czwartek, 26 listopada 2015

250. Paris, Paris (+ trochę zdjęć)

Tak, teraz już mogę się przyznać, że całkiem porządnie się bałam przed tym wyjazdem. Że samolot nie doleci, że coś niedobrego się wydarzy na miejscu, że jakiś wybuch, atak, zamach, cokolwiek i że nie wrócimy w jednym kawałku. Nie paraliżowało mnie to, ale niewątpliwie duża część mojej pamięci operacyjnej była zajęta stresem.
Żadna przyjemność.

Rzecz jasna nie przyszło mi przez myśl, żeby zrezygnować. Wróć, przeszło. W dniu zamachu mieliśmy jeszcze 5 dni do wylotu i wtedy wydawało mi się, że nie ma sensu się przejmować, bo przecież Paryż jest teraz na pewno najbardziej bezpiecznym miejscem na świecie. I prawdopodobieństwo, że coś nam się przytrafi jest stanowczo niższe niż to, że zginę w wypadku samochodowym. No ale potem zaczęły wpadać informacje o kolejnych planowanych atakach, a dzień przed wylotem była impreza w St Denis, gdzie panowie terroryści się schowali przed planowanym atakiem na dzielnicę La Defense. No cudownie. 

Jechałam w totalnym stresie. 

Na szczęście nie wydarzyło się nic złego. Nic a nic. A od chwili przybycia na miejsce poczułam się już całkiem dobrze. Miałam zresztą wrażenie, że większe zdenerwowanie wyczytywałam w polskich mediach niż widziałam na paryskich ulicach. 

Paryż był wygaszony, to prawda, ale nie był spanikowany. Smutny, ale nie zamarznięty. Lekko przystopowany, ale z pewnością nie dramatycznie przerażony czy też gotów do jakichkolwiek ustępstw. 

Na lotnisku w Beauvais czekaliśmy z 45 minut zanim nas przepuścili przez "zamkniętą granicę". Panowie policjantowie bardzo dokładnie sprawdzali wszystkie paszporty, kartkując strona po stronie. Nikt się nie denerwował. Na ulicy w mieście wojsko, ale nie w jakichś ogromnych ilościach, po trzech panów z długą bronią i palcem gotowym do strzału (nie na spuście, bo tak nie wolno, ale wzdłuż lufy) wokół wszystkich miejsc turystycznych i bardziej publicznych. Pod Notre Dame łazili stadami i w pewnej chwili mieliśmy ich trzech z przodu i trzech z tyłu. Safety first ;)

Dokładnie tydzień po zamachach trafiliśmy na place de la Republique. Dużo ludzi, jeszcze więcej kwiatów i zniczy. Jakiś bit puszczony z głośnika, ktoś skanduje, ktoś skacze, ktoś tańczy, ogólnie jest impreza i nic nie wskazuje na żadną smutną żałobę. Paryżanie się nie poddają. Piszą kartki z hasłami, z listami, z całymi elaboratami, że tak się nie robi. Młody mężczyzna stoi z kartonem, że jest Francuzem, muzułmaninem, Paryżaninem i nie trzeba się go bać. Wystarczy mu zaufać. 

W knajpach życie jak co dzień. Przecież coś trzeba zjeść, gdzieś się spotkać ze znajomymi. Nie zauważyliśmy mniejszego ruchu. W tych lunchowych ekrany włączone na wiadomości, a ludzie filują kątem oka. Pewnie nieco bardziej niż zazwyczaj. W knajpach wieczornych - piwo, świeczki i muzyka. Spotkania towarzyskie i smaczne jedzenie. Napięcia brak. 

Liczba ludzi w rozmaitych przybytkach zauważalnie mniejsza - skrzętnie z tego skorzystaliśmy. Brak kolejek do muzeów jest całkiem przyjemnym skutkiem ubocznym listopada, deszczu i tego, że turyści się przestraszyli. Samolot był w dwóch trzecich pusty w tamtą stronę. Mam jednak nadzieję, że to tylko chwilowe i zaraz biznes zacznie się kręcić w odpowiednim rytmie. Paryżanom już starczy kłopotów. Wydaje mi się też, ale przecież nie mam porównania, że nieco mniej dzieciarni na ulicach. Tej malutkiej, w wózkach z rodzicami, i tej większej szwendającej się tu i ówdzie. Przynajmniej w centrum Paryża. 

Gdy wchodziliśmy na cmentarz Pere-Lachaise, akurat jacyś młodzi poważni ludzie z niego wychodzili. Smutni. Widać było, że wracają z pogrzebu. Miałam wizję, że to znajomi kogoś, kto zginął w zamachu. Rzecz jasna to tylko moja fantazja, ale ich widoczne zamyślenie połączone z umawianiem się, kto z kim jedzie i gdzie się impreza przenosi, było jakoś przedziwnie krzepiące. 
Życie trwa dalej.  

Wszędzie nam sprawdzali torby i plecaki. Nawet przy wejściu do kościoła i nawet przy wejściu do sklepu! I nikt z tym nie miał żadnego problemu. Tak samo zresztą na lotnisku powrotnym, gdy kontrola bagażowa była bardziej szczegółowa, a zbyt powolna kontrola paszportowa opóźniła kilka wylotów. Ktoś tam się denerwował, że jak tak można. Ale nie kwestionował sensu, tylko sposób realizacji. Czemu jest dwóch panów, a nie czterech albo sześciu. Czy nie mogliby nas podzielić na samoloty, żeby wiadomo było, kto powinien tę kontrolę przejść pierwszy. Tak, Francuzi sobie radzą. 

