niedziela, 21 sierpnia 2016

272. Włochy bez napinki, czyli Liguria 2016. Praktykalia.

W wersji krótkiej napisałabym, że odpoczęliśmy.
W wersji dłuższej musiałabym zacząć opisywać swoje przedziwne sny oraz ciszę, która nas otaczała przez tydzień, co mogłoby być nieznośne dla czytelnika, bo wszak istnieje specjalne piekło dla tych, którzy opowiadają swoje sny.
Wersję wizualną mieliście na facebooku i na instagramie.

A zatem będzie konkretnie i na temat, czyli praktykalia naszego wyjazdu.

1. Bilety samolotowe.
Wybór padł na lotnisko w Bergamo, bo loty były najtańsze. Na dwa tygodnie przed wylotem znalazłam w Ryanair bilety po 350 zł za osobę w obie strony. W jedną stronę wydrukowałam je dzielnie po dokonaniu odprawy elektronicznej, w drugą - ściągnęłam na apkę mobilną Ryanaira i potem do walleta na telefonie (gdyby internetu nie było albo co). Odprawę powrotną zrobiłam od razu, jak tylko to było możliwe, dzięki czemu w obie strony mieliśmy 4 miejsca obok siebie, bez dodatkowych opłat.

2. Dojazd na lotnisko.
Do Modlina pojechaliśmy autem, które zostawiliśmy na pobliskim parkingu. Za tydzień parkowania zapłaciliśmy 50 zł, a busik parkingowy nas podwiózł w jakieś 7 minut pod sam terminal. W drodze powrotnej zadzwoniliśmy do kierowcy po wylądowaniu i bus podjechał w chwili, w której docieraliśmy na miejsce zbiórki na parkingu pod terminalem. Bilety na Modlinbus w obie strony za jedną osobę kosztują 48 zł. Nas było - przypomnę - czworo. Nie trzeba się uczyć w klasie narodowo-matematycznej, żeby sobie policzyć ;)

3. Kontrola bagażowa.
W Modlinie dość mocno trzepią przy kontroli bagażowej, a konkretnie to domagają się, aby płyny się zmieściły w oddzielnej przezroczystej torebce o pojemności 1 litra. Panowie z obsługi dają te torebki (nie trzeba ich kupować w ustawionych automatach za 2 zł), ale czasami ciężko się zmieścić, gdy ma się więcej niż szampon i mydło. Kremy też podpadają pod płyny. W Bergamo takiej kontroli nie było (w Atenach pół roku temu też nie, nawet w Paryżu 10 dni po zamachach nie zanotowałam aż takiej intensywności).  

4. Kolejka do Ryanaira.
Jak prawdziwi janusze, przybyliśmy na lotnisko za wcześnie (głównie dlatego, że Warszawa w sobotę była pusta, transfer z parkingu okazał się tak sprawny, a kolejki na security nie było żadnej), więc usiedliśmy sobie na krzesełkach w bliskiej odległości od gejta (i "ujścia" kolejki pasażerów). Miejsce w kolejce przed gejtem ma znaczenie o tyle, że osoby z końca kolejki mogą zostać poproszone o pozostawienie bagażu podręcznego przed samolotem i on wtedy leci w luku bagażowym. Jest to bezpłatne, więc nie ma sensu się tym denerwować, o ile poczekanie na bagaż na lotnisku docelowym nie stanowi dla kogoś problemu. Dla nas te potencjalne 20 minut miało znaczenie, bo we Włoszech czekała na nas Barbara z kolacją, a musieliśmy jeszcze wynająć auto i dojechać do Ligurii.

5. Wielkość bagażu.
Rynair ma bardzo konkretne wymogi co do wielkości walizek. Część walizek podręcznych się w nich nie mieści. Rzadko się zdarza, żeby mierzyli przed wejściem do samolotu, ale na wszelki wypadek wzięliśmy tylko te walizki, które można ścisnąć w razie potrzeby i torbę sportową w miejsce tej walizki, która jest szersza i z polietylenu. Tak, to moja śliczna fioletowa walizka została w domu.

