ich kupować. Nie lubię chodzić po sklepach, przeciskać się między coraz bardziej zdenerwowanymi ludźmi i prosić o chwilę uwagi. Więc taka wizyta jak dzisiaj to dla mnie tylko pozorny relaks. Bo pani w sklepie z kosmetykami nie chciała mnie zauważyć (może jestem za mało zrobiona na ich ceny?). Bo klientka w sklepie ze szczegółami do domu stanęła tak, że mogłam albo poczekać, aż w końcu usłyszy moje "przepraszam", albo strącić liczne kubki i talerzyki, przeciskając się obok. Po minucie wybrałam wersję pośrednią i przesunęłam ją swoim biustem. Nie wyglądała na zadowoloną. Albo pani, która opierdoliła młodego kasjera, że za długo ją obsługuje. Mogłabym napisać "nakrzyczała", ale to było coś więcej. Ona w ten swój komunikat włożyła całą frustrację z dzisiejszego dnia, a może i całego miesiąca. Pomyślałam wtedy od razu o naszej domowej S., która niedawno zaczęła pracę w empiku i będzie zapewne nieraz obiektem tego typu zachowań. I jeszcze pan, który mi ukradł miejsce parkingowe.

Nie lubię centrów handlowych. Mam świadomość, że zakup dowolnej rzeczy to moja osobista i indywidualna relacja z danym produktem i z jego sprzedawcą. Jeden na jeden. I takich relacji odbywa się jednocześnie tysiące. I one mają niekorzystny wzajemny na siebie wpływ. Bo się krzyżują, bo się wzajemnie znoszą, bo wytwarzają konkurencyjną energię, a na koniec człowiek wraca do domu wycieńczony walką o swoje. O to, żeby móc wyrazić swoje pozytywne uczucia względem drugiej osoby. W postaci prezentu.

No więc lubię i nie lubię.

Przeszłam się dzisiaj po sklepach i pomyślałam, że chciałabym mieć wystarczająco umiejętności i inwencji, coby przygotować coś własnoręcznie. Usiąść nad kartką, materiałem, czy też ciastem i pomyśleć o danej osobie, a następnie coś dla niej zrobić. Dać jej trochę tego, co mam najcenniejszego czyli czasu i skupienia. Obecności.

Nie umiem.
Nie tylko nie mam takiej konkretnej umiejętności, która by mi pozwoliła nadać symboliczny wygląd moim uczuciom (no dobra, mam słowa i trochę umiem rysować, ale ani jedno, ani drugie się nie nadaje), ale też nie umiem i nie lubię rękodzieła. Zresztą tak przygotowane prezenty zbyt często stają się durnostojkami i kurzołapkami, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Więc po co komu taki kłopot.

A zatem będą normalne prezenty. Może nie szaliki, kubki i skarpetki, bo bez przesady, ale jednak jakieś komercyjne wymienniki tego, co najważniejsze. I być może jak co roku delikatne poczucie nieadekwatności, bo nie każdemu umiem wybrać to, co mu sprawi frajdę.

A w końcu o frajdę chodzi, prawda?

"Mojemu pierwszemu mężowi zawsze zarzucałam, że za rzadko mówi, że mnie kocha. On mi powtarzał, że przecież raz mi już powiedział i po co ma się powtarzać. Drugiemu mężowi nie muszę tego mówić, w ogóle nie mam takiej potrzeby. Bo ja wiem, że on mnie kocha. Ja to czuję i wtedy to zapewnianie słowami jest całkowicie zbędne." - taką ostatnio usłyszałam historię od ważnej osoby w moim życiu.

Wydaje mi się, że z prezentami jest podobnie. Jeśli z relacją jest wszystko w porządku, prezent nie jest dowodem miłości, a jedynie jej symbolem.

Więc życzę Wam dobrych wyborów, przyjemnych myśli, spokojnych zakupów i najlepszych możliwych reakcji na Wasze prezenty, gdy będziecie je wręczać.

Dobrego grudnia!

  

niedziela, 12 listopada 2017

310. Bieg niepodległości 2017

Bieganie jest nudne.

Tak mi się zawsze wydawało. Od wielu lat próbuję się jednak na różne sposoby przekonać do tego sportu, bo bieganie jest przede wszystkim proste - możesz pójść, kiedy chcesz, nie potrzebujesz do tego za wiele sprzętu i nie płacisz za treningi. W sam raz dla osób zapracowanych i nie do końca panujących nad swoim gryplanem w trakcie tygodnia.

Ale bieganie jest nudne. Ciągle to samo, ciągle tak samo, nic się nie dzieje, a trzeba do przodu i człowiek ledwo żyje.

Z półtora roku temu koleżanka namówiła mnie do wspólnego biegania w Parku Skaryszewskim. Raz w tygodniu robiłyśmy 5 km (dwa okrążenia + dobieg), omawiałyśmy wszystko to, co najważniejsze i biegałyśmy tzw. Galloway'em, czyli marszobieg w regularnych odstępach (5 minut biegu, 1 minuta marszu). Umówiłam się z nią, że celem jest przebiegnięcie longiem tej odległości, ciągłym biegiem, niemalże na jednym oddechu. Nie zdążyłam - zmieniłam pracę i dojeżdżanie na Pragę było już kompletnie bezsensowne. Przestałam biegać.

Potem zimą spróbowałam ponownie, tym razem syn przyjaciółki mnie zmotywował, pod włos mnie wziął, żebym mu obiecała, że do końca tygodnia pójdę choć raz. Poszłam, było zajebiście, bo na mrozie biega się fajnie, ale zaraz się rozchorowałam, a potem była grypa, Berlin, Sycylia, i zaraz wylądowałam w szpitalu na te swoje kobiece wycinanki, i znowu się rozeszło.

Przez całe lato wszędzie jeździłam z butami do biegania. Bo może będzie okazja. Ani razu ich nie założyłam. Okazji nie było żadnej, wiadomo.

Przyszła jesień, ja nadal unieruchomiona własnym lenistwem, kondycja coraz mniej ciekawa, waga rozwojowa (ha ha ha) i nic. Siedziałam na kanapie i udawałam, że przecież bieganie jest tak strasznie męczące, to może jednak jutro. Oraz deszcz padał. Jak być może wiecie, bieganie pod deszczem jest super, ale najpierw trzeba wstać z kanapy.

Wstaliśmy z tej kanapy wspólnie, w którąś niedzielę września. Akurat się totalnie pokłóciliśmy, rozwód za pasem, już przecież nic się nie da i na pewno się nie uda. "To może chodźmy pobiegać" - powiedziałam do Radka, a on, oszołomiony takim zwrotem akcji, nieopatrznie się zgodził.

