niedziela, 30 listopada 2014

221. Gruzja 7 - parę słów o historii Gruzji

Historia Gruzji sięga wielu set lat przed naszą erą, a chrześcijaństwo dotarło tam stosunkowo szybko, bo już w IV wieku n.e. (bardzo podoba mi się fakt, że chrystianizatorką była kobieta, św. Nino).

Najstarszy znany utwór literacki pochodzi z roku 480. "Antyczna i średniowieczna kultura gruzińska (...) okazuje się wolna od jakiejkolwiek obcej dominacji. Uderza w niej natomiast co innego: swoista ponadnarodowość, przynależność do rozległego świata różnych etnosów i języków, ale jednej kultury - chrześcijańskiej i zarazem bliskowschodniej (...)." - pisze Bohdan Cywiński w książce "Szańce kultur. Szkice z dziejów narodów Europy Wschodniej" (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa ;).

"Na przełomie XII i XIII wieku w całej Europie działały dwa uniwersytety - w Bolonii i Paryżu - i właśnie powstawał trzeci - w Oksfordzie. W tym samym czasie w Gruzji funkcjonowały dwie akademie o podobnym zakresie nauk: Gelati w Imeretii i Ikalto w Kachetii. Uczono w nich chrześcijańskiej teologi, antycznej filozofii greckiej, arabskiej astronomii i matematyki, a zdarzały się w programie także elementy nauki buddyjskiej".

Są to czasy panowania królowej Tamary (1184-1212) i tym samym apogeum potęgi politycznej i wyrazistości kulturowej Gruzji. Już jednak w XIII wieku Gruzja Wschodnia została zaatakowana przez Mongołów, a następnie przejęta przez Iran, a Gruzja Zachodnia niewiele później zajęta przez Turcję.

Polityka zaborcy tureckiego była mniej brutalna, ale za to bardziej systematyczna i skuteczna. Podzielono Gruzję Zachodnią na wiele małych ksiąstewek i na wielką skalę zorganizowano handel kobietami i młodzieżą. Gruzja Wschodnia była natomiast pod bolesną kontrolą szachów irańskich. Atmosfera wojny i okupacji była tu dużo bardziej odczuwalna. Jak można się spodziewać, wojny o niepodległość się zdarzały i powtarzały i niestety nie przynosiły spodziewanego efektu (warto zapamiętać nazwę kachetyjskiego króla Teimuraza I, którego dwóch synów zostało wykastrowanych, a matka torturowana w ramach odwetu za działania niepodległościowe króla).

Trudno się dziwić, że Gruzja widziała w chrześcijańskiej i prawosławnej Rosji potencjalną wyzwolicielkę spod jarzma potęg islamskich, prawda? Pod koniec XVIII wieku, po kilku wojnach irańsko-turecko-rosyjskich, królestwo Kartlii-Kachetii oddało się więc formalnie pod opiekę imperium rosyjskiego, rządzonego wówczas przez carycę Katarzynę. W 1800 roku królestwo zostało zlikwidowane, a jego ziemie włączone do imperium. Gruzja przestała istnieć.  (księstwa Gruzji Zachodniej były włączane stopniowo, najdłużej trzymała się Abchazja, do 1864 r.). Autokefaliczna Cerkiew gruzińska została też dość szybko spacyfikowana. Kościół nie mógł być niezależny od cara. Nawet jeśli gruziński taki był od wieków.

"W drugiej połowie XIX wieku na Zakaukazie zaczęło wkraczać uprzemysłowienie. Tbilisi było największym ośrodkiem handlu i skupiało wielu rosyjskich urzędników i wojskowych oraz handlujących Ormian, a także sporo Azerbejdżan. Miasto nabrało charakteru międzynarodowego, w którym najliczniejsi Gruzini nie byli społecznością dominującą socjalnie. Zaczął się wtedy uwydatniać stereotyp kulturowy nazywający Rosjanina czynownikiem, Ormianina - chytrym handlarzem, Gruzina zaś - konserwatywnym i zapóźnionym cywilizacyjnie wieśniakiem. Premiowano nowoczesność i europejskość, dostępną jedynie w wersji rosyjskiej."