A abstrahując od tych wydarzeń, o ile można od nich abstrahować, to Paryż nas zachwycił. W każdym możliwym miejscu. Nawet wtedy, gdy zgubiłam swój ulubiony kolczyk. I gdy zbiłam ekran z pożyczonego ajfona. I gdy padał zimny deszcz, a w knajpach było drogawo. Złaziliśmy to miasto wzdłuż i wszerz, kapineczkę liznęliśmy różnych jego smaków, zrobiliśmy jakieś 70 km pieszo (wedle krokomierzy) i ze 20 km na rowerach i poczuliśmy, że na pewno tam wrócimy. 

Wszak wieża Eiffle'a nadal niezdobyta. 
A do Sekwany wrzuciliśmy garstkę monet przez lewe ramię. 
Dwa razy. 

Więcej zaklęć nie znałam, ale te powinny starczyć. 

Trocadero, zwróćcie uwagę na naklejkę na znaku. 

Wieża. Miała być trójkolorowa tylko do środy. Poczekała na nas. 

Champs Elysees zwiedzaliśmy na rowerach. 

Stacja benzynowa niedaleko place de la Bastille 

Musee d'Orsay. Piękne. 

Wolności, moja miłości! (metro linii 9)

Place de la Republique, 20 listopada. 

Montmartre. Tuż pod Sacre Coeur. 

Niedaleko Pere-Lachaise. 

Bataclan. Napis na plakacie "nawet nie boli". 

Rysunków od dzieci było bardzo wiele. Tu akurat z 1 klasy. 

Ernest Hemingway, Paris est une fete (dosł: Paryż jest świętem)

Fuck Djihad. 



środa, 18 listopada 2015

249. O ubezpieczeniu, wymianie pieniędzy i przygotowaniach przed wyjazdem

No to lecimy. Jutro.
Do Paryża.

Ponieważ wiadomości w mediach są takie sobie (nawet gdy się czyta ich pełniejsze, francuskie wersje), postanowiliśmy się nieco zabezpieczyć. Przed atakiem terrorystycznym nas to nie uchroni (przed tym chyba nic w tej chwili nie może uchronić poza wyprowadzką gdzieś daleko w głąb lasu), ale w trudnej sytuacji może nam to ułatwić życie, albo naszym bliskim.

Najpierw więc polisa turystyczna. Pierwsze ubezpieczenie "uruchomiłam" sobie na karcie kredytowej VISA, gdy płaciłam za bilety samolotowe. Chciałam jednak kupić jeszcze jedną polisę, z wyższymi kosztami leczenia i lepszym zabezpieczeniem. Wgłębiłam się w ogólne warunki ubezpieczenia (OWU) zwyczajowej polisy turystycznej, którą wykupuję w mBanku i wyczytałam, że szkody powstałe w wyniku wojny, konfliktu zbrojnego i działań wojennych są wyłączone spod ubezpieczenia. Cudownie, prawda? Zrozumiałam, że być może standardowa polisa nie załatwi mi problemu i że należy się tematowi przyjrzeć nieco bliżej.

MBank zasadniczo nie był w stanie mi odpowiedzieć na pytanie, co sądzi na temat wyjazdu do kraju, którego prezydent właśnie ogłosił, że znajduje się w stanie wojny. Pani na infolinii odesłała mnie do BRE Ubezpieczenia. Tam dowiedziałam się, że operatorem jest AXA Polska, gdzie mi powiedziano, że powinnam rozmawiać z AXA TUiR. W tym ostatnim telefon nie odpowiadał ;) Zadzwoniłam ponownie do mBanku i tym razem trafiłam na bardzo pewnego siebie konsultanta. "Nie, nie ma konfliktu zbrojnego w Paryżu, proszę Pani. Francja jest w stanie wojny, ale ta wojna toczy się w Syrii, a nie we Francji, więc ubezpieczenie działa." Czy mogę to dostać na piśmie? "Może Pani sobie wydrukować OWU dostępne na stronie www".

No jakoś mnie nie przekonał.

Przeczytałam wtedy interesujący tekst Reginy Skibińskiej i zrozumiałam, że to w ogóle skomplikowana opcja, zwłaszcza, że Francja nie była dotychczas uznawana za niebezpieczny kierunek. Odezwałam się więc do mojego brokera ubezpieczeniowego, który poczynił odpowiednie wyliczenia i zeznał, że za jakieś 250 zł mogę się ubezpieczyć w Warcie (z KL, NNW, OC, transportem zwłok i ubezpieczeniem bagażu) z dodatkową opcją "wojna". Drogo, jak na przedłużony weekend. Trochę taniej w PZU, najtaniej w Generali, ale nadal powyżej stówy.

Czekałam jeszcze na interpretację przepisów z Allianzu, kiedy nadeszła ciekawa odpowiedź od pani z Generali - o ile wyjazd jest turystyczny, to nie muszę wykupywać dodatkowej opcji "akty terroru", więc zmieścimy się w sensownej kwocie 25 zł na osobę, bo mają klauzulę niespodziewanej wojny (i każdy kolejny atak byłby uznany za taki). Warunki nie są być może idealne (bo KL w przypadku tej nagłej wojny tylko do 2000 EUR), ale za to jest transport do Polski w razie Niemca. I transport zwłok też. A to są najbardziej kosztowne pozycje, skoro jestem ubezpieczona.