I zaczęło się. Radek też spróbował Galloway'em (minuta biegu, minuta marszu), ja obok niego, ale potem czułam się totalnie niedobiegana, więc następnego dnia poszłam ponownie, już sama i wróciłam do swoich interwałów z czasów praskich. I endorfiny się załączyły, więc za dwa dni znowu z Radkiem (i z Filipem, z tego co pamiętam, bieganie z psem chaosem jest niezłym wyzwaniem, polecam starym wyjadaczom, jeśli się nudzą zwykłymi podbiegami), a potem znowu sama.

A potem była impreza. I ta sama koleżanka ze Skaryszaka przypomniała, że Bieg Niepodległości, że zapisy ruszyły i zaraz pakietów nie będzie. A ja zamiast nalać sobie kolejny kieliszek wina wyklikałam to, co trzeba i się zapisałam. Kasia mi obiecała, że pobiegnie ze mną, bo ona w tym roku też miała swoje przejścia medyczne, więc dopiero wraca do regularnego biegania. I zapewniła, że w miesiąc dam radę się przygotować.

Od pierwszego zejścia z kanapy do biegu minęło 7 tygodni. Poszłam na 16 treningów. Przebiegłam w sumie jakieś 85 km. Najpierw biegałam z Chmielarzem na uszach (audiobooczki nie wymuszają tempa), później ze Spotify (można ustawić sobie funkcję "running", apka każe podbiec kawałek, ustala tempo, u mnie zazwyczaj 160 kroków na minutę, i potem puszcza muzykę w tym tempie, posiłkując się utworami, które lubię albo podobnymi). Włączałam oczywiście Endomondo (Edmunda dla przyjaciół), bo rywalizacja sama ze sobą to podstawa i na opasce Mi band włączałam pomiar tętna, coby nie przekraczać zdrowych 155 uderzeń na minutę, ale to mi jeszcze za bardzo nie wychodzi. I apka do interwałów, oczywiście, bo biegałam 5 minut na 1 minutę, a potem 6 minut, 7, 8 aż doszłam do 15 minut na 2 minuty marszu. Tak mi doradził Wojtek Staszewski. A jak doszłam do 15 minut biegu, to spróbowałam pobiec trochę dalej i jeszcze fragment i kawałek i troszeczkę, aż przebiegłam całe 5 km bez zatrzymania. Jakieś 10 dni temu.

Tych apek do włączania mam jeszcze więcej, bo ostatnio przypomniałam sobie, że mam pas podcyckowy z pomiarem tętna, a Mi band tego nie obsługuje, tylko Endomondo, za to Endomondo w wersji bezpłatnej nie daje ostrzeżeń, że tętno jest za wysokie, więc próbowałam z innymi apkami. Póki co mi się nie udało, a na treningi zaczęłam wychodzić z powerbankiem, bo mi telefon nie był w stanie ogarnąć takiego obciążenia :)) No i nie śmiejcie się za bardzo, uprzejmie proszę, bo gdyby nie te wszystkie dodatkowe gadżety, to ja bym już dawno ponownie zamieszkała na kanapie. One uratowały moją motywację! (obmyślam ostatnio, czy istnieje opcja, żeby oglądać seriale w trakcie biegania po parku, zakładam że na bieżni na siłowni się zapewne da to ogarnąć, ale w parku?)

Na Bieg Niepodległości plan był jednocześnie skromny i ambitny. Skromny, bo moim celem było przebiegnięcie 10 km w 1h10 minut. To jest ostatnia strefa startowa biegu ("powyżej 60 minut"), tam biegną lamerzy i ci, którzy niewiele potrafią. Czyli dokładnie ja. Ale dla mnie ten cel był bardzo ambitny. Przede wszystkim dlatego, że średnią z biegania miałam około 7 minut na kilometr, i to było na odległościach raczej 5 km i wracałam z tych treningów zmachana i z tętnem prawie maksymalnym (180 i okolice), ale także dlatego, że moja życiówka na 10 km sprzed 5 lat wynosiła 1h15. A ważyłam wtedy trochę mniej.

No bo musicie wiedzieć, że ostatni raz kiedy przebiegłam 10 km to był właśnie Bieg Niepodległości, rok 2012, i to był bardzo dla mnie trudny rok. We wrześniu mój syn osobisty wyjechał ze swoim ojcem do Stanów Zjednoczonych na rok (który potem stał się dwoma latami), w październiku zmarła Chustka, a w listopadzie, dzień przed biegiem, miałam bardzo nieprzyjemną rozmowę z osobistą matką i byłam tą rozmową zdołowana. Biegłam więc wtedy mocno nieszczęśliwa, dość konkretnie osamotniona, i do tego trasa prowadzi do Rakowieckiej i z powrotem na północ, a na Rakowieckiej moi rodzice mają mieszkanie. Symbolika bardziej niż wyraźna, drugą połowę biegu wówczas przeryczałam, słońce świeciło i ludzie się wręcz pytali na trasie, czy aby ze mną wszystko w porządku.

A zatem Bieg Niepodległości 2017. Mam biec z koleżanką, ważę kilka kilo więcej, bo tarczyca to dziwka, a metabolizm to skurwesyn, jest zimno, jestem starsza o 5 lat, przygotowania do biegu jakieś tam były, ale nie oszukujmy się, 7 tygodni to nie za wiele, a ja sobie wymarzyłam 1h10. Na głos mówię, że spoko, nie musi być taki czas, wystarczy, że ukończę ten bieg, przecież to i tak wyzwanie i w ogóle. A wewnątrz myślę - nie ma szans, żebym zrobiła 1h10, musiałabym przez cały czas biec szybciej niż na treningach. Nie ma szans, Cywińska, pogódź się z tym.

fot. Radek Teklak, "Radziu, podjedź tam bliżej wiaduktu i zrób fotę fladze z ludzi" 

Zaczęłyśmy powoli. Biegło mi się beznadziejnie. Może dlatego, że musiałam czekać 40 minut zanim nasza strefa mogła wystartować i zdążyłam zmarznąć, a może dlatego, że miałam tego dnia drugi dzień cyklu i straciłam już całkiem sporo krwi. Cholera wie. Było mi źle. Kasia gadała i zagadywała, kochana, a ja myślałam, że nigdy nie dobiegnę do Hali Mirowskiej (2 km). Dobiegłam. Na czwartym kilometrze (za wiaduktem przy Centralnym, który wzięłyśmy wolno w górę, szybko w dół i nie było tak strasznie) nabrałam rytmu. Na piątym poczułam zmęczenie. Za nawrotką przez moment przeszłyśmy w marsz, żeby napić się pół kubka wody z wodopoju. Szósty i siódmy jakoś poszły. Ósmy był trudny, bardzo trudny, byłam zmęczona, miałam dość, po drodze wiadukt przy Centralnym (weszłyśmy w górę, zbiegłyśmy w dół). I niby już bliżej, niedaleko, prawie na miejscu, ale niestety nadal bardzo daleko, a ja już ledwo żyję.