5. Wypożyczenie auta.
Udało nam się wynająć samochód (Fiat Panda) w firmie Inter Rent (grupa EuropCar) za 114 EUR na tydzień (jeden kierowca starszy niż 30 lat, ubezpieczenie częściowe, depozyt 900 EUR, odpowiedzialność do 1500/3000 EUR). Cena super, zwłaszcza że wynajmowałam w ostatniej chwili. Oferty sprawdzałam na rentalcars.com, ostatecznie jednak kupiłam bezpośrednio na stronie Inter Rent (bo bezpośrednio jest zazwyczaj odrobinę taniej niż w agregatorach, acz czasami bywa też na odwrót). Ta firma nie jest wśród najlepszych (i najmniej kłopotliwych) firm wynajmujących, ale też nie jest wśród firm, które lubią naciągać swoich klientów na naprawy za drobne ryski na karoserii. A za to się chyba najczęściej płaci w tych najtańszych firmach. Wynajem taniutki, ubezpiecznie częściowe (bo pełne podwaja koszt wynajmu), a potem w chwili oddania auta, okazuje się, że jest jakaś ryska na dwóch elementach i trzeba zapłacić 500 EUR. Pobierają sobie z karty kredytowej, gdzie wcześniej zablokowali depozyt, i ciężko się bardzo walczy z takim procederem, zwłaszcza, że koszt ewentualnego biegłego do oszacowania rzeczywistej wartości takiej szkody, jest po stronie klienta. (unikać: nolleggiare, goldcar, rhodium)
Dlatego pan z Inter Rentu dziwnie się na mnie spojrzał, gdy poprosiłam go o sprawdzenie samochodu PRZED odebraniem od niego kluczy. Normalni klienci mówią zapewne dzień dobry, biorą klucze i jadą. My sprawdzaliśmy każdy element karoserii pod światłem latarek w naszych telefonach (była już 21h) i wykryliśmy kilka rysek, drobne wgniecenie i odprysk na przedniej szybie. Pan przyznał, że ten odprysk byłby wart najwięcej, jakieś 300 EUR. Zaznaczył wszystko w protokole i pojechaliśmy. Zapewniał nas jednak, że małe ryski się nie liczą.
Aha, Fiat Panda jest bardzo pojemnym i miłym autem, o ile troje z czterech pasażerów nie ma ponad 180 cm wzrostu. Wtedy się robi bardziej kłopotliwą dla nóg przestrzenią. W bagażniku zmieściliśmy bez problemu nasze trzy walizki i torbę. I jakieś mniejsze torebki też. Silniczek to to ma niewielki, więc w górach było powoli, ale na płaskiej autostradzie się ładnie rozpędzał. Do przepisowych 130 km/h (+ pamiętać, że na autostradzie obowiązkowo włączone światła mijania).

6. Paliwo.
Standardową procedurą w kwestii paliwa przy wypożyczeniu auta jest obecnie "full to full", czyli dostajesz pełen bak i oddajesz pełen bak. Dopytaliśmy się, gdzie jest najbliższa stacja benzynowa, jakieś 5 km od lotniska. Ostatecznie zatankowaliśmy na innej, w centrum Bergamo, i przeżyliśmy nieprzyjemny stresik. We Włoszech najpierw płacisz za benzynę (wybierając, czy chcesz za 5 EUR, za 20 EUR, czy do pełna), a potem tankujesz. Na tej stacji nie działał automat do wybierania kwoty, ale wyświetlało informację, żeby spróbować zatankować tak czy siak. Spróbowaliśmy i napełniliśmy bak, a gdy przyszło do płacenia, to okazało się, że wprawdzie potwierdzenie płatności jest na 31 EUR, ale z konta zniknęło ponad 70 EUR. A nie było komu zrobić afery, bo to była stacja samoobsługowa, z dojezdnym panem monitorującym. W pobliskim barze byli nieco zdziwieni, a pan miał koszulkę z Hard Rock Cafe Warsaw, więc wziął od nas dane i obiecał przekazać obsłudze, gdy się pojawi. Nikt nie zadzwonił, ale gdy dojechaliśmy na lotnisko okazało się, że pobranie zostało cofnięte, zrobiła się blokada na 70 EUR, i druga blokada na -70 EUR, a pobrali tyle, ile trzeba, acz jeszcze tego nie widać na koncie. Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym nie miała tego internetu w telefonie i aplikacji bankowej, to bym być może nawet nie zauważyła zniknięcia tej kasy. Aczkolwiek w sumie sprawdzałam głównie dlatego, że automat na stacji mówił do mnie brzydkie rzeczy, że 31 EUR i że 70 EUR i że cholera wie, co Ty z moją kasą zrobisz.
A tak poza tym, to większość stacji benzynowych jest otwarta w godzinach roboczych, a w sobotę do południa. Na autostradach rzecz jasna non stop.

