sobota, 23 sierpnia 2014

211. Na zamku. Na wieży. Na plaży. Na ratunek.

Dzisiaj znowu nas poniosło i wyniosło. Znacie stronę forgotten.pl?
Ja też nie znałam.

Najpierw pojechaliśmy do Zamku w Łapalicach. Jego historia jest przeurocza. Jakieś 25 lat temu pewien pan, artysta z Gdańska, postanowił zbudować sobie zamek. Taki prawdziwy, z wieżyczkami, salą balową i basenem. (i księżniczką zapewne, ale o niej niewiele wiadomo). Pozwolenie miał na budowę pracowni artystycznej na 170 m2. Wyszło mu nieco więcej, bo jakieś 5000 m2. Po drodze miał kłopoty z inwestycją i z własną firmą, skończyło mu się finansowanie, a następnie zaczął mieć problemy z polskim prawem budowlanym. Samowola się wprawdzie już zasiedziała, ale ostatnie wieści sprzed niecałego roku głoszą, że odpowiednie instytucje nie zgadzają się na legalizację tego budynku. A szkoda, bo można by go już w obecnym stanie wykorzystać turystycznie. Może sam by zarobił na swoją renowację albo dokończenie?







Na razie jest to dość niebezpieczne miejsce (brak jakichkolwiek barierek, wiele pięter, nie polecam wizyty z małymi dziećmi albo po nocy), dodatkowo przebywanie tam jest nie do końca legalne, wszak to teren prywatny. Ludzi jednak całkiem sporo, w ciągu godziny widzieliśmy z 25-30 osób. Niektórzy robią sobie zdjęcia, inni nie mogą się nadziwić, że taka budowla stoi niewykorzystana, a jeszcze inni zostawiają po sobie puszki, butelki, tagi i inne rysunki. Ale ci ostatni to raczej nocą. I ogniska sobie robią.


Na samym końcu poszliśmy zobaczyć basen. Wcale nie najmniejszy, a na pewno głęboki, dół miał spokojnie ze 4 metry. I kiedy tak wyobrażaliśmy sobie, jakby to wyglądało z wodą, nagle w tej wielkiej betonowej dziurze ukazał nam się mały lisek. Wychudzony, kulejący na jedną łapkę, szukający jedzenia wśród śmieci i robiący do nas oczy kota ze Shreka. Włączył mi się św. Franciszek. Przecież nie można zostawiać ledwo żywego liska w takiej pułapce. Wydawało się, że nie ma dla niego wyjścia, a nóżka się złamała, gdy wpadał do basenu.

Sytuacja nie była prosta. Dół był na tyle głęboki, że baliśmy się do niego wchodzić. Niby stała belka przy ścianie, tak do połowy wysokości, ale i tak potrzebna by była pomoc, żeby się dalej wciągnąć. Lisek mógł być chory i nawet jeśli nie sprawiał wrażenia przerażonego ludźmi, to w chwili złapania mógłby zareagować agresywnie. A co jeśli miał wściekliznę? No ale zostawić go w basenie? Bez wody, bez jedzenia, bez niczego? Nie byłabym w stanie.

Zaczęliśmy więc szukać odpowiedniej instytucji, która by pomogła. Wszystkie towarzystwa opieki nad zwierzętami są w soboty nieczynne. Straż miejska w Kartuzach nie odpowiadała. Nawet do Wajraka na fejsie napisałam, może miałby jakiś pomysł, co z nim zrobić, albo jak go wydostać z basenu dbając o własne bezpieczeństwo. Wreszcie K. zadzwonił do lokalnej straży pożarnej. Najpierw go obsztorcowali, że to własność prywatna i co on tam robi, a potem zaczęli się dopytywać, jakby rzeczywiście zamierzali przyjechać i pomóc. W tym właśnie momencie kolega lisek ukazał nam się piętro wyżej, poza basenem, nadal kulejący, ale całkiem wolny. Widocznie jednak miał jak się stamtąd wydostać, jakąś kanalizacją albo co. Odetchnęliśmy z ulgą. Nie umiałabym odjechać wiedząc, że zostawiłam rannego i głodnego liska w basenie.  