Rusyfikacja przechodziła więc bezpośrednio z Petersburga dzięki młodym podróżującym Gruzinom. Na szczęście nie do końca była skuteczna, a gdy rosyjski rektor seminarium prawosławnego nazwał język gruziński " językiem psim", został zastrzelony przez jednego ze swoich kleryków, które to wydarzenie pozostało na długo symbolem walki o sprawę narodową.

Rosja jednak była krajem otwierającym drogę do Europy i stanowiła realną ochronę przed państwami islamskimi. A być może najważniejszym czynnikiem pro-rosyjskim w Gruzji z przełomu XIX i XX wieku było to, że to właśnie w Rosji była edukacja i uczelnie, a w całej Gruzji nie wówczas było żadnego uniwersytetu, który by mógł być kolebką niepodległościowej inteligencji.

25 maja 1918 roku Gruzja ogłosiła niepodległość.
Niecałe trzy lata później, 16 marca 1921 r., po inwazji Armii Czerwonej, rząd opuścił kraj i udał się na wygnanie do Turcji.
W 1922 r. Gruzja stała się formalnie częścią ZSRR.

Niepodległość odzyskała 9 kwietnia 1991 roku, 23 lata temu.

Dużo dłuższa niż nasza historia, ale jakoś podobna, prawda?

Gruzja, od wieków zawieszona między mocarstwami, między Wschodem a Zachodem, silna religijnie, bogata literacko i ciągle szukająca własnej tożsamości.

(Powyższa notka składa się z cytatów i parafraz pochodzących z książki mojego ojca Bohdana Cywińskiego, "Szańce kultur", w której to książce Gruzini, jako jeden z 14 narodów Europy Wschodniej, zostali opisani pod względem kultury i literatury w czasach okupacji najpierw tureckiej i perskiej, a następnie rosyjskiej. Polecam gorąco, czyta się znakomicie).

Gruzja, Mccheta, katedra Sweti Cchoweli

Gruzja, Mccheta, katedra Sweti Cchoweli
  

sobota, 29 listopada 2014

220. Gruzja 6 - Park Narodowy Mtirala, zipline i kasyno

Już w Warszawie jestem, już z kanapy do Was piszę, a nie z łóżka hotelowego w Batumi. Inaczej mi się słowa układają, wiem, energia inna, ale w którymś momencie zabrakło mi siły na wysyłanie w eter sprawozdań i notek. Chciałam więcej przeżywać, mniej agregować.

Nawet zdjęć mam dużo mniej z tych ostatnich dni w Gruzji. To zresztą u mnie normalne. Najpierw nie mogę się nadziwić temu, co widzę, ale ciągle jestem w jakimś przyjazdowym amoku, a dopiero po paru dniach, gdy organizm się przyzwyczai, mogę włączyć wszystkie zmysły i zacząć wchłaniać. Przez osmozę, jak sądzę ;)

A zatem będą wspomnienia, a nie relacje online.

Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja


Park Narodowy Mtirala. Utworzony całkiem niedawno, bo w 2007 roku. Dojechaliśmy tam busem, po coraz bardziej górskiej drodze. Trochę się dziwiłam, że bus może wjeżdżać na teren parku, ale najwyraźniej nie jest to zabronione, lokalni dojeżdżają, więc i my, busem 15 osobowym. Straciliśmy wprawdzie zderzak, gdy przemierzaliśmy rzeczkę wpław, ale kierowca ciągnął w górę i ciągnął. Przez chwilę myślałam, że Gruzini mają inne podejście do ekologii, ale zmieniłam zdanie, gdy to my zostaliśmy zawstydzeni prośbą o niewyrzucanie kiepów po papierosach na ziemię.
Wszak park narodowy.

Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Na "górze" pojedyncze domy, jakieś schronisko, przy którym wsiadł pan przewodnik i za chwilę dojechaliśmy do lokalnych atrakcji turystycznych. Trochę dla zwykłych dzieci, trochę dla dużych dzieci, zabawy było co niemiara :) Najpierw kolejka zawieszona nad rzeczką, później zipline, czyli zjeżdżanie na uprzęży z lin zawieszonych między drzewami. Bawiłam się fantastycznie i nawet żałowałam, że nie są one dłuższe. Liny, nie drzewa :)


Fot: Karol Werner, na zdjęciu: Tomasz Saweczko


Poszliśmy na spacer do okolicznego wodospadu (mam przy nim znakomite zdjęcia, które podkreślają świeżo nabytą oponkę w talii i nie bardzo umiem zdecydować, co powinno zwyciężyć - moja osobista próżność, czy obiektywizm relacji z podróży).

Później była krowa, a po krowie koń, nieco spragniony. Po koniu jeszcze liście bananowca w kształcie nieprzyzwoitym.
Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

A mnie się już wszystko kojarzyło i o tym kojarzeniu też Wam niebawem napiszę, ale jeszcze nie dzisiaj.


Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Prawie że niechcący kupiłam litr czaczy 60-procentowej (sprawdziliśmy takim śmiesznym termometrem), świeżo wyprodukowanej w przedstawionej na załączonym obrazku przetwórni wyrobów alkoholowych. W butelce plastikowej po lemoniadzie gruszkowej. Stoi dziś dumnie na blacie i czeka na gości.  


Produkcja czaczy, Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja


A potem obiad, a właściwie cudne przyjęcie u lokalnych mieszkańców. Nazwałabym ich gazdami, zwłaszcza, że prowadzą coś w rodzaju schroniska, karmią i dają dach nad głową, ale nie wiem, na ile to słowo jest adekwatne w stosunku do gospodarzy mieszkających w Czakvistavi (o ile dobrze lokalizuję miejsce). Teoretycznie te same potrawy, co we wcześniejszych knajpach. Ale podane zupełnie inaczej i jakby takie normalniejsze. I toasty. Najpierw za pokój, wiadomo. Bo pokój jest najważniejszy. Potem za zdrowie gości. Wreszcie za przyjaźń między gospodarzami a gośćmi. W sumie to nawet sama chciałam wygłosić jakiś toast, spróbować tego ich kodu kulturowego, ale wszystko i wszyscy mi mówili, że to powinni jednak faceci. Nawet, gdy jesteś gościem. No to się nie pchałam :)


Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Kolację sobie darowaliśmy, bo żołądki - nawet rozciągnięte do granic możliwości - już nie przetwarzały tej ilości jedzenia. Dobrego jedzenia. Za to wieczorem wybraliśmy się do kasyna w pobliskim hotelu. Znowu fantastyczna zabawa. Zostaliśmy oprowadzeni przez menedżera, a następnie zaproszono nas do pokoju dla VIPów, gdzie każdy mógł się nauczyć grać w ruletkę. Bez pieniędzy, za to z prawdziwymi żetonami.


Gruzja, Batumi, kasyno w hotelu Sheraton 

Tradycyjnie już stawiałam na 17, bo to moja szczęśliwa liczba (Młody się urodził tego dnia i już kiedyś, dawno temu, wygrałam w kasynie kilkaset złotych właśnie dzięki tej 17-tce. Cudowna moc magicznego myślenia). I oczywiście zgodnie z prawidłami prawdopodobieństwa w pewnej chwili 17-tka wypadła. Dostałam 35-krotność stawki. Fortunę, znaczy się. I pewnie, gdybym grała na prawdziwe pieniądze, szybko odłożyłabym nadwyżkę, co by "inwestować" tylko kapitał początkowy, ale tu impreza trwała, więc skutecznie i systematycznie przegrałam wszystko, co miałam.

Gruzja, Batumi, kasyno w hotelu Sheraton 

Tymczasem pan menedżer opowiadał o tym, że do kasyn w Batumi przyjeżdżają głównie Turcy, gdyż u nich to jest - jeśli dobrze zrozumiałam - zakazane. Rzeczywiście sala ogólna była wypełniona ludźmi o mocno południowej urodzie. Kiedy więc dostaliśmy vouchery na 50 lari, z możliwością zagrania na automatach i wyjęcia z kasy wszystkiego, co wygramy, pochodziłam sobie między tymi mężczyznami i poczułam ten smak i zapach nadziei, ale również poczucie klęski i przegranej. Kasyna są siedliskiem przedziwnej energii.

