środa, 27 stycznia 2016

254. Jak uzyskać odszkodowanie za spóźniony lot czyli Lumpiata walczy

W tej historii jedno jest pewne - nie należy odpuszczać za szybko. I jeszcze drugie - wszystko na to wskazuje, że lepiej ze mną nie podróżować samolotem.



Jakiś rok temu poleciałam na tydzień do Barcelony. Samodzielnie i samotniczo, liniami lotniczymi Swiss, z przesiadką w Zurichu. W tamtą stronę zgubili mi bagaż, dotarł po 24 godzinach, a w nim wszystkie moje lekarstwa i soczewki na zmianę (tak, wiem, nie jestem nadmiernie mądra, że nie wzięłam jednego zestawu do bagażu podręcznego). Z powrotem bagażu mi nie zgubili. Za to spóźnił się pierwszy z dwóch lotów, ten do Zurichu i w konsekwencji straciłam przesiadkę do Warszawy. Mogli mnie od razu przebukować na lot z Barcelony do Genewy i potem do domu, ale to najwyraźniej było za trudne, więc zawieźli mnie do Zurichu i zaproponowali lot przez Kopenhagę, jeszcze tego samego wieczoru. Za godzinę musieli zmienić zdanie - lot do Kopenhagi został odwołany. Nowej opcji nie było. Zostałam więc na noc w Zurichu, a do domu doleciałam w południe następnego dnia, ponad dobę po tym, jak się stawiłam na lotnisko w Barcelonie.

Przepisy unijne są dość jednoznaczne - w przypadku opóźnienia należą się darmowe posiłki i darmowy nocleg, należy się też zwrot kosztów i odszkodowanie. I nie ma znaczenia, że część imprezy się działa poza Unią (w Szwajcarii) i że linia lotnicza nie jest unijna. Ważne, że startowałam z lotniska w UE. Na wszelki wypadek zachowałam wszystkie odcinki biletów (również te niewykorzystane, np. do Kopenhagi). Zachowałam również paragony wszelkiej maści.

Po wylądowaniu skontaktowałam się pisemnie z biurem Swissa, informując ich o tym, jaką fajną miałam podróż. Opisałam wszystko ze szczegółami, włącznie z posiłkami, których nie dostałam i z problemem zagubionego bagażu w tamtą stronę. Poprosiłam o informację na temat należnego odszkodowania. Swiss odpowiedział w miarę szybko, czyli w ciągu kilku dni, i zaproponował przejście na język polski w komunikacji (bardzo wygodne). Zeznał, że to opóźnienie było spowodowane "wyjątkową sytuacją", której przewidzieć nie mogli i że w takim układzie nie należy mi się odszkodowanie. Zaproponował mi jednak zwrot poniesionych kosztów (poprosił o wyszczególnienie). Spisałam wszystkie koszty, które poniosłam w Barcelonie (rozmowy telefoniczne z biurem bagażowym, zakup podstawowych rzeczy na pierwszą noc), dodałam posiłek na lotnisku w Zurichu w drodze powrotnej i inne tego typu koszty, ale też równowartość jednego dnia mojej pracy. Pieniądze zostały mi przesłane na konto, a w domu na mnie czekała przemiła paczka szwajcarskich czekoladek. Tania jestem w obsłudze, nie wiem, kto im powiedział, że mnie tym kupią. Łyknęłam te czekoladki i zachwyciłam się ich procedurami reklamacyjnymi.

Po namyśle zapytałam ich jednak o to unijne odszkodowanie. 400 EUR w przypadku podróży dalszych niż 1500 km to potencjalny zastrzyk budżetowy na moje kolejne wypady. Odpisano mi, że niestety nie mogą mi przyznać odszkodowania, bo właśnie ta "wyjątkowa sytuacja". W kolejnych wiadomościach zastosowano metodę zdartej płyty, no nie mogą, bardzo im przykro. Już prawie dałam sobie spokój, ale jednak nie. Podjęłam rękawicę. Po coś w końcu tę kravkę trenuję.

