czwartek, 23 czerwca 2016

268. Z okazji Dnia Ojca

Po powrocie do Polski miałam niecałe 13 lat. Myślałam po francusku, śniłam po francusku, przyjaźniłam się po francusku i z pewnością zakochiwałam się po francusku. Do polskiej szkoły poszłam jakoś w październiku, gdy okazało się, że Ecole Francaise de Varsovie jest jednak trochę za droga dla moich rodziców, szczególnie, że musieli płacić i za mnie i za moją siostrę.

Polska szkoła mnie szybko wzięła w obroty i wymusiła przestawienie się na język polski. Skłamałabym, gdybym twierdziła, że było łatwo. Błędy mi się zdarzały często, zdarzają mi się zresztą po dziś dzień (mam szczególną trudność z końcówką dopełniacza niektórych rzeczowników, kwadrata czy kwadratu?). Nauczyciele byli dość wyrozumiali, ale też wymagający. Koledzy i koleżanki raczej prześmiewczy, acz na szczęście nie wszyscy. Pamiętam aż za dobrze, jak fajnie się czułam, gdy pani od biologii się śmiała z całą klasą nad moją kartkówką, w której napisałam o produktach zbożnych, a nie zbożowych. Ale umówmy się, początek lat 90-tych to nie był czas dbania o emocje i samopoczucie młodzieży, to była epoka walki o byt, sprzedaży mydła i powidła bezpośrednio z kanadyjek i okres pierwszych poważniejszych biznesów.  

Języka polskiego uczyłam się więc w boju. Czasami nierównym, gdy moja mądralińska dusza nie chciała przyjąć do wiadomości, że to są "ci hipisi", a nie "te hipisy", więc wykłócałam się debilnie, nie mając na podorędziu odpowiedniego słownika, a gdy mi wreszcie udowodniono pomyłkę, nie umiałam się wycofać z raz danego słowa. 

Lekcje historii były dość trudne, bo nie miałam podstaw. Lekcje fizyki i chemii nieprzyjemne, bo brakowało słownictwa. Lekcje matematyki trochę przerażające, bo poziom nauczania był ze dwa lata do przodu. A na WFie się nie sprawdzałam, bo miałam długie nogi, długie ręce i nieszczególnie sprawny system zarządzania tymi czterema kończynami. Najtrudniejsze były chyba jednak lekcje języka polskiego, gdy nie tylko brakowało mi aparatu pojęciowego, ale również całej podbudowy gramatycznej i ortograficznej (na zajęciach z języka) oraz wiedzy historycznej (na zajęciach z literatury). Czytałam wszystko na bieżąco, Krzyżaków, Baczyńskiego i wiersze Mickiewicza, ale nie znałam Konopnickiej i nie wiedziałam, o co chodzi z Dobrą Panią ABC lub Jankiem Muzykantem. Siódmą klasę skończyłam jednak ze średnią 5,0. Nie mam pojęcia, jak to się stało, zakładam, że nauczyciele widzieli wysiłek, więc go nagrodzili dobrą oceną. A może potrafiłam lawirować między wymaganiami bieżącymi, nie pokazując, że mam zaległości jak stąd do Paryża? W ósmej klasie już leciałam na opinii, że pracowita, więc właściwie nie musiałam się uczyć. Bardzo to było wygodne i dość konkretnie niezrozumiałe dla młodej dziewczyny, która przeniosła się z systemu punktów, sprawdzianów cząstkowych, częstych egzaminów zewnętrznych, średnich wyliczanych arytmetycznie i ocen opisowych.  

Dostałam się do Poniatówki, wówczas całkiem wysoko w rankingu. Egzamin był wcześniej, bo klasy autorskie, i nawet jeśli nie wiedziałam, kim był Amundsen, a wiersz Zbigniewa Herberta zanalizowałam bardzo po swojemu, to jakoś mi się udało. 

I wtedy zaczęły się schody. 
Chciałam zbudować swoją pozycję od zera, więc nie dzieliłam się nadmiernie wiedzą na temat swoich deficytów językowych i kulturowych, czy też dodatkowych doświadczeń życiowych. W podstawówce te informacje nie przysporzyły mi przyjaciół, postanowiłam wyciągnąć wnioski. 
Ale w konsekwencji nie mogłam już też liczyć na pobłażliwość i łagodniejsze podejście nauczycieli. Miałam 14 lat i chciałam być jak inni. 

