sobota, 31 grudnia 2016

276. Z okazji końca roku 2016

Po pierwsze to boli mnie głowa. Nie wiem, czy to od wczorajszego biegania w grubej czapce po słońcu (zgrzałam się jak debilka, #notetoself: kupić sobie coś lekkiego na głowę), czy od spacerowania potem z lekko wilgotnymi włosami po mrozie (tak, wiem, NIE KRZYCZ NA MNIE, ale byliśmy już spóźnieni), dość powiedzieć, że bolała mnie wczoraj wieczorem bardzo niefajnie, a dzisiaj nadal trochę ćmi.

Po drugie to mamy kilka opcji na wieczór i kompletnie nie wiemy, którą wybrać, zwłaszcza, że każda ma plusy dodatnie i plusy ujemne, a do tego mamy lekko odmienne zdania. Ja to bym najchętniej została pod kołdrą, zakończyłabym ten dość intensywny rok w miejscu, które lubię najbardziej, ale R się upiera, że trzeba do ludzi i że jak to tak. Rzuciłam w powietrze opcję, żeby poszedł beze mnie i wrócił mnie wyściskać nad ranem, ale jakoś mu to nie podeszło. No doprawdy.

Po trzecie to jestem zmęczona. Ale tak całościowo. I nie wiem, czy to tarczyca znowu mi daje do wiwatu, bo jesienią miałam bardzo średnie wyniki, lekko podwyższyliśmy dawkę, włosy wypadały, paznokcie też, a może chodzi o to, że zwyczajnie za dużo robię. Może zresztą być i jedno i drugie, bo tarczyca dziwka nie lubi stresu i wtedy strzela focha i działa pod prąd. No i te trzy kilogramy, które mi wpadły nie wiadomo kiedy. Swoją drogą nareszcie zrozumiałam, co miał na myśli lekarz, który mi kiedyś powiedział, że od niedoczynności się nie tyje, tylko od jedzenia, proszę Pani. Miał rację. Nie dodał tylko, że to ta pieprzona niedoczynność sprowadza cię do bycia galaretą. Wiecznie głodną galaretą, która jest w stanie się ożywić dopiero po dobrej dawce kalorii pochodzenia burgerowego lub czekoladowego, de preference. (Czy będzie Pani jadła ten stół?)

Więc zaczęłam znowu biegać, bo od sierpnia nie byłam ani razu. Skoro już muszę żreć, żeby żyć, to przynajmniej spróbuję uruchomić swój metabolizm. Nieco go podkręcić. Regularne picie wody (apka Running mi wrzuca powiadomienie co dwie godziny, że czas na wodę, dear Maria), więcej posiłków, mniej kaloryczności i trochę sportu. A że waga idzie ciągle w górę, to już jej problem, nie mój. No dobra, mój też, dlatego trochę mam depresję na tym tle, bo jakby tak uczciwie przyznać, to tych nabytych od sierpnia kilogramów jest już prawie 5. Zależy czy przed kupą, czy po niej.  

Ale z drugiej strony mam też zajebistą satysfakcję z tego, co robię. Dzień po dniu wstaję z ogromną frajdą i jadę do pracy uśmiechnięta, z przekonaniem, że decyzja o zmianie roboty była najlepszym prezentem, jaki mogłam sobie zrobić. Mam w głowie masę pomysłów i planów, także naukowych. Żebym to nie była taka zachłanna, to bym już wiedziała, czy będę szła w kierunku socjologii internetu, czy też psychologii ekonomicznej, czy może jednak socjologii (i kulturoznawstwa) seksu. Ten seks mnie na tyle kręci, że w ogóle zastanawiam się, czy nie pójść na podyplomówkę z seksuologii. Problem tylko w tym, że tematy są przede wszystkim kliniczne, a mnie interesuje bardziej obserwowanie tego, co się dzieje między ludźmi, a nie patologia lub obrzeża normy.

Postanowienia na 2017 zaczęłam sobie już spisywać w google keep (cudowne narzędzie do robienia list tudusiów, wielkie dzięki tym, którzy mi je podsunęli na fejsie parę tygodni temu). Planuję wielki come back do pisania. I tutaj i na lumpiatej w krainie seksu, i może gdzieś jeszcze, inaczej, na nowo, intensywniej. Bo ja rozumiem, że praca jest ważna i rozmowy z ludźmi są podstawą mojego samopoczucia, ale bez pisania czuję się pusta. Litery i słowa są namacalnym dowodem na to, że istnieję. I jeśli mnie kiedyś zabraknie, to chciałabym, żeby moje słowa po mnie zostały. Jak piosenki, filmy i książki po tych wszystkich, których zabrał 2016. Chyba najtrudniej byłoby mi odchodzić z przekonaniem, że nic za sobą nie zostawiam.

To był dobry rok. Zmieniłam robotę, trochę schudłam (trochę przytyłam, NIC w przyrodzie nie ginie), trochę pobiegałam (trochę poumierałam na trasie), zaczęłam studia podyplomowe z zarządzania szkołą wyższą (i zamierzam je skończyć), przeczytałam kilka książek (nie, nie przeczytałam 52 książek), byłam na Tajwanie, w Atenach, w Szwajcarii, w Genui, nad Jeziorem Bodeńskim i w Mediolanie. Byłam też w Krakowie, we Wrocławiu i okolicach, w Krasnymstawie, w Lublinie, w Kielcach, w Łodzi, na Suwalszczyźnie, w Gdyni, na Kaszubach i więcej grzechów nie pamiętam.

Znowu się czegoś o sobie nauczyłam, i o ludziach zresztą też, bo przecież bywało, że mnie pod górkę ten rok prowadził. Ale nauczyłam się też, że kiedy nie wiesz, co robić i jak się umościć w trudnej sytuacji, to najlepiej jest zająć się sobą. Popracować nad swoim wrednym charakterem, albo niewystarczająco silnym ciałem. Bo w dłuższej perspektywie praca nad sobą zmienia nie tylko Ciebie, ale Twoje otoczenie też. Jakoś tak to magicznie działa, nie wiem, nie pytajcie, może Coehlo będzie wiedział.

No i last but not least: zaręczyłam się!!
(tak, wiem, skończyło się rumakowanie.)

I tym optymistycznym akcentem zakończę to podsumowanie i oddalę się do wywieszania prania, a nawet dwóch. Czy zauważyliście, że im więcej mieszkańców danego domu, tym tygodniowa liczba prań rośnie geometrycznie? Tego też nie potrafię wyjaśnić, zwłaszcza, że przebraliśmy ostatnio skarpetki pewnego pana i z 50 sztuk niepasujących do niczego czarnych przetartych skarpet zostało eksmitowanych (nie że tak brutalnie, podziękowaliśmy im za miły czas spędzony razem, zgodnie z koncepcją Marie Kondo, wyobraźcie sobie zresztą R mówiącego "hej, ziomeczki, fajnie było!", raz za razem. Trochę umarłam. A teraz pewnie dostanę w łeb, że Wam o tym napisałam.)

No dobra, idę już, bawcie się dobrze, i niech nam 2017 łaskawszy będzie.
Wszystkiego lepszego!

Seba i Bóbr. Symbol wielkiej miłości. Czego i Wam życzę! 

sobota, 17 grudnia 2016

275. Co możemy teraz zrobić?

(Przeklejone z mojego facebooka)

- To, w czym wczoraj uczestniczyłam pod Sejmem jest dla mnie totalnie odrealnione. Nie rozumiem tego, nawet chyba nie próbuję. Mam wrażenie, że to jakiś film i że zaraz się obudzimy i okaże się, że jednak nie zaorali nam demokracji, parlamentu i że to nieprawda.

- Mój niepokój o Polskę (tak, wiem, jak to brzmi i wiem, że nie jestem ani polityczką, ani działaczką, ale trudno, czuję, że to są właśnie te słowa), no więc mój niepokój o Polskę wszedł wczoraj na kolejny poziom. Radek mówi DEFCON 2, ja nie do końca wiem, co to DEFCON, więc może wystarczy, że się zwyczajnie boję.

- Przekraczają kolejne granice (jak dobrze, że język polski nie domaga się konkretnego podmiotu, bo nawet nie wiedziałabym, co napisać - "oni"? "władza"? "władza i kilka milionów wyborców"? "PIS"?) i przyzwyczajają nas do coraz bardziej przerażających bodźców. Habituacja. Żaba w garnku podgrzewanej wody. No kurde, tak nie może być! Oglądałam wystarczająco filmików z wczorajszych zdarzeń, żeby wiedzieć, że TAK NIE MOŻE BYĆ. A przecież ich działania de-konstytucyjne i de-obywatelskie trwają od roku i idą coraz głębiej. Prawdopodobnie nie umiałabym wymienić z głowy nawet połowy tego, co powinno mnie szokować i szokuje. A może już nie, bo już się przyzwyczaiłam? Sama nie wiem.

- Bardzo pozytywnie odbieram to, żeśmy się wczoraj skrzyknęli i poszli pod Sejm. Wiele, wiele osób się przewinęło tam od 20.00 do 3.00. I oczywiście, że widziałam oddzielne i mocno rozdzielne grupki ludzi (np. KOD vs Razem vs Obywatele RP), ale przecież to w szerokiej skali nie ma znaczenia. Trochę potrafimy się jednoczyć wobec wrogiej siły, a trochę chodzi o różnorodność i dywersyfikację działań. Nie, nie upatruję w tym większego zagrożenia, choć marzy mi się jedna wspólna siła opozycyjna, pod której sztandarami będziemy mogli się razem zgromadzić. Nawet jeśli poglądy i postawy nie będą jednoznacznie takie same.