Zadzwoniłam do Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Dowiedziałam się, że jeśli przyczyną opóźnienia były problemy techniczne, to często uznaje się, że jest to "wyjątkowa sytuacja", której nie można było przewidzieć, o ile samolot przechodził regularne badania techniczne. Ale że warto spróbować. Poinformowano mnie też, że organem właściwym do złożenia skargi jest urząd lotnictwa w miejscu wylotu, czyli w Barcelonie. Trochę mi skrzydełka opadły, bo zaczęłam sobie wyobrażać te wszystkie listy, kserokopie i inne polecone, które będę musiała wysłać do Hiszpanii, być może w języku idioma. Moje relacje z pocztą polską są skomplikowane. Unikam jej mniej więcej tak samo, jak byłych facetów, gdy ich przypadkiem zobaczę na ulicy.

Na szczęście Hiszpania okazała się mniej formalistyczna niż polskie urzędy i pozwoliła mi wysłać wszystko mailem i po angielsku (znalazłam kontakt do nich na tej stronie). Wypełniłam formularz, załączyłam skany biletów, paragonów i całą korespondencję ze Swissem (skargę należy składać dopiero wtedy, gdy się dostało odmowę od linii lotniczej), przeprosiłam, że jest to częściowo po polsku i zaproponowałam swoją pomoc w tłumaczeniu w razie Niemca. I wreszcie gdzieś na początku września kliknęłam "wyslij".

Następnego dnia otrzymałam zwrotkę, gdzie nadano mi numer sprawy i poinformowano, że decyzję powinnam otrzymać w ciągu 90 dni (albo 120, jeśli rzecz jest skomplikowana). Uzbroiłam się w cierpliwość. W połowie grudnia, a konkretnie to 91. dnia napisałam do nich z pytaniem, czy coś już wiadomo. Chyba dobrze zrobiłam, bo po kilku dniach przyszła odpowiedź, że decyzja została podjęta i lada dzień dostanę ją mailem.

Była pozytywna. No prawie. Półtorej strony dość prawniczego języka o tym, że Swiss nie udowodnił, że sytuacja była "wyjątkowa" i w związku z tym należy mi się odszkodowanie. Ale także, że urząd nie ma żadnego przełożenia na linię lotniczą i że w razie ich odmowy, mogę sprawę przekazać w ręce sądu cywilnego. Na dwoje babka wróżyła - pomyślałam sobie i na wszelki wypadek postanowiłam się jeszcze nie cieszyć.

Napisałam mail, załączyłam decyzję z Barcelony i spytałam, co oni na to. Swiss postanowił iść w zaparte i poinformował mnie ponownie, że sytuacja była wyjątkowa i no pasaran. Część osób odpuściłoby w tym miejscu. Ja nie. Wyrzuć Cywińską drzwiami, wróci oknem. Napisałam drugi raz, pytając, czemu nie postępują zgodnie z decyzją z Barcelony, która twierdzi zgoła inaczej. Odpowiedziano mi, że niestety, bardzo im przykro, ale nic z tego. Wysłałam więc trzeci mail, gdzie zacytowałam decyzję z Barcelony i spytałam raz jeszcze, czemu nie postępują zgodnie z nią. Odpowiedzi już nie otrzymałam.

Nadeszły Święta. Co parę dni robiłam forward do Swissa, z pytaniem, jak tam moje sprawy i kiedy mi odpowiedzą. W planach miałam telefon do polskiego urzędu, żeby się dowiedzieć, czy coś jeszcze mogę zrobić. Zastanawiałam się też, czy nie uruchomić social mediów, bo one bywają całkiem skuteczne.

Na szczęście na początku stycznia korespondencja z Barcelony dotarła swoimi kanałami do Swissa i wreszcie napisali, że tak, odszkodowanie będzie, Barcelona kazała. I czy mogę podać numer konta bankowego. Prześlą kasę w ciągu dwóch tygodni.

I teraz już nie wiem, czy to moje maile ich tak wymęczyły, że postanowili mi ustąpić, byle tylko Cywińska się od nich oczepiła, czy może rzeczywiście dopiero teraz dostali pismo z Barcelony. Dość jednak powiedzieć, że cieszę się ze swojej upierdliwości. Bo 400 EUR właśnie wpłynęło na moje konto.