No właśnie, ubezpieczona. Wyrobiliśmy kartę EKUZ (w oddziale NFZ, na miejscu, kilka minut, można wypełnić odpowiednie upoważnienie dla kogoś, nie trzeba osobiście, karta jest ważna przez pół roku) i na jej podstawie będziemy korzystać ze służby medycznej tak, jak korzystają z niej Francuzi. Czyli wizyty płatne, ale większość kosztu jest zwracana post factum, a szpital bezgotówkowo. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Ubezpieczenia bagażu podręcznego nie wykupiłam, bo w przypadku elektroniki ubezpieczenie obejmuje prawie wyłącznie sytuację rabunkową (gdy jest jakiś kontakt słowny lub fizyczny z rabującym), reszta kradzieży i zniszczeń jest wyłączona spod ubezpieczenia. A ja ze złodziejem gadać nie będę.

Z innych spraw, które warto zrobić przed długim wyjazdem albo średnio bezpieczną wycieczką, to spisać swoje wszystkie hasła i kody dostępu, a także posiadane konta, karty, lokaty, polisy i inne majątki, i przekazać te informacje jednej zaufanej osobie.  Napisać, komu się jest winnym pieniądze, a kto tę kasę wisi nam. I podstawowe numery telefonu. Przygotować takie porządne zabezpieczenie dla naszych bliskich na wypadek nagłej śmierci. Nigdy nie wiadomo, kiedy wpadniemy pod tramwaj, a porządek w dokumentach może naprawdę sporo ułatwić.

Skoro jednak akty terroru, to założyłam też, że mogą się zdarzyć problemy z płatnościami. Cyberatak na banki byłby przecież najwspanialszym sposobem walki z zepsutą zachodnią cywilizacją. Sprawdziłam więc przy okazji swoje karty płatnicze i kredytowe. Obie VISY z mBanku (płatnicza i kredytowa) mają od jakiegoś czasu bardzo wysoką prowizję za przewalutowanie. Za każdą transakcję wykonaną w innej walucie niż PLN płacę 5,9% prowizji. Mastercard jest nieco lepszy, tylko 2 lub 3%, ale ma też trochę gorsze kursy wymiany walut. Poszłam po rozum do głowy i wymieniłam trochę gotówki. Na cały wyjazd nie wystarczy, ale akurat tyle, żebym nie musiała używać VISY.

A po powrocie będę musiała się rozejrzeć za jakimiś lepszymi produktami. Podobno tMobile ma niezłą ofertę bankową. Bo taki powrót w świat XX wieku i w klimaty cinkciarzy i kantorów mnie średnio kręci. Jestem zaawansowanym konsumentem usług finansowych i nie lubię, gdy robią mnie w konia, a tak wysoka prowizja za płatności zagraniczne jest skandalicznie nieopłacalna.

No więc jedziemy. Walizki prawie gotowe, niestety tylko w postaci bagażu podręcznego, więc wszystkie noże zostają w domu (a razem mamy ich całkiem ładną kolekcję). Wydrukowałam bilety, wrzuciłam w chmurę skany dokumentów i na pewno wezmę nieco więcej leków i soczewek jednodniowych.

I wszystko będzie dobrze. Nie widzę tego inaczej :)


Zdjęcie pobrane z serwisu www.flickr.com, autor: Moyan Brenn, licencja: CC BY 2.0

poniedziałek, 16 listopada 2015

248. Ludzie ludziom czyli o uprzejmości.

Ojciec mojego Ojca (rocznik 1884) zwykł mawiać, że najbardziej uprzejmy jest wobec osób, które najmniej szanuje. Nie miałam okazji go poznać, zmarł parę lat przez moimi narodzinami. Był podobno bardzo porządnym i do bólu konsekwentnym człowiekiem, a do tego legalistą. Bardzo kochał swoją drugą żonę, moją Babcię. I swojego młodszego syna też.

Dopiero niedawno zrozumiałam te jego słowa i doszłam do wniosku, że Dziadka postawa i strategia były bardzo słuszne i sensowne, i wcale nie świadczyły o jego słabości. Bo przecież widzę, że jeśli z kimś mi nie jest po drodze, to najlepiej jest zachować chłodny, ale maksymalnie uprzejmy dystans. Dla swojego zdrowia, przede wszystkim, ale dla świętego spokoju również.

Od jakiegoś czasu uważam, że to, że ktoś się zachowuje nie w porządku wobec mnie, nijak nie usprawiedliwia mojego niewłaściwego zachowania wobec tej osoby. I zdarzyło mi się przeprosić kogoś, kto zrobił mi wielkie świństwo za to, co ja mu zrobiłam w akcie swoistej zemsty. Bo po czasie doszłam do wniosku, że taka zemsta nie jest ani dojrzała, ani tym bardziej konstruktywna. I co z tego, że jego zachowanie nadal oceniam bardzo źle, nie mam jednak na nie wpływu. Zmienić można tylko samego siebie. Dlatego przeprosiłam.