- No ale co możemy teraz zrobić? Bo przecież żadne nasze marsze, żadne nasze protestowanie ich nie zatrzyma. Skoro już w tylu sprawach ignorują zdanie społeczne (gimnazja, ha ha ha), to na pewno garstki spacerujących wywrotowych esbeków, których ktoś odłączył od koryta, nie będą stanowić dla nich żadnego argumentu.

- Myślę, że jedynym operacyjnym rozwiązaniem jest sprawić, aby część posłów PIS przeszła do innych ugrupowań. Żeby przestali mieć większość parlamentarną. I choć to rozwiązanie wydaje się naiwne i nierealne (i być może takie właśnie jest), to czuję, że to jest jedyna droga, nad którą warto się zastanawiać.

- CO MOŻEMY ZROBIĆ, ABY PIS NIE MIAŁ WIĘKSZOŚCI PARLAMENTARNEJ? Najchętniej otworzyłabym teraz burzę mózgów, taką klasyczną, gdzie każda odpowiedź ma sens, bo może zainspirować do kolejnej. Taką, gdzie nawet najbardziej absurdalne rozwiązanie może pomóc znaleźć wyjście.

- Wydaje mi się, że nowa siła polityczna, ta, do której część PISu przejdzie, nie może być zbyt odległa od samego PISu. Marzy mi się siła centrowa, o poglądach nawet nieco konserwatywnych, której jednak przekonania dotyczące państwa i obywatelskości są silniejsze niż ortodoksyjne postawy religijne. Bo przecież można być konserwatystą i wspierać laickość państwa. A religijność własna nie musi zamykać oczu na potrzeby i poglądy ludzi niereligijnych.

- Marzą mi się autorytety spoza układu, ale jednak nadal autorytety. Czyli siła oparta na tradycyjnych potrzebach elektoratów (bo tylko taka ma dzisiaj szanse, tak, nie wierzę w partie budowane kolegialnie, bez hierarchii i struktur), uwzględniająca jednak to, że każdy ma prawo do reprezentacji, o ile jego poglądy i postulaty nie naruszają wolności pozostałych członków społeczeństwa obywatelskiego.

- Wiem, to są idealistyczne i być może utopijne poglądy, ale właśnie dzisiaj, gdy coraz bardziej boję się dekonstrukcji naszego państwa, włączam myślenie o tym, co powinno być, żeby wiedzieć, do czego dążę. Bo zadaję sobie pytanie - a co być zrobiła, gdybyś się nie bała?

- W tej chwili nie ma mnie pod Pałacem Prezydenckim, swoje dyżury wykonałam wczoraj w nocy. Jak trzeba będzie, pójdę w miasto ponownie. Bo mi zależy. I chociaż wczoraj zadziało się wiele niedobrego, to zobaczyliśmy też po raz kolejny, że nam zależy. I że jest nas całkiem sporo. I że nie chcemy, aby nami rządzili ludzie sfrustrowani, których głównym paliwem jest resentyment i poczucie krzywdy, a także złość, której nikt ich nigdy nie nauczył wyrażać w sposób akceptowalny.

- Radek słusznie zauważył, że zamiast Prawa i Sprawiedliwości oni wyznają Paranoję i Spisek. I chociaż boję się konsekwencji realnego starcia i boję się, że nas spacyfikują ustawami albo siłami mundurowymi, to jednocześnie bardzo bym chciała, żeby te konsekwencje się działy.

- Bo im trzeba pozwolić mówić i pozwolić działać. Tak najbardziej się odsłaniają i ośmieszają. A nas już nikt nie musi przekonać. Teraz to trzeba przekonać tych, którzy na nich głosowali, i tych, którzy są gotowi skoczyć w ogień na każde skinienie napoleona. Im bardziej będziemy ich ignorować, tym większą uciechę będziemy widzieć na jego twarzy.

- Bo my jesteśmy sumą w miarę niezależnych (więc konfliktowych) jednostek. Oni są coraz bardziej jednolitą armią wyznawców. To jest ten moment, gdy potrzeba redukcji dysonansu i racjonalizacji własnego zaangażowania jest największa. I to również ten etap, gdy władza ma coraz więcej narzędzi, żeby swój elektorat karmić tak pińcetkami jak i bajkami o esbekach. My tego nie mamy i nasza pozycja w grze jest coraz słabsza.

- Chciałabym umieć zaproponować zwolennikom PISu alternatywy dla nich akceptowalnej, która nie będzie tak psuć naszego państwa.
Tylko tyle i aż tyle.

sobota, 1 października 2016

274. O światopoglądach

Jednoznacznie jestem #prochoice. Bo uważam, że nie mam prawa narzucać innym swojego światopoglądu.
Jestem też przeciwna całkowitemu zakazowi aborcji, gdyż państwo prawa nie może zmuszać do heroizmu, a tak postrzegam konieczność donoszenia ciąży po gwałcie lub w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia kobiety. I w innych sytuacjach zresztą też.
Wreszcie jestem za edukacją seksualną od najwcześniejszych lat, gdyż im więcej świadomości i autorefleksji u ludzi w tak ważnej sprawie jak rozmnażanie i posiadanie dzieci, tym większe szanse na sensowny rozwój naszego społeczeństwa (i człowieczeństwa zresztą też).
Jednak równocześnie rozumiem tych, którzy chcą wprowadzenia tej ustawy. Serio. W y d a j e  m i   s i ę , że rozumiem ich logikę.
Nie zgadzam się z ich światopoglądem, ale rozumiem, czemu walczą.
Najbardziej bym chciała, żebyśmy się dogadali.
Ale wiem przecież aż za dobrze, że w sytuacji konfliktu wartości, dogadanie się jest właściwie niemożliwe. Dlatego siedzę sobie i rozkminiam i próbuję przerobić te wartości na racjonalne argumenty. I kompletnie mi to nie idzie. Zwłaszcza, że po obu stronach barykady nie mamy spójnych grup, są wśród nas ludzie bardziej i mniej ortodoksyjni, więc każdy opis będzie narażoną na krytykę generalizacją.
Ale spójrzcie.
Z jednej strony są ludzie #prochoice. Ci, którzy uważają, że zbiór komórek nie jest jeszcze człowiekiem, więc prawa człowieka go nie dotyczą. Ci, którzy walczą o wolność i godność kobiety i o to, żeby nie traktowano jej ciała przedmiotowo i inkubatorowo. Ci, którzy mówią o bardzo poważnych konsekwencjach społecznych i psychologicznych zakazu aborcji. Ci, którzy moment powstania człowieka (a zatem narodzenia jego praw) umieszczają gdzieś na dużo późniejszym etapie ciąży (tu chyba nie ma jednej odpowiedzi, kiedy to jest dokładnie, ale na pewno nie wtedy, gdy połączony plemnik i jajeczko jeszcze się nie zagnieździły, a i zapewne nie wtedy, gdy mamy do czynienia zaledwie z zarodkiem. Prawdopodobnie również nie wtedy, gdy zarodek nie ma większości narządów. A może nawet nie wtedy, gdy płód nie czuje jeszcze bólu (niektórzy twierdzą, że odczuwanie bólu ma miejsce nie wcześniej niż w 7 miesiącu ciąży).
Z drugiej strony ludzie #prolife. Dla nich moment powstania człowieka jest wtedy, gdy połączą się dwie komórki - plemnik i jajeczko. Uważają, że to jest dokładnie ta chwila, ponieważ od tego momentu wszystko się dzieje już bez ich woli. Według tej logiki, to co podlegało aktowi woli (doprowadzenie do połączenia komórek) już się zadziało, a teraz jest już natura, rozwój i czas. Dla nich nie ma znaczenia, że te dwie komórki, a za chwilę zarodek i płód, są jeszcze niezdolne do samodzielnego życia. Dla nich istotne jest to, że jeśli nie będziemy przeszkadzać, to pojawi się dziecko. Oni uważają, że człowiek jest od wtedy, gdy dalej już samo się dzieje. I dla nich ten właśnie niesamodzielny jeszcze człowiek ma swoje prawa, o które oni chcą zawalczyć. Uważają, że prawo do życia jest istotniejsze niż prawo do komfortu. (tak, wiem, stosując słowo "komfort" używam ich narracji)
I tu jest ten moment, gdy nasze poglądy się spotykają.
Bo gdybyśmy my, ludzie #prochoice, uważali, że zarodek jest już człowiekiem, to także chcielibyśmy jego ochrony. Bo dla nas życie też jest wartością nadrzędną, a komfort psychologiczny i społeczny - choć ważny - to jednak wtórny.
I pójdę dalej: gdybyśmy się dowiedzieli, że gdzieś ludzi bezkarnie się zabija (w kraju o innej kulturze, o innym systemie wartości), to chcielibyśmy walczyć na rzecz tych potencjalnych ofiar.
Więc jeśli wedle tej logiki człowiek powstaje w chwili poczęcia, to ja im się nie dziwię, że walczą o całkowity zakaz aborcji.
I tym samym przyznaję, że nie mam najmniejszego pomysłu, jak rozwiązać ten konflikt wartości.
Bo jak mamy się dogadać, jeśli definicje mamy inne.
Czy oni mają prawo żądać od nas rozszerzenia praw ludzkich na to, czego my nie uważamy za człowieka? Chciałoby się po prostu im powiedzieć, żeby się odczepili od naszych ciał, bo to jest moja decyzja, co z nim robię,
ale jednocześnie jeśli wiem i rozumiem, że dla nich jest w tym moim ciele Człowiek, to czyż nie powinnam co najmniej ich szanować za to, że chcą zawalczyć o to, by ten człowiek miał prawa i by te prawa były przestrzegane?