7. Mieszkanie
Apartament znaleźliśmy na Booking.com, wyszło taniej niż to samo miejsce na Airbnb.com, prawdopodobnie ze względu na dodatkową opłatę serwisową tego ostatniego. Korespondencja z panią gospodynią bezproblemowa jeszcze przed wyjazdem, ale uczciwie ostrzegam, że po włosku. Z angielskim jest tam tak sobie, szczególnie poza turystycznymi szlakami. Za tydzień dla 4 osób (dwie sypialnie, kuchnia z jadalnią, pokój dzienny, łazienka, ręczniki, pościel, miejsce na auto, dostęp do basenu w domu gospodarzy, podstawowe śniadanie w postaci sucharków, masła, dżemów, miodu, kawy, cukru, płatków, mleka, itd) zapłaciliśmy 420 EUR.

8. Jedzenie
Pierwszego dnia po przyjeździe pojechaliśmy do hipermarketu Iper i zrobiliśmy wielkie zakupy. Prawdopodobnie można było taniej, ale kupiliśmy to wszystko, czego u nas nie ma, a czego chcieliśmy spróbować - sery, sery i jeszcze raz sery, wędliny i szynki, makarony, pesto i inne sosy, wina i limoncello, słodycze i słonycze, owoce przeróżne i warzywa też. W pizzerii zostawiliśmy ok. 60 EUR każdorazowo (4 pizze, napoje, wino domowe, kawy i incydentalne desery). Za foccacie dla czworga w wersji de luxe wychodziło kilkanaście euro. Kawa oczywiście za 1 EUR (to chyba jedyna stała cena niezależnie od miejsca ;). Ale ta kawa to naparstek, prawdziwe espresso. Jak poprosiłam raz o americano, to dostałam dzbaneczek wrzątku, żebym sobie dolała samodzielnie. Dla pani to pewnie było nie do pomyślenia.
Nie zjedliśmy włoskich lodów ani makaronu na mieście. Owoców morza też nie. Głównie dlatego, że byliśmy jednak bardziej na wsi i w górach, a do morza było kilkadziesiąt kilometrów.

9.  Wymiana pieniędzy.
Skorzystałam z rad otrzymanych od znajomych i założyłam konto w EUR w mBanku. Konto jest darmowe, wypłaty z bankomatów zagranicą są darmowe, karta do konta kosztuje 30 zł rocznie. Działa to tak, że kupujesz w mKantorze (aplikacja dostępna w ramach konta internetowego) eurasy po całkiem niezłym kursie, system Ci pobiera odpowiednią kwotę z konta złotówkowego i natychmiast te pieniądze się pojawiają na koncie EUR. Ponieważ mam aplikację w telefonie, to na bieżąco sobie uzupełniałam konto eurowe. I wszędzie płaciłam kartą, bez żadnych dodatkowych prowizji albo kosztów przewalutowania po nieprzyjaznym kursie międzybankowym. A założenie konta prościutkie, kilka kliknięć i po 5 dniach roboczych karta przyszła do mnie pocztą. (Jakbyście też zakładali, to chyba tam można podać, kto Was do tego namówił ;)