I nie, nie zamierzam ich porzucać.
W kwietniu lecimy na tydzień do Szwajcarii.
Swissem rzecz jasna.

niedziela, 24 stycznia 2016

253. Biuro podróży czy wyjazd samodzielny? Poradnik dla początkujących.


Sama nieraz stałam przed tym wyborem i nie zawsze podjęłam dobrą decyzję. Czasami okoliczności były rozstrzygające, czasami nie miałam czasu na myślenie (to dość przyjemny stan, zapewniam). Wraz z doświadczeniem nauczyłam się łączyć obie opcje i wybierać z nich to, co dla mnie najistotniejsze.

A mianowicie - czy na wakacje jechać z biurem podróży czy planować wyjazd samodzielnie?

Wyjazdy organizowane przez biura podróży są postrzegane jako droższe (bo przecież biuro musi na nas zarobić), mniej oryginalne (bo oferta jest ograniczona), bardziej bezpieczne (bo przecież ktoś nade mną czuwa), przewidywalne (wiesz dokładnie, gdzie trafisz i co się będzie działo) oraz bardziej konwencjonalne (jedziesz na plażę albo zwiedzasz zabytki, większej przygody się nie przewiduje). Natomiast wyjazdy organizowane samodzielnie zdają się być tańsze (bo przecież płacisz bez prowizji) i bardziej ciekawe (skoro jedziesz tam, gdzie chcesz i kiedy chcesz) oraz nieco mniej bezpieczne i być może mniej komfortowe (skoro o wszystko musisz sam zadbać).

Ale wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach.

Zanim więc zadzwonisz do biura podróży lub zalogujesz się na ich stronie, czy też zanim kupisz bilet samolotowy bezpośrednio w liniach lotniczych, pozwól, drogi czytelniku, że zadam kilka pytań, żeby Ci było łatwiej się zdecydować.


1. Ile masz czasu do wyjazdu?

Jeśli do wyjazdu zostało Ci parę dni, to szanse na to, żeby samodzielnie coś zaplanować i nie wydać na to fortuny, ani nie spędzić na tym planowaniu najbliższych siedmiu nocy (bo zakładam, że w ciągu dnia pracujesz) są niewielkie. Najlepiej poszukaj wyjazdów last minute - np. Itaka - przeczytaj jednak bardzo dokładnie, za co płacisz, a co nie wchodzi w cenę (zwróć np. uwagę na liczbę posiłków, szczególnie w dzień przyjazdu i wyjazdu w zestawieniu z godzinami wyjazdu i powrotu) i doceń to, że płacisz niewiele za sam wyjazd, bo biuro podróży woli je sprzedać po kosztach niż stracić, więc być może będziesz miał większy budżet do wykorzystania na miejscu.

Jeśli masz więcej czasu, czyli kilka tygodni lub nawet miesięcy, to sytuacja wygląda inaczej. Wtedy można się przyjrzeć tanim biletom samolotowym. Warto też sprawdzić rozmaite serwisy z wynajmem pokojów (airbnb albo inne bookingi) i ewentualny koszt wypożyczenia samochodu, którym dojedziesz z lotniska lub będziesz przemieszczał się na miejscu. Można też pokombinować w tym planowaniu - część zorganizować samodzielnie, w części natomiast oddać się w ręce specjalistów.

Im więcej masz czasu, tym więcej szans na fajną i niesztampową wycieczkę. Mój wyjazd do Stanów sprzed 3 lat zaczęłam planować w grudniu. W styczniu kupiłam bilety samolotowe, w lutym ogarnęłam niektóre noclegi, w marcu zarezerwowałam samochód w wypożyczalni (to była całkiem ładna historia), a i tak potem na miejscu musiałam się na bieżąco organizować i dostosowywać do rzeczywistości.

2. Dokąd jedziesz?

Niektóre destynacje (nienawidzę tego słowa, ale poczułam wewnętrzną potrzebę, by je użyć, nie mam pojęcia czemu) są bardziej turystyczne, inne mniej. Jeśli chcesz np. pojechać na wyspy greckie, warto chociaż przejrzeć ofertę biur podróży. Czasami można znaleźć przemiły hotelik, który będzie spełniał nasze oczekiwania w zakresie zakwaterowania, a który nie jest dostępny inaczej niż przez biuro podróży. Dla właścicieli pensjonatów współpraca z agentami jest bardzo korzystna - umowa jest podpisana na cały sezon i nie muszą się już martwić o klientów. Dlatego w niektórych miejscowościach oferta biur podróży będzie dużo ciekawsza niż oferta samodzielna. Dokładnie tak było na Krecie, gdzie wylądowałam parę lat temu. Oferta skrojona pod potrzeby turystów grupowych. Ofert indywidualnych jak na lekarstwo.