Zdjęcie z archiwum własnego, Szwajcaria, Rorschach


sobota, 17 września 2016

273. Jak zmieniłam pracę, czyli o coachingu słów parę

Sytuacja wygląda tak, że mam pewną pilną pracę do wykonania dzisiaj wieczorem, w związku z czym w ciągu ostatnich dwóch godzin wstawiłam zmywarkę, wstawiłam pralkę, rozliczyłam wyjazd do Szwajcarii (ach, nic o nim tutaj nie pisałam, ale to ten mój doroczny wyjazd na targi rowerowe, więc w sumie nic nowego, no może poza tym, że warto sobie ściągnąć apkę szwajcarskich kolei, bo można tam upolować trochę lepsze ceny za bilety pociągowe, tzw. supersaver offers), zrobiłam porządek z dokumentami tzw. bieżącymi (mam takie pudełko, w którym trzymam dokumenty, które mogą się przydać w miarę często, bo skoro w domu Radek mi zajął biurko, to musiałam się przenieść do pudełka. Nie, chyba nie ma sensu tego komentować. Przyszedł i zajął. Po prostu.), i rozliczyłam też sierpień księgowo. I ogólnie czuję się bardzo uporządkowana i rozliczona, a pilna praca czeka. Mam pliki pootwierane, i już nawet trochę liznęłam, ale jeszcze tyle innych rzeczy do zrobienia zanim człowiek wreszcie siądzie na dupie i zacznie analizować.

A zatem notkę napiszę.

O predyspozycjach zawodowych. I o tym, co tak naprawdę się zadziało w moim życiu zawodowym w ostatnich miesiącach, bo wykonałam dość konkretną voltę. I o tym, że w realizacji marzeń ważna jest umiejętność ustawiania sobie właściwych celów, bo jak już wiem, czego chcę, to potrafię to osiągnąć. Ach, i jeszcze jedno - o tym, że warto być cierpliwym. Nigdy nie byłam, a tym razem się bardzo przydało.

Opowiadanie Wam o tym wszystkim jest nieco kłopotliwe, chcę to od razu podkreślić. Bo zmiana pracy i ogólnie refleksja na temat rozwoju własnego i stawiania sobie celów, jest dość intymnym wydarzeniem. A skoro wiem, że mogą mnie czytać osoby, z którymi współpracowałam dotychczas i nadal zresztą współpracuję, jak i osoby, z którymi właśnie zaczynam współpracować, to wiadomo, że mam lekkiego stracha, czy aby wypada o tym wszystkim mówić głośno. Zwłaszcza, że w Polsce się nie rozmawia ani o pieniądzach, ani tym bardziej o swoich planach zawodowych. Więc pewnie będę się trochę miotać w zeznaniach, albo ominę pewne fragmenty. Świadomie i dobrowolnie.

Przyjmijmy zatem, że chciałam zmienić pracę. Niekoniecznie zmienić ją na nową, bo możliwości widziałam wiele, ale przede wszystkim zmienić coś w pracy. I od pewnego czasu zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby to było z jednej strony bezpieczne dla mnie i moich planów życiowo-finansowych, a z drugiej strony sensowne i ciekawe. No i przede wszystkim chciałam to zrobić w sposób kontrolowany.

Poszukałam coacha.

Jak już pewnie wiecie, jeśli czytacie mnie od jakiegoś czasu, lubię korzystać z pomocy ludzi, którzy się znają na tym, co robią, i mogą mnie wesprzeć w zmianie. Kiedy chciałam schudnąć, poszłam do dietetyczki. Kiedy chciałam poznać siebie lepiej i zmienić pewne skrypty w zachowaniu, poszłam na terapię. A kiedy zdecydowałam się zmienić pracę, znalazłam coacha.

Najpierw spotkałam się ze znajomą coachką z Poznania, Beatą Dranikowską, i zrobiłyśmy sobie jedną próbną sesję, ze świadomością, że zdalny proces byłby trudny, ale dzięki tej jednej sesji zrozumiałam, że są we mnie rozmaite energie i postaci, które ciągną w różne strony. Nazwałam je sobie, popatrzyłam na nie z zainteresowaniem i zdałam sobie sprawę, że niektóre z nich są fajniejsze od innych, bo te drugie mnie wkurzają tym, że hamują moją chęć do zmian.

Na wielotygodniowy proces coachingowy zdecydowałam się z inną znajomą coachką, Moniką Bełdowską, już tu na miejscu. Spotykałyśmy się raz w tygodniu w spokojnych kawiarniach i drążyłyśmy. Szukałyśmy tego, co mnie hamuje i tego, co mogę z tym zrobić. Patrzyłyśmy na moje zasoby i na to, co jest dla mnie najważniejsze. To właśnie z Moniką zdałam sobie sprawę, że te mniej lubiane fragmenty mnie samej są dość konkretnie przydatne. Bo postacie, które wydawały mi się nadmiernie hamulcowe sprawiają, że decyzje, które podejmuję są bezpieczne. To z Moniką doszłam do tego, co jest moim prawdziwym celem i to z nią przygotowałam się do wykonania tej zmiany.

Ciągnęłam różne wątki równocześnie i pracowałam równolegle nad swoimi emocjami, nad myślami, które z nich wynikały i nad działaniem, które było niezbędne, żeby coś ruszyć do przodu. Wiele różnych wniosków wyciągnęłam z tego procesu, ale najważniejszą, chyba, jest dla mnie świadomość, że inni ludzie nie zawsze chcą usłyszeć prawdę, a gdyby chcieli, to by się zapytali. Mam niejasne wrażenie, że dotychczas funkcjonowałam z przekonaniem, że prawda jest najważniejsza i że wyplucie z siebie nawet najtrudniejszych przemyśleń jest dobre per se. Bo prawda - jak twierdzą mądre księgi - powinna wyzwalać. No więc nie. Nie każdego i nie zawsze.

Nauczyłam się też, że istnieją różne lęki. Jest lęk paraliżujący, który nie pozwala iść do przodu, bo blokuje wszelkie konstruktywne przemyślenia, i jest lęk pomocny i chroniący, dzięki któremu mogę być bezpieczna, bo nie pozwala mi robić głupot. Albo przynajmniej robię je świadomie ;) Dużo się też dowiedziałam o ludziach - że najczęściej traktują innych tak, jak sami chcą być traktowani. I że warto nie brać całej odpowiedzialności za rozmowę z drugim człowiekiem, bo im bardziej potraktuję go jak partnera, tym lepsza to będzie komunikacja.

Gdzieś w połowie tego procesu zdecydowałam się na jeszcze jeden element pracy nad sobą. Wraz z trzecią coachką, Magdaleną Kozioł, zrobiłam sobie test profilowania osobowości zawodowej. Wypełniłam dość długi kwestionariusz online, dostałam kilkudziesięciostronicowy raport, a następnie odbyłam sesję podsumowującą, w czasie której porozmawiałyśmy o tym, jakie są moje predyspozycje oraz w jakim zakresie powinnam znaleźć sobie tzw. protezy, czyli wsparcie zewnętrzne, które mi pomoże w życiu zawodowym. Usłyszałam też, jakie czynniki mnie motywują, a jakie demotywują (och, totalnie zaskoczenie, nie powinnam wykonywać prac rutynowych i powtarzalnych!), a także jakie mam cechy wyróżniające na tle pozostałych. Warto zaznaczyć, że kwestionariusz został przygotowany w Polsce, przez polskich badaczy, więc jest całkiem dobrze dostosowany do naszych realiów.

To, czego się o sobie wówczas dowiedziałam, mnie w gruncie rzeczy nie zaskoczyło (że na przykład raczej dążę do celu niż skupiam się na ugodowym i prostolinijnym dbaniu o relacje), ale dało mi realne potwierdzenie tego, co o sobie sądziłam (że wcale nie jestem taka pewna siebie, jakby się mogło wydawać). A spotkanie podsumowujące pozwoliło mi zrozumieć, jak jest zbudowany ten test, jakie bada wymiary i co z tego może wynikać dla moich preferencji zawodowych oraz do czego się rzeczywiście nadaję (wiadomo, nawet słoń może się nauczyć baletu, ale łatwiej mu wychodzi gra na instrumentach dętych, a życie nie jest po to, żeby je sobie utrudniać).

Bardzo polecam ten kwestionariusz wszystkim, którzy by chcieli się czegoś o sobie dowiedzieć, a także tym, którym się wydaje, że do niczego się nie nadają.

No bo właśnie, jeszcze czegoś się nauczyłam przez te kilka miesięcy. Że mam z pewnością pewne cechy wyróżniające i że nie ma sensu z nimi walczyć. Bo z każdej cechy można zbudować jakąś zaletę i jeśli - załóżmy - jestem głośna i widoczna, to warto to wykorzystywać, a nie się wstydzić. Trochę to trywialne, to prawda, ale jednak potrzebowałam wielu lat, żeby zrozumieć, że mój wzrost, moje przekonania, moja płeć czy inteligencja to cechy, które nie determinują nijak porażki albo sukcesu. One mnie - rzecz jasna - tworzą i tworzą pewne realia mojego życia, ale im szybciej nauczę się z nimi żyć, tym łatwiej mi będzie z nich korzystać. Bo inność staje się wadą dopiero wtedy, gdy sami nie potrafimy sobie z nią poradzić. Lub gdy cały świat nam próbuje wmówić, że tylko jednorodność jest właściwa.

