sobota, 28 maja 2016

264. Lumpiata w drodze do sportu

Sportu trochę w życiu zażyłam, acz nigdy jakoś bardzo intensywnie, poza jednym rokiem szkolnym we Francji, gdy jako nastolatka miałam chyba 9 godzin gimnastyki tygodniowo.
Sportowcem nie jestem, w domu zawsze więcej było książek niż koszulek treningowych, więc miłość do ruchu musiałam sobie wypracować sama.

Kilka lat temu zaczęłam trenować krav maga, izraelski system samoobrony, i szybko odkryłam, że nie tylko ruch jest fajny, ale ten rodzaj ćwiczeń jest absolutnie zgodny z moim temperamentem i zapotrzebowaniem na kontakt z innymi ludźmi. Waliłam równo, nie zważając na siniaki.

W styczniu podeszłam do czwartego egzaminu (P4), zdałam go z ogromnym wysiłkiem i praktycznie z dnia na dzień przestałam chodzić na treningi - kravka mi się skończyła. W ciele mi się skończyła i w głowie też. W głęboką psychoanalizę bawić się nie będę, ale dość powiedzieć, że stały związek z drugim człowiekiem zmienia trochę perspektywę cielesną i potrzebę dotyku również. Siniaki mi się znudziły, tak jak i spocone obce ciała. No i jeszcze świadomość, że 4-godzinne egzaminy są dla mnie zbyt męczące - ten styczniowy przypłaciłam bardzo nieprzyjemną migreną i wymiotami przez całą noc.

Odpuściłam.

Od kilku miesięcy ruszam się mniej i jest mi z tym coraz gorzej: sport daje mi endorfiny i - co ważniejsze - pomaga w utrzymaniu metabolizmu na właściwym poziomie. Jak zapewne pamiętacie, moja tarczyca to dziwka i dość konkretnie niedomaga, więc wszelkie wspomagacze w tym temacie mają przełożenie na mój wskaźnik BMI. Innymi słowy, brak ruchu to dodatkowe kilogramy i fałdy na brzuchu. Zależność jest w miarę liniowa ;)

A że jestem próżna i chcę ładnie wyglądać, to wniosek jest oczywisty - potrzeba mi nowego sportu. Nowej pasji i nowej miłości. Tego błysku w oczach, gdy wychodzę na trening.

Póki co próbuję polubić bieganie (czy to przychodzi z czasem? bo na razie na myśl o joggingu reaguję podobnie jak na rozgotowany makaron - daję radę, ale przyjemności w tym niewiele). Trochę jeżdżę na rowerze, zakładając, że zmiana nawyku dojazdowego do pracy mogłaby mi pomóc. Już zresztą nie mam argumentu, że niewygodnie się wozi torbę ze sprzętem kravkowym na plecach. Teraz usprawiedliwiam się tym, że na trasie łazienkowskiej nie wolno jeździć rowerem, most siekierkowski jest za daleko, a na moście poniatowskim tylko samobójcy jadą jezdnią.

Opcją jest też siłownia (kumpel nam przygotowuje plan treningowy), basen (acz ciągle nie mogę na niego dotrzeć, nawet jeśli Warszawianka jest rzut beretem od domu), albo jakiś fitness (ale samej mi się nie chce).

Póki co zaczęłam ostro kontrolować to, co jem. I zastanawiam się, jakby tu się zmobilizować do regularnej aktywności fizycznej. Niech będzie trzy razy w tygodniu. Najchętniej z kimś, bo co dwie motywacje to nie jedna. Wieczorami, gdyż rano śpię. Może być w jakimś klubie sportowym, bo mam kartę benefit. Na Mokotowie lub na tyle niedaleko, żeby nie stać w korkach. Bez nadmiernego kardio, bo mam zatkaną zatokę szczękową, więc bywam niedotleniona, a nadmierny wysiłek nie służy tarczycy.

Macie jakiś pomysł?
AAAaby zacząć się ruszać?