Wygrałam 65 lari (ok. 130 zł). Najwyraźniej nie mam szczęścia w miłości ;)

Do hotelu wracaliśmy grubo po pierwszej w nocy. Zmęczona byłam masakrycznie. Wiedziałam świetnie, że gdybym sobie sama organizowała tę podróż, to na pewno nie dotarłabym do zjazdów linowych i z pewnością nie poszłabym do kasyna, ale czasami takie atrakcje zaproponowane trochę przypadkiem, dają wielką frajdę i pozwalają zapomnieć, że na co dzień jest się poważnym człowiekiem i że nie wypada tak głośno krzyczeć, gdy się spada w przepaść (enjoy the film, montaż Młodego).


piątek, 21 listopada 2014

219. Gruzja 5 - po owocach poznacie

O porannej wizycie w ogrodzie botanicznym w Batumi napiszę tylko tyle, że była i że podobno jest to ogród z wyższej półki. Nie znam się na roślinach, nie jest to moja bajka, ale rzeczywiście zrobiło na mnie wrażenie, że udaje im się "utrzymać" kilka stref klimatycznych i potrafią wyhodować roślinność z tychże. Nie wiem, jak to się robi, żeby na co dzień mieć tam wilgotność odpowiednią dla roślinności tropikalnej albo dla ogrodów japońskich, ale oni potrafią i z pewnością wiele turystów to docenia. Na szczęście niekoniecznie w drugiej połowie listopada, więc zwiedzaliśmy praktycznie samotniczo.



Dużo ciekawsze zaczęło się potem.
Zostaliśmy zabrani do przetwórni mandarynek, czyli do miejsca, gdzie owoce są skupowane, przebierane i pakowane przed wysyłką do sklepów, hurtowni i zagranicę. Przy taśmach głównie kobiety, przy transporcie głównie mężczyźni. Panie od sortowania owoców powiedziały nam, że zarabiają 350 lari (ok. 200 dolarów) za miesiąc pracy po 12 godzin przez 5 dni w tygodniu. Ich menadżerka - zapytana o to samo - podała nieco inne kwoty - 500 lari za 8 godzin przez 6 dni w tygodniu. Tak czy siak - niewiele. Ale chętnych do pracy jest dużo, więc zawsze się znajdzie ktoś inny na twoje miejsce. Pracujące panie są w różnym wieku i różnie reagowały na naszą wizytę. Pytałam każdorazowo, czy mogę zrobić zdjęcie i panie nie miały nic przeciwko, ale i tak czułam się dramatycznie nie na miejscu.





Sezon mandarynkowy w pełni, będzie trwał do świąt, może chwilę dłużej.  Pracowników jest w tej chwili około 400. A embargo ze strony Rosji na owoce unijne im się całkiem przydaje, bo Rosja bierze więcej mandarynek od nich. (swoją drogą myślałam, że embargo dotyczy tylko naszych jabłek, a tu się okazuje, że niekoniecznie. Powinnam to wyguglować i sprawdzić, wiem). Mandarynki są wysyłane także do Kazachstanu i pewnie do innych republik w tamtej okolicy.


Stamtąd pojechaliśmy do niewielkiej plantacji mandarynek. Dwa hektary, sporo drzewek, trzech panów, którzy są w stanie obrobić tonę dziennie. Z tej plantacji wychodzi ok. 15 ton mandarynek, więc w dwa tygodnie będzie po zbiorach. Za kilogram dostają od przetwórni ok. 25 centów USD. A przetwórnia sprzedaje to dalej po 75 centów USD. W filmiku poniżej (autorstwa Tomasza Lacha) możecie zobaczyć, z jaką miłością pan podchodzi do swoich owoców. Pod koniec wizyty poczęstował nas czaczą, rzecz jasna. Zaczynam zresztą powoli odróżniać jej smak i czuć, która mi bardziej podchodzi, a która jest zbyt podobna do naszej wódki (podobno dobra czacza powinna mieć przynajmniej 50-55 procent, mnie najbardziej smakuje ta ok. 65-70 ;).