No więc szukam tych swoich wyróżników i sprawdzam, co mi sprawia przyjemność, a co jest bez sensu. Choć i tutaj daję sobie prawo do błędów i zmiany zdania, bo tak wiele razy już się okazywało, że coś, czego nie lubiłam, nagle zaczęło mi sprawiać frajdę, że już kompletnie wyrugowałam ze swojego słownika wszelkie "zawsze" i "nigdy".

Tymczasem wracając do procesu coachingowego: wszystko zadziało się równocześnie. Rozmowa, którą planowałam przez wiele tygodni, trwała jakieś 10 minut. Powiedziałam dokładnie to, co chciałam, jak chciałam i nie powiedziałam tego, o czym nie było sensu rozmawiać. Dogadałam swoje rozstanie z poprzednią firmą w takim zakresie, w jakim sobie to zaplanowałam, i uzgodniłam wszystko to, co było na tamten moment niezbędne z moim nowym - wymarzonym - miejscem pracy.

A potem już było jak w filmie. Na przyspieszeniu widać Cywińską, która przez wiele dni porządkuje swoje biurko, przekazuje swoje sprawy, trochę wyjaśnia, co i jak, ale też we właściwy sposób ogarnia te zadania, które zabiera ze sobą, aż wreszcie żegna się z dotychczasowymi współpracownikami przy serniczku i tarcie, bierze kartonik (niewielki) pod pachę, dochodzi do auta, pakuje rzeczy do bagażnika i w tym właśnie momencie dzwoni jej telefon, o 17h10, i jest to jej nowa szefowa, która chce ustalić, kiedy zaczną działać razem. Cywińska się śmieje do aparatu, wsiada do auta i powoli odjeżdża, a potem - gdy już odłoży telefon - przejeżdża przez most nad Wisłą i ociera parę łez z oczu.

Bo jest jednocześnie szczęśliwa, smutna, podekscytowana, wymęczona, zestresowana i spokojna.
No, cała Cywińska.




niedziela, 21 sierpnia 2016

272. Włochy bez napinki, czyli Liguria 2016. Praktykalia.

W wersji krótkiej napisałabym, że odpoczęliśmy.
W wersji dłuższej musiałabym zacząć opisywać swoje przedziwne sny oraz ciszę, która nas otaczała przez tydzień, co mogłoby być nieznośne dla czytelnika, bo wszak istnieje specjalne piekło dla tych, którzy opowiadają swoje sny.
Wersję wizualną mieliście na facebooku i na instagramie.

A zatem będzie konkretnie i na temat, czyli praktykalia naszego wyjazdu.

1. Bilety samolotowe.
Wybór padł na lotnisko w Bergamo, bo loty były najtańsze. Na dwa tygodnie przed wylotem znalazłam w Ryanair bilety po 350 zł za osobę w obie strony. W jedną stronę wydrukowałam je dzielnie po dokonaniu odprawy elektronicznej, w drugą - ściągnęłam na apkę mobilną Ryanaira i potem do walleta na telefonie (gdyby internetu nie było albo co). Odprawę powrotną zrobiłam od razu, jak tylko to było możliwe, dzięki czemu w obie strony mieliśmy 4 miejsca obok siebie, bez dodatkowych opłat.

2. Dojazd na lotnisko.
Do Modlina pojechaliśmy autem, które zostawiliśmy na pobliskim parkingu. Za tydzień parkowania zapłaciliśmy 50 zł, a busik parkingowy nas podwiózł w jakieś 7 minut pod sam terminal. W drodze powrotnej zadzwoniliśmy do kierowcy po wylądowaniu i bus podjechał w chwili, w której docieraliśmy na miejsce zbiórki na parkingu pod terminalem. Bilety na Modlinbus w obie strony za jedną osobę kosztują 48 zł. Nas było - przypomnę - czworo. Nie trzeba się uczyć w klasie narodowo-matematycznej, żeby sobie policzyć ;)

3. Kontrola bagażowa.
W Modlinie dość mocno trzepią przy kontroli bagażowej, a konkretnie to domagają się, aby płyny się zmieściły w oddzielnej przezroczystej torebce o pojemności 1 litra. Panowie z obsługi dają te torebki (nie trzeba ich kupować w ustawionych automatach za 2 zł), ale czasami ciężko się zmieścić, gdy ma się więcej niż szampon i mydło. Kremy też podpadają pod płyny. W Bergamo takiej kontroli nie było (w Atenach pół roku temu też nie, nawet w Paryżu 10 dni po zamachach nie zanotowałam aż takiej intensywności).  

4. Kolejka do Ryanaira.
Jak prawdziwi janusze, przybyliśmy na lotnisko za wcześnie (głównie dlatego, że Warszawa w sobotę była pusta, transfer z parkingu okazał się tak sprawny, a kolejki na security nie było żadnej), więc usiedliśmy sobie na krzesełkach w bliskiej odległości od gejta (i "ujścia" kolejki pasażerów). Miejsce w kolejce przed gejtem ma znaczenie o tyle, że osoby z końca kolejki mogą zostać poproszone o pozostawienie bagażu podręcznego przed samolotem i on wtedy leci w luku bagażowym. Jest to bezpłatne, więc nie ma sensu się tym denerwować, o ile poczekanie na bagaż na lotnisku docelowym nie stanowi dla kogoś problemu. Dla nas te potencjalne 20 minut miało znaczenie, bo we Włoszech czekała na nas Barbara z kolacją, a musieliśmy jeszcze wynająć auto i dojechać do Ligurii.

5. Wielkość bagażu.
Rynair ma bardzo konkretne wymogi co do wielkości walizek. Część walizek podręcznych się w nich nie mieści. Rzadko się zdarza, żeby mierzyli przed wejściem do samolotu, ale na wszelki wypadek wzięliśmy tylko te walizki, które można ścisnąć w razie potrzeby i torbę sportową w miejsce tej walizki, która jest szersza i z polietylenu. Tak, to moja śliczna fioletowa walizka została w domu.

5. Wypożyczenie auta.
Udało nam się wynająć samochód (Fiat Panda) w firmie Inter Rent (grupa EuropCar) za 114 EUR na tydzień (jeden kierowca starszy niż 30 lat, ubezpieczenie częściowe, depozyt 900 EUR, odpowiedzialność do 1500/3000 EUR). Cena super, zwłaszcza że wynajmowałam w ostatniej chwili. Oferty sprawdzałam na rentalcars.com, ostatecznie jednak kupiłam bezpośrednio na stronie Inter Rent (bo bezpośrednio jest zazwyczaj odrobinę taniej niż w agregatorach, acz czasami bywa też na odwrót). Ta firma nie jest wśród najlepszych (i najmniej kłopotliwych) firm wynajmujących, ale też nie jest wśród firm, które lubią naciągać swoich klientów na naprawy za drobne ryski na karoserii. A za to się chyba najczęściej płaci w tych najtańszych firmach. Wynajem taniutki, ubezpiecznie częściowe (bo pełne podwaja koszt wynajmu), a potem w chwili oddania auta, okazuje się, że jest jakaś ryska na dwóch elementach i trzeba zapłacić 500 EUR. Pobierają sobie z karty kredytowej, gdzie wcześniej zablokowali depozyt, i ciężko się bardzo walczy z takim procederem, zwłaszcza, że koszt ewentualnego biegłego do oszacowania rzeczywistej wartości takiej szkody, jest po stronie klienta. (unikać: nolleggiare, goldcar, rhodium)
Dlatego pan z Inter Rentu dziwnie się na mnie spojrzał, gdy poprosiłam go o sprawdzenie samochodu PRZED odebraniem od niego kluczy. Normalni klienci mówią zapewne dzień dobry, biorą klucze i jadą. My sprawdzaliśmy każdy element karoserii pod światłem latarek w naszych telefonach (była już 21h) i wykryliśmy kilka rysek, drobne wgniecenie i odprysk na przedniej szybie. Pan przyznał, że ten odprysk byłby wart najwięcej, jakieś 300 EUR. Zaznaczył wszystko w protokole i pojechaliśmy. Zapewniał nas jednak, że małe ryski się nie liczą.
Aha, Fiat Panda jest bardzo pojemnym i miłym autem, o ile troje z czterech pasażerów nie ma ponad 180 cm wzrostu. Wtedy się robi bardziej kłopotliwą dla nóg przestrzenią. W bagażniku zmieściliśmy bez problemu nasze trzy walizki i torbę. I jakieś mniejsze torebki też. Silniczek to to ma niewielki, więc w górach było powoli, ale na płaskiej autostradzie się ładnie rozpędzał. Do przepisowych 130 km/h (+ pamiętać, że na autostradzie obowiązkowo włączone światła mijania).