Tu biegnę Ekiden, 5 km. Za parę godzin znowu będę miała migrenę powysiłkową.  



poniedziałek, 2 maja 2016

263. Z wizytą w domu, czyli szwajcarskie reminiscencje

- Dzień dobry Pani, désolée de vous dérangernazywam się Cywińska i ... 28 lat temu mieszkałam w tym domu - powiedziałam do nieco zaskoczonej pani w średnim wieku, która otworzyła drzwi. Skądinąd te same, beżowe, drewniane i całkiem grube. Ciekawe, czy zamek chociaż zmienili. 
- Ale jak to? - zapytała przytomnie i poprosiła o szczegóły.
- Nie wszystko dokładnie pamiętam, żyłam tu od 4 do 10 roku życia, ale dom miał coś wspólnego z tym pałacykiem obok. Nie wiem, czy rodzice wynajmowali go od właścicieli pałacyku, czy może od państwa B., którzy mieszkają tam na dole, w kolejnym gospodarstwie.

To nazwisko spowodowało, że kobieta otworzyła drzwi nieco szerzej. Opowiedziała mi, że dom jest własnością córki państwa B., która tu mieszkała przez kilka lat, ale teraz wyprowadziła się gdzie indziej i właśnie ona, wraz z mężem i synem tu zamieszkała.
- Ma Pani sporo szczęścia, normalnie mnie nie ma w domu, pracuję w służbie zdrowia, to przypadek, że dzisiaj nie mam dyżuru.

To prawda, był środek dnia, przed momentem wjechaliśmy do szwajcarskiego miasteczka, w którym się wychowywałam w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku i od razu pojechaliśmy "do mnie". Współtowarzyszy zostawiłam po drugiej stronie ulicy i z pewną nieśmiałością weszłam na podwórko. Radek mnie namówił, żebym zapukała. Sama nie miałabym odwagi, bo to przecież Szwajcaria, ludzie nie są szczególnie ufni, a już na pewno nie otwierają drzwi byle komu.

- Ojciec pracował na pobliskim uniwersytecie - uwiarygadniałam swoją obecność. - Mama nas wychowywała, a po kilku latach wynieśliśmy się do Francji.

Rozglądałam się wokół siebie i przypominałam sobie wszystkie dziwne zabawy, które uskutecznialiśmy z rodzeństwem, gdy rodzice jechali załatwiać swoje sprawy. Zamiast drewnianych kurników, w których chowaliśmy swoje skarby, stał ładnie wytynkowany garaż. Wysokiego i pękatego drzewa przy wjeździe na podwórko też już nie było - często na nim przesiadywałam jako młoda elegancka dama w czerwonych przykrótkich spodniach, dziurawych na kolanach, i z szablą z leszczyny w ręku.

Za to śmietnik stał tam, gdzie był, taki niewielki metalowy kontenerek, z klapą na wierzchu. Siedzieliśmy na nim i obserwowaliśmy zbliżające się samochody - ojciec miał srebrną hondę i próbowaliśmy ją wypatrzeć na drodze - kto pierwszy ten lepszy, a kto się pomylił, ten głupek. Nigdy nie było wiadomo, kiedy rodzice wrócą, a gdy się ma kilka lat, to czas potrafi się dłużyć niemiłosiernie. Zwłaszcza, gdy tobą zarządza dość autorytarny kilkunastolatek o raczkujących zdolnościach menedżerskich, a ty nie masz najmniejszej ochoty pozmywać naczyń, które zostały po ugotowanych przez niego parówkach.

- Pewnie chce Pani wejść do środka? - zapytała nagle gospodyni - Proszę chwileczkę poczekać, to narzucę coś na siebie. - Była w legginsach, założyła spodnie od dresu i zaraz wpuściła mnie do domu. A ja wzruszona, niemalże ze łzami w oczach oglądałam te pomieszczenia, które kiedyś były naszą kuchnią (do której Matka mnie nadmiernie nie wpuszczała, pewnie głównie dlatego, że miejsca było niewiele), salonem, w którym Ojciec za półkami miał biurko, więc nie można było się głośno bawić, i naszymi sypialniami połączonymi łazienką. Nie wiem, jak to się stało, że pani mi tę łazienkę pokazała, a tym bardziej nie wiem, po co jej opowiedziałam o tym, że zostałam surowo ukarana jako 5-latka, gdy wysmarowałam kibel nutellą.

