piątek, 4 marca 2016

261. O Tajwanie analogowo

iPad mnie dość konkretnie wczoraj wkurzył, gdy zjadł mi całą długą notkę i nie chciał zwrócić. Podeszłam do sprawy kreatywnie i konstruktywnie. Cześć wysiłku przechodzi na was. Miłej lektury ;)

Tl,dr : na Tajwanie jest fajnie






























środa, 2 marca 2016

260. Tajwan, Tajpej - pierwsze wrażenia

Sytuacja nie jest prosta. Zrobiłam wczoraj prawie 20 km pieszo i zwiedziłam tyle miejsc i zobaczyłam tyle ciekawych rzeczy, ze starczyłoby na kilka notek. Tymczasem nie mam fizycznej możliwości, zeby w tej chwili to Wam opowiedzieć. Robię notatki, a Wy mnie musicie zmotywować, żebym to wszystko opisała.

Tajwan jest fascynujący.

 Ponieważ zaraz jadę na targi rowerowe, które są podstawowym powodem mojej wyprawy, to opowiem Wam dzisiaj o swoich wrażeniach w jednej tylko kwestii. 

A mianowicie, Tajwańczycy chodzą w maseczkach chirurgicznych. 

Prawdopodobnie nie jest to aż tak powszechne, jak w Japonii (i chyba Chinach) nie wiem, nigdy nie byłam, ale tutaj mozna spokojnie powiedzieć, ze maseczki chirurgiczne sa obecne wszędzie. 

Naczytałam sie blogów przed przyjazdem i widziałam, ze młodzi podróżujący na przykład z Singapuru traktują masecxki poważnie i ze jest to dla nich ochrona przed chorobami i zanieczyszczeniem. Mialam wrażenie, ze jest to troche pretensjonalne, ale pomyślałam sobie, ze maja albo słaba odpornośc albo przekonanie, ze w obcym kraju łatwo sie czymś zarazić. Jakiez było moje zdziwienie, gdy odkryłam, ze tutaj bardzo duzo osób z obsługi nosi maseczki i choć to utrudnia komunikacje (nie wiem, jak Wy, ale ja lepiej rozumiem, gdy widze czyjeś usta), to najwyraźniej jest ogólne przyzwolenie (rownież przełożonych), zeby takie maseczki zakładać. 

Przypomnialam sobie tez wycieczkę szkolna, którą rok temu widziałam w samolocie do Barcelony. Wówczas to byli chyba Chińczycy i co drugi nosił maseczkę. Śmiesznie bardzo wyglądała para młodzieży w wieku licealnym, trzymająca sie za rękę i całująca sie jakby bezwiednie, rzecz jasna bez zdejmowania maseczki. Wyraz czułości, jakże obcy mi kulturowo. 

No ale zapytałam przedwczoraj S i L, jak to jest z tymi maseczkami i czemu jest ich aż tyle. Odpowiedz okazała sie kompletnie inna niz moje wyobrażenia. 'Kiedy ktoś jest przeziębiony, zakłada maseczkę, zeby innych nie zarazac'. Ale jak to? To oni nie noszą maseczek, zeby sie chronić, tylko zeby nie sprawić innym kłopotu i nie zarazić ich swoimi bakteriami? Jaka ja głupia byłam. Nie przeszło mi to przez głowę. Przecież to kompletnie inna postawa. 

I potem dopiero usłyszałam powtarzane komunikaty w metrze, zeby nosić maseczki, jesli 'you have a cold'.



I poważnie sie zastanowiłam nad tym, jak to u nas działa, gdy ludzie przychodzą do biura nawet wtedy, gdy kichają i prychają i w ten sposób zarażają pół firmy, bo oczekuje sie od pracownikow, ze nie beda brali zwolnień lekarskich (zreszta system zabezpieczeń społecznych jest tak zbudowany, ze wspieramy chorowanie w pracy, skoro płacimy mniej, gdy ktoś bierze zwolnienie). Czy takie maseczki by pomogły? Nie mam pojęcia, zwłaszcza, ze cos kiedyś czytałam na temat skuteczności maseczek jako ochrony - należy je wymieniać co kilka godzin. 

Maseczka na twarzy jest tez pewnym komunikatem. Ktoś, kto ma słaba odpornośc, jest w ciazy albo zwyczajnie bardzo nie chce zachorować, juz z daleka wie, ze druga osoba moze rozsiewać niefajne bakterie albo wirusy. Lubiłabym takie zachowania w naszej kulturze. Serio serio. 

Ale Tajwańczycy stosują maseczki nie tylko wtedy, gdy sa chorzy. Bardzo duzo osób je nosi w trakcie jazdy na skuterze. Zakładam, ze ma to cos wspólnego z komunikatem, jaki mi nadał wczoraj google - uważaj, kobieto, sa syfy w powietrzu i przekroczono normy jakies tam. (Swoją droga, to troche wstyd, ze nie mam pojęcia, jakie to normy zostały przekroczone, skoro w Polsce te przekroczenia sa jeszcze wyraźniejsze. Niech żyje edukacja społeczna w zakresie zanieczyszczenia powietrza. I moja abnegacka ignorancja tez). 