6. Paliwo.
Standardową procedurą w kwestii paliwa przy wypożyczeniu auta jest obecnie "full to full", czyli dostajesz pełen bak i oddajesz pełen bak. Dopytaliśmy się, gdzie jest najbliższa stacja benzynowa, jakieś 5 km od lotniska. Ostatecznie zatankowaliśmy na innej, w centrum Bergamo, i przeżyliśmy nieprzyjemny stresik. We Włoszech najpierw płacisz za benzynę (wybierając, czy chcesz za 5 EUR, za 20 EUR, czy do pełna), a potem tankujesz. Na tej stacji nie działał automat do wybierania kwoty, ale wyświetlało informację, żeby spróbować zatankować tak czy siak. Spróbowaliśmy i napełniliśmy bak, a gdy przyszło do płacenia, to okazało się, że wprawdzie potwierdzenie płatności jest na 31 EUR, ale z konta zniknęło ponad 70 EUR. A nie było komu zrobić afery, bo to była stacja samoobsługowa, z dojezdnym panem monitorującym. W pobliskim barze byli nieco zdziwieni, a pan miał koszulkę z Hard Rock Cafe Warsaw, więc wziął od nas dane i obiecał przekazać obsłudze, gdy się pojawi. Nikt nie zadzwonił, ale gdy dojechaliśmy na lotnisko okazało się, że pobranie zostało cofnięte, zrobiła się blokada na 70 EUR, i druga blokada na -70 EUR, a pobrali tyle, ile trzeba, acz jeszcze tego nie widać na koncie. Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym nie miała tego internetu w telefonie i aplikacji bankowej, to bym być może nawet nie zauważyła zniknięcia tej kasy. Aczkolwiek w sumie sprawdzałam głównie dlatego, że automat na stacji mówił do mnie brzydkie rzeczy, że 31 EUR i że 70 EUR i że cholera wie, co Ty z moją kasą zrobisz.
A tak poza tym, to większość stacji benzynowych jest otwarta w godzinach roboczych, a w sobotę do południa. Na autostradach rzecz jasna non stop.

7. Mieszkanie
Apartament znaleźliśmy na Booking.com, wyszło taniej niż to samo miejsce na Airbnb.com, prawdopodobnie ze względu na dodatkową opłatę serwisową tego ostatniego. Korespondencja z panią gospodynią bezproblemowa jeszcze przed wyjazdem, ale uczciwie ostrzegam, że po włosku. Z angielskim jest tam tak sobie, szczególnie poza turystycznymi szlakami. Za tydzień dla 4 osób (dwie sypialnie, kuchnia z jadalnią, pokój dzienny, łazienka, ręczniki, pościel, miejsce na auto, dostęp do basenu w domu gospodarzy, podstawowe śniadanie w postaci sucharków, masła, dżemów, miodu, kawy, cukru, płatków, mleka, itd) zapłaciliśmy 420 EUR.

8. Jedzenie
Pierwszego dnia po przyjeździe pojechaliśmy do hipermarketu Iper i zrobiliśmy wielkie zakupy. Prawdopodobnie można było taniej, ale kupiliśmy to wszystko, czego u nas nie ma, a czego chcieliśmy spróbować - sery, sery i jeszcze raz sery, wędliny i szynki, makarony, pesto i inne sosy, wina i limoncello, słodycze i słonycze, owoce przeróżne i warzywa też. W pizzerii zostawiliśmy ok. 60 EUR każdorazowo (4 pizze, napoje, wino domowe, kawy i incydentalne desery). Za foccacie dla czworga w wersji de luxe wychodziło kilkanaście euro. Kawa oczywiście za 1 EUR (to chyba jedyna stała cena niezależnie od miejsca ;). Ale ta kawa to naparstek, prawdziwe espresso. Jak poprosiłam raz o americano, to dostałam dzbaneczek wrzątku, żebym sobie dolała samodzielnie. Dla pani to pewnie było nie do pomyślenia.
Nie zjedliśmy włoskich lodów ani makaronu na mieście. Owoców morza też nie. Głównie dlatego, że byliśmy jednak bardziej na wsi i w górach, a do morza było kilkadziesiąt kilometrów.

9.  Wymiana pieniędzy.
Skorzystałam z rad otrzymanych od znajomych i założyłam konto w EUR w mBanku. Konto jest darmowe, wypłaty z bankomatów zagranicą są darmowe, karta do konta kosztuje 30 zł rocznie. Działa to tak, że kupujesz w mKantorze (aplikacja dostępna w ramach konta internetowego) eurasy po całkiem niezłym kursie, system Ci pobiera odpowiednią kwotę z konta złotówkowego i natychmiast te pieniądze się pojawiają na koncie EUR. Ponieważ mam aplikację w telefonie, to na bieżąco sobie uzupełniałam konto eurowe. I wszędzie płaciłam kartą, bez żadnych dodatkowych prowizji albo kosztów przewalutowania po nieprzyjaznym kursie międzybankowym. A założenie konta prościutkie, kilka kliknięć i po 5 dniach roboczych karta przyszła do mnie pocztą. (Jakbyście też zakładali, to chyba tam można podać, kto Was do tego namówił ;)

10. Genua.
W Genui poszliśmy do Akwarium. Podobno największe w Europie, na pewno bardzo drogie (25 EUR od twarzy) i bez dwóch zdań warte swojej ceny. Spędziliśmy tam ze 3 godziny, a moglibyśmy dłużej, gdyby nie to, że parking nam cykał (1,8 EUR za godzinę na parkingu przy centrum handlowym w Starym Porcie), a kręgosłup bolał od tempa muzealnego. Czy Wy też tak macie, że bez problemu możecie iść szybko i daleko, ale gdy zaczynacie się przemieszczać w tempie ekspozycyjnym, to za chwilę boli Was kręgosłup lędźwiowy?
Poszliśmy też na wystawę Alfonsa Muchy w Palazzo Ducale. Bilet łączny (15 EUR) dał nam dostęp do kilku wystaw fotografii i wejście na wieżę, w której przetrzymywani byli więźniowie.
Przeszliśmy się Via Garibaldi, wzdłuż której stoją pałace zbudowane w XVI wieku, niektóre dostępne do zwiedzania.
Połaziliśmy wreszcie pod starówce i weszliśmy do katedry, a potem wróciliśmy do dzielnie zaparkowanego auta w strefie bezpłatnej, tuż za dworcem. Nie do końca wiemy, jak to możliwe, że parkowanie było tam darmowe, bo kilkaset metrów bliżej starówki było po 2,5 EUR za godzinę, a kilkaset metrów dalej po 1,5 EUR, ale przypadkiem nam się udało znaleźć miejsce dokładnie tutaj.

11. Internet.
Chcieliśmy kupić lokalną kartę SIM (były jakieś opcje za 20-30 EUR za 5 GB, bodajże w TIM albo w Vodafone), ale przylecieliśmy za późno, tuż przed długim weekendem, więc ostatecznie uruchomiłam polski pakiet roamingu internetowegp w Njumobile, 50 zł za 1 GB do wykorzystania w 30 dni. Prędkość internetu była bardzo słaba, bo siedzieliśmy na wsi, przy tetherowaniu jeszcze słabsza (jedno łącze dla czworga), ale jednak wystarczało, żeby opublikować zdjęcie na instagramie albo pokłócić się w internetach. I żeby stwierdzić, że pociągiem do Cinque terre nam się nie chce, bo nie dość, że 2,5 godziny w jedną stronę, to jeszcze chcą 25 EUR za osobę. A samochodem daleko i męcząco. I zapewne nie uda się zaparkować.
Zużyłam połowę, resztę internetu wezmę ze sobą na Eurobike pod koniec miesiąca.

Mam niejasne wrażenie, że gdybym próbowała zaplanować ten urlop trochę wcześniej, to bym spędziła masę czasu na szukaniu najlepszych opcji i najciekawszych dróg zwiedzania, a ostatecznie i tak byśmy spędzili połowę czasu nad basenem z kieliszkiem wina w ręku. Już wiem, że gdy mam tylko tydzień do dyspozycji, to nie ma sensu lecieć, pędzić z wywieszonym językiem i zaliczać kolejne dobra kultury i sztuki. Czasami trzeba po prostu sobie pospać do południa i obudzić się od dźwięku pierwszego przejeżdżającego pod domem samochodu.

A potem przewrócić się na drugi bok.







 





 


















sobota, 13 sierpnia 2016

271. Zapalenie zatok, SHAVER, dr Norbert Górski i ja.

O siedemnastej we wtorek straciłam węch.

Wprawdzie to nie był wtorek, i na pewno nie siedemnasta, ale Radek mi powiedział, żebym w ten sposób zaczęła, to będzie bardziej kafkowsko. A ja mu wierzę, w końcu to narzeczony.

Tak naprawdę to straciłam węch jakieś 10 lat temu, gdy pracowałam na 29tym piętrze pewnego warszawskiego wieżowca i w przerwie obiadowej chodziłam popływać do pobliskiego hotelu. Pośpiech, woda, podmuchy wiatru, mokre włosy i klimatyzacja to najprostsza recepta na zapalenie zatok. Dodajmy do tego moją ówczesną dezynwolturę w temacie zdrowia i efekt był murowany. A raczej zatoki. Zamurowane na fest. A konkretnie to ta lewa. Węch jakiś tam pozostał, ale mocno ograniczony. Z czasem straciłam zresztą też słuch, bo lewe ucho zaczęło syczeć i skrzeczeć, jak stara baba na bazarze. 

Po jakichś 5 latach zatkanego nosa i nawracającego bólu zatok wybrałam się do pani laryngolog i dowiedziałam się, że zatoka jest zatkana i należy ją zoperować. Ale przez nos będzie prawdopodobnie niedokładnie, za to przez szczękę może się nie udać, bo mi zęby zaczną wypadać. Czy jakoś tak. Trochę żałuję, że posłuchałam wtedy tej miłej pani doktor i nie skonsultowałam tego z kimś innym, bo może zaoszczędziłabym sobie kilka lat niewydolności i niedotlenienia.  