Kolejnym etapem tego długiego dnia było zwiedzanie luksusowego hotelu Georgia Palace w Kobuleti. Znowu przedziwne poczucie nieadekwatności tej sytuacji, ale grałam dobrą minę do dziwnej gry. Na tyle skutecznie, że menedżerka usiadła koło mnie przy obiedzie, więc ją o wszystko wypytałam. 



Pracowników bierze z lokalnej szkoły gastronomicznej, najpierw na staże, potem do pracy. W większości mieszkają lokalnie. Na dzień dobry mogą zarobić ok. 500 lari za miesiąc pracy (ok. 20 dni). Po jakimś czasie, jeśli będą robili nadgodziny, mogą dojść do 800-900 lari. Pani sprzątająca, jeśli pracuje na niepełny etat dostanie może ok. 400 lari. 
Dla porównania kilka zdjęć z cenami złapanymi w Batumi, w samym centrum miasta, niedaleko promenady (więc pewnie w dość drogim miejscu). Wygląda na to, że nie jest łatwo spiąć budżet, gdy się jest kobietą pracującą w Batumi albo okolicach.




Po powrocie do miasta poszliśmy się przejść pod opieką przemiłej przewodniczki znakomicie mówiącej po polsku. Promenada, światła, kolory, kicz. Dziwne miejsca jakby gotowe pod zdjęcia. Podświetlone budynki, odremontowane kamienice. Wysokie wieżowce, z którymi nie wiadomo, co zrobić (np. budynek uniwersytetu przy naszym hotelu, oddany w 2012 r., ale uznany przez kolejne władze za kompletnie nienadający się dla studentów, skądinąd chyba słusznie). I Piazza, czyli też dość nowy plac, tętniący życiem i kawiarniami w sezonie, a kompletnie pusty w listopadowy wieczór. Nadal nie mój styl i nie moja bajka, ale z pewnością przyciąga turystów i pozwali im wypić smaczną kawę w miłym otoczeniu.  



Ja to wolę klimaty jak poniżej. Na razie jednak nie udało mi się zgubić w mniej zadbanych uliczkach tego 140-tysięcznego miasta. 

Tam zapewne toczy się prawdziwe życie i tam być może mieszkają ci, którzy za dnia sortują mandarynki. Chętnie bym się do nich wprosiła na kolację. 









czwartek, 20 listopada 2014

218. Gruzja 4 - zabawa trwa

Dziś króciutko, bo zwyczajnie nie mam siły. Zaraz idę spać i mam nadzieję przechytrzyć te trzy godziny różnicy czasu, które co noc mi każą siedzieć do 3 nad ranem, za to złośliwie nie chcą obudzić rano.

Droga z Tbilisi do Batumi (jakieś 370 km) była długa i namiętna. Na tyle długa, że kilka razy spałam, na tyle namiętna, że dopadła mnie choroba lokomocyjna łamana przez problemy żołądkowe. Na szczęście jednorazowo. Jedna myśl z obserwowania wsi i miasteczek - bardzo dużo jest zabudowy, którą nazwałabym kolonialną. Muszę o tym poczytać.

Batumi przywitało nas z grubej rury. Turystycznie, błyszcząco i lekko kiczowato - zachodem słońca, morzem Czarnym, kolorowym podświetleniem wszystkiego, co się da, licznymi budowami hoteli i innych ciekawych wież (np. wieży alfabetu, której zastosowanie - wedle przewodniczki - jest jeszcze nie do końca określone), kolejki linowej i innych atrakcji turystycznych oraz pięknym widokiem na zatokę, wodę, plażę i co tam chcecie. Wakacje jak ta lala. Na wszelki wypadek już nic nie piszę o tym, że część Gruzinów uważa to podświetlenie za marnotrawstwo, bo znowu wyjdzie na to, że się nie znam :)



Adżaria jest regionem coraz bardziej turystycznym, zwłaszcza od czasu, gdy Abchazja stała się "mniej" dostępna. Kiedyś jeździło się do Abchazji, dzisiaj tę rolę próbuje przejąć wybrzeże adżarskie. Klimat subtropikalny, słońce świeci, temperatura około 20 stopni w drugiej połowie listopada. A turystów o tej porze niewielu, więc całkiem przyjemnie można się poszwendać. W hotelu konferencje, panowie w garniturach i my przemykający się w converse'ach albo szlafrokach w drodze na basen. Odpoczywamy.