A jak dodali S i L, cześć osób nosi maseczki ze względów estetycznych i proznosciowych - w maseczce wyglada sie bardziej tajemniczo, w maseczce nie każdy moze Cie rozpoznać (jak rozumiem, policja tez nie, to troche taki odpowiednik kominiarki, nie? Czyli maseczki sa zapewne stałym wyposażeniem pewnych grup zawodowych) i w maseczce mozna chronić skore przed opalenizna. sounds legit. 

Zastanawiam sie, czy nie kupić sobie jakiej takiej osłony na maseczkę, kolorowej i wzorzystej, tu jest na to rynek i wielki wybór, u nas raczej nie dostanę niczego ładnego. Nie żebym zamierzała nadmiernie chorować, ale przecież jestem totalnie próżna. Mam tez świadomość swojej niewiedzy - byc moze maseczki maja jeszcze inne zastosowania społeczno-kulturowe. Obiecuję donieść, jesli dowiem sie czegoś nowego. 

O dogadywaniu sie po chińsku i braku poczucia obcości napiszę Wam następnym razem. Teraz lecę na targi. 

Zdjeć dzisiaj niewiele, bo nie chce wrzucać czegoś, o czym nie napisałam. 
Ale jedno jest pewne - obserwowanie cudzej kultury i zwyczajów jest wciągające. 


wtorek, 1 marca 2016

259. Taiwan, Taipei

Problem z pisaniem w trakcie podróży jest taki, ze zajmuje to czas. A na zewnątrz aktualnie śliczne słońce, Taipei czeka na mnie, a żołądek na śniadanie.

Na lotnisku załatwiłam sobie dwie najważniejsze sprawy na ten pobyt - internet i kartę easy card. Pierwsze wiadomo po co, za 10 dni internetu w dowolnych ilościach i rozmów za jakies grosze zapłaciłam 500 tutejszych dolarów, czyli jakies 55 zł. Kartę SIM mi włożył pan do telefonu, ktory wzięłam specjalnie w tym celu i znowu mogłam zacząć oddychać. A easy card to taka karta przedpłacana, dzięki której można jeździć metrem odrobine taniej, płacić za wynajęcie rowerów miejskich i ogólnie za transport w Taipei i na Tajwanie. Wpłacać na nią można m.in. we wszystkich seven eleven, wiec praktycznie w każdej mieścinie, a niewątpliwie ułatwia życie, gdy nie trzeba kupować oddzielnych biletów za każdym przejazdem. Metro jest tutaj bardzo tanie - koszt zależy od długości przejazdu, ale kilka stacji to ok. 16-20 NTD, czyli jakies 2 zł. 

Przyleciałam wczoraj ok. 17, w mieszkanku byłam juz ok. 19 (autobusem z lotniska, 125 NTD, przyjemnie i wygodnie, potem metrem kilka stacji. Jak juz wysiadałam z metra odpowiednim wyjściem, to mialam przez moment wrażenie, ze jestem na times Square, tyle świateł, hałasu i ludzi). Trafiłam bez problemu, bo mi host ładnie wyjaśnił i wysłał zdjęcia, klucze zostawił w skrzynce pocztowej. Podobno jest tutaj bezpiecznie. Po drodze do domu kupiłam sobie sushi na wynos, po 10 NTD sztuka (1,10 płn), całkiem smaczne, sosy i wasabi dodają do torebki. A w domu prysznic po długiej podróży, nieco tu zimno, bo mieszkania nieogrzewane, ale dałam radę. 

I można by zakladac, ze skoro jechałam prawie dobę, w Dubaju czekanie mnie totalnie wymęczyło, a do Taipei dotarłam wieczorem, to pewnie zaległam w łożku i pooglądałam chińską telewizje? Hmm.

Po jakiejś godzinie od przyjazdu pojechałam oglądać koniec festiwalu lampionów.

Bo od koleżanki z liceum dostałam namiar na ciekawą nowozelandkę tutaj w Taipei, i ona na mnie nasłała lokalnego naukowca z wydziału space science (zajmuje sie tym, dlaczego wiatr wieje), i razem sie spotkaliśmy na tym festiwalu świateł i uroczego kiczu. I razem wypiliśmy kilka tajwańskich piw. A potem zjadłam - na ulicy oczywiście- jakies dobre dania przez nich wybrane, w tym ryż z czymś ostrym, lekko słodki w posmaku, sałatkę babmbusową i kapustę w sosie rybnym. Mowili, ze to takie średnie miejsce, jesli chodzi o jakość, ale przecież od czegoś trzeba zacząć. 

Prawdopodobnie wiec nie zdziwię Was tym, ze uznaliśmy, ze muszę z nimi w środę pójść pobiegać, bo oni takie fajne eventy bieganiowe organizują, a skoro nie mam butów, to należy mi je kupić. Rowerami miejskimi pojechaliśmy na targ nocny Shilin i nie wiem jak to sie stało, ale mam teraz slicznie pomarańczowe buty Merrell, do nawierzchni niekoniecznie gładkiej.
 Kosztowały duzo taniej niz w Polsce, wiadomo. 

W domu byłam po północy, ostatnim metrem chyba. 
I wtedy juz naprawdę zaległam. 

Zdjęcia bez obróbki. Państwo wybacza.