czwartek, 25 lutego 2016

258. Tajwańskie przygotowania, choć ja już w drodze



Wydawało mi się, że zdołam napisać notkę przed wyjazdem, ale czas nam się skurczył dramatycznie, imprez wcale nie było mniej, a ja nadal każdą chwilę spędzałam na szukaniu informacji o Tajwanie. Byłam dość nieznośna, przyznaje, mam nadzieje, ze R mi wybaczy. Skoncentrowana na zadaniu i świadoma, ze to prawdopodobnie moja jedyna okazja na Tajwanie, więc głupio by było przegapić jakieś ciekawe miejsce. Ten lek przed potencjalnym ominięciem czegoś ciekawego jest moim dość uświadomionym natręctwem. Ujawnia się na szczęście rzadko. Ale nie ułatwia podejmowania decyzji, uwierzcie mi na słowo. 

Piszę do Was prosto z samolotu, miejsce 42K, po prawej przy oknie, świecące mi na ekran słońce zamknęłam, właśnie roznoszą jedzenie, pije sobie białe winko, oglądam Ant Man w telewizji Emiratesow przykryta kocykiem i jest mi naprawdę dobrze, nawet jeśli nie mogę rozprostować nóg. Nie wzięłam komputera, a jedynie mój stary iPad. Pisanie jest tak sobie wygodne, a poprawianie jeszcze mniej przyjemne, a juz zwłaszcza redagowanie akapitów. No ale wybrałam inną wygodę - komputera nie mogłabym nigdzie zostawić, wszak służbowy. A iPad jest lekki. Ma nadzieje, ze moje literówki i niedokładne polskie znaki nie bedą Was nadmiernie drażnić. 

A zatem za parę godzin ląduję w Dubaju, tam mam kilka godzin na rozprostowanie kości, a potem juz prosto do Taipei, gdzie wynajęłam mieszkanie na 4 dni. Załatwiam sprawy służbowe i zwiedzam miasto na tyle, na ile mi czas pozwoli. Następnie zaczynam dość szaloną marszrutę, najpierw na północ, nad morze, jeśli pogoda pozwoli, to tego samego dnia jeszcze odwiedzę mieścinkę na gorze, z której jest bardzo ładny widok na ocean (notę to self: sprawdzić, jaki to ocean). Po południu wracam do Taipei i wsiadam w autobus, jeśli się wyrobie czasowo, albo w szybki pociąg i przesiadam na autobus, jeśli zamarudzę nad morzem. 

Po kilku godzinach ląduję nad największym jeziorem na Tajwanie, czyli Sun Moon Lake i zostaję tam na dwie noce. Jest to miejsce tradycyjnych podróży poślubnych, wiec nastawiam się na spora ilości cudownego kiczu. Jakieś statki, busy, rowery, ale tez park atrakcji z kolejką linową i  kwitnące wiśnie. Przynajmniej mam nadzieję, że jeszcze są różowe. 

Nad jeziorem wynajęłam sobie trzy pokoje. Wszystkie po taniości. Dwa pierwsze w hotelach z miłością w nazwie. Pierwszy na zdjęciach wyglądał bardzo czerwono i różowo. Drugi nieco lepiej, bardziej neutrskny, serduszka tylko na ścianach. Ostatecznie zdecydowałam się na trzeci, który wprawdzie ma tylko dwie gwiazdki, ale opinie najlepsze. I chyba nie jest najbadziej nowożeńczy. Dobrze, ze istnieją takie serwisy jak booking.com i agoda.com - można po wielokroć zmieniać zdanie. 

