niedziela, 22 lutego 2015

231. Barcelona - w labiryncie Bornu

Barcelona obudziła mnie ciszą i piękną pogodą. Nie wiem, skąd ta cisza, ale może stąd, że nocą łazili mi pod oknem i gadali, to teraz śpią ;)

Leżę sobie w łóżku, piję kawę, a przez okno widzę wieże bazyliki Santa Maria del Mar. Jest dobrze. Jest spokojnie. Na dole, na placu, ludzie piją kawę na słońcu. Nie jest bardzo ciepło, jakieś 15 stopni pewnie, ale wystarczająco, żeby czuć wiosnę w powietrzu. Turyści już są, mówi moja gospodyni, sympatyczna włoszka z Florencji, artystka robiąca obrazy z tkanin, ale jeszcze nie przeszkadzają nadmiernie ;) Simona spędza pół roku w roku w mieście, a latem wynosi się na Formentera.

Mieszkam niedaleko muzeum Picassa, w jednej z wąskich małych uliczek, na czwartym piętrze bez windy. Wczoraj zdążyłam się ze trzy razy zgubić w okolicznym labiryncie małych przejść i wąziutkich uliczek. Uwielbiam to :) Na szczęście nie musiałam wnosić swojej grubej i ciężkiej pomarańczowej walizki, bo koleżanka została na noc w Zurichu. Już do mnie dzwonili, że przyleciała dziś rano pierwszym samolotem i że mi ją przywiozą po południu. Mam nadzieję, że wtargają. Mogę sobie w ramach odszkodowania kupić jakieś niezbędności i przedstawić im rachunki do kwoty bodajże 100 USD, więc powinnam się wybrać do najbliższego Desiguala. Przecież nie ma nic bardziej niezbędnego w życiu niż sukienka od Desiguala ;)

(a swoją drogą intuicja na mnie krzyczała jeszcze w Polsce. Kazała mi parę soczewek włożyć do podręcznego i szczoteczkę do zębów też, bo akurat w ostatniej chwili ją chwyciłam. Mówiła coś jeszcze o lekarstwach na tarczycę, ale zlekceważyłam. Baterię zewnętrzną do telefonu miałam. I kosmetyczkę z barwami wojennymi na twarz).

Jak tylko się zaanonsowałam w domu i porzuciłam swoje nieliczne dobra, to wylazłam ponownie i poszłam się przejść nad morze, wiadomo. W środku nocy, ale co mi tam szkodzi. Plaża była prawie pusta. W drodze powrotnej przyglądałam się ludziom w knajpach - zadowoleni, uśmiechnięci i dość bezproblemowi. Przez chwilę kusiło mnie, żeby wejść, poznać kogoś, napić się piwa, wina, czegokolwiek, ale jednak nie. Wczoraj czułam wybitnie, że jestem aspołeczna. I że wolę łazić niż gadać. Pisać niż mówić. Przyglądać się niż atakować.

W całodobowej piekarence kupiłam sobie kanapkę, w spożywczym zrobiłam zakupy na śniadanie, pan mi wytłumaczył po katalońsku jak trafić do Muzeum Picassa, nie wszystko zrozumiałam, więc nie trafiłam. Kolejny pan mi wyjaśnił raz jeszcze. Kolejny raz nie wszystko załapałam. Aż wreszcie wybrałam drogę na azymut i jakoś trafiłam.

Dobrej niedzieli Wam życzę. Idę robić zdjęcia ;)


sobota, 21 lutego 2015

230. Na lotnisku

Dotarłam trochę za wcześnie (Uber przyjechał szybko, wiadomo), kolejki do odstawienia bagażu nie było, kolejki do kontroli osobistej też nie. Trochę mi to zajęło, bo musiałam wyjąć komputer, ładowarkę, aparat foto, kindla, telefon, słuchawki, zdjąć pasek, kurtkę, chustkę i zegarek (właśnie, mam nowy zegarek. Mądry zegarek. Smartwatch znaczy się. I jaram się jak głupia! W prezencie dostałam!). A potem to wszystko spakować ponownie do plecaczka. Ale spoko. Siedzę teraz przodem do płyty lotniska, przede mną samolociki krążą, autobusy do nich dojeżdżają, panowie w żółtych kufajkach się uwijają, a ja się debilnie uśmiecham do monitora. I piję najdroższą Colę Zero w mieście (8 zyla za pół litra), ale też najsmaczniejszą. Ma smak przygody i wakacji.

No to jadę. A nawet lecę ;)

Nie mam jeszcze konkretnych planów, co po kolei i dlaczego akurat tam, a nie gdzie indziej. Ale wiadomo, mam kilka dobrych dni i zamierzam się dobrze bawić. Nie żeby od razu całymi wieczorami i nocami, do rana, z obcymi i nagle nie wiadomo, w jaki sposób się obudziłam w tej akurat dzielnicy... nie, nie. Wieczorami chcę pisać. Dlatego zresztą wynajęłam pokój w biureczkiem.