Trzeba było kolejnych 5 lat i wielu całkiem bolesnych zapaleń zatok ("czy możesz podnieść ten papierek za mnie? nie mogę się schylać."), a także uświadomienia sobie, jak to moje niedotlenienie wpływa na możliwość uprawiania sportu, żebym wreszcie się wybrała do sensownego lekarza i ponownie się zajęła tym, czym tłumaczyłam wszystkie swoje niemożności. ("nie no, ja nie jestem w stanie więcej z siebie dać, MAM ZATKANĄ ZATOKĘ.) 

Ale zaraz moment. Jeszcze zanim dotarłam do Kliniki Szyi i Głowy (fajna nazwa, nie?) był rezonans magnetyczny zupełnie gdzie indziej na okoliczność jakichś dziwnych zmian w moim mózgu. To był drugi rezonans, bo pierwszy, zrobiony z pół roku wcześniej w trakcie badań naukowych, okazał się niepełny i nie pozwalał stwierdzić jednoznacznie, czy już bardzo umieram, czy tylko trochę, czy też może te dziwne ślady są oznaką obcych kultur w mojej głowie i należy mnie zamknąć w szpitalu dla psychicznie chorych. Albo w zakaźnym. Przy czym na badania naukowe zgłosiłam się sama, bo kolega koleżanki szukał chętnych, a ja uwielbiam takie śmieszne historie, zamknęli mnie w tej wielkiej maszynie, dudniło gorzej niż w najgłośniejszym dubstepie, pokazywali mi obrazki i musiałam naciskać odpowiednie guziczki. 

A ponieważ z logiki miałam trójkę z plusem, to pozwolę sobie teraz zauważyć, że jeśli nie chcesz operować sobie zatok, to lepiej nie zgłaszaj się jako ochotnik do badań naukowych. A jeśli jednak chcesz, to istnieją nieco szybsze metody i mogę Ci o nich opowiedzieć. Serio serio. 

Tymczasem wróćmy do mojego rezonansu. Przeleżałam wówczas godzinę w afroamerykańskiej ciemności i lekko dramatycznym hałasie (jeden z rytmów mi przypominał wstęp do piosenki Muse, kto zgadnie do której?), przemyślałam całe swoje życie, i bezpośrednio po wypuszczeniu dowiedziałam się, że to jednak nie jest żadna obca kultura, tylko taka uroda mózgu. Szlaczków i kwiatuszków mu się zachciało, to wyrysował. 

- Ale zatokę szczękową to ma Pani kompletnie zawaloną. - stwierdził pan nadzorujący badanie. 
- Wiem, wiem, od 10 lat już taka jest. 
- To może już czas coś z tym zrobić? 

No to zrobiłam. 

O siedemnastej w środę postanowiłam odzyskać węch.  

A u mnie tak często bywa, że na pierwszy krok trzeba poczekać 10 lat, ale jak już go w końcu zrobię, to nie mogę przestać iść do przodu, czy nawet biec, aż osiągnę cel. Co mi przypomina, że wiszę Wam historię o tym, że właśnie zmieniam pracę i że się zaręczyłam, ale to już będzie kiedy indziej, bo dzisiaj przyszłam napisać o zatoce. I o Doktorze Górskim. (zatoka, góra, he he he, wiem, nie wolno się śmiać z nazwisk, ale to silniejsze ode mnie). 

Doktor Norbert Górski jest otolaryngologiem i chirurgiem z Kliniki Głowy i Szyi Optimum. Poznaliśmy się rzeczywiście w środę wieczorem, a dobę później już leżałam na jego stole operacyjnym. To była szybka randka. Trudno powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony tym przyspieszeniem - zakładam, że najbardziej zdziwiony był ten mój biedny polip choanalny (R się bardzo śmiał z tego słowa, mam wyjątkowo dojrzałego narzeczonego), który miał podobno wielkość jajka i który rękami doktora został zesłany do świata wiecznych polipów. 

Ale nie uprzedzajmy faktów. Póki co jestem w gabinecie pana Doktora. Siedzę na fotelu, mam wszystko w nosie, a konkretnie to kamerkę, i jednym okiem widzę na ekranie, że moja zatoka szczękowa mnie bardzo prosi o litość i skutecznego czyściciela. A Pan Doktor mi wyjaśnia to wszystko, czego nie zdążyłam jeszcze przeczytać w internecie. 

- Wie Pani, ja bardzo lubię, gdy pacjenci googlają o swojej chorobie - powie za chwilę, gdy już uwolni mnie od kamerki, a mnie z tego wrażenia będzie się wydawało, że się przesłyszałam, gdyż przecież lekarze nienawidzą doktora gugla. - Dzięki temu wiem, że pacjent przyjdzie przygotowany i mniej się będzie bał. Każdemu daję swój adres mailowy i w okresie przed operacją każę zadawać pytania. Bo to ja jestem tym profesjonalnym elementem weryfikującym. Więc im więcej pacjent czyta, tym łatwiej mu będzie wyjaśnić, co się z nim będzie działo. Moją rolą jest mu powiedzieć, co z tego, co przeczytał, jest prawdą. Pacjent świadomy jest pacjentem nieawanturującym się ;), proszę mi uwierzyć. 

A potem nagle okazało się, że w Klinice mają wolny termin na operację następnego dnia. I niech mi ktoś kiedyś spróbuje wmówić, że mam problem z podejmowaniem decyzji. Dopytałam Doktora o rozmaite efekty uboczne (głównie o te pozytywne, przed operacją nie należy się wszak denerwować), on mi opowiedział, jak będzie wyglądał zabieg i jaką metodą będzie wykonany i pochwalił się, że mają dobrą narkozę i że jeszcze tego samego dnia mnie wypuszczą, a na twarzy nie będę miała żadnych siniaków. 

Uwierzyłam mu, przeliczyłam budżet i zaczęliśmy działać. Bo do zabiegu trzeba się przygotować. Najpierw konsultacja endokrynologiczna, bo przecież Hashimoto. Potem badania krwi i różne inne, bo to podstawa. Z Kliniki wyszłam późno i totalnie oszołomiona. Trochę jakbym przyszła do sklepu po kredki, a wyszła z wymarzonym rocznym abonamentem na lekcje malarstwa i rzeźby. 

Ogarnęłam sprawy osobiste (- Kochanie, czy możesz mnie odebrać ze szpitala wieczorem? - ŻE CO?), zawodowe (- Szefie, muszę wyjść chwilę wcześniej dzisiaj, bo idę się zoperować. - Ale jak to? - Spokojnie, jutro będę w pracy) i formalne (- Pani Aneto, czy wyniki badań już doszły do Kliniki i czy wszystko z nimi w porządku?). Dowiedziałam się, że nie muszę brać ani szczoteczki do zębów, ani ręczniczka, bo wypuszczą mnie po kilku godzinach. Wałówy też nie, bo przed operacją nie wolno, a po niej coś dostanę. Zastanawiałam się, czy powinnam zmyć lakier z paznokci (poprzednim razem, gdy mnie usypiali, tak właśnie było), ale uznałam, że najwyżej mi dadzą zmywacz i pięć minut. Nie dali. Najwyraźniej nie było takiej potrzeby. 

W Klinice się zalogowałam ok. 16.30. Podpisałam co trzeba, porozmawiałam z panią anestezjolog, pocierpiałam z głodu i pragnienia i ok. 17.00 dostałam zielony fizelinowy strój ufoludka. Grzecznie spytałam, czy mogę zrobić zdjęcie sali operacyjnej jeszcze zanim mnie podłączą pod aparaturę, bo potem mogę być nieco nieprzytomni kielce. Z 5 osób się kręciło wokół mnie, całkiem to przyjemne było, w takich chwilach zdaję sobie sprawę, że minęłam się z epoką i powołaniem. Kazali mi opowiadać o pracy, więc im powiedziałam, że właśnie zmieniam, i że zamie...

I wtedy zgasło światło. 

W czasie gdy ja płynęłam nad przestworzem oceanu, pan Doktor, niczym fachowy czyściciel, zakasał rękawy, założył rękawiczki, coby śladów nie zostawiać, wziął do ręki broń, odbezpieczył ją, ustawił odpowiedni tor i nacisnął na spust. A tak konkretnie to użył nowoczesnego urządzenia, które ma wiele mówiącą nazwę SHAVER i jest takim odkurzaczem z niewielkim ostrzem na końcu. Najpierw wyciął polipa, potem wyczyścił zatokę ze wszelkich zmian zapalnych. SHAVER - wedle słów Doktora - powoduje bardzo ograniczone uszkodzenie błony śluzowej, jest praktycznie nieinwazyjny i znacząco poprawia precyzję operacji. O ile oczywiście jest używany przez specjalistę, bo w niewprawnych rękach może być dość niebezpieczny. 
- To taki karcher do zatok, Pani Mario, z wirującym nożem na końcu - opowiedział mi potem, gdy próbowałam zrozumieć, jak mi te zatoki wyczyścili. 

Czyściłabym. 

Przebudzenie było dość krępujące. Kiedy Pan Doktor dał znać ekipie, że można już kończyć, został zamknięty dopływ leków anestezjologicznych (o nich powinnam napisać oddzielnie, dość powiedzieć, że trochę rozumiem Michaela Jacksona, że się uzależnił), a że one się szybko metabolizują, to zaraz przestały działać usypiająco. Pani anestezjolog poczekała, aż się obudzę i zacznę oddychać samodzielnie. Wtedy wyjęła mi rurkę z intubacji i sprawdziła, czy jest ze mną kontakt słowno-logiczny. Następnie zostałam uruchomiona, samodzielnie przeturlałam się ze stołu operacyjnego na wózek i zostałam odwieziona na salę pooperacyjną. 