Kolejnego dnia planuję wsiąść w autobus lokalny, czy tez raczej busik, bo na 20 miejsc (juz nawet mam bilet, fajnie się wypełnia formularze po chińsku) i przez góry dostać się do Alishan, parku na wysokości jakichś 2000 metrów, gdzie jeździ fajna kolejka, a ja lubię koleje, jak wiemy. Hotelu tam nie znalazłam na swoją kieszeń, wiec wieczorem musze się wydostać trochę w dół do Fenchichu, jeszcze nie wiem jak, bo ostatni autobus odjeżdża ok. 14. Ale spoko, jakoś dam radę. W Fenchihu (1400 m. n.p.m) spędzam noc i koło południa wsiadam w urokliwą kolejkę, która mnie zwozi na dół do Chiayi. Tam przesiadam się na szybki pociąg i wracam na północ, tym razem do Taichung, gdzie ostatnie dwa dni wycieczki spędzam służbowo na spotkaniach. 

A potem juz tylko pociąg z Taichung do Taouian, na lotnisko i lot z powrotem do Dubaju. W Warszawie ląduję w przyszłą środę przed południem. 

Nie uda mi się zobaczyć wąwozów koło Hualei w parku Taroko. Nie dojadę do Kaoshiung, gdzie miesiąc temu było trzęsienie ziemi. Nie bede tez w Kenting, na samym południu, gdzie jest klimat podzwrotnikowy i ładna plaża. Nie odwiedzę też aborygenskiego ludu Paiwan. 

Musiałam dokonać wyboru. 

Rozumiecie wiec, że przez ostatnie dni byłam mocno nieprzytomna. Przecież trzeba było nie tylko sprawdzić, gdzie chcę pojechać i co zobaczyć, ale rownież bardzo dokładnie zrozumieć, czego nie chcę odwiedzić i z czego mogę bezboleśnie zrezygnować. 

A potem musiałam znaleźć połączenia, uwierzyć, ze uda mi się zdążyć na wszystkie autobusy lub pociągi, ze biletów mi nie wykupią, nawet jeśli te najbardziej skomplikowane trasy mam w środku weekendu, a Tajwańczycy lubią aktywnie spędzać czas wolny. I noclegi tez znaleźć, mieszczące się w budżecie, i niekoniecznie dramatycznie zle, bo z karaluchami. No i wreszcie wymyślić plany b, gdyby coś nie wypaliło. 

Cały czas też byłam w kontakcie z kilkoma osobami, które są na Tajwanie i z którymi nawiązałam kontakt dzięki rożnym znajomym. Konsultowałam z nimi sensowność moich pomysłów. Jednoznacznie uwielbiam swoją sieć społeczną za to, ze jest tak rozległa :)  I zakładki w chromie przygotowywałam, żeby juz na miejscu sprawnie odnaleźć rozkłady jazdy i inne mapy, mapki oraz wskazówki, gdzie szukać przystanku odpowiedniej linii autobusowej, gdy juz wysiądę z pociągu. Jak dobrze, ze te wszystkie wyszukiwania można sobie dowolnie odnajdywać na poszczególnych diwajsach (tak, wiem, to nie jest polskie słowo. W moim idiolekcie diwajs to urządzenie z internetem. Dacie radę?). 

A oprócz tego trzeba było pracować, prowadzić nie mniej intensywne życie towarzyskie niż zazwyczaj, kupić lub pożyczyć rożne potrzebne powerbanki i przejściówki. I podjąć decyzje, czy spakuję się w walizkę, skoro jadę do miasta i służbowo, czy w plecak, skoro będę przemieszczać się po górach i busikami. 

Wzięłam walizkę. 
Jestem zmęczona. 
I totalnie podjarana. 

Tajwanie, nadciągam. 
Nie rozczaruj mnie! 


257. Przygotowania do wyjazdu na Tajwan

Mam umiarkowaną reisefieber i totalny brak czasu, żeby Wam tu wszystko ładnie opakować. Więc znowu pozwolę sobie na flow informacji praktycznych, z których - mam nadzieję - ktoś kiedyś skorzysta.