Jeśli jednak wybierasz się w niezbyt jeszcze wyeksploatowane miejsce lub jeśli masz ochotę na wyjazd niestacjonarny - warto samemu poszukać miejsc noclegowych - biura podróży proponują zazwyczaj tygodniowe pobyty i ciężko będzie znaleźć coś na jedną noc.

Czasami zdarza mi się przeglądać serwisy z biletami samolotowymi i szukać jakiegoś miejsca, o którym nie wiem nic, a dokąd mogłabym dolecieć za niewielkie pieniądze. Potem jednak sprawdzam, czy biura podróży też tam latają, bo taki tygodniowy wyjazd kupiony w ostatniej chwili może wyjść taniej niż bilet samolotowy kupiony w droższej taryfie.
A przecież chcę się tam tylko tam.

3. Jak wielki masz budżet?

Wyjazdy organizowane przez biura podróży wcale nie muszą być droższe od wyjazdów samodzielnych. Przede wszystkim biura mają możliwość negocjowania lepszych cen - tak z liniami samolotowymi, od których czarterują samoloty, jak i z właścicielami hoteli, pensjonatów i innych usług, które nam później proponują. Nie bez znaczenia jest również fakt, że biuro woli sprzedać miejsce po taniości niż na nim stracić, więc w ostatniej chwili przed wyjazdem można polecieć przy naprawdę niewielkim budżecie, acz to ma oczywiście konsekwencje w postaci jakości usługi.

Zauważyłam też, że biura podróży mogą mieć niezłe ceny na dodatkowe wycieczki już na miejscu. Tu nie ma reguły - warto się przejść po mieście i sprawdzić, co proponują lokalsi, ale ceny wynegocjowane przez dane biuro bywają całkiem atrakcyjne i obejmują zazwyczaj opiekę polskojęzycznego przewodnika, co dla niektórych może mieć znaczenie. Pamiętam, jak w Czarnogórze pojechałam z wycieczką rosyjską na jeden dzień do Albanii. Dla mnie znakomite doświadczenie, przede wszystkim dlatego, że lubię zwiedzać samodzielnie i bardzo nie chciałam jechać z ekipą polską, której miałam już serdecznie dość od pierwszego dnia, ale dla kogoś, komu zależy na opowieściach o mijanych zabytkach i krainach, takie rozwiązanie może być niekomfortowe.

Wyjazd organizowany samodzielnie może być nieco tańszy, ale z doświadczenia wiem, że zazwyczaj i tak wychodzi drożej. Nie wynika to tylko z tego, że biura podróży mają lepsze ceny na miejscu, ale raczej z tego, że jak już sobie coś sami zaplanujemy, to chcemy zobaczyć wszystko i na własnych warunkach, więc decydujemy się na większą liczbę hoteli, przejazdów, muzeów i jadamy w fajniejszych knajpach, co ostatecznie winduje dość konkretnie budżet wycieczki. Na wyjeździe zorganizowanym przez biuro podróży zazwyczaj zadowoli nas posiłek stołówkowy i nie będziemy szukać szczęścia na mieście. Przecież już za to zapłaciliśmy.

4. Jak dobrze znasz języki obce i język lokalny?

Wbrew pozorom to pytanie nie jest bez znaczenia. Jeśli ani Ty, ani Twoi towarzysze nie mówią w żadnym języku obcym, wyjazd z biurem podróży będzie zwyczajnie łatwiejszy. Po co masz się męczyć z przeszukiwaniem obcojęzycznego internetu i z komunikacją z ludźmi na miejscu (najpierw mailową, potem na żywo). Biuro podróży to za Ciebie załatwi. Jeśli mówisz dobrze po angielsku i wybierasz się do kraju, gdzie chociaż część osób się w tym języku dogada, możesz próbować szczęścia w samodzielnym organizowaniu wyjazdu. Jeśli jednak jedziesz w region, w którym ludzie posługują się kompletnie nieznanym Ci językiem i alfabetem, pamiętaj, aby w ramach przygotowań zadbać o kontakt z jakimś tłumaczem lub przewodnikiem na miejscu. Nie tylko z powodów praktycznych, ale również po to, żeby łatwiej Ci było potem negocjować ceny, żeby trudniej było Cię oszukać, a także, żebyś był bardziej bezpieczny z kimś, kto rozumie zwyczaje i oczekiwania lokalne. Bardzo mi się to przydało w Gruzji, gdzie opieka przewodniczki naszej niewielkiej grupy blogerów, była cudownie ubogacająca i dawała mi możliwość dużo szybszego i sensowniejszego poznawania tamtejszej kultury.