Z Łapalic pojechaliśmy do Dębek. Do wieży telekomunikacyjnej. Wcale nie jest łatwo ją znaleźć, bo ani z lasu, ani z plaży za bardzo jej nie widać. A zresztą w tym miejscu na plaży jest siatka między piaskiem a wydmami. My podeszliśmy od strony lasu. Idąc od Dębek należy skręcić w prawo tam, gdzie w lewo jest droga w stronę stacji hydrologicznej. I wspiąć się na górkę. Na teren bezpośrednio otaczający wieżę nie wolno wchodzić. Na samą wieżę również. A już na pewno nie należy oglądać pięknych widoków po horyzont, ani robić sobie zdjęć.

Fot: Kuba Żołnierczyk

Fot.: Kuba Żołnierczyk


Tuż obok jest plaża dla nudystów, ale przy obecnej temperaturze jakoś trudno się dziwić, że nie było tam tłoku ;) Wróciliśmy wzdłuż brzegu, mocząc sobie nóżki, tym razem po kolana, bo trzeba było jakoś przejść przez rzekę, której ujście jest niedaleko. Woda całkiem poprawna i coraz bardziej mnie kusi, żeby się wykąpać. W sensie tak całościowo. Przez krótki moment był też pomysł, żeby pograć w cymbergaja (lubię, ach lubię), ale turyści skutecznie mnie zniechęcają do kontaktów społecznych.
Uciekliśmy.

Po drodze jeszcze jeden krótki przystanek w Borkowie Lęborskim. Obejrzeliśmy zdewastowany grobowiec rodziny Von Tesmar.  W środku zagajnika, trochę straszno, bo przez niepełne drzwi widać otwarte i połamane drewniane trumny. Nie ma w nich wprawdzie już szczątków ludzkich (zostały pochowane przed grobowcem, właśnie z powodu dewastacji), ale wyobraźnia działa.
Świetne miejsce na jakieś inicjacje stowarzyszeniowe. Albo obozy dla niestrachliwych ;)

A potem już prosto do Słupska. I taka myśli mi się nasunęła, gdy zaległam w łóżku z komputerem na udach - trzeba się naprawdę postarać, żeby się nudzić w Polsce.
I w każdym innym miejscu też :)

piątek, 22 sierpnia 2014

210. Migawki z Pomorza

Na wejherowskim rynku zasiedliśmy z rana na kawę. Obsługa nie bardzo się nami interesowała. Wysłałam Młodego po kartę, za chwilę przyniósł wraz z informacją, że "jeśli coś z kuchni, to od dwunastej". Po kolejnych pięciu minutach pani nadal nie było, więc przenieśliśmy się do cukierni. Akurat gdy wchodziłam, pani kelnerka żegnała się z stałą klientką, na oko grubo po osiemdziesiątce, która serdecznie dziękowała za ciastko i kawę i była równie serdecznie odprowadzana do drzwi. Wszystkie stoliki zajęte, koło nas dwie dyszobaby w kwiecie wieku omawiały lokalne plotki. Ta grubsza miała czerwony sweterek i czerwone paznokcie. Na tle pomarańczowej sali cukiernianej wyglądała cudnie. Nie odważyłam się zrobić zdjęcia. Tarta z borówkami była pyszna, ale nie powinnam o tym mówić za głośno.

W Lęborku dwa sklepy z krasnalami. Chyba się zatrzymamy w drodze powrotnej, bo kątem oka zobaczyłam motocykl ogrodowy.
Bardzo chciałabym mieć.
- Ale Ty nie masz ogrodu, Mamo
- Za to mam już bobra ogrodowego w sypialni, motocykl byłby do pary.

W międzyczasie dostałam mail z pewnego programu dokumentalnego, do którego nagrywałam tzw "setki", czyli mądrzyłam się na tematy różne. Program będzie na jesieni, pochwalę się odpowiednio wcześniej. Dostałam mail mianowicie, że potrzebują jeszcze ode mnie oświadczenia o niekaralności. Trochę mnie to zdziwiło, choć oczywiście nie mam problemu, żeby im dostarczyć. Pani wyjaśniła, że taki wymóg zagranicznego zleceniodawcy i że u nich wszyscy zawsze muszą coś takiego podpisywać.
- A jeśli będzie program o więźniach? - rozsądnie zapytał Młody.

Ustka turystyczna. Nawet bardzo. Na plaży zimno, kilkanaście stopni, woda ma praktycznie tę samą temperaturę co powietrze i nawet się już kąpaliśmy. Po kostki. Na stoiskach z gówienkami tablice rejestracyjne z imionami. Bardzo mnie kusiło, żeby kupić sobie Bożenę. Nikola też byłaby ok, ale nie było. Młody za to nabył kolejną pocztówkę do swojej kolekcji - od niedawna zbiera te najbardziej kiczowate. W Ustce miał wielki wybór.