A nie mam czasu pisać porządnie, bo każdą wolną chwilę spędzam na czytaniu przewodników turystycznych i wpisów singapurskich oraz szanghajskich blogerek, które na Tajwan przyjeżdżają na weekend i zwiedzają wszystkie turystyczne miejsca. Na podstawie ich zdjęć (chwała bądź ludziom ze wschodu, że tak bardzo lubią fotografować!) mogę dość łatwo ocenić, czy dana atrakcja ma jakikolwiek sens, a dana potrawa ma szanse mi smakować. Fascynujące lektury i ogromna liczba praktycznych wskazówek.

Czytam więc i wybieram. Dzisiaj wieczorem na ten przykład zarezerwowałam mieszkanie w Taipei (pierwszych kilka nocy). Dzielnica Da'an, podobno dość hipsterska i na pewno bardzo żywa. Przy samym metrze. Mieszkanie jest całkiem spore, ma kuchnię (w większości mieszkań poniżej 50 EUR za noc w ramach kuchni widziałam co najwyżej lodóweczkę turystyczną i dwa kubki. Czasami czajnik). Ma też dwa okna (bardzo dużo mieszkań zostało przerobionych na pokoiki z łazienką i w konsekwencji nie wszystkie te oferty mają okna. Gdyby nie to, że doczytałam o tym braku okien w jakiejś recenzji, to nawet bym nie zauważyła, bo przecież człowiek nie szuka okna na zdjęciu, a raczej patrzy, czy czysto i czy łazienka nie jest pokryta grzybem, prawda?). Moja miejscówa jest na szóstym piętrze i mam mieć dostęp na dach, bo tam się mieści pralka i suszarka. Już się cieszę! Moim hostem jest biskup w kościele mormońskim i mam głęboką nadzieję, że uda nam się choć przez moment porozmawiać.

Zrobiłam coś, czego właściwie nigdy nie robię - kupiłam trochę dolarów amerykańskich. Na Tajwanie walutą są dolary tajwańskie. 100 TWD to ok. 11 PLN. Ponieważ moja karta płatnicza ma przelicznik przez EUR, to obawiam się, że straciłabym sporo na prowizjach od przewalutowania (z TWD na USD, z USD na EUR i z EUR na PLN). Gotówka w takim wypadku jest lepszym rozwiązaniem. Za pokoje zapłacę zdalnie, za samolot poszło w PLN. Wymienić pieniądze należy na lotnisku, tam jest jeden z niewielu kantorów. Potem już tylko w bankach i z prowizją. Oraz za okazaniem paszportu.

Na lotnisku zamierzam też sobie zorganizować kartę SIM. Wprawdzie mówią, że istnieje darmowy internet państwowy, ale to może być za mało jak na moje potrzeby Dodatkowo chcę móc normalnie korzystać z sieci w trakcie przemieszczania się (również w pociągu). Jeszcze dokładnie nie wybadałam, ile taka karta kosztuje, ale chyba 500TWD na tydzień czy też na 10 dni. Nie jest to fortuna, a dzięki temu będę mogła postować zdjęcia na bieżąco. Już się cieszycie, prawda? Karta SIM oczywiście też za okazaniem paszportu.

Wtyczki elektryczne są takie jak w USA. Prąd też (110 V). Muszę wziąć kilka przejściówek. Kupiłam sobie niewielkiego powerbanka na jakieś dwa ładowania telefonu. Będę ładować ajfona i moją starą motoG (w której będę trzymać kartę SIM z internetem). Udało mi się kupić niedrogo coś fajnego - Młody wybierał - bo nie dość, że zgrabne i turkusowe, to jeszcze można ładować telefon w trakcie gdy ładuje się powerbank (to się chyba nazywa pass through czy jakoś tak).

Ściągnęłam sobie appkę do tłumaczenia ideogramów chińskich. Fajna sprawa - robię zdjęcie rysunkom, a ona mi mówi, co one oznaczają. Być może uda mi się dzięki temu mieć choć minimalną kontrolę nad tym, co będę zamawiać w knajpach.