10. Genua.
W Genui poszliśmy do Akwarium. Podobno największe w Europie, na pewno bardzo drogie (25 EUR od twarzy) i bez dwóch zdań warte swojej ceny. Spędziliśmy tam ze 3 godziny, a moglibyśmy dłużej, gdyby nie to, że parking nam cykał (1,8 EUR za godzinę na parkingu przy centrum handlowym w Starym Porcie), a kręgosłup bolał od tempa muzealnego. Czy Wy też tak macie, że bez problemu możecie iść szybko i daleko, ale gdy zaczynacie się przemieszczać w tempie ekspozycyjnym, to za chwilę boli Was kręgosłup lędźwiowy?
Poszliśmy też na wystawę Alfonsa Muchy w Palazzo Ducale. Bilet łączny (15 EUR) dał nam dostęp do kilku wystaw fotografii i wejście na wieżę, w której przetrzymywani byli więźniowie.
Przeszliśmy się Via Garibaldi, wzdłuż której stoją pałace zbudowane w XVI wieku, niektóre dostępne do zwiedzania.
Połaziliśmy wreszcie pod starówce i weszliśmy do katedry, a potem wróciliśmy do dzielnie zaparkowanego auta w strefie bezpłatnej, tuż za dworcem. Nie do końca wiemy, jak to możliwe, że parkowanie było tam darmowe, bo kilkaset metrów bliżej starówki było po 2,5 EUR za godzinę, a kilkaset metrów dalej po 1,5 EUR, ale przypadkiem nam się udało znaleźć miejsce dokładnie tutaj.

11. Internet.
Chcieliśmy kupić lokalną kartę SIM (były jakieś opcje za 20-30 EUR za 5 GB, bodajże w TIM albo w Vodafone), ale przylecieliśmy za późno, tuż przed długim weekendem, więc ostatecznie uruchomiłam polski pakiet roamingu internetowegp w Njumobile, 50 zł za 1 GB do wykorzystania w 30 dni. Prędkość internetu była bardzo słaba, bo siedzieliśmy na wsi, przy tetherowaniu jeszcze słabsza (jedno łącze dla czworga), ale jednak wystarczało, żeby opublikować zdjęcie na instagramie albo pokłócić się w internetach. I żeby stwierdzić, że pociągiem do Cinque terre nam się nie chce, bo nie dość, że 2,5 godziny w jedną stronę, to jeszcze chcą 25 EUR za osobę. A samochodem daleko i męcząco. I zapewne nie uda się zaparkować.
Zużyłam połowę, resztę internetu wezmę ze sobą na Eurobike pod koniec miesiąca.

Mam niejasne wrażenie, że gdybym próbowała zaplanować ten urlop trochę wcześniej, to bym spędziła masę czasu na szukaniu najlepszych opcji i najciekawszych dróg zwiedzania, a ostatecznie i tak byśmy spędzili połowę czasu nad basenem z kieliszkiem wina w ręku. Już wiem, że gdy mam tylko tydzień do dyspozycji, to nie ma sensu lecieć, pędzić z wywieszonym językiem i zaliczać kolejne dobra kultury i sztuki. Czasami trzeba po prostu sobie pospać do południa i obudzić się od dźwięku pierwszego przejeżdżającego pod domem samochodu.

A potem przewrócić się na drugi bok.







 





 


















sobota, 13 sierpnia 2016

271. Zapalenie zatok, SHAVER, dr Norbert Górski i ja.

O siedemnastej we wtorek straciłam węch.

Wprawdzie to nie był wtorek, i na pewno nie siedemnasta, ale Radek mi powiedział, żebym w ten sposób zaczęła, to będzie bardziej kafkowsko. A ja mu wierzę, w końcu to narzeczony.

Tak naprawdę to straciłam węch jakieś 10 lat temu, gdy pracowałam na 29tym piętrze pewnego warszawskiego wieżowca i w przerwie obiadowej chodziłam popływać do pobliskiego hotelu. Pośpiech, woda, podmuchy wiatru, mokre włosy i klimatyzacja to najprostsza recepta na zapalenie zatok. Dodajmy do tego moją ówczesną dezynwolturę w temacie zdrowia i efekt był murowany. A raczej zatoki. Zamurowane na fest. A konkretnie to ta lewa. Węch jakiś tam pozostał, ale mocno ograniczony. Z czasem straciłam zresztą też słuch, bo lewe ucho zaczęło syczeć i skrzeczeć, jak stara baba na bazarze. 