I to chyba wtedy zaczęłam częściej bywać wieczorami w gabinecie Ojca. Przynosiłam mu swoje wypracowania do sprawdzenia. Pierwsza wersja najczęściej lądowała w koszu, bo Ojciec twierdził, że tematu nie zrozumiałam. Druga wersja była bardziej na temat, ale nie bardzo po polsku. Wyciągał z niej kilka akapitów, które można było uratować, przerzucał je na początek albo na koniec i kazał pisać od nowa. Trzecią wersję dostawałam cała pokreśloną. Nie mówił mi, jakie to mają być zdania, ale pokazywał te, które się nie trzymały kupy. Czwartą i piątą wersję mu zazwyczaj podrzucałam koło północy, gdy ręka była już obolała od pisania i rano się dowiadywałam, jaki jest wyrok. A potem pani od polskiego i tak stawiała 3+, bo nie udało mi się wyłapać wszystkich błędów stylistycznych.  Ojciec zapewne je widział, ale przecież nie chciał mnie dociskać butem w ziemię, więc zakładam, że niektóre przepuszczał. 

Pod koniec liceum dyskusję zaczynaliśmy od omówienia tematu. Pamiętam, gdy trzeba było oskarżyć bądź obronić Tomasza Judyma, a Ojciec na mnie naskoczył, że kimże ja jestem, żebym go miała osądzać i przekonał mnie, żebym oceniła postać i jej spójność, a nie człowieka. 
To chyba była moja pierwsza szóstka z pracy pisemnej. Nosiłam ją w sobie przez wiele tygodni. 

Tak, Ojcu zawdzięczam słowa. 

Zawdzięczam mu precyzję wypowiedzi i lekko nerwicowe poszukiwanie właściwego pojęcia, gdy chcę coś wyrazić. Zawdzięczam mu zdolność pisania i formułowania swoich myśli, a także ostrożność w stosowaniu zbyt silnych słów (a już na pewno niechęć do kwantyfikatorów wielkich). Zawdzięczam mu świadomość, że ciężka praca przynosi efekty. I zawdzięczam mu krytyczne podejście do czytanego tekstu oraz poczucie, że wyjście poza schemat, choć bywa ryzykowne, to przynosi dużo satysfakcji. 

I nawet jeśli nasze relacje nigdy nie były proste, a nieraz były bardziej niż szorstkie, to jestem pewna, że moja postać, pozycja i prezencja w internecie są po części jego zasługą. 

Dziękuję Ci, Tato :) 





czwartek, 9 czerwca 2016

267. Lumpiata i karta benefit

W ramach sportu wymyśliłam sobie wczoraj fitness na trampolinach.

Koleżanka nas zapisała na wieczorny trening, podjechałam z językiem na brodzie, bo wczorajszy dzień miałam mocno ponapinany w szwach, zaparkowałam w wąskim parkingu podziemnym, weszłam do marmurowego klubu ze słowem Palace w nazwie i ... odbiłam się od uroczej, acz średnio kompetentnej pani recepcjonistki, gdyż "dzisiejsze trampoliny są odwołane, proszę Panią".

- A czy nie mogli Państwo do nas zadzwonić?
- A czy są Panie członkami klubu fitness?
- Nie, mamy karty Benefit.
- No to nie mieliśmy do Pań kontaktu.
- A czy informacje o odwołanych zajęciach są umieszczane na stronie albo na facebooku?
- Nie.

Za chwilę koleżanka dotarła i okazało się, że kontakt jednak mieli, bo przecież zapisywałyśmy się mailem. Przeszłyśmy do lobby budynku (to bardzo fancy budynek na Dolnym Mokotowie) i nieco zasmutkowane usiadłyśmy na kanapie, co by się zastanowić co dalej - na siłownię nie miałam ochoty ani zapachu, na "Body Art" (czymkolwiek to jest), który zaczynał się pół godziny później, też nie, ani na indoor cycling, bo na rowerze wolę jeździć outdoorowo. Wróciłam do domu, nieszczęśliwa, że się poskakać nie udało.

I pomyślałam sobie, że prawdą jest to, co mówią o posiadaczach kart benefit - że w ogólnym rozrachunku są traktowani gorzej. Z jednej strony trudno się dziwić, skoro za beneficiarza dostaje się spooooro kasy mniej niż zgarnie się od prawdziwego klubowicza, i to niezależnie od dyscypliny sportowej. Z drugiej jednak strony jako osoba pracująca w usługach od lat, wiem świetnie, że obsługa klienta składa się z takich małych niewiele znaczących gestów i geścików, które wymagają co najwyżej pewnej kultury osobistej i otwartości na rozwiązanie problemu. W dotychczasowych miejscach, gdzie korzystałam z karty Benefit, nikt mi nigdy nie dał odczuć, że jestem mniej wartościowym klientem. Wręcz przeciwnie. A tutaj wystarczyło nam powiedzieć, że trampolin wprawdzie nie ma, ale zaraz są fantastyczne zajęcia z czegoś tam i jeśli poczekamy parę minut, to pani nam wszystko pokaże. Kupiliby mnie natychmiast.