Ciężko mi czasami pojąć to, co otaczający mnie ludzie potrafią zrobić sobie nawzajem. A już w szczególności to, co się dzieje między wykształconymi - wydawać by się mogło - osobami, gdy dyskutują w internecie i w innych obszarach sfery publicznej. I nawet jeśli bezpośrednim bodźcem do napisania tych słów są dla mnie kłótnie na temat sytuacji w Paryżu i jej przyczyn oraz uchodźców, muzułmanów i islamistów (a także homoseksualistów, lewaków i narodowców), to nie piję w tym momencie do żadnych konkretnych wpisów czy też hejtów. Jest to raczej smutna refleksja nad kondycją mojego środowiska, a nie ocena czyjegokolwiek zachowania czy też wyciąganie bardziej ogólnych wniosków.

Ta myśl mnie jednak nachodzi już po raz kolejny i ciągle powraca pytanie: po co? Po co to robić? Czy naprawdę nie ma innego sposobu na udowodnienie własnej wartości niż umniejszenie wartości drugiej osoby? Czy rzeczywiście złośliwy komentarz pod czyimś - być może nieudolnym - postem czy wpisem jest dowodem rzekomej inteligencji i radosnego humoru, czy może jednak niskiego poczucia własnej wartości? Nie chodzi mi nawet o hejt wykonywany za darmo i zgodnie z planem przez rozmaitej maści trolli, ani o komentarze na onecie czy gdziekolwiek indziej, bo to są światy, do których nie chcę wchodzić i o których wolę myśleć w kategoriach zjawisk socjologicznych.

Mam natomiast przed oczami nieprzyjemne słowa, które nazbyt często pojawiają się pod wpisami moich przyjaciół i znajomych, czasami pod moimi własnymi. Ich jedynym chyba celem jest sprawienie przykrości, wyśmianie czy zwyczajne czepianie się dla bawki. Bez konkretnego powodu. Może z zazdrości? Nie wiem. Bo te teksty pochodzą od normalnych ludzi (cokolwiek to znaczy), którzy na imprezie podejdą, rękę podadzą, piwo wypiją jedno, drugie, a może nawet powiedzą coś sympatycznego. Ale za plecami albo z odpowiednią widownią na fejsie wolą dowalić. Widziałam to na żywo, widziałam to na innych, odczułam to na sobie.

Po co? - że tak powtórzę lekko dramatycznie? Po chuj? Że tak się wyrażę dobitniej.

Więc tak siedzę, czytam internety i zastanawiam się, czy można coś z tym zrobić, czy może jednak dopadła mnie zwykła czysta polska nienawiść międzyludzka, która jest rdzeniem naszej tożsamości narodowej i której wykorzenienie byłoby niezgodne z konstytucją w jej obecnym i przyszłym brzmieniu.

Bo ja tak nie lubię. Chciałabym być uprzejma nawet wtedy, gdy nie szanuję. Chciałabym mówić do ludzi tak, aby było śmiesznie, a nie złośliwie. Sympatycznie, a nie naiwnie. Szczerze, a nie boleśnie. I to samo dostać w zamian. Mieć na dzień dobry ich kredyt zaufania, a nie defaultową podejrzliwość, że na pewno miałam na myśli coś innego. Chciałabym wiedzieć, że świat da mi to, co dostaję od najbliższych - akceptację, otwartość i zaufanie.

Chciałabym, żeby to o nas mówiono, że jesteśmy mili, nawet wtedy, gdy się wchodzi u nas do sklepu. Że uśmiechamy się na ulicy. Że potrafimy się chwalić sukcesami i nikt tego nie uważa za foyer towarzyskie.  Że fajnie jest do nas przyjechać i z nami posiedzieć, bo jesteśmy ciepli i lubimy się nawzajem i siebie samych też.

Live and let live. Bardzo mi tego brakuje.

W tych ostatnich tygodniach coraz częściej kalibruję klosik na facebooku, czyli jednostronnie żegnam się ze znajomymi, którzy uprawiają aktywną nienawiść wobec innych ludzi. I mam coraz więcej wątpliwości, na czym polega dojrzałość. Czy chodzi o to, żebym wreszcie się dostosowała do mentalności mnie otaczającej - do narzekania, szukania podtekstów i winnych, do zbyt silnego braku tolerancji oraz do codziennej złośliwości, agresji (tej czynnej i tej biernej, bo nikt nas nie nauczył wyrażania złości) i zwyczajnego chamstwa?

Czy może jednak jest sens, żebym tkwiła w przekonaniu, że ludzie są dobrzy, a nawet kiedy nie są, to można być uprzejmym, bo "warto być przyzwoitym"?




Zdjęcie pobrałam z serwisu www.flickr.com, autor: Wayne S. Grazio, zdjęcie: Six Kaibigans 

sobota, 14 listopada 2015

247. Paryż - ça ne se fait pas.

Ile osób, tyle teorii, hipotez i zachowań. Jedni oskarżają religię, gdy inni się modlą o pokój. Jedni mówią, że to skutki wieloletniej polityki, inni, że terroryzm niemający nic wspólnego z migrantami z drugiej połowy dwudziestego wieku. Jedni zwalają na uchodźców i otwarte granice, inni tłumaczą, że uchodźcy też uciekają spod rządów i ataków Państwa Islamskiego. Jedni twierdzą, że "a nie mówiłem", inni, że "to przecież oczywiste". Jedni nie chcą się dać zmanipulować, inni wolą nie ruszać się z domu. Jedni zmieniają zdjęcia profilowe na fejsie, inni się z tego śmieją.