Słupsk nas przywitał rondami, a mnie konkretnie dołożył ból nadgarstka. Dzisiaj poszłam zwiedzać okoliczne osiedle w poszukiwaniu apteki. O 19h45. Lokalne panie z pieskami były przekonane, że już nie zdążę. Mam więc teraz uroczą opaskę w paseczki i na rzep na prawym ręku i zastanawiam się, czy jakoś naciągnęłam, czy może to problemy ze stawami, które są bardziej niż możliwe, gdy się ma chorobę autoimmunologiczną. We'll see.

Samochód jeszcze jeździ. Chyba jednak wstawię go w poniedziałek do lokalnego doktora (znany i zaprzyjaźniony, wprawdzie nie mnie osobiście, ale chyba jest w porządku). Mam niejasne wrażenie, że i tak nadwyrężam losu i karmy, bo dzisiaj piąty bieg już naprawdę nie chciał wchodzić. Natomiast w drodze z Warszawy, gdy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, co by sprawdzić ciśnienie w oponach, to odpadła mi pokrywa od silnika. Tak po prostu. Już od jakiegoś czasu przejawiała chęć odzyskania wolności, ale dawałam radę ją utrzymać. Na tej stacji odpadła, ale trzymała się jeszcze na jednym pipsztułku i nie byłam w stanie go oderwać. Panowie z sąsiedniego samochodu się rzucili do pomocy. Dosłownie. Za chwilę klęczeli we trzech i odrywali po kawałku.
Młody im donosił rękawiczki z folii.
Miałam przyjemne wrażenie, że im się zwyczajnie spodobałam. Ha.

A dzisiaj wracając ze Szczecinka (ładny rynek, pyszna kawa, a rejsy po jeziorze jakoś tak swojskie w klimatach. Pan kapitan gruby i dość jowialny, rejs nudny, przerwa na wyspie 10-minutowa i diskopolowe głośne szanty przez całą godzinę), chwaliłam się Młodemu, że chyba wreszcie już nie mam żadnych punktów karnych, bo od ostatniego mandatu minęło ponad 12 miesięcy. I że jeżdżę rozsądnie, bo na Pomorzu słyną z fotoradarów. Oboje się więc zdziwiliśmy, gdy błysnęło nam z pobocza (jakieś takie niskie to było, na pewno nie stacjonarne). Jechałam jakieś 68 km/h przy ograniczeniu do 50 km/h.

A taka ładna i kręta droga przez te lasy była.




środa, 20 sierpnia 2014

209. Już za parę chwil, za chwil parę

Tego lata miało nie być urlopu, bo sytuacja finansowa kiepska, a kolega grzyb jej nie poprawił. No ale im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było, a konkretnie to byłam potwornie zmęczona. Ostatni dłuższy urlop był strasznie dawno temu i już zapomniałam jak to jest, gdy można zapomnieć o pracy ;)
Zaczęłam kombinować, pytać i szukać. Zagranica odpadła w przedbiegach ze względu na koszty - gdybym się obudziła z tym pomysłem parę miesięcy temu, to można by było coś wynaleźć, jakieś tanie loty albo lołkostowe hostele w Rzymie czy też Hiszpanii, ale w ostatniej chwili i w sierpniu to Europa jest maksymalnie droga. Popytałam więc znajomych, przyjaciół i różnych takich.

I dzisiaj wyjeżdżamy. Ha!

Nie będę udawać, że jestem zachwycona perspektywą deszczu, chmur i 18 stopni (odczuwalna 15) nad polskim morzem, ale tam właśnie jadę, więc mój cudny talent do racjonalizacji się odezwał - na pewno będzie fantastycznie, a deszcz też bywa przyjemny, po długim suchym lecie. No i przecież nie jesteśmy z cukru, prawda? ;)

Mieszkać będziemy w domu mojej przyjaciółki, w Słupsku, a na plażę dojeżdżać do Ustki. Mamy kilka fajnych pomysłów, chcemy obejrzeć kilka starych polskich filmów i przeczytać kilka książek. No i wreszcie jakąś dłuższą chwilę pobyć ze sobą. A że dom jest duży, to gdy zabraknie nam do siebie cierpliwości, każde zaszyje się w swoim kącie i będzie dobrze.
To będzie podróż bardziej wewnętrzna niż krajoznawcza. Nawet jeśli spakowałam rękawiczki do rowerów i bikini.