A jak to wyglądało z mojej strony? 
Spałam sobie w najlepsze, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że te głosy są naprawdę i że to nie jest sen, za to ktoś mi intensywnie grzebie w nosie i jest to mocno nieprzyjemne. I że oddychać za bardzo nie mogę. A już na pewno nie jestem w stanie ich ostrzec, że się przebudziłam. Więc pewnie zaraz umrę. I nie mogę się ruszać. Noga nie działa. Palce też nie chcą się ruszyć. Głosu wydać nie mogę, bo mam rurę w ustach. Przez krótki moment (pewnie kilka sekund, a miałam wrażenie, że co najmniej dwa lata) odczuwałam to, co spotyka ludzi kompletnie sparaliżowanych, zamkniętych we własnym ciele. Na szczęście zaraz głowa drgnęła i już mogłam dać znać, że nie śpię i że jak mi zaraz nie wyjmą tego świństwa z gardła, to będę musiała ich zabić. Wyjęli. A ja ich prawie wyściskałam, bo załączył mi się ponarkozowy stan euforyczny i radość moja była wielka.  

Była 18.00. Narkoza trwała 45 minut, przy czym sam zabieg jakieś 7 minut, reszta to była kontrola i sprawdzanie pod endoskopem. 

A zatem o osiemnastej w czwartek węch odzyskałam.

Cywińska 5 minut po przebudzeniu. 

Tu jeszcze przed imprezą. Po minie wcale nie widać, że się boję. WCALE. 

Tak wygląda sala operacyjna, gdy nie ma zabiegu. 


A tak wygląda tuż przed tym, jak pan Doktor wziął broń w swoje ręce. 
Założyłam tłumik. W szpitalu nie należy się głośno zachowywać. 

Ta maszyna pikała. Jak w serialach. 
A to jest SHAVER. Ten u dołu. 

A to pan Doktor Norbert Górski.
Mówi, że nie trzeba się go bać.




Notka powstała we współpracy z Kliniką Głowy i Szyi Optimum w Warszawie. 

wtorek, 9 sierpnia 2016

271. My first 7 jobs

Tym razem sympatyczny łańcuszek.
‪#‎myfirst7jobs‬
0) W Szwajcarii (w kantonie fryburskim) jest taki zwyczaj, że 1 maja dzieci chodzą od domu do domu i śpiewają piosenki w zamian za drobne pieniądze. Swoją pierwszą kasę ever zarobiłam więc pewnie jako 6-latka. Z rodzeństwem. Grzecznie pytałam ludzi, czy wolą po polsku czy po francusku. Najlepiej mi wychodziło "O mój rozmarynie" i inne polskie wojskowe, a "Czerwony pas" był dość niewygodny, bo się ciężko go śpiewa w indywidualnym a capella. 

1) Kolejne większe pieniądze wpadły chyba już we Francji. Z 12 lat miałam, ojcu trzeba było przetłumaczyć jakieś 30 stron o europejskości na francuski. Obawiam się, że jakości w tym nie było żadnej, ale hajs się zgadzał, a ojciec mógł dalej przekazać tekst do fachowej redakcji. 

2) Od 13 roku życia opiekowałam się cudzymi dziećmi. Często gęsto, wieczorami i zazwyczaj z informacją, że mogę korzystać z lodówki, co było bardzo istotnym bonusem, bo na początku lat 90-tych w domu się mocno nie przelewało. Najlepszą stałą fuchę miałam na samym początku studiów, tuż przed własną ciążą. Byłam wieczorową opiekunką w bardzo francuskim domu na Mokotowie. Przychodziłam, gdy dzieci były już gotowe do snu, kładłam je spać, przez cały wieczór oglądałam francuską telewizję satelitarną, od 22h miałam wyższą stawkę, a w nocy pan domu mnie odwoził swoim wypasionym autem, żebym bezpiecznie wróciła do siebie. 

3) W 1 klasie liceum roznosiłam katalogi reklamowe po Woli (okolice ul. Kolejowej). Płacili mi od uzyskanej pieczątki. Nanosiłam się, bo te katalogi były z grubego papieru. Taki spam w czasach przedinternetowych.

4) Korepetycje z francuskiego. Nie pamiętam, kiedy były pierwsze za pieniądze, za to pamiętam, gdy jakoś na studiach uczyłam 3 dziewczyny z tej samej klasy maturalnej. Każdą osobno, i każdą inaczej, bo każda miała kompletnie inny sposób przyjmowania wiedzy. 

5) Już na początku liceum zaangażowałam się w duszpasterstwo akademickie i śpiewałam w zespole na mszach akademickich. Całkiem fajnie nam to wychodziło, więc nieraz ktoś nas zapraszał do śpiewania na swoim ślubie. Kasa była do podziału na wszystkich, jakieś drobne kwoty, a przyjemność z tego ogromna. 

6) Ankiety dla Demoskopu. Pierwszy rok studiów. Miałam metryczkę jakoś totalnie niewykonalną, typu kobieta lat 30, wykształcenie zawodowe na Filtrach. Chodziłam po domach, dzwoniłam do mieszkań i szukałam tej kobiety. Nie pamiętam, czy w końcu skłamałam i wypytałam panią nieco starszą, czy jednak ją jakoś znalazłam. 

7) O, i jeszcze statystką byłam w filmie "Pora na Czarownice". W 1993 r. Stałam pod jakimś budynkiem na Pradze, kilka dobrych godzin to trwało, i skandowałam, że się z czymś nie zgadzam.
Najwyraźniej nie zgadzałam się całkiem wiarygodnie, bo mnie widać w filmie przez kilka ułamków sekundy.

Pewnie coś tam jeszcze było, ale ja już stara, pamięć nie ta. A tych doświadczeń wszak nigdy nie wpisywałam do CV. 

(post przeklejony z mojego prywatnego facebooka

Zdjęcie zrobione w 2016 r. w Marly, FR, Szwajcaria,
na osiedlu, na którym zarobiłam pierwsze pieniądze, prawdopodobnie 1 maja 1984 r. 

niedziela, 17 lipca 2016

270. Obywatel ver. 18.0

Tak naprawdę to zbyt wiele Wam napisać nie mogę, bo Z., introwertyk, bardzo dba o swoją prywatność i nie życzy sobie żadnych jubileuszowych wpisów. W knajpie nas zresztą usilnie prosił, żebyśmy niczego nie śpiewali, więc "sto lat" zostało rodzinnie i głośno wymruczone, wszak nie chcieliśmy mu sprawiać przykrości. ;)

Społeczeństwo zyskało dzisiaj 190 cm i prawie 80 kg Obywatela w wersji już całkowicie pełnoletniej, pełnoprawnej i pełnowartościowej.

A matka siedzi z tyłu.

I twierdzi stetryczałym nieco głosem, że potrzeba całej wioski, żeby wychować młodego człowieka, więc w ramach prezentu zebrała po najbliższych i innych ważnych osobach wspomnienia z tych jego osiemnastu lat i w wersji mniej lub bardziej albumowej przekazała je dziś Obywatelowi w wersji 18.0. Kilkadziesiąt tekstów, które okazały się nostalgiczną podróżą również dla mnie.  

Tak, jestem wzruszona, bo dużo na to wskazuje, że udało mi się nie zepsuć tego, co otrzymałam pewnej ciepłej lipcowej nocy w dwudziestym jeszcze wieku i co od tego czasu się kręciło i wierciło wpierw bardzo blisko, a z każdym rokiem odchodziło na coraz dalsze i coraz bardziej samodzielne kręgi.

Ekspertem do spraw rodzicielstwa nie jestem w żadnej mierze, ale jeśli po owocach się poznaje, to przynajmniej jedna sztuka wyszła mi całkiem sensownie. Niektórzy powiedzą, że wymyśliłam sobie ten scenariusz, a głównego bohatera mam kompletnie niewiarygodnego, bo zbyt idealnego (nie dość, że piękny, to jeszcze mądry ;), inni będą twierdzić, że to błąd systemowy, zdarza się raz na kilkaset lat, ale jest nie do odtworzenia. Ja natomiast mam poczucie, że wiele się od niego nauczyłam i jeszcze sporo dróg przed nami.

Dzisiaj rano usłyszałam, że najważniejsze w byciu dobrym rodzicem to dać wolność, nie zabraniać, ale pokazać konsekwencje.

"Dałaś radę, Mamo".

Obywatel ver. 4.
zdjęcie umieszczone za zgodą zainteresowanego 

czwartek, 14 lipca 2016

269. O sikaniu słów parę

Wracaliśmy ostatnio z któregoś z weekendów i tradycyjnie wylądowaliśmy na stacji benzynowej, co by nogi rozprostować i pęcherz opróżnić. Póki nie byliśmy na diecie, to takie przerwy służyły nam również do nabycia obowiązkowego Bounty roadtripowego dla R. i całej masy innych słodyczy i słonyczy dla mnie (oraz uzależniającej Coli Zero). Ale teraz już nie możemy, co najwyżej orzechy, a one mają chyba najwyższą możliwą marżę, bo przepłacamy co najmniej trzy razy. No ale chciało ci się Cywińska odchudzać, to teraz płać.

Stanęłam w kolejce. Do damskiej, rzecz jasna. Była to pierwsza sensowna stacja po kilometrach korków (tak, wiem, #polskawruinie), więc ludzi całkiem sporo, nawet jeśli akurat na stanie nie było żadnego autokaru i jego okupantów.