Ja nie myślę nic. Nie mam pojęcia, co jest przyczyną i tym bardziej nie wiem, jak zakończyć tę wojnę. Czuję natomiast empatyczny ból i silne emocje. Jest mi bardzo smutno, że Paryż, kobieta miłosna i elegancka, został tak dzisiaj zraniony.
I bardzo brakuje mi słów.

Bo "ça ne se fait pas" - ta fraza we mnie siedzi od wielu godzin.

A właściwie nie, jednak myślę. O tym, że za parę dni lecimy do Paryża i że mieszają się we mnie wszelkie możliwe uczucia. Jest mi dziwnie i prawie wstyd, że planuję przyjemności, gdy tam się dzieje źle. Jest też we mnie lęk, wiadomo, choć on akurat nie paraliżuje, bo racjonalne argumenty są po naszej stronie. Jednak nie o racjonalność chodzi, a o poczucie nieadekwatności.

Ale nie, nie dam się zastraszyć. Paryż nie został zdobyty. Jest nadal nasz. I na pewno nas przyjmie gościnnie. Pewnie tylko będzie mniej ufny i bardziej zamyślony. Trudno się dziwić.



wtorek, 10 listopada 2015

246. Menu na Święto

Namawiają mnie, żebym zaczęła pisać blog kulinarny, bo ciągle ostatnio na fejsie piszę o gotowaniu. A ja, że nie i nie, bo ani w gotowanie nie umiem, ani nie lubię, a po trzecie to naprawdę są ode mnie lepsi, więc po cholerę wchodzić do zatłoczonego tramwaju, skoro mogę przejść się pieszo.

No ale właśnie zaplanowałam kilka posiłków na dzisiejszy wieczór i jutrzejsze Święto i pomyślałam, że warto zapisać. Skoro jest już we mnie gotowość do zajmowania się kuchnią, to należy ten fakt skrzętnie odnotować i się nim pochwalić. A nuż ktoś inny skorzysta?

Na śniadanie będzie awokado z zapiekanym jajkiem i łososiem wędzonym (jajko wbijamy do wydrążonej dziurki po pestce, łososia tyż, zapiekamy na 180 stopni przez 13 minut, na wierzchu może być jakaś zielenina, ja planuję kapary). Podam pewnie z resztką chleba z ziarnami, który upiekłam dwa dni temu. Wprawdzie nie na zakwasie, a z gotowej mieszanki ziaren, z dodatkiem jajek, ale upiekłam, więc chodzę dumna jak paw.

Jak nam się nie będzie chciało czekać, albo jak będzie za mało, bo mam tylko dwa awokado, a w domu cztery osoby, to zapodamy muesli (własnego zbioru, różne muesli z różnych sklepów, raczej te zdrowe, jedno niezdrowe na pięć zdrowych mniej więcej, wrzucane do wielkiego słoja, 4-5 łyżek na osobę) z mango, gruszką i śliwką, albo bananem, kiwi, czy tym, co się uda kupić w Lidlu. Na to jogurcik. I ewentualnie drobiny czekolady, żeby nie było zbyt eko (akurat mam w domu Milka Oreo, szkoda, żeby się zmarnowała, prawda?).

Na obiad zupa krem z brokułów, cukinii i serka topionego. Gotuję warzywa (cukinię, obraną, dodaję później) w niewielkiej ilości wody, dodaję serek topiony, blenduję blenderem i podaję z grzaneczkami (stary twardy chleb pokrojony w kwadraciki, smażony na oliwie, lekko posolony, acz niekoniecznie)  albo prażoną dynią lub słonecznikiem. Mogą też być prażone orzechy włoskie, ale one schodzą za szybko. I mają za dużo kalorii.

A może wcale nie zupa, tylko polędwiczki drobiowe? Najpierw je rano zaMaryniujemy - musztarda, oliwa, papryka słodka, sól, pieprz, potem je ugrillujemy na patelni grillowej. Jak indyk, to nie za długo. Jak kurczak, to nie za płasko. Podamy z pomidorami zapewne, może do nich ostrą papryczkę (ze słoika z Biedronki), albo domowej roboty kiszonki prosto z Krasnegostawu. O ile jeszcze nie wyszły. Tak po prawdzie to mam jeszcze z 600 g wołowiny mielonej po niedzielnym chilli con carne (wyszło zajebiste), ale dzieci miały dzisiaj zużyć na bolognese, żeby się nie zepsuło.

Na podwieczorek pomyślałam o ciasteczkach z przepisu Dżemili. Najpierw ciasto - szklanka cukru (pół na pół z brązowym), kostka miękkiego masła (ostatnio zmiękczałam na parze), dwie szklanki mąki, jajko, łyżeczka proszku do pieczenia i cukier wanilinowy. Ulepić kulę, wsadzić do lodówki. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Odrywać od ciasta kawałek wielkości orzecha włoskiego, rolować z niego kuleczkę, rozpłaszczać dłonią i przyklejać mmsa z brązowego opakowania. Piec 7-8 minut. Ta ilość starcza na trzy blachy.

Na kolację coś lekkiego, skoro cały dzień jedliśmy. Sałata jakaś? A może grzanki. Mam fajne pieczywko wieloziarniste, do mikrofali (z opcją grilla) na parę minut, na wierzchu ser haloumi (wala się w lodówce), pomidor suszony i odrobinka oliwy, o ile pomidor nie ma swojej własnej. Pięć minut grillowania, a wszyscy zachwyceni. Do tego ser kozi na stole, oliwki, może jeszcze ser bursztyn się gdzieś zapodział w lodówce.