W restauracji czacza, wino, lemoniada estragonowa i cielęcina z kolendrą, fasola w glinianym dzbanuszku, pomidory, ogórki, chlebki kukurydziane, zapiekane pieczarki, sałatka z wołowiną, mus z buraków i orzechów oraz masa innych smacznych rzeczy, których nazw oczywiście podać nie potrafię, ale moi koledzy blogerzy i blogerki kulinarni na pewno zrobią to fachowo, zwłaszcza, że zdjęcia robią każdorazowo bardzo profesjonalne. ("Czy można już jeść, czy ktoś jeszcze będzie pstrykał?" - to stały nasz tekst).




A potem zaczęły się tańce. Bo po drugiej stronie sali stał długi stół z suprą (ucztą, w czasie której wygłasza się toasty) z okazji pewnej okazji (zeznania były sprzeczne, najpierw, że były to zaręczyny, później, że urodziny, aż wreszcie, że to chyba jednak było świętowanie narodzin dziecka i jego chrztu. Tak czy siak, ktoś z pewnością kogoś kocha i tego się trzymajmy). Wpierw przyglądaliśmy się sobie trochę spod łba, za chwilę tańczyliśmy razem mniej lub bardziej po gruzińsku (my to mniej, oczywiście), aż wreszcie były wzajemne toasty, częstowanie tortem, wspominanie meczu Gruzja-Polska i Lecha Kaczyńskiego oraz dyskretne przekazywanie papierków z numerem telefonu.

Dawno się tak nie ubawiłam!

(a w nagrodę filmik z tańców zrobiony kamerką GoPro tymi ręcami, więc totalnie nieprofesjonalnie)





środa, 19 listopada 2014

217. Gruzja 3 - Tbilisi miastem sprzeczności

W Tbilisi jest bardzo mało reklam outdoorowych. Co jakiś czas samotny billboard rzuca się w oczy, głównie dlatego, ze stoi sobie bez kolegów i czeka na lepsze czasy. Krajobraz wydaje się więc nieszczególnie kolorowy. Ale to nie do końca jest prawda.

Tbilisi jest pełne sprzeczności. Z jednej strony bardzo nowoczesne mosty, budowle i inne podświetlenia co poniektórych atrakcji turystycznych, z drugiej - wiele niezagospodarowanych terenów, także w centrum, oraz ogromna liczba rozpadających się domów. Pod niezamożnymi chatami stoją kosztowne samochody, a w nieszczególnie wyglądających z zewnątrz sklepach można dostać właściwie wszystko. Co i rusz mam skojarzenie z Tiraną. Może dlatego, że i tu i tam język jest na tyle trudny, że na ulicy ciężko cokolwiek zrozumieć.

Na tym zdjęciu widać nowoczesność. Nasza pilotka mówi, że to dzieło Saakaszwiliego, prezydenta Gruzji w latach 2004-2007 i 2008-2013, młodego i bardzo proeuropejskiego reformatora Gruzji, który zresztą był młodszy ode mnie, gdy został wybrany. Jego polityka polegała między innymi na tym, że chciał, żeby Gruzja była ładna. Wspierał więc rozmaite upiększenia i atrakcje widoczne od razu. Co by oko miało się na czym zawiesić, a turysta miał co fotografować. Nie wszystkim się to podobało, dlatego przy okazji ostatnich wyborów obywatele odwrócili się w inną stronę, wybrali Iwaniszwiliego i jego partię Gruzińskie Marzenie (jeszcze o nim z pewnością napiszę). 

Abstrahując od polityki coraz bardziej prorosyjskiej tego ostatniego, przyznam, że sama nie wiem, jak bym zagłosowała. Czy za szklanym mostem, o którym lokalni mówią, że przypomina podpaskę, czy na przykład za doprowadzeniem kanalizacji do domów. I choć Saakaszwili wydaje się bohaterem narodowym ze względu na to, jak zmienił Gruzję, to wiadomo, że nie wszystkim się jego decyzje podobały.  