Po jakichś 5 latach zatkanego nosa i nawracającego bólu zatok wybrałam się do pani laryngolog i dowiedziałam się, że zatoka jest zatkana i należy ją zoperować. Ale przez nos będzie prawdopodobnie niedokładnie, za to przez szczękę może się nie udać, bo mi zęby zaczną wypadać. Czy jakoś tak. Trochę żałuję, że posłuchałam wtedy tej miłej pani doktor i nie skonsultowałam tego z kimś innym, bo może zaoszczędziłabym sobie kilka lat niewydolności i niedotlenienia.  

Trzeba było kolejnych 5 lat i wielu całkiem bolesnych zapaleń zatok ("czy możesz podnieść ten papierek za mnie? nie mogę się schylać."), a także uświadomienia sobie, jak to moje niedotlenienie wpływa na możliwość uprawiania sportu, żebym wreszcie się wybrała do sensownego lekarza i ponownie się zajęła tym, czym tłumaczyłam wszystkie swoje niemożności. ("nie no, ja nie jestem w stanie więcej z siebie dać, MAM ZATKANĄ ZATOKĘ.) 

Ale zaraz moment. Jeszcze zanim dotarłam do Kliniki Szyi i Głowy (fajna nazwa, nie?) był rezonans magnetyczny zupełnie gdzie indziej na okoliczność jakichś dziwnych zmian w moim mózgu. To był drugi rezonans, bo pierwszy, zrobiony z pół roku wcześniej w trakcie badań naukowych, okazał się niepełny i nie pozwalał stwierdzić jednoznacznie, czy już bardzo umieram, czy tylko trochę, czy też może te dziwne ślady są oznaką obcych kultur w mojej głowie i należy mnie zamknąć w szpitalu dla psychicznie chorych. Albo w zakaźnym. Przy czym na badania naukowe zgłosiłam się sama, bo kolega koleżanki szukał chętnych, a ja uwielbiam takie śmieszne historie, zamknęli mnie w tej wielkiej maszynie, dudniło gorzej niż w najgłośniejszym dubstepie, pokazywali mi obrazki i musiałam naciskać odpowiednie guziczki. 

A ponieważ z logiki miałam trójkę z plusem, to pozwolę sobie teraz zauważyć, że jeśli nie chcesz operować sobie zatok, to lepiej nie zgłaszaj się jako ochotnik do badań naukowych. A jeśli jednak chcesz, to istnieją nieco szybsze metody i mogę Ci o nich opowiedzieć. Serio serio. 

Tymczasem wróćmy do mojego rezonansu. Przeleżałam wówczas godzinę w afroamerykańskiej ciemności i lekko dramatycznym hałasie (jeden z rytmów mi przypominał wstęp do piosenki Muse, kto zgadnie do której?), przemyślałam całe swoje życie, i bezpośrednio po wypuszczeniu dowiedziałam się, że to jednak nie jest żadna obca kultura, tylko taka uroda mózgu. Szlaczków i kwiatuszków mu się zachciało, to wyrysował. 

- Ale zatokę szczękową to ma Pani kompletnie zawaloną. - stwierdził pan nadzorujący badanie. 
- Wiem, wiem, od 10 lat już taka jest. 
- To może już czas coś z tym zrobić? 

No to zrobiłam. 

O siedemnastej w środę postanowiłam odzyskać węch.  

A u mnie tak często bywa, że na pierwszy krok trzeba poczekać 10 lat, ale jak już go w końcu zrobię, to nie mogę przestać iść do przodu, czy nawet biec, aż osiągnę cel. Co mi przypomina, że wiszę Wam historię o tym, że właśnie zmieniam pracę i że się zaręczyłam, ale to już będzie kiedy indziej, bo dzisiaj przyszłam napisać o zatoce. I o Doktorze Górskim. (zatoka, góra, he he he, wiem, nie wolno się śmiać z nazwisk, ale to silniejsze ode mnie). 