I kieliszek wina. Białego, wiadomo.

Nie mogłabym tak codziennie, ale przecież jutro jest radosne święto, którego nie pozwolę sobie odebrać. Ani pogodzie, ani politykom, ani tym bardziej narodowcom.

Smacznego!



niedziela, 8 listopada 2015

245. Kiedy słowa się nie kleją

No więc walczę z tą swoją blokadą w pisaniu. Trochę to walka nierówna, jak widać, skoro potrafię z siebie wypuścić parę słów raz na parę tygodni, ale o tyle ciekawe doświadczenie, że mogę je trochę poanalizować. Przyjrzeć się temu, co wzmaga blokadę, a co pozwala jej odpuścić. 

O tym, że czasem słowa są nie tylko moje, więc boję się nimi dzielić, napisałam ostatnio

Bardzo ciężko mi się też piszę, gdy wiem, że czytają mnie osoby, które mają dużo lepszą frazę. I nie chodzi tylko o sytuację, gdy tym czytelnikiem jest ktoś mi bardzo bliski (tak, tak, skojarzenia macie słuszne), ale również inni ważni. Stresują mnie, najczęściej kompletnie nieświadomie. Siedzą mi nad głową, szepczą do ucha, że przecież inni potrafią pisać sto razy lepiej, więc gdzie się pchasz kobieto, albo nawet nie szepczą nic, tylko patrzą znaczącym wzrokiem. W wersji ekstremalnej już nawet nie patrzą i, co gorsza, nie czytają. Lekceważą mnie kompletnie, a ja wtedy nie wiem, dla kogo to piszę. 
No więc zanim złapię się na tym, że nie jestem pępkiem świata i nerwica lękowa nie jest mi potrzebna, mija pół życia na niepisaniu. 

Pisanie wymaga wolnej głowy. Przynajmniej u mnie. Nieraz oczywiście siadam nad pustym ekranem i wyrzucam z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, bo coś mnie męczy, denerwuje albo zwyczajnie chcę to sobie spisać, ale te zapiski nijak się nie nadają do publikacji. To nie blog, a dziennik. Pisanie jest wtedy sposobem na ujarzmienie emocji, nie ma w tym ani redakcji, ani dbałości o zdania, ani przede wszystkim dystansu do opisywanych zdarzeń. A chyba nie ma nic gorszego niż niczym nieskalany strumień świadomości. Jeśli więc czegoś nie przetrawiłam, staram się o tym nie pisać. 

Pisanie wymaga czasu. Niektórzy mają swoje rytuały i bez nich nie postawią choćby kropki, a co dopiero słowa. Ja na szczęście rytuałów nie potrzebuję, za to wiem, że najlepiej pisze mi się wieczorem, przed snem, gdy dzień już wybrzmiał, albo z samego rana, zanim ktokolwiek mnie wciągnie w wir rzeczywistości. Wiem też, że musi to być komputer (pisałam wprawdzie na ipadzie w Stanach, ale nie wspominam tego dobrze) i że ciężko mi się pisze w offlajnie. Najchętniej otwarte okienko bloggera albo wordpressa, linki uzupełniane na bieżąco, zdjęcia dostępne na kliknięcie i jedziemy. No ale jak znaleźć ten czas i spokój, gdy cały gryplan ci się nagle przeobraża, bo ujawnili się nowi bohaterowie powieści życiowej, i wieczory już nie wyglądają tak jak kiedyś, na spokojnej kanapie, z kubkiem herbaty? A zatem nie piszę ;) 

Pisanie wymaga pomysłu. Najlepiej świeżego. Rzadko jest tak, że nie wiem, o czym by tu, bo zawsze z tyłu głowy mam ze trzy wątki, które na mnie czekają. Najmądrzejsi zresztą mówią, żeby pisać o czymś, co się zna i lubi, a ja zazwyczaj piszę o sobie - trudno sobie wyobrazić wygodniejszą sytuację ;) Problem w tym, gdy dany obrazek już omówiłam z kim się da i w mojej głowie się wszystko uporządkowało. Takie notki są nudne. Liniowe. Prowadzą od początku do końca i nie dają miejsca na żadną dygresję. A ja wolę mieć ziarno niepewności i poczucie, że słowa same mnie prowadzą. Wtedy jest najciekawiej. Więc nie lubię pisać o czymś, co już obadałam, omówiłam, nazwałam i zamiotłam. Lepiej by było, gdybym miała mało realnych interakcji społecznych i gdybym świat rejestrowała samodzielnie. 

Pisanie wymaga informacji zwrotnej. Pozytywnej, de préférence. Poczucia, że ktoś po drugiej stronie ekranu to przeczyta i jakoś zareaguje. No dobra. Nie wymaga. Niektórzy potrafią pisać w eter, bez czytelnika w tle i nie potrzebują głasków, lajków i komentarzy, żeby budować zdania. Ja nie umiem. Kiedy piszę, mam przed oczami różne twarze. Tych, których znam i tych, których się tylko domyślam. Część z nich jest pozytywnym motywatorem, część jest niezadowolonym cenzorem. Próbuję lawirować między nimi i skupiać się na tych twarzach, które mnie zachęcają do pisania. Ale czasami cenzor ma zbyt racjonalne argumenty i wyjaśnia mi, że tej historii nie powinnam publikować. No to nie publikuję. 