A Tbilisi wygląda również w ten sposób: 







I nie musiałam szukać bardzo daleko. Nie są to jakieś podmiejskie dzielnice biedoty i patologii. Po grupowym zwiedzaniu pchlego targu po prostu przeszłam przez most, popatrzyłam, w którą stronę idą ludzie i poszłam w górę za nimi. Potem trochę musiałam kombinować, bo wylądowałam na skrzyżowaniu bez pasów, ale zamknęłam oczy i postanowiłam się nie bać. Powoli, najpierw jeden pas, potem drugi, przy kolejnym samochody się zatrzymały i mnie przepuściły. 

Dziwnie to zresztą wygląda, zwłaszcza gdy widać kobiety z dziećmi albo nieszczególnie mobilnych starszych ludzi, jak przechodzą przez szerokie i wielopasmowe aleje pełne aut. Samochody się delikatnie przesuwają, ciaśniej trzymają na danym pasie, żeby nikogo nie potrącić, i to nawet jeśli w danej chwili na trzech pasach jadą cztery auta. 

Ruch uliczny jest tu naprawdę płynny. 



Pochodziłam, poszperałam, trochę się nawet wystraszyłam, bo na ulicach są głównie mężczyźni i jakoś zrobiło mi się nieswojo, gdy w wąskiej uliczce między domami któryś z nich zaczął do mnie gadać za bardzo damsko-męsko. Zastanowiłam się spokojnie, w którą stronę będę uciekać, jak już go kopnę w jaja. Na szczęście mój brak zainteresowania ostudził pana, a ja sobie spokojnie poszłam dalej. W stronę złotej kopuły wielkiej katedry. Nie wchodziłam do środka, więc nie wiem, czy bardzo piękna. Jakoś tak już mam, że zamiast sacrum, wolę zwiedzać profanum, a muzea zostawiam tym, którzy szukają przeszłości. 

W drodze powrotnej do hotelu zajrzałam do strażaków. Mieli na murze ładną płaskorzeźbę, którą chciałam sfotografować. Podeszłam do szlabanu, pokazałam panu swój aparat, palcem wskazałam ścianę i zrobiłam pytające oczy. Strażak kazał poczekać. Podszedł do grupy innych strażaków i zapytał kogoś, najwyraźniej przełożonego. Przełożony spojrzał na mnie, ja znowu gestem na aparat, płaskorzeźbę, pytanie w oczach, a on do mnie, żebym poczekała. Poszedł do budynku. Zapewne zapytać kolejnego przełożonego. Przecież to nie przelewki. Wielka blondyna chce zrobić zdjęcie, to nie możemy jej wpuścić tak po prostu, prawda? Strażak wrócił do szlabanu i ponieważ trochę się śmiałam z tej poważnej sytuacji, to nie bardzo wiedział, gdzie schować wzrok. Też czuł jej absurdalność. Po kilku minutach (!) przełożony wrócił od szefa wszystkich szefów i zrobił gest, że mogę. Uff. Weszłam za szlaban, zrobiłam zdjęcie i wszyscy poczuli, że to jakoś mało. Za krótko. Po co było tyle zachodu, skoro mnie to zajęło kilka sekund. Grzecznie więc odwróciłam się do nich i spytałam, czy im również mogę zrobić. Nie oponowali. 





Po dobrej kolacji (która jednakowoż nas nie zaskoczyła, bo zawierała dokładnie te same elementy co każdy wcześniejszy posiłek) wróciliśmy pieszo do hotelu (chcieli nas zawieźć, zaczynamy się buntować ..) i po drodze nabyliśmy jeszcze trochę wina, co by ten dzień zakończyć godnie na ósmym piętrze hotelu, z widokiem na rzekę. Dzień bowiem był długi i namiętny, gdyż rano zwiedzaliśmy Mcchetę, czyli pierwszą stolicę Gruzji, taki ichniejszy Biskupin czy też Gniezno, tyle że dużo fajniejsze. Pozwólcie jednak, że dam innym o tym opowiedzieć, bo jak wiadomo - nie jestem najlepszą turystką na świecie. 