- To jak, zapisujemy się ponownie na te trampoliny na inny termin? - zapytałam koleżankę.
- A czy oni nas przypadkiem nie poobrażali?

Zdjęcie udostępnione na licencji CC BY-SA 2.0 w serwisie flickr.com
przez użytkownika Fit Approach

wtorek, 7 czerwca 2016

266. Kot Seba Wielki

Około trzeciej obudziło nas miauczenie.
Regularne, ciche, jakby wzywające, ale niekoniecznie na pomoc.
W pierwszej chwili chciałam zlekceważyć, bo nocą koty harcują, ale miauczenie było wyraźnie komunikacyjne. "Wstawaj, Babo, musimy pogadać."

Podniosłam głowę. Kot Seba, nasz ukochany grubasek, który ledwo co jest w stanie wskoczyć na parapet, bo brzuchem szura po ziemi, kot, który ze wszystkich aktywności fizycznych najbardziej lubi jeść oraz spać, kot nie tyle beta, co omega, bo wszystko oddaje bratu, a w szczególności niewielkie pozostałości godności osobistej, gdy pozwala się strącać z najlepszych miejscówek na spanie, wytrącać z najwygodniejszych pudełek i odtrącać od najlepszych kąsków mięsa, kot, który kiedyś nazywał się Kiri, ale Radek postanowił z niego zrobić dresiarza, więc został przechrzczony (kot, nie Radek) i próbuje jakoś sprostać nowemu imieniu, no więc kot Seba czołgał się taktycznie koło naszego łóżka i miauczał z dumy.

W pysku miał ćmę. Wielką ciemną straszną ćmę. Upolował ją pod osłoną nocy. Złapał w chwili jej nieuwagi, na pewno planował ten skok od kolacji, może nawet od podwieczorka, przyglądał się wpierw z daleka, następnie coraz bliżej, i analizował możliwe opcje. Trochę się bał, trochę nie wiedział, jak się do tego zabrać, trochę czuł, że to zadanie go przerasta, ale jednak znalazł w sobie siłę i moc, odnalazł wewnętrznego wojownika, kocura i drapieżnika, i skoczył. Udało się. Ćma była teraz w jego pysku, unieruchomiona, a on, dzielnie ją trzymając, mówił do nas całym sobą: "Zobaczcie! Udało się! Jestem wielkim ninją! Potrafię złapać potwora i przyniosłem Wam go w ofierze! Obroniłem Was przed całym złem tego świata! Jestem najdzielniejszym kotem świata! Chwalcie mnie i głaszczcie, a rano poproszę w nagrodę dwa kurczaki świeżego mięsa, znaczy się może być pół dodatkowej porcji suchej karmy! Czy widzicie, jaki jestem wspaniały? Od dzisiaj mówicie na mnie Lannister. Seba Lannister z Cat-sterly Rock."

Pogłaskaliśmy, pochwaliliśmy, rano też, od razu po wstaniu, dwa razy, siedem, trzynaście razy. W sypialni, w łazience, w kuchni i przy stole. Miauczał zachęcająco-zmuszająco jak nie on. Truchełko ćmy odprowadziliśmy do świata wiecznych ciem. Opowiedzieliśmy głośno historię Seby Wielkiego, jego chwałę i glorię, zwycięstwo nad słabością, ale przede wszystkim podziękowaliśmy mu za to, że nam uratował życie. Wreszcie nadszedł moment uroczystej celebry, siedzimy wszyscy razem przy śniadaniu, trącamy się wodą z cytryną i zagryzamy warzywami, wspominamy tę bogatą w doświadczenia noc i moment, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że mając tak dzielnego kota w domu, już niczego nie musimy się bać.

- Ale Radziu, Ty wiesz, że ćmy nie zabijają ludzi? - wyrywa mi się niespodziewanie.

Następuje długa cisza, w trakcie której kot patrzy na to na mnie, to na Radzia. To na mnie, to na Radzia. Przełyka głośno ślinę, w napięciu czeka.

- Jeszcze wiele książek musisz przeczytać, Mario. - odpowiada Radosław, a kot znowu może swobodnie oddychać.


niedziela, 5 czerwca 2016

265. Nie poszłam.

Nie poszłam wczoraj na marsz KOD. Nie poszłam na imprezę urodzinową na plaży. Nie poszłam na koncert na placu Defilad, a grało Voo Voo i Nosowska też. Nie poszłam na Orange Festiwal, choć w lineupie byli Skunk Anansie. Nie poszłam na piknik Ochocian w Parku Wielopolskim. Nie poszłam na noc bibliotek, ani na afterparty gdzieś nad rzeką. Nie poszłam na Targ Nocny na Dworcu Głównym i na Pchli Targ przy Zoo. Na Targ Śniadaniowy też nie poszłam. I do Poznania nie pojechałam, na imprezę poślubną. Nie poszłam na rower, ani na spacer, ani pobiegać, ani nawet na żadne zakupy.