A propos jedzenia. Planuję odwiedzać codziennie night markety z jedzeniem i chcę spróbować wszystkiego. Blogerki mnie przekonały, że to jest najlepszy sposób na obcowanie z Tajwanem, tajwańską kulturą i Tajwańczykami. Być może trafię na lody ze słodkich ziemniaków, zastanawiam się, czy uda mi się przełknąć stinky tofu i na pewno zamierzam się objeść owocami. A także omletem z ostrygami. I całą masą ciekawych dziwnych słodkich i nie tylko przekąsek. Dieto, precz. (acz i tak podejrzewam, że nie przytyję nadmiernie. Szczęśliwie w czasie podróży najczęściej chudnę, choć rzadko kiedy się ograniczam. Widocznie chudnę, gdy jest mi bezstresowo. No, w Gruzji nie schudłam, ale tam nas karmili siedem razy dziennie czystymi kaloriami).

W czasie lotów zamierzam obejrzeć parę zaległości filmowych. Emirates są na tyle miłe, że publikują na swojej stronie aktualną zawartość swoich telewizorków. R. już mi zrobił listę imponderabiliów, a ja się zastanawiam, czy aby nie obejrzeć pierwszych trzech odcinków Gwiezdnych Wojen. Nawet jeśli mówio mi, że nie wolno. 

A poza szukaniem mieszkania i przeglądaniem turystycznych atrakcji poza Taipei (nadal nie wiem, w którą stronę pojadę i na ile, a w sumie warto by było się jakoś zdecydować, bo przecież jeśli mam codziennie zmieniać miejscowość, to może nie ma sensu brać wielkiej walizy? Z drugiej strony ona może mi się przydać w razie niespodziewanych zakupów. Na Tajwanie nie jest drogo. Jest nawet bardzo niedrogo.), no więc poza przeglądaniem potencjalnych marszrut i możliwości, czytam sobie o historii wyspy. Nie że jakąś książkę, ale w wikipedii sobie pootwierałam kilka zakładek.

Tajwan ma całkiem bogatą historię. W XVI wieku kolonizowany przez Holandię i Hiszpanię. Później pod zarządem chińskiej dynastii Qing, a pod koniec XIX wieku przekazany w ręce Japończyków po wygranej przez nich wojnie chińsko-japońskiej. Ci zaopiekowali się wyspą aż do drugiej wojny światowej. Tajwan wrócił pod opiekę Chin w drugiej połowie lat 40-tych XX wieku i póki co pod tą opieką się znajduje.

Jest też śliczna historia, którą udało mi się przypadkiem wyłapać, a dotyczy lokalnych Aborygenów, a konkretnie to ludu Paiwan (południowa część Tajwanu). Aborygeni nie patyczkowali się z potencjalnymi najeźdźcami i zdarzało im się wymordować całe załogi statków. Tak też zrobili bodajże w 1871 roku z załogą japońskiego statku (ponad 50 osób), który przepływał za blisko ich terytorium czy jakoś tak. Japonia chciała w konsekwencji zająć to terytorium, na co Chiny zeznały, że one się opiekują Tajwanem i żeby Japonia nie leciała w kulki. Japonia na to, że tak nie może być, bo przecież nie sprawują kontroli nad ludem, skoro ich zaatakował niesłusznie. A Chiny, że sprawują nad terytorium, acz nie wymuszają zmian kulturowych. Więc Japonia się wkurzyła i wysłała ekspedycję karną w postaci 3600 żołnierzy. I wikipedia tak o tym pisze:

"The Japanese nevertheless launched an expedition to Mutan village with a force of 3600 soldiers in 1874. The number of casualties for the Paiwan was about 30, and that for the Japanese was 543; 12 Japanese soldiers were killed in battle and 531 by disease"

Polubiłam tych ludzi natychmiast i zastanawiam się wręcz, czy nie pojechać na południe wyspy, byle ich zobaczyć, pogratulować skuteczności działania i ewentualnie odwiedzić pozostałości po tamtych wydarzeniach. 500 osób zatruli czy też wykończyli. Piękny wynik.