fot. Radek Teklak, pogoda była .. yyy... zróżnicowana 

Radek jechał na rowerze obok nas, "Dawaj Maria, dawaj, dawaj Maria", ale Kasia słusznie wyczuła, że mi to nie pomaga i zaczęła z nim rozmawiać, żebym ja nie musiała. Robił foty, niektóre śliczne, pojawiał się i znikał i było to najcudowniejsze pojawianie się i znikanie w naszej relacji, ale ja i tak nie miałam siły mu nic powiedzieć.

fot. Radek Teklak "Machamy, czy pokazujemy fucka?" 

fot. Radek Teklak 

Rondo ONZ przeszłyśmy, a potem Kasia powiedziała, że niebawem ostatni kilometr i że wtedy ona prowadzi i żebym biegła za nią. Bo ona przyspieszy, a ja mam nie marudzić. Tylko biec. Więc biegłam. Już nic nie mówiłyśmy. Już nikogo nie widziałam. Skoncentrowana na tym, co się dzieje z moim ciałem. Pierwszy raz miałam łzy w oczach, gdy w oddali pojawiła się meta. Drugi raz, gdy już mnie wszystko bolało, ale Kasia nie odpuszczała. Widziałam tylko metę. Białą nadmuchaną bramę z reklamą banku. Tylko metę. Byłam sama na tej trasie. Tylko metę. Już Anielewicza, ostatnie metry, ktoś krzyczy, że jeszcze 150. Ostatnie kroki przeskoczyłam, przeleciałam, nie wiem jak, bo nagle okazało się, że mam bardzo długie nogi. Nie mam pojęcia, skąd ta siła. Przebiegłam. Dobiegłam.

Trzeci raz poryczałam się za metą, gdy Kasia sprawdziła na swoim zegarku nasz czas.

1:09:13.

Udało się!


fot. Radek Teklak "Zaraz do Ciebie przyjdę, tylko medal odbiorę!" 

fot. Radek Teklak "Czy musicie tak szeleścić?" 

Przełamałam wszystko, co było trudne i złapałam wiatr w plecy (skądinąd nieźle wczoraj wiało). Już mogę biegać bez żadnej symboliki. Po prostu. Przed siebie. I tylko nie wiem teraz, co mam zrobić, żeby schudnąć i biegać szybciej i żeby nabrać lepszej kondycji i biegać szybciej i żeby więcej potrafić i biegać szybciej. Ale spoko, na pewno ktoś mi powie, jak się robi te interwały, ile kilometrów mam biegać tygodniowo, żeby się rozwijać, a mój endokrynolog znajdzie sposób na moje kilogramy.

Skoro udało się w 1:10, to i cała masa innych rzeczy jest możliwa, prawda?

Notkę tę dedykuję Kasi, bez której nie zrobiłabym takiej życiówki! Trenejro, jesteś najlepsza!   






czwartek, 9 listopada 2017

309. Tajemnice Alkowy 1 - Hotel Zamek Ryn

Rozpoczynamy nowy cykl. 

"Tajemnice alkowy" z założenia będą o moich i Radka wyjazdach i o tym, jak fajne są rozmaite miejsca na świecie. Trochę zapiski z podróży, trochę recenzje z wyjazdów, trochę o nas, a trochę o nich. Wiadomo, że najlepiej się pisze o innych, gdy można pisać o sobie ;)

Tymczasem więc podjęliśmy się przygotować recenzję z dwudniowego pobytu w hotelu Zamku w Rynie. Wrzesień i październik mnie dość konkretnie wymęczyły, więc weekend na Mazurach okazał się świetną opcją. Pojechaliśmy.


Droga

Z Warszawy jedzie się 3,5-4 godziny. Nam to zajęło nawet trochę dłużej, bo zatrzymaliśmy się po drodze na niezdrowy obiad w niezdrowym fastfoodzie, ale i tak wiele byśmy nie nadgonili, bo auto mam z silnikiem 1,4 i przyspieszeniem żadnym, więc wyprzedzanie na jednopasmowej drodze to najczęściej zbyt ryzykowna zabawa. Jazdę sobie umililiśmy transmisją na żywo na facebooku. Jak komu się bardzo nudzi, to zapraszam do słuchania, ale szczerze ostrzegam, Ameryki w tych rozmowach nie odkryliśmy: część 12, i 3.  

Jak trafić do hotelu Ryn? 

Wiadomo, po gpsie ;) A tak serio to trochę się zdziwiłam, gdy już dojechaliśmy, bo zamek wprawdzie na pagórku stoi, ale z tej strony, z której wjeżdżaliśmy do niego jest otynkowany i z daleka nie odróżnia się nadmiernie. Dopiero drugi rzut oka ukazuje czerwoną cegłę. 


Otoczenie 

Ryn jest małą miejscowością. Na co dzień liczy zaledwie 3000 mieszkańców, kilka sklepów, szkołę podstawową, kilka knajp i dwa jeziora, pomiędzy którymi rozsiadł się hotel Zamek Ryn. Oraz eko-marinę czynną tylko w sezonie. Na tyle dużo, że spacer całkiem przyjemny, na tyle mało, że nie da się zgubić. 


 Zameldowanie w hotelu

Miejsca parkingowe są (acz uwaga: parking jest płatny). Recepcję łatwo znaleźć, obsługa uprzejma i kompetentna, pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. Dostaliśmy pokój w części komturskiej (przestronna komnata w wersji junior suite, 25 m2, wyposażenie nieco bardziej zaawansowane) i nawet nie było tak trudno znaleźć go na trzecim piętrze. 


No bo właśnie, pierwsza super atrakcja: w hotelu Zamek Ryn można się zgubić. 

Cztery poziomy, a miejscami nawet pięć, każde piętro można przejść wokół, każde skrzydło w totalnie innym stylu, tu i ówdzie zakamarki i niespodziewane zakręty, co jakiś czas schodki między skrzydłami i wąskie korytarzyki. Z obu stron korytarza pokoje, więc brak punktów odniesienia, okna co najwyżej na wewnętrzny dziedziniec, który wygląda podobnie z każdej strony, ciemno i trochę strasznie. Czyli super!