Ale nie ma co marudzić, Polska jest wszak piękna i jestem przekonana, że podróżowanie to stan duszy, a nie odległość od domu, czy też drastyczna zmiana klimatu, kultury i języka w pobliskim sklepie. No i nie byłabym sobą, gdybym sobie samodzielnie nie podbiła adrenaliny - jedziemy niesprawnym autem, bo na wymianę sprzęgła jeszcze nie odłożyłam. Będzie, będzie zabawa!

Trzymajcie kciuki, żebym do Słupska dojechała, potem najwyżej się będę martwić :)

Wakacje 2014, here we go!


niedziela, 17 sierpnia 2014

208. A swoją filozofię ukradłam

Wyrwałam dziś ten artykuł z papierowego wydania Gazety Wyborczej. Poruszył mnie tak bardzo, a przez telefon nie byłam w stanie go zlokalizować na stronie gazety, że musiałam go ukraść. Schowałam do torebki i poszłam dalej. Pierwszy raz coś takiego zrobiłam. Trochę mi wstyd. Mam nadzieję, że właściciele kawiarni mi wybaczą, zwłaszcza, że jednoznacznie nie byłam pierwsza - ta gazeta była cała wybrakowana. W sumie bez sensu, gdyby nawet artykuł był za paywallem, to przecież kupiłabym. Widać mam braki w systemie etyczno-moralnym.


Co mnie tak poruszyło? Profesor Gadacz mądrymi słowami i odniesieniami do jeszcze mądrzejszych opisał całą moją filozofię drogi, zmiany, podróżowania i szukania samej siebie.


"Czy tajemnica prawdziwego doświadczenia podróży nie tkwi w zmianie naszego nastawienia? Jeśli ono nie nastąpi, wrócimy znudzeni jak Odyseusz powracający do Itaki, do punktu wyjścia. W jego wypadku podróż jest tylko pewną przygodą, po której wrócił do tego, co było. Z drugiej strony mamy innego podróżnika, Abrahama, który też opuszcza ziemię rodzinną, też podróżuje, ale ani nie osiąga ziemi obiecanej, ani nie wraca do punktu wyjścia. To przykład świadomości otwartej na radykalną zmianę. 
Nie, nie jestem w stanie rozsądzić, która podróż jest lepsza. Raczej poszukałbym alternatywy między nimi. Próbowałbym je jakoś połączyć, bo w naszej naturze nie leży stuprocentowy nomadyzm. Od czasu do czasu chcemy powrócić na tę swoją Itakę. I wracamy - ale nie po to, żeby pozostać, ale żeby znowu wyruszyć. Jeśli Odysa pokazalibyśmy jako wędrującego po kole, a Abrahama po otwartej linii, to coś pomiędzy nimi byłoby spiralą. Stale wędrujemy w górę, ale gdy przekroimy tę spiralę w jednym punkcie, to pojawi się w nim dom jako miejsce ciągłego powrotu"

Profesor porównuje podróż do zmiany, do zmiany samego siebie. W dalszych akapitach pisze także o Ubermenschowaniu według Nietzschego. O przekraczaniu samego siebie.

"Być może to pokazuje, że najbardziej zrównoważeni są ci, którzy są w drodze, ciągle otwarci. A miejsca odpoczynku są tylko chwilami."

Czytałam zafascynowana tym, że ktoś może tak bezbłędnie opisać moje "w drodze".
I niewiele mam do dodania. 

Dziękuję, Panie Profesorze.  


środa, 13 sierpnia 2014

207. Pecunia non olet (czyli jak zarabiać na blogu cz. 0)

Ostatnie tygodnie są jakby spokojniejsze, trochę wygaszone, wręcz na granicy dołowatości. Mam jednoznacznie obniżony nastrój. Ponieważ nie byłabym sobą, gdybym nie podrążyła i nie przyglądała się sobie samej, to już mniej więcej wiem, dlaczego tak jest i skąd to wyhamowanie.