Jak to jest, że wyjazd samodzielny sprawia mi tak ogromną frajdę, a wyjazd z kimś jest zazwyczaj powodem do stresu? :) Mam totalny luz w głowie i poczucie, że będę robić dokładnie to, na co będę miała ochotę. Nic nie trzeba ustalać, z niczego rezygnować. A jeśli Sagrady mi się odechce, to zwyczajnie nie pójdę.

37 lat, proszę Państwa, a ja się czuję, jakbym dopiero co dowód osobisty odebrała.
I jedyne co mnie w tej chwili nurtuje, to jak często w trakcie wyjazdu pisać tutaj, a jak często na Lumpiatej w krainie seksu.

Poważny dylemat, prawda?





229. Słowa kluczowe i hashtagi w prezencie

Dzisiaj będzie krótko, zwłaszcza, że środek nocy, a ja jutro lecę do Barcelony i nawet nie zaczęłam myśleć o pakowaniu.

Z okazji moich 37-mych urodzin poprosiłam Was o ... słowa.
Chciałam słów-prezentów. Słów kluczowych. Hasztagów. Skojarzeń związanych ze mną.
Chciałam się w nich przejrzeć.

I dostałam od Was coś pięknego :)
Swoją chmurę zamierzam wydrukować i powiesić na lustrze, co by na nią zerkać, gdy zrobi się smutniej.
Ale dziś nie jest smutno.

Miałam cudowne urodziny. Dziękuję :)

Kliknij, aby powiększyć



środa, 4 lutego 2015

228. Barcelona :)

Zawsze myślałam, że do Barcelony pojadę na romantyczny wyjazd we dwoje, dlatego nie pchałam się do tego miasta wcześniej. Trzymałam go sobie na później, niczym ostatnią truskawkę na talerzu.

Tymczasem półtora roku temu dostałam vouchery od Swiss.com na okoliczność spóźnionego samolotu i te vouchery miały okres ważności jakoś do października 2014. W ostatniej chwili zamawiałam bilety samolotowe i wyszło mi, że z dostępnych opcji kręci mnie tylko Barcelona.

No to lecę. Za trochę ponad dwa tygodnie, tuż po moich urodzinach, ląduję w mieście, które mi się jednoznacznie kojarzy pozytywnie!
I już się cieszę :)

Co z tego, że to będzie luty łamany na marzec i że w morzu raczej się nie wykąpię (choć biorąc pod uwagę, że pływałam w Bałtyku przy 12 stopniach, to wcale nie jestem tego taka pewna, kostium zabiorę!), co z tego, że jadę sama i że romantyczność jest co najwyżej opcją do ogarnięcia na miejscu. Będę się dobrze bawić, łazić po mieście, robić zdjęcia, jeść tapasy, pić cavę i czuć się na urlopie. A jak mi się znudzi miasto, to wsiądę w pociąg wzdłuż wybrzeża na południe. Albo samochód jakiś wynajmę. Jest we mnie tyle pomysłów, że aż nie wiem, od którego zacząć.

Z rzeczy praktycznych już wiem, że koniecznie bilety komunikacji T10, czy jak im tam, co by nie przepłacać. I że łazić pieszo po mieście, bo tak jest najfajniej. I że niekoniecznie będzie bardzo ciepło (raczej koło 15 stopni maks w ciągu dnia), ale nie powinno być brzydko. I że Gaudi jak najbardziej, ale Sagrada to wcale nie jest obowiązkowa. I że Picasso oczywiście.

Pokój zarezerwowałam w airbnb, udało mi się po taniości, bo za 17 EUR za noc (+ sprzątanie i opłata serwisowa). Wybierałam według dzielnicy (mądrzy ludzie kazali mi wynajmować w El Born lub Gotic albo niedaleko) i wyglądu - jak już jechać do Barcy, to nie po to, żeby mieszkać w klitce w bloku, ale oczywiście w jasnym pokoju w kamienicy. Zdjęcia są bardzo klimatyczne, a stare okno na pewno bardzo nieszczelne. Wezmę ciepłe skarpety do spania - a pani hostowa mówi, że ma radiattore (jest artystką włoskiego pochodzenia i w tym języku sobie z nią rozmawiam).

Sprawdziłam mecze, niestety Barca gra akurat wyjazdowo z Manchesterem. A potem z Granadą, w tejże. Sprawdziłam koncerty, na razie niczego nie znalazłam sensownego, za to do opery mogę pójść za jakieś 35-40 EUR, na Carmen i poważnie się nad tym zastanawiam. Koncercików jeszcze nie ogarniałam, może coś znajdę na miejscu?

A teraz pytanie do Was, moi drodzy. 
Co mogę przeczytać przed wyjazdem? Co warto, żebym obejrzała?
Na razie czytam Przystanek Barcelona Katarzyny Wolnik-Vera.
Przecież wiecie, że ja wolę takiego typu przewodniki od Pascala ;) 

Fins després