Tymczasem na wyspie o powierzchni 400 km x 150 km (w najszerszym miejscu), mieszka jakieś 25 000 000 ludzi. Daje to Tajwanowi 16te miejsce na świecie w temacie gęstości zaludnienia. A musi to być jeszcze poważniejsza sprawa, bo przypominam, że przez środek wyspy przechodzi pasmo górskie z 200 szczytami o wysokości ponad 3000 m npm. Słabo?

No dobra, tyle ciekawostek na dzisiaj. Idę spać. Jutro zamierzam się zdecydować, czy będę objeżdżać wyspę wokoło, czy jednak wybiorę jakieś jedno miejsce i tam zalegnę na 3 dni. Podobno teraz na Tajwanie to głównie deszcz pada. Czy powinnam zapakować kalosze? ;)

Lud Paiwan.
Zdjęcie pobrane z serwisu flickr.com, fot.: billy1125 

poniedziałek, 22 lutego 2016

256. Jednak sam Tajwan

Dawno nie miałam tak intensywnego weekendu. W czwartek koncert młodzieży osobistej na festiwalu licealnym, później wieczór autorski w śródmieściu i koncert przyjaciółki na ochocie, w piątek urodziny koleżanki na mokotowie i czterdziestka kumpla w śródmieściu. W sobotę moje własne urodziny, więc wyprawa na strzelnicę do Sulejówka, a potem szwendanie się po mieście ze znajomymi i świetny koncert Pochwalonych w Kulturalnej. Dzisiaj już na luzaku, bo jedynie poranne muffinki z frittatą Radka, rolowanie sushi z przyjaciółmi na grochowie i parapetówka kolejnej przyjaciółki na pradze. Już samo pisanie o tym jest męczące. Właśnie do domu wróciliśmy, a ja miałam zaplanować wyjazd na Tajwan i wszystkie te jego elementy, które nie są służbowe.

No i dupa. Nie udało mi się nic zrobić, ani tym bardziej o tym napisać. Mając więc do wyboru ciszę tu na blogu, bo nie zdążyłam nic ładnie zredagować, albo pisanie nieco mniej składne, wybrałam to drugie - bo wrażenia z researchu są dość ulotne i jeśli ich dzisiaj nie spiszę, to nie usłyszycie o nich nigdy.

Do wylotu zostało raptem 7 dni, więc już nie bardzo mogę sobie pozwolić na długie podejmowanie decyzji - postanowiłam być dzielna i lecę wyłącznie na Tajwan. Nie będę miała przesiadki w Hong Kongu. Powody są dwa - po pierwsze nie udało mi się znaleźć odpowiednio tanich lotów (różnica w cenie była ponad 1000 zł, a jako kryterium przyjęłam lot na Tajwan trwający nie więcej niż 20 godzin z jedną przesiadką vs lot z dwudniową przerwą w Hong Kongu).
A po drugie - wolę się jednak skupić na jednym miejscu na raz. Nie wiem praktycznie nic o Azji i na pewno nie dowiem się tego w tym tygodniu, ale łatwiej mi czytać o Tajwanie i o tym, jak bardzo to jest ciekawa wyspa, niż czytać równolegle o Tajwanie i Hong Kongu. Nie śmiejcie się, ja też miewam analityczny umysł.

Czy wiecie na ten przykład, że Tajwan ma ponad 200 szczytów, która mają więcej niż 3000 metrów (a wyspa ma niecałe 400 km długości, więc tych szczytów musi być niezłe zagęszczenie!).