Historia zamku sięga XIV wieku, ale w ostatnich latach budynek został całkowicie przystosowany do życia hotelowego. Zróżnicowane kolorem i wzorem wykładziny w zależności od skrzydła zamku (chyba jedyny sposób na odnalezienie się w dowolnym momencie), liczne windy, drogowskazy i napisy, co i rusz krzesła, fotele i kanapy. Numeracja pokojów w miarę logiczna i po kolei. Co jakiś czas klatki schodowe, które bardzo pomagają. A w dolnych kondygnacjach restauracja, bar, winiarnia, basen, spa i sale konferencyjne. 

I choć jeszcze w drugiej połowie XX wieku zamek służył miastu jako lokalizacja urzędu miasta, przedszkola i biblioteki miejskiej, to na przełomie wieku zyskał prywatnego właściciela i zaczął się zmieniać. Wyobrażam sobie, że adaptacja wymagała ogromnej inwestycji i te pieniądze widać w miarę wszędzie. 

Ale moment, dopiero co przyjechaliśmy i skończyłam na tym, że pokój udało się znaleźć. 

 Pokoje: 

- Da się wygodnie usiąść przy biurku i popracować. Niestety zasięg telefonu w pokoju jest słaby, wi-fi też działało kiepsko, ale po naszym wyjeździe zrealizowano planowaną modernizację sieci, więc teraz wszystko bangla. 
- Wszędzie są wykładziny i dywany, co dla osoby alergicznej na roztocza jest nieco męczące, nogi wróciły podrapane, ale nie każdy jest alergikiem, więc inne nogi zapewne będą zachwycone tym, że miękko pod stopami.  
- Niedaleko drzwi wejściowych są wieszaczki na kurtki i inne bluzy (nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak często takich wieszaczków brakuje). 
- Okna się wygodnie otwierają (również uchylają w górę), co pozwala wywietrzyć lekki zapach starości. Należy go też zapewne tłumaczyć grubymi murami, ale generalnie zapachy nie są najmocniejszą stronę hotelu - na naszym piętrze czuć było wentylację z restauracji, moim zdaniem jakaś kiełbasa, według Radka majeranek, wspólnie doszliśmy do wniosku, że żurek. Na korytarzach hotelowych niesie się zapach murów. 
- Materac jest wygodny, śpi się świetnie. Niestety łóżka się rozsuwają (dwa pojedyncze), a po zsunięciu i tak jest spora szpara między dwoma materacami. Śpi się więc świetnie, ale w pojedynkę ;) 
- Ręczniki znakomicie wchłaniają wodę. Szlafroki też dobrze wchłaniają, ale rozmiarami są niedostosowane do mojego kobiecego L/XL i Radkowego męskiego 2XL. Radek na basen poszedł w dresiku. Konieczność wymiany szlafroka na większy/mniejszy zgłaszajcie w recepcji.
- W łazience brakuje odpowiedniego światła do makijażu i dodatkowej półeczki na zawartość kobiecej kosmetyczki (a łazienka spora, więc spokojnie by się zmieściło). Siła strumienia pod prysznicem bardzo dobra (to dla mnie wyjątkowo ważne kryterium).  
- Fajną opcją jest to, że wolno przyjechać z psem lub kotem, a potem można zostawić odpowiednią zawieszkę na drzwiach, coby pani sprzątająca nie dostała zawału, gdy przyjdzie wymienić ręczniki. My Filipa nie przywieźliśmy, bo to był wyjazd dla nas, ale dobrze wiedzieć, że istnieje taka możliwość. 
- Na biurku cały zestaw do kawy, herbaty i butelki z wodą. W minibarze niezbyt drogie towary (piwo tańsze niż w hotelowym barze przy kręgielni). Telewizor malutki, ale przecież nie przyjechaliśmy tam, aby oglądać TVP Info i jego paski. Przyjechaliśmy korzystać z atrakcji. 


Co można robić, czyli o atrakcjach słów parę.  

- W sąsiadującym z zamkiem budyneczku nazywanym zbrojownią (choć pierwotnie była to stajnia) można pograć w kręgle (trzy wąskie tory dość gęsto ułożone), w piłkarzyki lub w bilard (przestronna oddzielna sala). Jest też symulator gry w golfa z ogromną liczbą różnych kijów i opcji. Bawiliśmy się przednio, a mój rekord to prawie 30 uderzeń na jeden dołek. Byłam z siebie bardzo dumna, nawet jeśli Radek twierdził, że chodzi o to, żeby tych uderzeń było jak najmniej. 
- Mogliśmy też zagrać w ruletkę i blackjacka przy prawdziwych kasynowych stołach z przemiłymi krupierami. Na szczęście graliśmy na żetony, a nie na pieniądze, bo kasyno – jak wiadomo - zawsze wygrywa. I co z tego, że dziesięć razy pod rząd wypada liczba parzysta i czerwona, jedenastym razem też może wypaść, choćby rachunek prawdopodobieństwa wskazywał coś kompletnie innego. 
- Sobotę zaczęłam od joggingu nad pobliskim jeziorem Ołów. Wokół jeziora jest ścieżka o długości 4250 metrów, w sam raz na dobre rozpoczęcie dnia. W pokoju znalazłam przydatną mapkę okolicznych tras biegowych. Tej mojej niestety nie było, bo na mapce najkrótsza opcja miała 6 km, a najdłuższa ponad 20, ale przecież to nie ich wina, że jeszcze jestem lamerką. 