Najprościej to nazwać depresją poporodową. Skończyłam różne projekty i wyszłam z różnych problemów. Koza rabina się wyprowadziła wraz z panem Zbyszkiem i jego narzędziami remontowymi. Grzyba już nie ma i trzymajmy kciuki, żeby nigdy więcej nie było. Moja sytuacja finansowa się niestety nie poprawiła i choć jest tu całkiem sporo do wykonania, to walka jest nierówna, więc nie przynosi zbyt wiele satysfakcji.

Jakieś drzwi się pozamykały, inne jeszcze nie zdążyły się otworzyć.

Nawet proces odchudzania, który przecież trwa i trwać będzie, został domknięty tą ostatnią notką i umieszczeniem zdjęć przed i po (swoją drogą miałam dużo frajdy w wybieraniu bardzo złych zdjęć, co by efekt porównawczy był bardziej szokujący). A z facetami się dzieją prześmieszne rzeczy, o których pisać tu nie będę, ale niewątpliwie w głowie mi się poprzestawiało i tu również musi nastąpić jakieś przetasowanie i przegrupowanie.
Przyjaciółka słusznie napisała, że potrzebny mi nowy cel. I ma rację, wszak kiedy stoję w miejscu to marnieję.

Więc jestem, wydaje się, w takim momencie życia, w którym następuje zmiana lokomotywy. Wagony stoją na stacji, pełne pasażerów i towarów, pociąg się nie rusza, ale wszyscy wiedzą, że to tylko przez moment, a cała ekipa ludzi zmienia lokomotywę ze spalinowej na elektryczną. Albo na odwrót.

I już wiem, co będzie moim kolejnym celem.

Najpierw będzie celik malutki i nieszczególnie skomplikowany - w przyszłym tygodniu wybieram się na parę dni na Pomorze Środkowe i będę po taniości spędzać urlop i aktywnie odpoczywać. Potrzebuję więc wszelkich dobrych rad dotyczących Słupska, Ustki i okolic. Byłam już tam wielokrotnie, turystycznie mam mniej więcej ogarnięte, ale na pewno są miejsca, które chcecie mi polecić. Albo knajpy. Niedrogie, de préférence

Jest też większy cel. Bardziej złożony. I wymagający stworzenia całej strategii działania. A mianowicie, proszę Państwa, postanowiłam, że teraz będę zarabiać pieniądze. Na blogu zamierzam je zarabiać, acz wcale nie jestem pewna, czy na tym. Na pisaniu również. I na wszystkich innych działaniach, które będą z tego wynikały. A wyjazd na Pomorze potraktuję jako swoją samotnię, co by tę strategię ustalić, opracować i rozplanować. 

A Wam o tym piszę głównie dlatego, że jestem dużo bardziej konsekwentna w realizacji celów, gdy robię to na widoku i na scenie. Publiczność mi służy i mnie mobilizuje. 
Jest zatem plan i projekt i cel. 

I od razu zrobiło mi się lepiej. 

A żeby nie było gołosłowną, to od razu poszłam dzisiaj do radia porozmawiać o tym, jak to jest, gdy bloger zarabia pieniądze i czy aby to nie jest nieetyczne. 

No więc nie jest. 
Ale o tym może już innym razem. 

zdjęcie ze strony Polskiego Radia
A na dobranoc trochę mocniejszych bitów. Kazik niewiele rozumie z internetu, ale i tak się na nim wychowałam. 




czwartek, 7 sierpnia 2014

206. Jak schudłam 18 kg (and counting)

W wersji krótkiej ta historia brzmi: jedz sensownie, dużo się ruszaj, przebadaj się, pracuj nad konsekwencją, bądź dla siebie łagodny/a i nie przejmuj się nadmiernie.

Wersja długa jest długa, ale może ktoś doczyta do końca. Albo przynajmniej obejrzy obrazki ;)

Zaczęło się kilkanaście miesięcy temu, pod koniec marca 2013, gdy wyjeżdżałam właśnie w podróż życia do Stanów. Parę dni przed odlotem wpadłam do przyjaciela pożyczyć aparat fotograficzny. I z głupia frant stanęłam na jego wadze. Po dziś dzień żałuję ;) Wynik mnie przeraził. Przy 185 centymetrach ważyłam 103,5 kg.
Początki otyłości według skali BMI