Kupiłam zatem bilet samolotowy. Przejrzałam kilkanaście serwisów i w końcu wyszło mi najtaniej w BudgetAir, bo tam opłata za płatność kartą kredytową była najniższa. Jeszcze nie wiem, czy polecam ten serwis, gdyż opinie o nim znalazłam dość skrajnie negatywne (podobno jest problem z kontaktem z serwisem, gdy zaistnieje potrzeba jakiejkolwiek zmiany w bilecie), więc trzymajmy kciuki, żeby nic mi się nie zepsuło po drodze. Bo te opinie sprawdziłam oczywiście post factum, mądra Cywińska. Lecę natomiast liniami Emirates, które są uważane za jedne z lepszych linii lotniczych na świecie. Będę miała całkiem długą przesiadkę w Dubaju (ponad 6 godzin) i mam nadzieję, że się napatrzę i naobserwuję. Przecież to właśnie lubię robić najbardziej. Założyłam sobie od razu konto w ich serwisie do zbierania mil. Niestety jest to inny sojusz niż ten, z którego korzystam w Europie, no ale zbierać warto. Może coś z tego będę kiedyś miała. Jakiś gadżet za 5 zł albo voucher na masaż. Za rzadko latam, żebym mogła z tego mieć dodatkowe bilety. Niestety. Ale przy okazji mogłam sprawdzić w systemie Emirates, że bilet faktycznie istnieje, rezerwacja została wykonana i nawet mogłam sobie od razu wybrać miejsca w samolocie. Czy wiecie, że w tym serwisie możecie sprawdzić, jaki będzie rozkład miejsc w samolocie danego dnia na danej trasie i zobaczyć, których miejsc nie warto wybierać, żeby nie trafić na przykład bezsensownie przy samym kiblu?    

A potem zaczęłam przyglądać się Tajwanowi, nie zamierzam wszak siedzieć wyłącznie w Taipei, nawet jeśli niektórzy mówią, że na Tajwanie warto co najwyżej zwiedzić wieżę Taipei 101, budynek o wysokości ponad 500 metrów.

Sprawdziłam na ten przykład koszt biletu pociągowego na drugą część wyspy, zwłaszcza, że na południu jest sporo cieplej i mogłabym złapać trochę słońca i może nawet plażowania. Koleje tajwańskie mają uroczy system kupowania biletów online. Wybrałam miejscowość i datę, ceny nie chciało mi pokazać. Na dzień dobry musiałam natomiast wklikać numer paszportu. Następnie zaakceptować regulamin. Później podać liczbę biletów. W międzyczasie trzy razy mnie poprosili bardzo czerwonym fontem, żebym sprawdziła, czy dobrze wpisałam poszczególne informacje. Wreszcie doszłam do płatności, wybrałam metodę (kartą) i dopiero wtedy pokazała się cena.

Jakieś 70 zł ekspresem (nie tym bardzo szybkim, tylko takim - jeśli dobrze rozumiem - zwykłym). Na szczęście mogę jeszcze ten bilet anulować. Ciekawe, czy gdzieś znajdę rozkład z cennikiem bez konieczności przechodzenia przez te wszystkie etapy. Jeśli nie, uznam, ze z PKP wcale nie jest tak źle ;)  Prawdziwie szybki pociąg (takie ichniejsze Pendolino, a nawet lepiej, bo podobno jedzie ok. 290 km/h) kosztuje dwa razy tyle. I jedzie zapewne dwa razy krócej. Muszę tę sprawę obadać nieco dokładniej. 

Poza tym na Tajwanie znajduje się jedna z najpiękniejszych dróg kolejowych w świecie - Alishan Forrest Railway (inną z tej listy przejechałam w Czarnogórze parę lat temu - trasę z Podgoricy do Baru). A ja lubię pociągi. Pewnie trochę genetycznie, bo Dziadek był specjalistą i napisał encyklopedię kolejnictwa, z której studenci korzystali jeszcze w latach 90-tych, ale też dlatego, że od zawsze lubię przyglądać się ludziom w podróży. Lotniska, dworce, porty - to takie fascynujące huby emocji i sytuacji intymnych.