Doktor Norbert Górski jest otolaryngologiem i chirurgiem z Kliniki Głowy i Szyi Optimum. Poznaliśmy się rzeczywiście w środę wieczorem, a dobę później już leżałam na jego stole operacyjnym. To była szybka randka. Trudno powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony tym przyspieszeniem - zakładam, że najbardziej zdziwiony był ten mój biedny polip choanalny (R się bardzo śmiał z tego słowa, mam wyjątkowo dojrzałego narzeczonego), który miał podobno wielkość jajka i który rękami doktora został zesłany do świata wiecznych polipów. 

Ale nie uprzedzajmy faktów. Póki co jestem w gabinecie pana Doktora. Siedzę na fotelu, mam wszystko w nosie, a konkretnie to kamerkę, i jednym okiem widzę na ekranie, że moja zatoka szczękowa mnie bardzo prosi o litość i skutecznego czyściciela. A Pan Doktor mi wyjaśnia to wszystko, czego nie zdążyłam jeszcze przeczytać w internecie. 

- Wie Pani, ja bardzo lubię, gdy pacjenci googlają o swojej chorobie - powie za chwilę, gdy już uwolni mnie od kamerki, a mnie z tego wrażenia będzie się wydawało, że się przesłyszałam, gdyż przecież lekarze nienawidzą doktora gugla. - Dzięki temu wiem, że pacjent przyjdzie przygotowany i mniej się będzie bał. Każdemu daję swój adres mailowy i w okresie przed operacją każę zadawać pytania. Bo to ja jestem tym profesjonalnym elementem weryfikującym. Więc im więcej pacjent czyta, tym łatwiej mu będzie wyjaśnić, co się z nim będzie działo. Moją rolą jest mu powiedzieć, co z tego, co przeczytał, jest prawdą. Pacjent świadomy jest pacjentem nieawanturującym się ;), proszę mi uwierzyć. 

A potem nagle okazało się, że w Klinice mają wolny termin na operację następnego dnia. I niech mi ktoś kiedyś spróbuje wmówić, że mam problem z podejmowaniem decyzji. Dopytałam Doktora o rozmaite efekty uboczne (głównie o te pozytywne, przed operacją nie należy się wszak denerwować), on mi opowiedział, jak będzie wyglądał zabieg i jaką metodą będzie wykonany i pochwalił się, że mają dobrą narkozę i że jeszcze tego samego dnia mnie wypuszczą, a na twarzy nie będę miała żadnych siniaków. 

Uwierzyłam mu, przeliczyłam budżet i zaczęliśmy działać. Bo do zabiegu trzeba się przygotować. Najpierw konsultacja endokrynologiczna, bo przecież Hashimoto. Potem badania krwi i różne inne, bo to podstawa. Z Kliniki wyszłam późno i totalnie oszołomiona. Trochę jakbym przyszła do sklepu po kredki, a wyszła z wymarzonym rocznym abonamentem na lekcje malarstwa i rzeźby. 

Ogarnęłam sprawy osobiste (- Kochanie, czy możesz mnie odebrać ze szpitala wieczorem? - ŻE CO?), zawodowe (- Szefie, muszę wyjść chwilę wcześniej dzisiaj, bo idę się zoperować. - Ale jak to? - Spokojnie, jutro będę w pracy) i formalne (- Pani Aneto, czy wyniki badań już doszły do Kliniki i czy wszystko z nimi w porządku?). Dowiedziałam się, że nie muszę brać ani szczoteczki do zębów, ani ręczniczka, bo wypuszczą mnie po kilku godzinach. Wałówy też nie, bo przed operacją nie wolno, a po niej coś dostanę. Zastanawiałam się, czy powinnam zmyć lakier z paznokci (poprzednim razem, gdy mnie usypiali, tak właśnie było), ale uznałam, że najwyżej mi dadzą zmywacz i pięć minut. Nie dali. Najwyraźniej nie było takiej potrzeby. 

W Klinice się zalogowałam ok. 16.30. Podpisałam co trzeba, porozmawiałam z panią anestezjolog, pocierpiałam z głodu i pragnienia i ok. 17.00 dostałam zielony fizelinowy strój ufoludka. Grzecznie spytałam, czy mogę zrobić zdjęcie sali operacyjnej jeszcze zanim mnie podłączą pod aparaturę, bo potem mogę być nieco nieprzytomni kielce. Z 5 osób się kręciło wokół mnie, całkiem to przyjemne było, w takich chwilach zdaję sobie sprawę, że minęłam się z epoką i powołaniem. Kazali mi opowiadać o pracy, więc im powiedziałam, że właśnie zmieniam, i że zamie...