Z nadwagę borykałam i borykam się od wielu lat. Pacholęciem będąc byłam szczupła, a nawet chuda (z przodu plecy, z tyłu plecy) i czułam się z tym bardzo dobrze, ale potem zaszłam w ciążę i przytyłam prawie 30 kilo. Nigdy nie udało mi się tego zrzucić. Miałam kilka podejść mniej lub bardziej udanych i spróbowałam kilku diet, mniej lub bardziej restrykcyjnych. Raz nawet było skutecznie, schudłam z 10 kilo pod opieką dietetyczki, ale potem poznałam toksycznego faceta i w ciągu dwóch lat wszystko wróciło. Toksyczne relacje nie służą zdrowiu, wiadomo.
Maroko, 2011

Stanęłam więc na tej wadze, popłakałam się i doszłam do wniosku, że jest naprawdę źle. Od kilku tygodni wprawdzie chodziłam na zajęcia krav maga dla kobiet, ale ledwo dyszałam, gdy moje młodsze, szczuplejsze i lepsze kondycyjnie koleżanki skakały wokół, ile wlezie. Czułam, że powinnam zrzucić parę kilo z przyczyn zdrowotnych. Stawy kolanowe nie przepadają za nadwagą. Organy wewnętrzne nie lubią nadmiernego otłuszczenia. A organizm stanowczo lepiej śpi, gdy waga jest zbliżona do normalnej.

Montpellier 2011

Rzecz jasna miałam dobrą wymówkę dla ludzi wokół i dla samej siebie: mam wszak niedoczynność tarczycy.  I to prawda, choroba Hashimoto nie pomaga metabolizmowi, a już na pewno spowalnia różne procesy w organizmie, jednak znam ludzi o chorej tarczycy, którzy jakoś utrzymują wagę w ryzach. Niestety. Odchudzanie przy niedoczynności JEST trudniejsze, ale nie jest niemożliwe. Wiedziałam również, że nie wyglądam na te 100 kilo z hakiem. Umiałam i umiem się ubrać, jestem wysoka i potrafię wyeksponować biust, podkreślić talię, nawet gdy jej prawie nie ma i schować grubą dupę.



San Francisco 2013



Co nie zmienia faktu, że byłam gruba. A nawet otyła. Trzeba było się z tym zmierzyć.


San Francisco, 2013

Pojechałam zatem do Stanów. Przeżyłam wiele fantastycznych przygód, również damsko-męskich (bo, warto to zauważyć - kobiety z nadwagą też się podobają facetom, atrakcyjność bynajmniej nie jest funkcją szczupłości i liczby kilogramów) i przyjechałam szczęśliwa, nagrzana słońcem oraz.. szczuplejsza o jakieś 3-4 kilo. 

Wróciłam na kravkę, już do grupy mieszanej, chciałam się ruszać. Co jakiś czas nawet próbowałam biegać. Nie jest to dobre dla kolan, gdy się biega z nadwagą, ale przecież jakoś trzeba sobie tę kondycję budować. 

Na początku lipca dotarłam do dietetyczki. Przyznałam się przed sobą, że sama nie dam rady i że potrzebuję pomocy. Dostałam zalecenia i przepisy. I dużo wsparcia. Bo w moim przypadku kolejna dieta cud nie miała szans się udać. Tu trzeba było zmiany nawyków. Odstawienia słodyczy przede wszystkim. Jedzenia większej ilości warzyw i owoców. Zastąpienia kanapek mięsem i nabiałem. Zadbania o siebie. 



Mam w ogóle wrażenie, że większość mojej pracy nad sobą sprowadzała się do zamieniania złych nawyków na dobre. Miałam na ten przykład tendencję do nagradzania się słodyczami. I do rozładowywania napięcia nimi. Gdy było mi przykro - czekolada. Gdy byłam zmęczona - mmsy. Gdy chciało mi się płakać - lody. Gdy chciałam odpocząć - wielka kanapka. Bez sensu, ale jakże trudne do przeformułowania. Nauczyłam się nagradzać samą siebie w inny sposób niż jedzeniem. I przede wszystkim poszukałam ukojenia w ruchu, w sporcie, w endorfinach płynących z fizyczności innej niż procesy trawienne.  