Jeszcze nie wiem, jak dotrę do Alishan, zwłaszcza, że internet mówi, że tajfun sprzed paru lat trochę zepsuł drogi i tory w tamtym regionie, ale chcę sprawdzić, czy uda mi się przejechać tą trasą (trwa 3,5 godziny) w jeden dzień i wrócić na noc gdzie indziej.

Tymczasem jutro poniedziałek, ledwo zipię po weekendzie, a za tydzień wylatuję. Powinnam jak najszybciej zarezerwować pokoje w airbnb. A do tego warto by było wiedzieć, gdzie kiedy będę nocować, prawda?

Na przypale albo wcale.

Zdjęcie pobrane z serwisu flickr.com. Fot.: 命は美しい

czwartek, 18 lutego 2016

255. Lecę na Tajwan!

Czasami podróż potrafi totalnie zaskoczyć człowieka.

Pojawia się znikąd, najpierw z lekkim znakiem zapytania, a potem już wszystko trzeba naraz załatwiać, bo czasu mało, a decyzja dopiero przed chwilą się podjęła. Tak jest tym razem. Podróż służbowa na targi rowerowe i spotkania biznesowe.

Lecę na Tajwan! Za dosłownie parę dni. I na dosłownie parę dni.

Nigdy nie byłam w Azji, ale niestety nie mam teraz możliwości na dłuższy pobyt, więc jedynym skokiem w bok będzie - być może - dwudniowa przesiadka w Hong Kongu.

Szukam więc sensownych biletów samolotowych na odcinkach WAW - HKG - TPE - WAW i głęboko zastanawiam się, czy jest sens się zatrzymywać w drodze, czy lepiej od razu polecieć do Taipei i tam spędzić ze dwa dni więcej. Szukam ich na polskich serwisach, które oferują podróże wielo-odcinkowe i na azjatyckich i na razie to polskie lataj.pl ma najsensowniejsze ceny, aż dziw.

Sprawdzam polecany nam hotel przy targach, który jednocześnie jest niestety dość daleko od miasta i wcale nie taki tani, więc chyba zdecyduję się na airbnb.com albo jakiś niedrogi booking.com, a na targi dojadę sobie metrem.

Sprawdzam też lokalne pociągi HSR, bo na jeden-dwa dni wyląduję w Taichung.

I oczywiście szukam poradników i przewodników. Bo o Tajwanie nie wiem jeszcze nic. Nie znam ich historii, nie wiem, jaka religia dominuje. Nie wiem, czy potrzebne są jakieś szczepionki (kolega z Hong Kongu doradza szczepionkę na grypę). Nie do końca wyłapuję, jaki tam teraz jest klimat. I ciągle nie mogę się zdecydować, czy chcę dłużej na Tajwanie, czy zaliczyć ten Hong Kong po drodze, choćby przez chwilę. Nie lubię takich pobytów w pośpiechu, ale z drugiej strony - kiedy będzie następna okazja?

To jest ten fantastyczny moment przed podróżą, gdy jeszcze nie wiesz, gdzie będziesz i co się wydarzy, ale już wiesz, że potrzebujesz informacji. Bo kilka dni to prawie nic, więc nie chcesz ominąć tego, co specyficzne, a równocześnie wiesz aż za dobrze o sobie, że zwiedzanie to nie tylko zabytki, ale przede wszystkim ludzie, jedzenie, ulice i krajobrazy. Przeglądasz strony dla turystów i te pisane przez lokalsów. Oglądasz zdjęcia. Na blogach, na flickrach i innych pinterestach. Szwendasz się po google maps. Porównujesz ceny. Sprawdzasz, w jakie dni są czynne muzea i ile kosztują. Szukasz znajomych na miejscu albo po drodze. Piszesz maile. Robisz kolejne zakładki w przeglądarce.

I ciągle się boisz kliknąć "kupuj" w serwisie z biletami. Bo przecież wiesz, że potem już nie ma odwrotu.

Nie mogę się doczekać.


Zdjęcie pobrane z serwisu flickr.com, fot: Anton (CC BY 2.0)