A potem przychodzi taki niedzielny poranek, gdy na zewnątrz śliczna listopadowa pogoda i gdy wszyscy w drodze do lasów, parków i centrów handlowych. Siedzę na kanapie, piję kawę, nikt mi nie przeszkadza, a w głowie spokój i przyjemna twórcza cisza. Dziś mogę pisać. Słowa się układają. I nie przejmuję się tym, co się stanie, gdy puszczę tę notkę. 

Po prawie piętnastu latach blogowania wiem, że blokadę trzeba przeczekać. 

źródło: flickr.com, autor: Victoria Pickering, zdjęcie: Type



czwartek, 5 listopada 2015

244. Odbudować siebie. Stworzyć dom.

Nigdy nie miałam problemów, żeby pisać o sobie.

Wiem, gdzie są granice mojej prywatności i dość precyzyjnie potrafię wyhamować, gdy się zbytnio zbliżam do tego, co uważam za intymne. Być może dla niektórych to, co piszę jest tak zwanym oversharingiem (nadmiernym dzieleniem się) - ja tak nie uważam i nie mam problemu z ujawnianiem informacji do pewnego stopnia osobistych. Prywatność jest wartością mającą dość krótką historię i być może wcale nie powinniśmy jej traktować dogmatycznie. Pisałam już o tym tutaj.  

Czasami jednak moje przemyślenia dotyczą innych, wtedy wybory stają się trudniejsze. Staram się pisać tak, żeby nie wiadomo było, kogo mam na myśli, w razie potrzeby mogę oczywiście spytać zainteresowanych, czy zgadzają się na publikację, najczęściej jednak wybieram bramkę numer trzy - nie piszę nic. 

Powodów jest wiele. Z jednej strony szanuję cudzą prywatność. Najwięcej zastanawiałam się nad tą mojego syna. Teraz już jest dużym człowiekiem i coraz lepiej potrafi zadbać o swój wizerunek. Kiedyś jednak dużo więcej zależało ode mnie i przyznaję, zdarzało mi się przekraczać te granice, na szczęście głównie werbalnie (blogowałam o Obywatelu w wersji 2.11 i kolejnych, a jakże), a dużo rzadziej wizualnie (zdjęcia w większości są już na szczęście nie do odtworzenia). 

To w ogóle ciekawy wątek - na ile mamy prawo do udostępniania wizerunku lub opowieści o naszych dzieciach, gdy one nie mają jeszcze wystarczających narzędzi ani kompetencji, żeby temu zapobiec. Prawo w znaczeniu przepisów i prawo w znaczeniu etyki oraz odpowiedzialności rodzicielskiej. Z ogromnym szacunkiem obserwuję niektórych swoich znajomych, którzy konsekwentnie nie publikują zdjęć ani anegdotek o swoich dzieciach. O naruszaniu prywatności własnych dzieci też już kiedyś pisałam i choć dwa lata minęły, poglądy mi się nie zmieniły. 

A zatem dzisiejsza notka jest trochę o tym, że ciężko jest pisać, gdy słowa, które mnie wypełniają, należą do kogoś innego. Współ-należą. Współ-słowa. Współ-emocje. 

Zapytałam więc. 
Mam zgodę. 
Spróbuję. 

Najprościej będzie powiedzieć, że od kilku tygodni mój dom jest coraz bardziej domem. Ciepłym, przyjemnym i rodzinnym. Takim, w którym pachnie bliskością i więzią, bo znowu ktoś upiekł ciastka albo przygotował obiad dla wszystkich. Takim, gdzie kanapa zawsze czeka na gości. Takim, do którego miło się wraca. 

Nie do końca wiem, jak to się stało. Bo przecież to nie działa w ten sposób, że przychodzisz któregoś dnia po pracy i nagle wszystko się zmienia, z miejsca zaczynasz gotować, sprzątanie sprawia Ci frajdę, a ludzie lgną do Ciebie i Twojej kanapy, bo wypowiedziałaś magiczną formułę "kochajciemnieiprzytulajcie". 

Cofnijmy się zatem do początków. Do pierwszych sesji terapeutycznych kilkanaście lat temu, gdy moje pierwsze małżeństwo legło w gruzach. Do kilkuletnich prób zrozumienia siebie, swoich potrzeb i chęci. Do dalszej pracy nad sobą, gdy starałam się nabrać nie tylko samodzielności życiowej, ale również emocjonalnej (co z tego, że dawałam sobie radę bez rodziców, kiedy poszukiwałam wspierającego rodzica w co drugim przyjacielu). 

Potem był czas pracy nad tym, co zewnętrzne. Sport, odchudzanie, zmiana nawyków żywieniowych. Odzyskanie kształtów kobiecych i wewnętrznego blasku, który zresztą dość szybko wydostał się na zewnątrz. Odbudowanie pewności siebie i poczucia bezpieczeństwa, żeby móc samodzielnie zaspokoić swoje potrzeby bycia kochaną i żeby się w dużej mierze pożegnać z wewnętrznym narcyzem. Polubiłam siebie. I tym samym dałam przestrzeń innym ludziom. 