Do pokoju wracałam niepewnym krokiem. 

wtorek, 18 listopada 2014

216. Gruzja 2 - Coś za coś.

Nadal chłonę pierwsze wrażenia. Nadal w głowie mam głównie krótkie obrazki i masę pytań. Nie mam pojęcia, jacy są Gruzini, ale Gruzja wydaje się przyjazna i swojska. A nawet swoja.

Postsowieckie uzdrowisko opuściliśmy z samego rana. Zasnęłam jakoś przed czwartą, więc byłam dość porządnie nieprzytomna. W drodze do Tbilisi próbowałam pospać, jednak adrenalina spowodowana obserwacją drogą i sposobu jazdy lokalnych kierowców mnie skutecznie rozbudziła. Wyprzedzanie na trzeciego, pod górkę, przy linii ciągłej i jechanie między pasami albo swobodne wjeżdżanie na skrzyżowanie wielopasmowe bez namalowanych linii ani świateł, które by sterowały ruchem, jest zupełnie normalne. Mam wrażenie, że Gruzini nie lubią używać hamulca, więc włączają się do ruchu płynnymi manewrami. A jak komu to przeszkadza, to daje po długich lub trąbi. W sumie dość przewidywalna komunikacja. Jazda w Warszawie jest stanowczo bardziej dynamiczna, przerywana, skokowa, a średnia prędkość pewnie trochę wyższa, ale to w Gruzji ruch odbywa się płynnie i bez niepotrzebnych nerwów. Coś za coś.  

W Tbilisi zimno, mokro i do domu daleko. W ramach swojej potrzeby samostanowienia wraz z jedną koleżanką uciekłyśmy od grupy i starówkę zwiedzałyśmy samodzielnie. Prawdopodobnie powinnam teraz doczytać o historii poszczególnych kościołów, pomników i mostów. Za to zwiedziłam synagogę, wypiłam bardzo drogą kawę w bardzo miłej kawiarni i poszwendałam się po starych i zniszczonych uliczkach, w których na pewno nie ma nic ciekawego. Coś za coś. 

Jedzenie wszędzie nam podają podobne, acz za każdym razem jest trochę inne. Chaczapuri (placki z serem, w sposobie podania podobne do quesadilli) są tłuste, ciężkie i nie powinnam ich jeść w takich ilościach. Ale co ja na to poradzę, że mi smakują. Zresztą wszystko na to wskazuje, że jeżdżenie do Gruzji w trakcie diety to bardzo zły pomysł. Słodzone napoje gazowane z estragonem, pieczarki pieczone pod serem, pierogi wypełnione mięsem i rosołem (chinkali), ciastka, ciasteczka i inne pyszne chleby oraz wino, wino i jeszcze raz wino. Cywińska powinna natychmiast przestać jeść, albo pogodzić się z myślą, że wróci trochę cięższa. Coś za coś, prawda? 

Na ulicach widać głównie mężczyzn, chyba że w porze odbierania dzieci z przedszkola. Gruzinki (szczególnie te starsze) ubrane przede wszystkim na czarno. Dużo kotów, psów i nienowych samochodów niemieckich i japońskich. Mężczyźni zaczepiają, ale nie tak nachalnie jak w krajach arabskich. Ulice często bez chodników i bez przejść dla pieszych. Piesi jakoś sobie radzą, nawet gdy ulica wielopasmowa. Idą stopniowo. Więc my też. 

Wieczorem padłam na twarz w przyjemnym hotelu Dolabauri. Internet śmiga, pokoje w standardzie międzynarodowym, obsługa sprawna w języku lengłydż, śniadanie europejskie (+ kasza i ziemniaki w podgrzewaczu).
Okolica za to niewymuskana.
Coś za coś ;)
Tskaltubo Spa Resort

Tskaltubo Spa Resort

W drodze do Tbilisi

Kobiety po lewej

Tbilisi

Tbilisi

Tbilisi

Koty

Piekarnia w Tbilisi

Podwórko w centrum miasta

Mozaika pod Wieżą Zegarową

Cinema ;)