Karolina ustaliła mi plan. Zwróciła uwagę na to, że poza słodyczami i kanapkami to ja niewiele jem, więc zasadniczo mój organizm jest wiecznie głodny. Na początku nauczyła mnie liczyć kalorie. Tak mniej więcej. Jej system to między innymi pokazywanie, ile danego produktu wchodzi na 50 kcal. Jak wygląda taka porcja na talerzu. Bo wiadomo, nie zawsze ma się możliwość dokładnego sprawdzenia tych kalorii, a czasami popełnia się kosztowne błędy z niewiedzy. Bo niby skąd miałabym wiedzieć, że 2/3 opakowania malin to tyle samo kalorii co 2 orzechy brazylijskie, prawda? Zaproponowała poziom kalorii na 1500 dziennie. Wiem, to dość dużo, wzięła pod uwagę mój wzrost, i fakt, że się całkiem sporo ruszam. Dostałam od niej 1300 kcal w 5 posiłkach oraz 200 kcal buforu, z którym mogłam zrobić co bądź. Taki ukłon dla mojej wolnościowej natury ;) A 200 kcal to całkiem sporo -  np. prawie cały snickers lub prawie całe piwo, albo serek bieluch z papryką i słonecznikiem. Mogłam wybrać. 

Wzięłam się do roboty, zaprzyjaźniłam się z lokalnymi targami i dostawcami warzyw i owoców. Nawet parę ustensyliów dokupiłam do kuchni, co by się poczuć lepiej. I tak sobie trwałam w tej diecie, chudłam w miarę bezpiecznie, bo kilka kg miesięcznie i praktycznie wszystko szło z tłuszczu (lub z wody, na samym początku). Kiedy zaczynałam przygodę z Karoliną, moja masa mięśniowa wynosiła jakieś 55 kg. I wcale się nie zmniejszała z czasem, choć waga spadała. Karolina ma takie specjalnie urządzenie, które potrafi elektroczymśtam ocenić, ile jest czego w ciele - wody, mięśni, tłuszczu i już nie pamiętam czego.  

Pierwszy kryzys miałam na jesieni. Brakowało mi słońca i energii. Próbowałam zmienić panią endokrynolog, bo wiedziałam, że coś jest nie tak z moimi wynikami tarczycowymi, ale jakoś mi to nie wychodziło. Poznałam wówczas fajnego faceta, zaczął mi gotować (a robił to znakomicie), i chociaż bardzo prosiłam, żeby raczej mi serwował dania kalorio-oszczędnie i on się bardzo starał, to jednak ciągle wychodziło na to, że jem za dużo. Nie tyłam, ale przestałam chudnąć. Byłam tym bardzo rozczarowana. On wprawdzie twierdził, że moje kształty się zmieniają i rzeczywiście czułam, że talia się robi bardziej zarysowana, a uda mniej masywne, ale jednak waga stała w miejscu. 

Karolina mnie wtedy prosiła, żebym nie odpuszczała. I żebym była zadowolona z tego, że nie tyję, pomimo, że przestałam restrykcyjnie się odchudzać. Jakimś tam stałym elementem było śniadanie - jogurt naturalny, muesli i owoce. Około 400 kcal. Codziennie takie samo, codziennie inne, bo inne owoce i inne muesli. 
Ten nawyk został i mam nadzieję, że już będzie na zawsze. 

Waga stała aż do świąt. W święta na moment się wzniosła o jakiś kilogram, po świętach pożegnałam się z facetem i spróbowałam wrócić do dobrych zwyczajów. Nie było łatwo. Zdarzał się na przykład alkohol, pewnie raz w tygodniu, a alko nie tylko jest kaloryczne, ale również osłabia jakieś tam procesy i spowalnia odchudzanie. Zdarzały się obiady w knajpach, regularne spotykanie się z przyjaciółkami i lawirowanie między naleśnikami, hummusem i opowieściami o życiu i beznadziejnych facetach. Zdarzały się też wyjazdy, jak najbardziej towarzyskie, a ja poza domem zazwyczaj nabieram wody, metabolizm mi siada i czuję się opuchnięta jak sto pięćdziesiąt, albo nawet dwieście. 
A jednak nadal trzymałam wagę. Nie przytyłam. Karolina była zachwycona. Ja mniej.




Pamiętam jedną swoją wizytę (a chodzę do niej średnio co kilka tygodni), kiedy się zwyczajnie popłakałam. Za dużo tego było. Za mało sukcesów, za dużo średniości albo porażek. Czułam, że nie jestem w stanie ruszyć i że tkwię na jakiejś grzędzie, w rozmiarze 44 łamanym na 46 i już nigdy nie będę wyglądać normalnie szczupło. Chodziłam na sport 3-4 w tygodniu, w sumie z 6 godzin intensywnego ruszania się i budowałam masę mięśniową, a waga stała w miejscu.