Był też czas eksperymentów wszelakich. Uświadomienie sobie tego, że ekstrawertyzm nie wyklucza zachowań autystycznych i potrzeby samotności. Wypróbowanie różnych rodzajów relacji damsko-męskich. Otwarcie się na facetów, głębokie i prawdziwe, i dość szybkie zamknięcie, gdy dostałam po dupie, bo za bardzo zaufałam. Taka, wiecie, nastoletnia nadmierność. Nadgorliwość i czarno-białość. Próbowanie wszystkiego, bo za młodu się najpierw było w oazie, a potem się miało dziecko. Więc się nie wyszalałam. I za mało wypiłam ;) 

Aż wreszcie półtora roku temu wróciłam do pracy nad psyche i relacjami społecznymi. Druga seria spotkań terapeutycznych, tym razem grupowo i kolejne skoki rozwojowe. Uświadomienie sobie tego, co kiedyś było za trudne, choć wcale tego tak nie postrzegałam. I uzmysłowienie sobie swoich skryptów i niekoniecznie adaptacyjnych zachowań. Rzecz jasna mam ich nadal całe mnóstwo, bo praca nad sobą nigdy się nie kończy, ale przynajmniej mam już narzędzia, żeby przeglądać się nie tylko w innych, ale także odnosić do swojego własnego kręgosłupa. Moralnego, etycznego i tego, który pomaga mi w stosunkach z innymi ludźmi. 

Przestałam szukać. 
Zaczęłam znajdować. 

Prawda stara jak świat. Zajmij się sobą, a inni się sami pojawią, zwłaszcza, że zmienić możesz tylko samą siebie. Coelhizm, wiem. Ale jakże prawdziwy. 

A potem już było z górki. Nadal byłam otwarta i spotkałam kogoś, kto też taki był. Trochę jak w filmach Kieślowskiego. Bo pół roku wcześniej nie mielibyśmy szans, a co dopiero piętnaście lat temu. 

Po jakimś czasie dbania o niego, o nas, o samą siebie (niestety w tej kolejności, więc szybko musiałam sobie przypomnieć, gdzie tkwi sedno udanej relacji z drugim człowiekiem), udało mi się znaleźć swoistą równowagę. Zaczęłam robić miejsce. Fizycznie, bardzo konkretnie. Porządek w mieszkaniu. Wyrzucanie ubrań i niepotrzebnych przedmiotów, którymi obrosłam przez ostatnie lata. Tworzenie przestrzeni, która będzie mogła być wspólna. Pozbywanie się tego, co mi "nie sprawia radości"(por. Marie Kondo), żeby zrobić miejsce dla tego, co jest radością par excellence. 

W niezrozumiały dla mnie sposób zaczęły mi się przesuwać priorytety. Coraz częściej gotuję i czerpię z tego przyjemność. Gdy nie mam czasu, to przynajmniej dbam o to, żeby lodówka była pełna - Młody ze swoją dziewczyną przygotowują znakomite posiłki, a my też, coraz częściej, stajemy przy kuchni i coś pichcimy. Dla całej rodziny. I sprzątamy. Mieszkanie wygląda coraz lepiej. I moje. I jego. Dzisiaj dostałam w prezencie porządek w szafce z alkoholami. Czekała na mnie, gdy wróciłam z pracy. Wszystko przejrzane, podegustowane i posegregowane. Zabawa musiała być przednia ;)  Cointreau, pastis, curacao, malibu, sambuca w dwóch wersjach i różne wódki, szampany i wina. Nawet nie wiedziałam, że mam takie skarby.  

Przestałam się bać planowania. Kiedyś wydawało mi się to nadmiernym tupetem wobec losu - przecież wiadomo, że nic co dobre, nie może trwać, więc nie ma sensu się nastawiać. Miałam plan B, plan C, a nieraz w głowie tworzyłam sobie kolejne możliwości. Byle uniknąć rozczarowania. Wolałam brać płytko, tu i ówdzie, bo brak dywersyfikacji portfela kończy się zazwyczaj bólem. Płaczem. Żalem. 

No więc planuję. Planujemy. Właśnie kupiliśmy bilety samolotowe na kwiecień. 

Życie "tu i teraz" jest bardzo wygodne, bo nie wymaga zaangażowania ani konsekwencji. Dzisiaj jestem, jutro mnie nie ma. Recz jasna cieszę się, że nauczyłam się korzystania z chwili i czerpania radości nawet z najmniejszych wydarzeń, bo to pomaga nabrać właściwego dystansu do tego, co było i tego, co się może zdarzyć. Zbyt dobrze pamiętam czasy, gdy lęk przed porażką mnie paraliżował i mam nadzieję, że to se ne vrati.

Ale "tu i teraz" to nie wszystko. Żeby cokolwiek zbudować, trzeba zainwestować i zaufać, że ta inwestycja ma sens. Trzeba zaryzykować. Jak w Monopoly, gdzie najlepszą strategią jest kupować wszystko jak leci i stawiać hotele. Ci, co żyją chwilą, mają na pewno wiele radości i endorfin na co dzień. I to też jest super, been there, done that. Dzisiaj mi się jednak wydaje, że jest to życie na pół gwizdka. Pływanie w odległości bezpiecznej. Tak, żeby w każdej chwili móc się złapać pomostu. 

A jak tak długo ćwiczyłam oddech, że niepostrzeżenie znalazłam się na głębokiej wodzie. Jest zajebiście. Trochę się boję, wiadomo, ale wokół mnie pełno ludzi, którzy nie bali się wyjść z matrixa. Bawią się znakomicie. Są piękni wewnętrznym blaskiem. Mówią, że mnie złapią, gdybym się potknęła. I że nie pozwolą nam tego zepsuć. 

Jak będę duża, będę jak oni.