I wtedy zgasło światło. 

W czasie gdy ja płynęłam nad przestworzem oceanu, pan Doktor, niczym fachowy czyściciel, zakasał rękawy, założył rękawiczki, coby śladów nie zostawiać, wziął do ręki broń, odbezpieczył ją, ustawił odpowiedni tor i nacisnął na spust. A tak konkretnie to użył nowoczesnego urządzenia, które ma wiele mówiącą nazwę SHAVER i jest takim odkurzaczem z niewielkim ostrzem na końcu. Najpierw wyciął polipa, potem wyczyścił zatokę ze wszelkich zmian zapalnych. SHAVER - wedle słów Doktora - powoduje bardzo ograniczone uszkodzenie błony śluzowej, jest praktycznie nieinwazyjny i znacząco poprawia precyzję operacji. O ile oczywiście jest używany przez specjalistę, bo w niewprawnych rękach może być dość niebezpieczny. 
- To taki karcher do zatok, Pani Mario, z wirującym nożem na końcu - opowiedział mi potem, gdy próbowałam zrozumieć, jak mi te zatoki wyczyścili. 

Czyściłabym. 

Przebudzenie było dość krępujące. Kiedy Pan Doktor dał znać ekipie, że można już kończyć, został zamknięty dopływ leków anestezjologicznych (o nich powinnam napisać oddzielnie, dość powiedzieć, że trochę rozumiem Michaela Jacksona, że się uzależnił), a że one się szybko metabolizują, to zaraz przestały działać usypiająco. Pani anestezjolog poczekała, aż się obudzę i zacznę oddychać samodzielnie. Wtedy wyjęła mi rurkę z intubacji i sprawdziła, czy jest ze mną kontakt słowno-logiczny. Następnie zostałam uruchomiona, samodzielnie przeturlałam się ze stołu operacyjnego na wózek i zostałam odwieziona na salę pooperacyjną. 

A jak to wyglądało z mojej strony? 
Spałam sobie w najlepsze, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że te głosy są naprawdę i że to nie jest sen, za to ktoś mi intensywnie grzebie w nosie i jest to mocno nieprzyjemne. I że oddychać za bardzo nie mogę. A już na pewno nie jestem w stanie ich ostrzec, że się przebudziłam. Więc pewnie zaraz umrę. I nie mogę się ruszać. Noga nie działa. Palce też nie chcą się ruszyć. Głosu wydać nie mogę, bo mam rurę w ustach. Przez krótki moment (pewnie kilka sekund, a miałam wrażenie, że co najmniej dwa lata) odczuwałam to, co spotyka ludzi kompletnie sparaliżowanych, zamkniętych we własnym ciele. Na szczęście zaraz głowa drgnęła i już mogłam dać znać, że nie śpię i że jak mi zaraz nie wyjmą tego świństwa z gardła, to będę musiała ich zabić. Wyjęli. A ja ich prawie wyściskałam, bo załączył mi się ponarkozowy stan euforyczny i radość moja była wielka.  

Była 18.00. Narkoza trwała 45 minut, przy czym sam zabieg jakieś 7 minut, reszta to była kontrola i sprawdzanie pod endoskopem. 

A zatem o osiemnastej w czwartek węch odzyskałam.

Cywińska 5 minut po przebudzeniu. 

Tu jeszcze przed imprezą. Po minie wcale nie widać, że się boję. WCALE. 

Tak wygląda sala operacyjna, gdy nie ma zabiegu. 


A tak wygląda tuż przed tym, jak pan Doktor wziął broń w swoje ręce. 
Założyłam tłumik. W szpitalu nie należy się głośno zachowywać. 

Ta maszyna pikała. Jak w serialach. 
A to jest SHAVER. Ten u dołu. 

A to pan Doktor Norbert Górski.
Mówi, że nie trzeba się go bać.