- Można coś zjeść (restauracja), czegoś się napić (winiarnia) i z kimś potańczyć (klub nocny). Pan didżej puszczał fajną muzę, ludzie się kiwali, piwo się piło, ale ja zarządziłam powrót do pokoju, bo byłam martwa od nadmiaru tlenu. Czy Wy też tak macie, że przez pierwszą dobę po wyjeździe ze smogu czujecie się wymiennie na haju i bez siły, bo tlen Was wykończył? 
- Można dać się oprowadzić po Zamku. Zwiedzanie trwa godzinę i opowiada trochę o budowie, a trochę pozwala zrozumieć organizację poszczególnych skrzydeł. I tu moja ogromna prośba do hotelu: wymyślcie coś lepszego! Zamek jest fantastycznym punktem wyjścia dla legend, historii i fajnych opowieści. Przeprowadzenie gości przez kilka pięter i zaproponowanie im "zwiedzania z dreszczykiem", który sprowadza się do dwukrotnego pojawienia się w oddali ducha i wypuszczenia dusznego (i drażniącego oczy) dymu dyskotekowego jest być może fajne dla dzieci, dorośli potrzebują bardziej krwawej opowieści, większej liczby szczegółów i czegoś, co ich wciągnie. Żywej historii, której mamy przecież pod dostatkiem. A dym gryzł, serio serio. 
- Można też uczestniczyć w biesiadzie, jeśli akurat jakaś ma miejsce. My trafiliśmy na biesiadę piwną, impreza w rodzaju Oktober Fest, zorganizowana w ramach sobotniej kolacji na zamkowym dziedzińcu. Najfajniejsze w tej bawce było to, że mogliśmy wypożyczyć stroje z epoki (nie, nie niemieckie spodenki i podkolanówki do jodłowania, ale stroje mniej lub bardziej średniowieczne!) i to nas od razu wprowadziło w atmosferę zabawy i udawania. Siedzieliśmy przy suto zastawionych stołach, śpiewaliśmy przyśpiewki o piwie, uczestniczyliśmy w konkursach rodem z najlepszych wesel i potańcówek, i nikt nie narzekał :) 



- Można pomoczyć się w basenie i skorzystać z sauny (mokrej lub suchej). Basen właściwy jest dość niewielki, a kącik z biczami i bąbelkami w typie jacuzzi jest jeszcze mniejszy, za to gości było w ten weekend dość dużo, więc popływać się nie dało. Basen jest zlokalizowany w dolnej części budynku, ma bardzo ładne sklepienie łukowe i miłą atmosferę, ale żeby w niej chwilę posiedzieć, warto przyjść poza szczytem, a także trafić na chwilę, gdy nie będzie dzieci - tego typu sklepienia bardzo skutecznie i nieraz zaskakująco niosą dźwięk, co zresztą zauważyliśmy także w sali restauracyjnej.
- Wreszcie można pójść i odpocząć w cichym i pachnącym spa, dać się wymasować i poczuć się choć przez chwilę pięknym. Masaż ajurwedyjski był idealnym zakończeniem długiego piątku i choć była to bardzo uproszczona wersja ajurwedy, to poczułam się zrelaksowana i pozytywnie naładowana.


Jedzenie

Oferta gastronomiczna jest bardzo w porządku: śniadania obfite (8:00-11:00), bufet szwedzki z dużym wyborem. Obiadokolacje bez fajerwerków, ale najeść się da, szczególnie jeśli ktoś lubi potrawy z mięsem. Dla wegetarian i wegan oferta jest nieco bardziej ograniczona. Powiedziałabym, że jest to dość typowe menu bufetowe, raczej konserwatywne, niekoniecznie zgodne z aktualnie modnymi trendami jedzenia fit, ale dające pewne opcje dla osób poszukujących jedzenia bardziej dietetycznego (standardowe warzywa gotowane na parze, ryba). Niejedzący mięsa dania wegetariańskie znajdą w karcie menu
Kawa niestety niesmaczna (choć dwa różne ekspresy), za to oferta herbat szeroka i kilka opcji zimnych napojów. 

Dla kogo jest to hotel? 

Na pewno polecam go na wyjazd dla pary. Liczne korytarze, grube mury, przyjemne zakamarki, klimatyczny basen i wiele różnych atrakcji, z których fajnie jest korzystać we dwoje. Wprawdzie może być problem, jeśli ktoś lubi zasnąć przytulony, bo materace się realnie rozsuwają, ale to chyba jedyne zastrzeżenie. No i pod prysznic nie wejdziecie razem. O możliwości połączenia łóżek dowiedzieliśmy się przy wymeldowaniu. Dlatego mam dla wszystkich radę – pytajcie o wszystko. Niektórych rzeczy obsługa mogłaby się domyśleć, jednak w kilku przypadkach będą potrzebować naszej pomocy. Jak choćby w sprawie łączenia łóżka.
Polecam też dla rodziny z kilkuletnimi dziećmi i nastolatkami. Dla dzieci jest sporo możliwości spędzenia czasu (także we wnętrzu w razie kiepskiej pogody), a nastolatki skutecznie nam zejdą z oczu.



Nie jestem pewna, czy polecałabym to miejsce na konferencję biznesową (czy też szkolenie). Sale konferencyjne, które miałam okazję zobaczyć, są urządzone w estetyce sprzed 10 lat, nie mają okien i są dość duszne, ale przecież nie widziałam wszystkich pomieszczeń. Warto też pamiętać, że hotel jest ogromny, więc duży zjazd firmowy się spokojnie pomieści i nie będzie wrażenia tłumu.

Jeśli zaś chodzi o wyjazd dla grupy znajomych to pewnie trochę zależy, co chcecie razem robić. Jak jest to pobyt typu sylwester czy też bachanalia, to spoko, bo impreza może być atrakcją samą w sobie. Jak na wyjazd ad hoc, to ja bym osobiście wybrała mniejszy ośrodek, żeby łatwiej było się odnaleźć.

 Gdybym była właścicielem: 

- popracowałabym nad urządzeniem wnętrz: dekoracje i wyposażenie mają już kilka lat i wprawdzie zużycia jeszcze nadmiernie nie widać, ale całości brakuje powiewu świeżości i trochę spójności. Jest zbyt dużo różnych wzorów, które się ze sobą gryzą. I choć widać, że hotel był urządzany przez fachowców i precyzyjnie podzielony na strefy, to do mnie ta estetyka nie przemówiła.

- łazienki urządziłabym bardziej nowocześnie i z uwzględnieniem potrzeb przeciętnej kobiety, która na weekend przyjeżdża z trzema kosmetyczkami: brakuje wieszaczków, półeczek, parapetów i nowoczesnej armatury prysznicowej. 

- stworzyłabym bardziej nowoczesną ofertę zwiedzania zamku dla dorosłych. 

- wyeksponowałabym lżejsze menu skierowane do osób przyzwyczajonych do jedzenia fit.

- odnowiłabym część rekreacyjną (zbrojownię): pod względem wyposażenia i stanu sprzętów jest najmniej nowoczesna.

Czemu warto pojechać do hotelu zamku Ryn: 

- ogromna przestrzeń daje ogromne możliwości w zorganizowaniu sobie atrakcji pod dachem, co w naszym klimacie może mieć ogromne znaczenie,  
- można w krótkim czasie spróbować wielu atrakcji i przeżyć wakacje w pigułce,
- propozycje pakietów pobytowych są skrojone z pomysłem,  
- zamek jest ślicznie zlokalizowany między dwoma jeziorami, co daje wiele możliwości spędzania wolnego czasu poza jego murami, 
- obsługa hotelowa jest bez zarzutu,
- w zamku jest czysto - zarówno w pokojach i w miejscach wspólnych. 