To zresztą był moment, w którym pani się na mnie spojrzała jakby świeży wzrokiem:
- Ale to wszystko, co Pani opowiada, to jest prawda? Nie oszukuje mnie Pani? Tyle teraz oszustów. Nie muszę się Pani bać?

Zapewniłam ją, że historia z nutellą się wydarzyła i że mocno potem żałowałam swojej kreatywności. Zapytałam, czy mogę obejrzeć taras. Lubiłam tam siedzieć w wyciągniętym z domu fotelu i obserwować jak muchy krowiej proweniencji chodzą mi po przedramieniu i przyjemnie drażnią zgięcie łokciowe. Takie moje pierwsze przederotyczne doświadczenia.

Na tarasie trzymaliśmy rowery. Ja rower dostałam dość późno. Pamiętam ten dzień dość szczegółowo, gdy ten sam nastolatek, który na co dzień trenował na mnie rozmaite chwyty wykręcające ręce, któregoś dnia uznał, że ma serdecznie dość wożenia mnie na swoim bagażniku ("szerzej nogi! mocniej mnie trzymaj!). Wziął od rodziców pieniądze, powiedział, że jedziemy zrobić jakieś zakupy dla Mamy, a na miejscu sprawił ogromną niespodziankę. Miałam 7 lat i w końcu swój własny najpiękniejszy niebieski rower. Nareszcie mogłam jeździć do koleżanek na pobliskim osiedlu willowym Bel-Air i nie musiałam się już z nim umawiać na powroty.

Nie mam pojęcia, jak długo trwała moja wizyta. Trzy minuty, kwadrans, pół godziny? Do piwnicy już nie weszłam, choć to tam zamieszkałyśmy z siostrą po narodzinach młodszego brata. Okrutnie się wtedy bałam przechodzić przez ciemny korytarz i do tej pory nie lubię ciemności. Najpierw były wąskie schody betonowe, lekko skręcające, potem po lewej łazienka, a za nią pomieszczenie z grzejącym potworem mazutowym, który wydzielał bardzo dziwne dźwięki. Po prawej wejście do pralniosuszarni i zaraz obok schron przeciwatomowy, obowiązkowe wyposażenie ówczesnych szwajcarskich domów. Standardowa rodzina trzymała w schronie konserwy na kilka tygodni wprzód i inne utensylia potrzebne na wypadek ataku zombie i konieczności przetrwania w świecie postapokaliptycznym. W naszym były śpiwory, namioty i inne przyrządy turystyczne. Każdy traktuje apokalipsę po swojemu.
  
Z domu wyszłam totalnie wzruszona. Zwłaszcza, że te wszystkie obrazy, które przez lata miałam przed oczami, wcale się tak bardzo nie zmieniły. Może odległości trochę mniejsze i pomieszczenia jakby za małe, ale nadal stojąc tyłem do drzwi wejściowych mogłam zobaczyć pole, a za nim naszą szkołę. Co z tego, że drogę do szkoły wyasfaltowali i dzieci zimą już nie się spieszą, kto pierwszy rozbije zamrożone kałuże - ważne, że kolory te same, zapachy też, bo po drugiej stronie ulicy nadal gospodarstwo z krowami i sporym kompostem.

Porobiłam jeszcze parę fotek z zewnątrz i pojechaliśmy dalej, do Bel-Airu, gdzie mieszkała część moich koleżanek. Uwielbiałam bawić się tam na budowach i koleżanki mi często towarzyszyły. One w różowych sukienkach i balerinkach, a ja w kałużach błotnych po kolana łapałam żaby i inne fajne zwierzątka. Czasami mnie zapraszały do domu, ale po 18:00 słyszałam zazwyczaj, że już czas, żebym pojechała do siebie, bo u nich zaraz będzie kolacja, tata w drodze i koniec zabawy na dzisiaj. Wsiadałam na rower, wracałam do domu spóźniona o kwadrans, a Mamie tłumaczyłam, że zegarek znowu nie działa, bo przecież na moim jest 18:00.

Zresztą brat z siostrą też się regularnie spóźniali.
A wydawało mi się, że w Szwajcarii potrafią w zegarki.