Biuro podróży to nie tylko pośrednik w kupowaniu wyjazdu, to także organizator i ktoś, kto się zna na regionie, do którego się wybierasz. Ma tam wypracowane ścieżki i zna ludzi, którzy Ci pomogą w czasie pobytu.

5. Jak bardzo jesteś francuskim pieskiem?

Wyjazd z biurem podróży jest dość przewidywalny. Liczba gwiazdek hotelu powie Ci, czego możesz się po nim spodziewać i jakiej jakości będzie usługa, którą otrzymasz. Z internetu dowiesz się, czy jest na miejscu basen, a z opinii wcześniejszych klientów - czy jedzenie jest smaczne, dojazd przyjemny i czy nie ma karaluchów w łazience. Jeśli te wszystkie elementy są dla Ciebie ważne i z góry chcesz wiedzieć, jak będzie wyglądał Twój pobyt - wybierz się na wakacje z biurem podróży i to raczej z tym o lepszej renomie.

Jeśli jednak jesteś gotów na zmiany programu i lubisz spontanicznie podejmować decyzje, być może wyjazd organizowany samodzielnie będzie dla Ciebie ciekawszym rozwiązaniem. Z jednej strony możesz sobie zaplanować imprezę totalnie low-costową, gdzie nie będzie miało dla Ciebie znaczenia, czy nocujesz w hotelu, czy na kempingu, czy w hamaku rozwieszonym na plaży. Z drugiej strony - w miarę potrzeby możesz przecież wykupić sobie noclegi w hotelu wielogwiazdkowym, w którym obsłużą Cię tak, jak z biurem podróży to nie jest możliwe, proponując usługi concierge'a i inne dodatkowe atrakcje, szyte na miarę. Biuro podróży musi przecież dostosować swoją ofertę do standardowego klienta i poczynić pewne założenia, z którymi nie zawsze będzie Ci po drodze.

Jeśli więc masz podniebienie francuskiego pieska, a Twoje plecy się wysypiają wyłącznie na materacu z włókna kokosowego, zadbaj o swój wyjazd samodzielnie. Sam lepiej wiesz, jak sobie sprawić przyjemność.

6. Co chcesz robić na miejscu?

Wiele lat temu pojechałam z biurem podróży do hotelu na Majorce. Zależało mi na odpoczynku na plaży i nad basenem, zapakowałam tonę książek (jeszcze nie miałam kindla) i wyjechałam na słońce, żeby odespać bardzo trudny rok. Po trzech dniach zaczęło mnie oczwyiście nosić, więc wynajęłam samochód, żeby zwiedzić wyspę, ale i tak doceniłam możliwość powrotu do hotelu, gdzie obsługa o mnie dbała, a ja nie musiałam myśleć o niczym, a już w szczególności nie musiałam podejmować żadnej decyzji, o tym, gdzie nocować, gdzie zjeść kolację, i gdzie pojechać następnego dnia.

Trzy lata temu zorganizowałam sobie 5-tygodniowy wyjazd do Stanów Zjednoczonych całkowicie samodzielnie. Zaplanowałam główne elementy (przeloty i przejazdy wynajętym autem), oraz pi razy drwi wiedziałam, gdzie będę nocować w ramach couchsurfingu, a kiedy skupię się na hotelach. Decyzje podejmowałam codziennie, po wielokroć. W temacie trasy, którą chcę pojechać. W kwestii parków i miast, które chcę zwiedzić i te, z których chcę uciec (vide: Gran Canyon). I w zakresie każdego posiłku i prawie każdego noclegu. Odpoczywałam "aktywnie" i byłam zachwycona tym, że nie mam najmniejszego pojęcia, co będę robić nazajutrz.