Notka powstała we współpracy z Kliniką Głowy i Szyi Optimum w Warszawie. 

wtorek, 9 sierpnia 2016

271. My first 7 jobs

Tym razem sympatyczny łańcuszek.
‪#‎myfirst7jobs‬
0) W Szwajcarii (w kantonie fryburskim) jest taki zwyczaj, że 1 maja dzieci chodzą od domu do domu i śpiewają piosenki w zamian za drobne pieniądze. Swoją pierwszą kasę ever zarobiłam więc pewnie jako 6-latka. Z rodzeństwem. Grzecznie pytałam ludzi, czy wolą po polsku czy po francusku. Najlepiej mi wychodziło "O mój rozmarynie" i inne polskie wojskowe, a "Czerwony pas" był dość niewygodny, bo się ciężko go śpiewa w indywidualnym a capella. 

1) Kolejne większe pieniądze wpadły chyba już we Francji. Z 12 lat miałam, ojcu trzeba było przetłumaczyć jakieś 30 stron o europejskości na francuski. Obawiam się, że jakości w tym nie było żadnej, ale hajs się zgadzał, a ojciec mógł dalej przekazać tekst do fachowej redakcji. 

2) Od 13 roku życia opiekowałam się cudzymi dziećmi. Często gęsto, wieczorami i zazwyczaj z informacją, że mogę korzystać z lodówki, co było bardzo istotnym bonusem, bo na początku lat 90-tych w domu się mocno nie przelewało. Najlepszą stałą fuchę miałam na samym początku studiów, tuż przed własną ciążą. Byłam wieczorową opiekunką w bardzo francuskim domu na Mokotowie. Przychodziłam, gdy dzieci były już gotowe do snu, kładłam je spać, przez cały wieczór oglądałam francuską telewizję satelitarną, od 22h miałam wyższą stawkę, a w nocy pan domu mnie odwoził swoim wypasionym autem, żebym bezpiecznie wróciła do siebie. 

3) W 1 klasie liceum roznosiłam katalogi reklamowe po Woli (okolice ul. Kolejowej). Płacili mi od uzyskanej pieczątki. Nanosiłam się, bo te katalogi były z grubego papieru. Taki spam w czasach przedinternetowych.

4) Korepetycje z francuskiego. Nie pamiętam, kiedy były pierwsze za pieniądze, za to pamiętam, gdy jakoś na studiach uczyłam 3 dziewczyny z tej samej klasy maturalnej. Każdą osobno, i każdą inaczej, bo każda miała kompletnie inny sposób przyjmowania wiedzy. 

5) Już na początku liceum zaangażowałam się w duszpasterstwo akademickie i śpiewałam w zespole na mszach akademickich. Całkiem fajnie nam to wychodziło, więc nieraz ktoś nas zapraszał do śpiewania na swoim ślubie. Kasa była do podziału na wszystkich, jakieś drobne kwoty, a przyjemność z tego ogromna. 

6) Ankiety dla Demoskopu. Pierwszy rok studiów. Miałam metryczkę jakoś totalnie niewykonalną, typu kobieta lat 30, wykształcenie zawodowe na Filtrach. Chodziłam po domach, dzwoniłam do mieszkań i szukałam tej kobiety. Nie pamiętam, czy w końcu skłamałam i wypytałam panią nieco starszą, czy jednak ją jakoś znalazłam. 

7) O, i jeszcze statystką byłam w filmie "Pora na Czarownice". W 1993 r. Stałam pod jakimś budynkiem na Pradze, kilka dobrych godzin to trwało, i skandowałam, że się z czymś nie zgadzam.
Najwyraźniej nie zgadzałam się całkiem wiarygodnie, bo mnie widać w filmie przez kilka ułamków sekundy.

Pewnie coś tam jeszcze było, ale ja już stara, pamięć nie ta. A tych doświadczeń wszak nigdy nie wpisywałam do CV. 

(post przeklejony z mojego prywatnego facebooka

Zdjęcie zrobione w 2016 r. w Marly, FR, Szwajcaria,
na osiedlu, na którym zarobiłam pierwsze pieniądze, prawdopodobnie 1 maja 1984 r.