Siedziałam w domu, robiłam rzeczy, cieszyłam się czasem dla siebie i próbowałam przegonić ćmiący ból głowy, wynikający zapewne z niedoboru cukru (już prawie dwa tygodnie i prawie 3 kg).

I tylko zastanawiam się, czemu większość fajnych imprez odbywa się na przestrzeni trzech czterech weekendów majowo-czerwcowych. Tak fajnych imprez, że nie wiadomo, co wybrać. I tak równoczesnych, że nie wiadomo, komu odmówić. A może sobie?

Dużo ostatnio myślę nam jednym z cytatów Jacka Kuronia: "Działanie jest dla mnie pasją, sensem życia. Muszę robić, rzeczy bardzo ważne, przekraczające mnie, moje życie. Bez takiego działania zanudziłbym się na śmierć." 

Na ile potrzeba robienia rzeczy ważnych jest oznaką narcyzmu i na ile ten narcyzm jest do zlekceważenia, jeśli "po owocach poznacie", że to jest dobre.



A jak Wam mija weeekend?

czwartek, 2 czerwca 2016

265. O byciu dobrym.

Kiedyś myślałam, że w dniu sądu ostatecznego każdy będzie podchodził do wielkiego drewnianego biurka (to było w czasach przedkomputerowych) i będzie mu jakiś ktoś (pewnie Św, Piotr, ale może Św. Piotrzyca też) wyliczał wszystkie dobre i złe czyny, taką inwentaryzację zrobi, a potem się okaże, czy bilans jest na plus czy na minus i czy mam iść do nieba czy wręcz przeciwnie. Wyobrażałam sobie te archiwa moich własnych uczynków w postaci zeszytów z kolumnami cyferek (nie wiem, czemu cyferek, ale to było wtedy, gdy jako kilkuletnie dziecko uwielbiałam dodawać liczby do siebie, takie całe strony trzy cyfrowych liczb. Siedziałam i dodawałam. Więc cyferki miałam w głowie i na podorędziu).
Potem zrozumiałam, że Bóg mnie kocha dość konkretnie i jakby bezkresnie, jest w tej miłości dość nieracjonalny i szalony, prezenty by mi kupował, gdyby mógł i z pewnością nie będzie aptekarsko podchodził do mojego życia, zwłaszcza, że są ludzie, którzy się nawracają w ostatniej chwili (trochę uważałam to za nieuczciwe, bo jak to, ja przez całe życie się męczę, a oni na ostatniej prostej mówią, że w sumie to by chcieli i Bóg też ich wpuści?). Pomyślałam sobie, że nie muszę się tak dramatycznie starać, wystarczy, że pod koniec życia sobie jakoś to uporządkuję, a do tego czasu hulaj dusza, piekła nie ma.
Później ktoś mądry (?) mi powiedział, że takie kombinowanie to grzech i to w dodatku ciężki, bo przeciwko Duchowi Świętemu, czy jakoś tak i że nie można grzeszyć z nastawieniem, że się potem z tego wyspowiadam, bo to jest wstrętna manipulacja. A ja Ducha Świętego lubię, uważam go za fantastycznego kumpla i często z nim rozmawiam, zwłaszcza gdy się czegoś boję. Na ten przykład na stoku narciarskim sobie do niego śpiewałam, gdy niechcący zjechałam na czarną trasę i odwrotu już nie było. Więc trochę głupio jest grzeszyć przeciwko niemu.
Przestałam zatem.
Ale nie że grzeszyć. Przestałam zakładać, że się z tego wyspowiadam.
Dzisiaj żyję poza Kościołem, bo tak postanowiłam. Z różnych powodów, o których trochę pisałam na swoim blogu, a trochę mogę opowiedzieć w rozmowie bezpośredniej, jak kto bardzo ciekawy (najłatwiej mnie aktualnie spotkać w trakcie jakiegoś sportu, bajdełej, wymyśliłam sobie, że będę uprawiać przyjemne z pożytecznym i z ludźmi się umawiam na sportowanie). I swój kręgosłup moralny buduję nie w oparciu o nakazy i zakazy płynące z ambony, a o etykę, którą musiałam sobie sama zbudować. Bo nawet jeśli jest podobna do tego, czego mnie uczyli na katechezie i w oazie (tak, byłam kiedyś w oazie), to jednak diabeł - nomen omen - tkwi w szczegółach.
Więc dzisiaj już nie wiem, jak to będzie na tym sądzie ostatecznym. I nie wiem, co mi tam zasądzą i z jakim skutkiem. Ale wiem, że wolę być dobra na bieżąco, bo z tymi sądami i trybunałami różnie bywa. Zwłaszcza ostatnio.
Czego i Wam życzę.
Z okazji czwartku.