Zakładam, że Twoje potrzeby w zakresie wakacji są gdzieś pomiędzy. Być może chcesz, żeby Ci wszystko podano na tacy, a Ty tylko wyjmiesz kartę kredytową, a być może potrzebujesz przygód i jesteś control-freakiem, więc chcesz mieć wpływ na każdy dzień i każdą noc.

7. Z kim jedziesz?

No właśnie. Znajomi. Rodzina. Dzieci.

Zależnie od tego, z kim się wybierasz na wakacje, inaczej będziesz planował i poddawał się propozycjom. Im większa ekipa, tym trudniej podjąć wspólną decyzję - może warto, żeby ktoś za Was decydował, organizator wewnętrzny, albo biuro podróży? No chyba, że lubicie się kłócić.

Jak jedziesz z dziećmi, to mocną stroną wyjazdów z biurem podróży są tzw. animacje, organizowane w hotelach. Młodzi i radośni animatorzy zajmą Twoje dziecko, gdy Ty będziesz sobie spokojnie leżał nad basenem. Czasami ważna jest też obecność innych dzieci. Wyjazd na Sycylię z 6- czy 7-letnim Młodym celowo zaplanowałam w ogromnym hotelu (400 pokojów), żeby mieć pewność, że sama tam kogoś poznam i że on również znajdzie dla siebie towarzystwo.

Jeśli Twoim zamiarem jest romantyczny wyjazd we dwoje, to masz dwie opcje - albo sam wszystko zaplanujesz, od A do Z, i zadbasz o każdy szczegół, poświęcając temu całkiem sporo uwagi, albo wręcz przeciwnie - wybierzecie wystarczająco dobry hotelik w ramach wystarczająco dobrego biura podróży, żeby poświęcić się swojej obecności. Wtedy warto sprawdzić, czy łóżka są na pewno małżeńskie i czy obsługa donosi jedzenie do pokoju.

A jeśli nie lubisz ludzi i potrzebujesz świętego spokoju? Lepiej sam sobie zorganizuj wyjazd. Turyści potrafią być bardzo męczący. Nie wszyscy mają te same standardy i nie zawsze będą się zachowywać zgodnie z kindersztubą, którą Ci wpojono za młodu. Opowieści o ludziach rzucających się na stoły z jedzeniem nie są legendami. Sama to widziałam w Maroko, dokąd pojechałam z niedrogim biurem podróży. Wprawdzie w hotelu mieszkałam tylko przez trzy dni - taka forma przelotu była wówczas najtańsza, więc z Agadiru wyruszyłam autobusem do Marrakeszu - jednak w naszym ośrodku średniej klasy zdążyłam przyjrzeć się tym "trudniejszym" klientom, którzy bez żadnej żenady wynosili góry jedzenia z jadalni w torbach i torebkach, żeby nie musieć później kupować posiłków. Przykro się na to patrzyło.



* * * 

Ostatnio siedziałam z mądrymi kobietami i rozmawiałyśmy o celach życiowych oraz o tym, jak je osiągać i jak się do tego motywować. Jedno zdanie mi utkwiło: "jak tylko zdam sobie sprawę, czego rzeczywiście chcę, to nie mam problemu, żeby to zrealizować". Tak samo jest z podróżowaniem. 

Najpierw więc zastanów się, czego chcesz. 


Tekst powstał we współpracy z biurem podróży Itaka

wtorek, 19 stycznia 2016

252. Plany i marzenia na 2016.

Od dłuższego czasu pluję sobie w brodę, że przestałam pisać. Wymówek mam sporo. A to za dużo zajęć, a to zbyt wiele czasu poza domem, a jak już w domu, to w towarzystwie Radka i cholera jasna, nie ma kiedy usiąść i się zastanowić. A co dopiero napisać.

Poszłam więc po rozum do głowy i przy pomocy Dziecka osobistego założyłam Radkowi nowy blog, dzięki czemu on pisze, ja piszę, siedzimy obok siebie, życie jest piękne.