Z Rynu wyjechałam wypoczęta, co mnie całkowicie zaskoczyło biorąc pod uwagę, że spędziliśmy tam mniej niż 48 godzin. Całkiem efektywne i wyjątkowo przyjemne oderwanie od rzeczywistości. Możliwość pooddychania innym powietrzem, popatrzenia na inny widok z okna, połażenia w innych jesiennych liściach i popróbowania naprawdę różnorodnych atrakcji. Latem mogłabym jeszcze dodatkowo wynająć rowery, popłynąć łódką, a nawet polecieć motolotnią. Miałabym co robić przez co najmniej tydzień.

 Czy chciałabym tam wrócić: 

oczywiście, że tak!



Notka powstała we współpracy z hotelem Zamek Ryn. Serdecznie dziękujemy panu Łukaszowi Kundziczowi za opiekę przez cały czas pobytu. 

niedziela, 5 listopada 2017

308. Suszarka in da house

Dzisiaj wpis konsumencki, bo ludzie pytają, więc niech zostanie w internecie w wyszukiwalnym miejscu. 

Po trzech tygodniach posiadania suszarki:
- prań jest trochę więcej niż wcześniej, bo miło jest coś uprać i zaraz mieć suche (i pachnące);
- suszarka, którą wybraliśmy, jest dość głośna, ale przy zamkniętych drzwiach łazienki nie przeszkadza, choć - jak kto u nas był, to wie - drzwi do łazienki są na środku przestrzeni wspólno-dziennej;
- cudownie jest wyjąć pachnące ubrania i włożyć je od razu do szafy (program "suche do szafy"), acz to wymaga zaplanowania, że się będzie w domu, jak suszarka skończy suszyć; jeszcze nie wiem, co zrobić, gdy się ten moment przegapi albo prześpi;
- nie ogarnęliśmy jeszcze do końca, co można i czego nie można, więc moje legginsy są krótsze, Radka koszulki też i to wcale nie są nasze dodatkowe kilogramy, jak przez moment mi się wydawało;
- niektóre ubrania wychodzą wyprasowane, inne nawet po natychmiastowym rozwieszeniu wymagają żelazka - tej magicznej wiedzy też jeszcze nie posiadłam;
- filtr zbiera całkiem sporo włosów zwierzęcych i innych paproszków z ubrań - ta funkcja mnie mile zaskoczyła;
- pod koniec suszenia w łazience jest bardzo gorąco (suszarka regularnie wypuszcza gorące i suche powietrze) - dzięki czemu ręczniki wiszące są bardziej suche, a i można założyć, że zawilgocenie ścian mniejsze.
- no i nareszcie mogliśmy schować wiecznie rozstawiony suszak (uwielbiam to słowo), a w sypialni nie ma tego nieprzyjemnego zapaszku wilgotnego materiału, którego nie da się wysuszyć, bo okno otwarte dla kotów, grzejnik za słabo grzeje, a ubrań za dużo. Taki mamy klimat ;) 

Aha, jakby kto miał wątpliwości:
- kupiliśmy suszarkę innej marki niż mamy pralkę oraz taki uniwersalny łącznik pomiędzy - działa bezproblemowo;
- suszarka nie wymaga podłączenia do wody (to znaczy może są takie, co wymagają), więc wystarczy prąd i można spokojnie ustawić na pralce;
- na allegro można kupić chusteczki, które się wrzuca do suszarki i one pełnią funkcję płynu zmięczkającego i zapachowego;
- przeciętny program trwa ok 1h20 (pełna pralka mniej lub bardziej bawełnianych ubrań); 
- kalkulacja uwzględniająca cenę suszarki vs koszt zużytej energii w zależności od liczby suszeń nas przekonała, że przy średnio 3 suszeniach tygodniowo nawet po 5 latach suszarka klasy B będzie się nadal bardziej opłacała. Jak kto jednak robi 3 prania i suszenia dziennie, bo ma np. dużo dzieci lub zwierząt czy też zwyczajnie lubi mieć wszystko czyste, to niech rozważy klasę A+. 


niedziela, 8 października 2017

307. Bez żadnego trybu

Kiedy człowiek regularnie publikuje, każda notka ma jakiś temat, strukturę i myśl przewodnią. Kiedy leniwie pisze raz na jakiś czas, myśli jest tyle, że lekka biegunka myślowa człowieka napada i sam nie wie, na czym się skupić.

Tak właśnie mam dzisiaj.

Dużo ostatnio myślę o zmianie. O tym, czy każdy jest w stanie się zmieniać i od czego to zależy. Na czym polega to, że niektórzy przyglądają się sobie, pracują nad swoimi słabościami i osiągają realne cele, które potrafią przekuć w zmianę przyzwyczajeń i nawyków, a inni chcą zachowania status quo i nijak nie da się ich namówić na autorefleksję, której efektem byłoby zaplanowanie jakiejkolwiek zmiany.

Czy to jest jakaś forma lęku, że niektórzy nie chcą zadawać sobie pytań i nie chcą se mettre en cause (z francuskiego - zakwestionować samego siebie)? A może to skutek socjalizacji, że lepiej się nie wychylać? Że lepiej, żeby było tak, jak jest, oraz po co cokolwiek zmieniać, skoro teraz jest jakoś tam znośnie? Co z tego, że uwiera i że niewielkim kosztem mogłoby być lepiej - zmiana przecież jest uciążliwa.

Przychodzą mi do głowy różne psychologiczne konstrukty takie, jak wyuczona bezradność, gdy człowiek pozostaje bierny, bo jest przekonany, że co by nie robił, to i tak nic nie zmieni. No właśnie. Albo osadzenie w przeszłości i przekonanie, że to przeszłość niejako determinuje to, co się ze mną dzieje dzisiaj i będzie działo w przyszłości. Tak zwana perspektywa czasowa (por. Zimbardo) na pewno w jakimś stopniu determinuje gotowość do zmian.

A może to kwestia edukacji, w której dzieciom się nakazuje, rozkazuje i się od nich wymaga, wspierając ich motywację zewnętrzną, zamiast wspierać ich poczucie sprawczości i samodzielności i pracować nad ich motywacją wewnętrzną. Dodajmy jeszcze do tego niesprawiedliwe systemy oceniania, gdy ocena jest uznaniowa i niepowiązana z wykonaną pracą i włożonym wysiłkiem i efekt murowany - nie ma sensu, żebym się starał, życie i tak mi da w kość i lepiej nie będzie.