Do damskiej 8 osób, w tym dwie matki z mocno nieletnią progeniturą. Do męskiej oczywiście nikogo. Poczekałam chwilę i już zamierzałam wybrać męską, bo przecież kabiny i tak są zamykane od wewnątrz, niezależnie od tego, w której toalecie sikam, ale akurat drzwi się otworzyły, wyszedł jakiś pan i zauważyłam centralnie ustawiony pisuar, tuż obok umywalki.

Wyobraziłam więc sobie, że wchodzę, robię swoje, wychodzę z kabiny, a tam jakiś facet z fajfusem akurat zacznie oddawać mocz do pisuara i moje najście go zestresuje. Nie chciałabym mieć na sumieniu nikogo, a problemy z prostatą są podobno nieprzyjemne. Odpuściłam. Już tylko jedna laska była przede mną, miałam jeszcze odrobinę zapasu czasowego w przewodzie moczowym.

A potem przypomniało mi się, że w niektórych krajach coraz częściej nie oddziela się męskich kibli od damskich, z różnych względów, również praktycznych, choć najbardziej do mnie przemawia wyjaśnienie, że chodzi o szacunek dla osób, które nie określają swojej płci w sposób jednoznaczny, i pomyślałam sobie, że bardzo bym chciała, żeby i u nas były po prostu dwie kabiny, bez żadnego rozdzielania na lepszych i gorszych, ludzi z cipą i ludzi z penisem, tych liczniejszych i tych mniej licznych.

Bo wiadomo, że na większości imprez kolejka do damskiej toalety jest kilka razy dłuższa niż do męskiej (och, jak mi było dobrze na targach rowerowych, pod nosem się delikatnie śmiałam z biednych nieprzyzwyczajonych panów i ich pęcherzy), i wiadomo, że panom łatwiej oddać mocz w wersji outdoorowej, gdyż w tym celu nie muszą pokazywać pośladków i trochę łatwiej im sikać tak, aby butów nie zamoczyć (acz tutaj można polemizować, wiem).

Więc ten, ja mam taki postulat. Czy moglibyśmy zamienić wszystkie trójkąciki, kółka i serduszka na zwyczajny napis WC i pisuary umieszczać tak, aby korzystanie z nich nie wymagało nadmiernej odwagi cywilnej ze strony panów? (tak sobie myślę, że to w sumie musi być mało przyjemne, takie sikanie, gdy inny człowiek na ciebie patrzy, albo przechodzi ci za plecami, i to chyba bez znaczenia, czy tym innym człowiekiem jest facet czy kobieta, nie?)

I tak, wiem, że to problem pierwszego świata i wobec aktualnie toczących się w naszym kraju zmian, dobrych i niekoniecznie dobrych, taka kwestia wydaje się nomen omen z dupy, ale z drugiej strony, jeśli my tego świata zmieniać nie będziemy, to oni go za nas zmienią.



czwartek, 23 czerwca 2016

268. Z okazji Dnia Ojca

Po powrocie do Polski miałam niecałe 13 lat. Myślałam po francusku, śniłam po francusku, przyjaźniłam się po francusku i z pewnością zakochiwałam się po francusku. Do polskiej szkoły poszłam jakoś w październiku, gdy okazało się, że Ecole Francaise de Varsovie jest jednak trochę za droga dla moich rodziców, szczególnie, że musieli płacić i za mnie i za moją siostrę.

Polska szkoła mnie szybko wzięła w obroty i wymusiła przestawienie się na język polski. Skłamałabym, gdybym twierdziła, że było łatwo. Błędy mi się zdarzały często, zdarzają mi się zresztą po dziś dzień (mam szczególną trudność z końcówką dopełniacza niektórych rzeczowników, kwadrata czy kwadratu?). Nauczyciele byli dość wyrozumiali, ale też wymagający. Koledzy i koleżanki raczej prześmiewczy, acz na szczęście nie wszyscy. Pamiętam aż za dobrze, jak fajnie się czułam, gdy pani od biologii się śmiała z całą klasą nad moją kartkówką, w której napisałam o produktach zbożnych, a nie zbożowych. Ale umówmy się, początek lat 90-tych to nie był czas dbania o emocje i samopoczucie młodzieży, to była epoka walki o byt, sprzedaży mydła i powidła bezpośrednio z kanadyjek i okres pierwszych poważniejszych biznesów.  

Języka polskiego uczyłam się więc w boju. Czasami nierównym, gdy moja mądralińska dusza nie chciała przyjąć do wiadomości, że to są "ci hipisi", a nie "te hipisy", więc wykłócałam się debilnie, nie mając na podorędziu odpowiedniego słownika, a gdy mi wreszcie udowodniono pomyłkę, nie umiałam się wycofać z raz danego słowa. 

Lekcje historii były dość trudne, bo nie miałam podstaw. Lekcje fizyki i chemii nieprzyjemne, bo brakowało słownictwa. Lekcje matematyki trochę przerażające, bo poziom nauczania był ze dwa lata do przodu. A na WFie się nie sprawdzałam, bo miałam długie nogi, długie ręce i nieszczególnie sprawny system zarządzania tymi czterema kończynami. Najtrudniejsze były chyba jednak lekcje języka polskiego, gdy nie tylko brakowało mi aparatu pojęciowego, ale również całej podbudowy gramatycznej i ortograficznej (na zajęciach z języka) oraz wiedzy historycznej (na zajęciach z literatury). Czytałam wszystko na bieżąco, Krzyżaków, Baczyńskiego i wiersze Mickiewicza, ale nie znałam Konopnickiej i nie wiedziałam, o co chodzi z Dobrą Panią ABC lub Jankiem Muzykantem. Siódmą klasę skończyłam jednak ze średnią 5,0. Nie mam pojęcia, jak to się stało, zakładam, że nauczyciele widzieli wysiłek, więc go nagrodzili dobrą oceną. A może potrafiłam lawirować między wymaganiami bieżącymi, nie pokazując, że mam zaległości jak stąd do Paryża? W ósmej klasie już leciałam na opinii, że pracowita, więc właściwie nie musiałam się uczyć. Bardzo to było wygodne i dość konkretnie niezrozumiałe dla młodej dziewczyny, która przeniosła się z systemu punktów, sprawdzianów cząstkowych, częstych egzaminów zewnętrznych, średnich wyliczanych arytmetycznie i ocen opisowych.  

Dostałam się do Poniatówki, wówczas całkiem wysoko w rankingu. Egzamin był wcześniej, bo klasy autorskie, i nawet jeśli nie wiedziałam, kim był Amundsen, a wiersz Zbigniewa Herberta zanalizowałam bardzo po swojemu, to jakoś mi się udało. 

I wtedy zaczęły się schody. 
Chciałam zbudować swoją pozycję od zera, więc nie dzieliłam się nadmiernie wiedzą na temat swoich deficytów językowych i kulturowych, czy też dodatkowych doświadczeń życiowych. W podstawówce te informacje nie przysporzyły mi przyjaciół, postanowiłam wyciągnąć wnioski. 
Ale w konsekwencji nie mogłam już też liczyć na pobłażliwość i łagodniejsze podejście nauczycieli. Miałam 14 lat i chciałam być jak inni. 

I to chyba wtedy zaczęłam częściej bywać wieczorami w gabinecie Ojca. Przynosiłam mu swoje wypracowania do sprawdzenia. Pierwsza wersja najczęściej lądowała w koszu, bo Ojciec twierdził, że tematu nie zrozumiałam. Druga wersja była bardziej na temat, ale nie bardzo po polsku. Wyciągał z niej kilka akapitów, które można było uratować, przerzucał je na początek albo na koniec i kazał pisać od nowa. Trzecią wersję dostawałam cała pokreśloną. Nie mówił mi, jakie to mają być zdania, ale pokazywał te, które się nie trzymały kupy. Czwartą i piątą wersję mu zazwyczaj podrzucałam koło północy, gdy ręka była już obolała od pisania i rano się dowiadywałam, jaki jest wyrok. A potem pani od polskiego i tak stawiała 3+, bo nie udało mi się wyłapać wszystkich błędów stylistycznych.  Ojciec zapewne je widział, ale przecież nie chciał mnie dociskać butem w ziemię, więc zakładam, że niektóre przepuszczał. 

Pod koniec liceum dyskusję zaczynaliśmy od omówienia tematu. Pamiętam, gdy trzeba było oskarżyć bądź obronić Tomasza Judyma, a Ojciec na mnie naskoczył, że kimże ja jestem, żebym go miała osądzać i przekonał mnie, żebym oceniła postać i jej spójność, a nie człowieka. 
To chyba była moja pierwsza szóstka z pracy pisemnej. Nosiłam ją w sobie przez wiele tygodni. 

Tak, Ojcu zawdzięczam słowa. 

Zawdzięczam mu precyzję wypowiedzi i lekko nerwicowe poszukiwanie właściwego pojęcia, gdy chcę coś wyrazić. Zawdzięczam mu zdolność pisania i formułowania swoich myśli, a także ostrożność w stosowaniu zbyt silnych słów (a już na pewno niechęć do kwantyfikatorów wielkich). Zawdzięczam mu świadomość, że ciężka praca przynosi efekty. I zawdzięczam mu krytyczne podejście do czytanego tekstu oraz poczucie, że wyjście poza schemat, choć bywa ryzykowne, to przynosi dużo satysfakcji. 

I nawet jeśli nasze relacje nigdy nie były proste, a nieraz były bardziej niż szorstkie, to jestem pewna, że moja postać, pozycja i prezencja w internecie są po części jego zasługą. 

Dziękuję Ci, Tato :)