A zatem. Jaki będzie ten 2016? Fantastyczny, wiadomo ;)

Ale zanim zacznę rozpisywać swoje tl:dr, to jednak parę słów podsumowania 2015. Takie krótkie ewaluacje są dla mnie ważne - ustawiają mnie na swoistej skali zadowolenia i pozwalają - w trudniejszych momentach - odnieść się do tego, co mi się udało. A że mam pamięć złotej rybki, to gdybym nie zapisywała swoich przemyśleń i różnych zdarzeń, to raczej nie mogłabym na nich budować niczego, a już na pewno nie poczucia wartości.

Więc. 2015.  Jak Cię będę wspominać? Z jednej strony wiadomo, że dla kobiety tak patetycznie emocjonalnej jak ja, rok w którym poznałam zajebistego faceta i się z nim związałam, będzie już na zawsze "rokiem, w którym poznałam zajebistego faceta i się z nim związałam", ale przecież jest tego więcej. Przede wszystkim dom stał się domem - zaczął żyć i stał się cudnie ciepłym miejscem. Na tyle zresztą ciepłym, że dopłata za zużytą wodę będzie dość istotną pozycją w budżecie styczniowym. A może i lutowym.

Oprócz tego zaczęłam chodzić na chór. I przestałam. Ale tylko chwilowo, bo mi się terminy nakładają. Za to przypomniałam sobie, jak bardzo lubię śpiewać i jak wiele to uruchamia endorfin, dopamin i innych witamin. Nie odpuściłam kravki, choć wiele na to wskazywało, bo najpierw moja sparing partnerka się przeprowadziła, a potem wybiłam sobie palec na kilka dni przed egzaminem i przez dłuższą chwilę nie mogłam trenować. Skądinąd paluszek nadal lekko zgrubiony i przygarbiony, co mnie wcale nie cieszy, gdyż jest to palec serdeczny prawej ręki i powstały ostatnio pewne zakusy, żeby go udekorować, a tu dupa, diamentu nie będzie, bo "palec masz za gruby". Już ja mu dam za gruby.

Poznałam dziesiątki nowych ludzi. Trochę to kłopotliwe, bo moja udawana prozopagnozja może być akceptowalnym wyjaśnieniem, gdy się komuś przedstawiam po raz drugi, wiadomo, przy tej liczbie znajomych Radka każdy by się potknął; gorzej jednak, gdy po raz czwarty w ciągu miesiąca podaję komuś rękę, mówiąc, jak mam na imię, do głębi przekonana, że się jeszcze nie spotkaliśmy. Kiedyś opowiadałam, że muszę się z kimś przespać, żeby zapamiętać jego imię, teraz już mi tak nie wypada, ale co ja na to poradzę, że jeśli tej wódki z nim nie wypiję i nie przegadam pół nocy, to niewielkie są szanse, żebym go po tygodniu poznała na ulicy. Gdyby jeszcze ludzie chodzili zawsze tak samo ubrani. Czy opowiadałam Wam już o tym, jak wygląda oglądanie ze mną filmów albo seriali? Wystarczy, że bohaterowi zmienią koszulę, a ja już się gubię.

A jak już przy filmach jesteśmy, to kolejne ważne wydarzenie w 2015: nie dość, że obejrzałam po raz pierwszy Gwiezdne Wojny (tylko kanoniczne odcinki, wiadomo), to jeszcze pojechałam na konwent fantastyki i udawałam, że rozumiem cokolwiek. Uwspólnianie kodów kulturowych wcale nie jest takie proste, zwłaszcza, gdy nasze biblioteki różnią się w 98%. Radek twierdzi, że mamy wspólnego tylko Mistrza i Małgorzatę. A ja nie chcę go martwić, że nawet z tej książki niewiele pamiętam. Już i tak załamuje nade mną ręce, gdy wychodzą kolejne braki w moim wykształceniu. Aktualnie kazał mi czytać Hyperiona. No to czytam. Ale Chewbaccę (kliknijcie, warto) pokochałam samodzielnie. Nikt mi nie kazał.

W zakresie podróżowania 2015 rok był całkiem pozytywny. W lutym bardzo udana Barcelona, w czerwcu cudnie leniwa Majorka, latem dziesiątki imprez wyjazdowych (prawie żadnego weekendu nie spędziliśmy w Warszawie), pod koniec sierpnia służbowe Niemcy połączone z wycieczką do Szwajcarii i Lichetnsteinu, a w listopadzie Paryż. Chciałoby się więcej i częściej, ale grzechem byłoby narzekać.