Jak to jednak jest, że niezależnie od tego, z jakiego środowiska i z jakiej zamożności się pochodzi, niektórzy potrafią przeskoczyć własne ograniczenia i potrafią się zmieniać. Czasami w małych rzeczach takich, jak praca nad własnym ciałem, nad rozwojem intelektualnym albo wypracowaniem jakichś umiejętności, a czasami w ogromnych osiągnięciach - przeprowadzają się w nowe miejsca, poznają nowych ludzi, nie popełniają dwa razy tych samych błędów i potrafią z nich wyciągnąć nie tylko wnioski, ale też zmienić cały swój system wartości. (NB. czy zmiana własnego systemu wartości jest rozwojem samoświadomości czy oportunizmem i słabością?)

Patrzę na swoich współpracowników i podwładnych i widzę, że podejście do zmiany wcale nie jest zależne od wieku. To prawda, osoba w wieku podeszłym czasem potrzebuje więcej czasu, żeby się czegoś nauczyć, bo plastyczność nawyków już nie ta, ale postawa pro-zmianowa - jestem co do tego pewna - tworzy się w głowie, a nie w ciele, choćby miało być mniej sprawne. Znam ludzi młodszych od siebie, których opór na zmianę jest tak silny, że tkwią w niewygodnych, ale przynajmniej znanych i przyzwyczajonych sytuacjach. Znam też ludzi w wieku moich rodziców, którzy każdego dnia starają się coś zmienić w swoich nawykach, albo wprowadzić kolejne elementy pracy nad sobą. Mój osobisty ojciec, rocznik 1939, gdy chciał sobie parę lat temu odświeżyć języki obce, postanowił pisać dziennik każdego dnia w innym języku. Codziennie jedną stronę po angielsku, francusku lub rosyjsku. I wytrwał tak co najmniej kilka miesięcy. Skąd w nim ta postawa?

Przypomniałam sobie ostatnio, jakie tworzyłam listy, gdy myślałam o potencjalnym partnerze życiowym. Wraz z doświadczeniem życiowym do obowiązkowej przystojności, bogactwa i inteligencji jako przymiotów księcia na białym rumaku dochodziły nowe cechy, nieraz całkowicie sprzeczne z tym pierwszym niekoniecznie dojrzałym podejściem. Wpierw zrozumiałam, że przystojność jest mi kompletnie niepotrzebna (choć wzrost by się przydał, wiadomo). Potem wyszło mi, że inteligencja to nie wszystko, potrzebna jest też wrażliwość i kontakt z własnymi emocjami. Bogactwo odpuściłam dość szybko, bo duże pieniądze są częściej kłopotem niż ułatwieniem, a średnie pieniądze potrafię sobie wypracować sama. Po trzydziestce doszły jednak warunki sine qua non - ma mieć uporządkowaną relację z matką, musi mieć pralkę i powinien choć trochę lubić sport i podróżowanie. Tego, że nie może być mizoginem ani troglodytą społecznym nie musiałam zapisywać - to i tak wychodziło zazwyczaj na pierwszej randce. I że musi mieć kręgosłup moralny.

W pewnym momencie z cech ujętych pozytywnie zostało niewiele, coraz częściej notowałam, kim ten człowiek być nie może. Że nie chcę być z egoistą w łóżku, nie może mieć żony, nie może mnie okłamywać i nie powinien oczekiwać, że będę mu gotować obiadki. A gdy kolejny facet mi się zdarzał, sprawdzałam, czy wszystko idzie zgodnie z listą. Mówiłam sobie: "Cywińska, spróbuj choć raz podjąć decyzję czymś więcej niż endorfinami i zakochaniem". Kompletnie niemożliwe, wiadomo, ale starałam się zachowywać pozory. I odkrywałam, że każda z tych cech jest do zlekceważenia, o ile pozostałe są na miejscu. I nawet wymiary - wydawać by się mogło - konstytutywne (jak kwestia pralki i samodzielności życiowej), byłam w stanie zlekceważyć, o ile widziałam chęć zmiany. Bo przecież czasami warto zakomunikować swoje oczekiwania i chwilę poczekać.

Jakieś trzy lata temu sformułowałam swoją ostateczną listę cech, którą musi spełniać facet, żebym chciała się z nim spotykać. Spojrzałam na wszystkie cechy w ujęciu pozytywnym i z każdej z nich potencjalnie zrezygnowałam. Spojrzałam na listę cech, których nie chciałam, i każdą z nich potencjalnie zaakceptowałam. Została tylko jedna.

Jeśli mianowicie jest chemia, to wystarczy mi, że będzie otwarty na zmiany i chętny do rozwoju.
Po prostu.
Lumpiata w drodze. Cywińska w zmianie.

Tymczasem Radek znowu poszedł pobiegać. Sam z siebie. Ten człowiek nie przestaje mnie zaskakiwać.




poniedziałek, 4 września 2017

306. Ava Apartamenty. Niechorze.

Kilka tygodni temu marudziłam Wam na polską branżę turystyczną i niekoniecznie normalne ceny nad polskim morzem w drugiej połowie sierpnia. Marudziłam, marudziłam, ale jednak pojechałam, więc dzisiaj opowieść o tym, że się udało.

W pierwotnych moich planach nie uwzględniałam zachodniego wybrzeża Bałtyku, gdyż wydawało mi się, że to za daleko. 500 km z Warszawy, google mówi, że krócej niż 6-7 godzin się nie da, a mnie było szkoda tak długiej drogi. Szukałam więc raczej w okolicach Trójmiasta, po kilkadziesiąt kilometrów w jedną i drugą stronę. Ale to tam właśnie zdarzały mi się ceny powyżej 4000 zł za tydzień oraz oferty, które na pierwszy rzut oka były akceptowalne, ale po głębszej analizie ogłoszenia i zdjęć okazywało się, że jak jest widok na morze, to w apartamencie nie ma kuchni, a jak jest kuchnia, to za oknem można się spodziewać placu zabaw dla dzieci, a jak dzieci zaopiekowane, to pani w dziale rezerwacji nie rozumie, co się do niej mówi i nie jest w stanie obsłużyć komunikatu: "wezmę większy apartament, jeśli rezerwacja w mniejszym się do tego dnia nie uwolni" i na moją prośbę o potwierdzenie rezerwacji mailem, dostałam jej anulację. "Bo przecież powiedziała Pani, że nie chce Pani większego apartamentu?".  

Im dłużej szukałam, tym mniej znajdowałam, a czas naglił. Zaczęłam na mapie wędrować bardziej na zachód, przypominając sobie, że tam jest trochę węższa wydma i do morza bliżej. I większe szanse na dom przy plaży. 

Apartamenty AVA okazały się strzałem w dziesiątkę. 

Przede wszystkim komunikacja z właścicielem bez zarzutu (w kontekście zmian w polskim szkolnictwie, uważam, że każdy uczeń powinien mieć w ramach przedsiębiorczości zajęcia ze skutecznej obsługi klienta, a najlepiej z zajęciami praktycznymi w sklepie typu ikea albo mcdonalds). Nie tylko odpowiadał na wszystkie zadane pytania, to jeszcze przez telefon był sympatyczny i rzeczowy. A na miejscu jego mama: przeurocza pani, która była obecna zawsze wtedy, gdy była potrzebna, a znikała, gdy tylko człowiek miał potrzebę prywatności. 

Po drugie lokalizacja - wprawdzie do morza miałam ze 300 metrów, ale dom jest umiejscowiony na granicy Niechorza a Pogorzelicy, tuż obok kanału łączącego morze z jeziorem Liwia Łuża. Dzięki temu jest tam relatywnie cicho i daleko i można się skutecznie odciąć od feerii polskiego wybrzeża latem i od wszystkich straganów z durnostojkami i kurzołapkami. Dla ludzi z dziećmi to może być niezwykle istotna cecha, bo widziałam niejedną babcię, która w drodze z plaży musiała przejść z wnukami przez ulicę z budami i kolorowymi gówienkami. Jest to totalna czarna dziura dla budżetów domowych. Tymczasem ja wychodziłam z domu i miałam wybór: w lewo szłam do ulicy pełnej sklepów i knajpek (najbliższa knajpa 30m od drzwi), w prawo zaś kierowałam się do lasu i zapominałam przez moment o wszelakiej konsumpcji.

Po trzecie - dom jest nowy, tegoroczny i czuć to na każdym kroku. Apartamenty pachną czystością, meble są nowiutkie i nowoczesne, a łazienki dopiero co wykończone. Nie spodziewałam się, że to będzie miało dla mnie aż takie znaczenie, ale okazuje się, że jak człowiek chce się odciąć od bodźców, żeby spokojnie napisać książkę (albo jej połowę), to stare meble i stare historie z nich płynące mogą dość konkretnie zaburzyć spokój duszy. W moim apartamencie żadnych historii nie było. Byłam tam ja i mój komputer. 

Wyposażenie apartamentu w sam raz: internet był. 

Z rzeczy drugorzędnych to w kuchni wszystkie potrzebne naczynia i ustensylia, garnki, patelnie, cedzak, kubki, miseczki, szklanki i inne takie. Dodałabym może otwieracz do win (do piwa i konserw znalazłam) i stały zestaw: sól i cukier, bo tego nikomu się nie chce kupować, gdy przyjeżdża na parę dni. W łazience fajne hotelowe ręczniki (oddzielny ręcznik do podłogi), ładnie zaprojektowana umywalka umieszczona na nogach od starej maszyny do szycia i przyjemna deszczownica pod prysznicem (zabrakło tam co najwyżej półeczki na kosmetyki). W sypialni wygodne hotelowe łóżko i małe biureczko, a w całym mieszkaniu dużo kontaktów (na balkonie też), co w dzisiejszych czasach powinno być standardem, gdyż bardzo ułatwia ładowanie wszelkich urządzeń elektronicznych. Dodałabym jeszcze wieszaki na kurtki i ręczniki oraz ze dwa leżaki na każde mieszkanie, bo wynajmowanie ich na plaży bywa kłopotliwe.  

Ale to są naprawdę szczegóły wobec tego, że w apartamencie AVA było mi realnie przyjemnie, wygodnie i spokojnie. Są takie miejsca, do których człowiek wchodzi i od razu ma ochotę zasiąść na kanapie, wziąć kieliszek do ręki i powoli pijąc wino, poczytać spokojnie książkę albo porozmawiać z przyjaciółmi. Apartamenty AVA są takim miejscem. Jest tam cicho, ciepło i bezpiecznie. Taki efekt osiąga się właściwym urządzeniem przestrzeni, umiejscowieniem lamp i wyborem koloru światła, a także czystością, wygodą i wykończeniem mebli. W moim apartamencie były dwa balkony (każdy na inną stronę świata, co w kontekście siedzenia na powietrzu miało znaczenie - miałam na nich słońce przez większość dnia), a z nich widok na las i na kanał. 

Idealny spokój i skupienie. 

Ale jeśli ktoś woli zabawowo i rozrywkowo, to wszędzie jest blisko: po drugiej stronie kanału są baseny Sandra, które się reklamują jako największy aquapark w północno-zachodniej Polsce. Wprawdzie osobiście do niego nie dotarłam, ale widziałam pielgrzymki ludzi idących w tamtą stronę. Kilkaset metrów dalej stacja kolejki wąskotorowej (fajna atrakcja!), łączącej kilka sąsiednich miejscowości. Po drugiej stronie Niechorza latarnia - potężna i wysoka. I hodowla motyli (schmetterling!). W tamtej części miejscowości można też zajrzeć do większego sklepu (bodajże Polo) i zrobić zakupy żywieniowe, bo codzienne jedzenie rybki może przyczynić się do nagłego bankructwa - potężna porcja halibuta, frytek i piwa kosztowała mnie ok. 65 zł w dość przeciętnej smażalni. Prosiłam oczywiście o małą rybkę, dostałam kilkaset gramów, ale to moja wina, że się potem nie wykłócałam. 
W końcu byłam na urlopie, od wykłócania także. 

Z Wrocławia do Niechorza jechałam niecałe 6 godzin.
Z Niechorza do Warszawy - ponad 7 godzin, ale wybrałam drogę przez Bory Tucholskie, żeby było ciekawiej. Internet mówił, że przez Poznań byłoby szybciej.  

Obiekt: Ava Apartamenty 
Adres: Niechorze, ul. Bursztynowa 43
Dla kogo: dla rodziny z dzieckiem, dla pary, dla dwóch par, dla ekipy kumpli, na wyjazd romantyczny
Cena: dobry stosunek jakości do ceny, acz trzeba przyznać, że to raczej wyższa półka
Plusy: lokalizacja, wykończenie i jakość apartamentu 
Minusy: brak otwieracza do wina! 

Liczba znaków, którą napisałam w czasie pobytu :)) 130 000.


Tekst powstał we współpracy z Ava Apartamenty