Trochę odpuściłam jazdę na motocyklu. Na początku sezonu byłam obrażona, że nie udało mi się wygrać w konkursie Harleya Davidsona, później zepsułam sobie paluszek, a to akurat nie pomaga w manewrowaniu manetką hamulca, a potem się okazało, że ciągle jeździmy gdzieś we dwoje, więc moto jakoś nie pasuje i ciężko się na nim przewozi cały majdan potrzebny, gdy mieszkasz trochę na dwa domy. Albo gdy jedziesz na trening po pracy.

Nie udało mi się też utrzymać regularności pisania, ale wierzę, że to tylko chwilowe zachłyśnięcie nowym i pozakomputerowym życiem. Lumpiata w krainie seksu czeka na nowe posty i jest ich cała długa kolejka. Gdyby mnie ktoś odłączył od ludzi i internetu społecznościowego, to bym je napisała w tydzień. No ale przecież potrzebuję Was jak powietrza, więc to stanowczo głupi pomysł.  Nawet jeśli mam prawie gotową książkę, którą napisaliśmy z kumplem już ponad rok temu. Nawet jeśli w głowie mam obrazki i rysunki, którymi chciałabym Was obdzielić. Wszystko w swoim czasie.

No i jeszcze jeden brak sukcesu - nie tylko nie schudłam dalej, to jeszcze przytyłam ze 3 kilo i jakoś ciężko mi je zrzucić. Wicie gniazda nie zużywa zbytnio kalorii, za to wspólne gotowanie je napędza. Ale pracujemy nad tym. A ludzie i tak twierdzą, że wyglądam dobrze. Zakochana kobieta jest zawsze piękna, prawda?

Tymczasem 2016 przybył niepostrzeżenie i już druga połowa stycznia, a ja nadal się nie zapisałam na siłownię ;) Chodzi mi po głowie, żeby sobie rozpisać cele i marzenia na konkretne miesiące - że na przykład w styczniu skupię się na zdrowiu, w lutym na sporcie, w marcu na czytaniu, i dzięki temu krok po kroku wdrożę nowe nawyki. Ale nie wiem, czy starczy mi pary na takie wewnętrzne uporządkowanie. Zwłaszcza, że zmiana nawyków wymaga nie tylko konsekwencji, ale też pozytywnej motywacji, widocznych efektów i nagród cząstkowych. Więc jeśli zaplanuję sobie schudnięcie 10 kg w tym roku (bardzo śmieszne, wiem), to powinnam to sobie rozłożyć na 4 progi po 2,5 kg i przy każdym progu zafundować sobie jakąś nagrodę. Bycie swoim własnym coachem jest piekielnie trudne. 

A gdyby tak przyjąć perspektywę tygodnia? I rozpisać sobie dzień na kategorie? Moje postanowienia wyglądałyby wtedy mniej więcej tak:

- pół godziny dziennie na bycie twórcą (pisanie, rysowanie, wymyślanie)
- pół godziny dziennie na sport - 3,5 tygodniowo
- pół godziny dziennie na bycie odbiorcą treści innych niż internet (książki! filmy!)
- godzinę dziennie na dbanie o ciało (higiena, zdrowe jedzenie)
- pół godziny dziennie na naukę (nowy język? nowe studia?)

I jeszcze plany. Zróbmy je w formie czasu przyszłego, a nie w trybie przypuszczającym. Zawsze to zwiększa szanse na realizację. A więc: w 2016 pojeżdżę trochę po świecie. Może uda się wyjechać poza Europę? I po Polsce też popodróżuję. Pojeżdżę także na motocyklu i rowerem i autem i ogólnie będę się przemieszczać. W sumie pociągiem też nie pogardzę. Ani samolotem. Łódkę już planujemy, więc nie muszę jej tu uwzględniać.

Trochę schudnę, popracuję nad zdrowiem i ogólnie zadbam o siebie. I o Was także. Będę pisać, może coś wydam, i nie będą to tylko pieniądze na kolejne kiecki. I zdjęcia będę robić. A wieczorami imprezować. I znowu noce będą za krótkie. Nad tym też popracuję, bo niedobór snu powoduje tycie.

No i ten palec serdeczny prawej ręki naprawię do końca.
Z pewnością się przyda :)