Już nie wiedziałam, jak to ogarnąć. Rzucałam kurwami i wkurzałam się na swoją własną słabą wolę. 
To chyba wtedy kupiłam sobie wagę. Bo nie byłam w stanie znieść tego rozczarowania w czasie wizyty, gdy dowiadywałam się, że przez miesiąc schudłam o 400 gram. 

Tak, moje odchudzanie było jak najbardziej emocjonalne. 

Odżywiam się w miarę regularnie i to pewnie pomogło mi wytrwać, przeczekać ten okres stabilizacji.
- najpierw śniadanie, najpóźniej godzinę po wstaniu.
- ok. 11.00 drugie śniadanie (bieluch z czymś albo jakiś owoc, jakieś 150 kcal), 
- obiad o 13.00, zamawiany do firmy, zazwyczaj zostawiam połowę kaszy czy też ryżu, 
- coś o 16.00, jeśli pamiętam (garść orzechów albo papryka albo kawałek chleba, czasami krówka ;) 
- coś przed treningiem, koło 18.00 (kefir i bułka też są ok)
- i coś po treningu (najlepiej zupa albo sałatka) 
A gdy nie mam treningu, to drugi obiad -  łosoś z warzywami, smażona pierś z kurczaka z pomidorem, quinoa z czymś tam, jakaś zupa w mieście, kanapki z białym serem i jajkami na twardo i kupą warzyw. 
I zazwyczaj dogryzam coś jeszcze przed snem, niezgodnie z zasadami. Dość często jest to coś słodkiego, ale nie mówcie tego Karolinie.
W ramach napojów - woda, kawa, herbata, pokrzywa i cola zero. Najlepiej ok. 2,5 litra dziennie, przy czym kawa się nie liczy. Na treningach dodatkowo. 

Jak widzicie ani to bardzo dietetyczne, ani bardzo restrykcyjne. Ale inaczej nie dałabym radę wytrwać. Część swoich zwyczajów żywieniowych chciałam zachować, inną część musiałam dostosować do trybu życia (ciężko jest przecież przygotować posiłki na cały dzień, gdy wychodzi się z domu o 8 rano, a wraca o 22, i tak kilka dni z rzędu w każdym tygodniu). Moja dieta była szyta na miarę. 

A potem zmieniłam endokrynologa. Dotarłam do tego, który nie uważa, że TSH w wysokości 2,4 jest normalne dla kobiety w moim wieku. Zmienił mi leki, zmienił dawkowanie i od razu odzyskałam siłę i energię. Zaczęłam też suplementować wit. D, której nam wszystkim brakuje, a która również ma wpływ na metabolizm. Podobno.
Odżyłam :)

Praga 2014, fot. Kuba Głębicki


Waga ruszyła. Opuchnięcie zeszło. Ludzie zaczęli mi mówić, że na twarzy schudłam, a ja zmieniłam garderobę o kolejny rozmiar. Zrobiłam porządki w szafie, odłożyłam drugą już partię za dużych ubrań i zdałam sobie sprawę, że nie mam w czym chodzić. Ale to jakby nic nowego w życiu kobiety :) Kupiłam sobie nowe dżinsy i nową bieliznę, bo biust oczywiście też zmalał. Z 80HH na 70G. Nie narzekam ;)  

Jakieś dwa tygodnie temu po raz pierwszy osiągnęłam wagę 85,5 kg, czyli BMI mam w normie. Ważę się zawsze rano, nago, po siku ;) Śmieszne, bo czasami po kilku godzinach waga jest niższa, ale zazwyczaj jednak rośnie o jakieś pół kilo, albo i trzy, kiedy mam trening i piję duże ilości wody.

Gałki 2014, fot. Anna Piwowar

Waga mi skacze w nieprzyjemny sposób, bo zazwyczaj w trakcie tygodnia schodzi mi ładnie o kilkaset gram dziennie, a w weekend wraca kilogram albo i półtora. Jestem trochę jak ślimak na ścianie studni. Trzy metry do góry za dnia i dwa metry w dół w nocy. Ale taki widocznie mój urok, przestałam się tym przejmować (po kilku dramatycznych wieczorach mailowanych z Karoliną, że jak to możliwe, że po kettlach ważę dwa kilo więcej niż przed treningiem). Być może powinnam mniej imprezować w weekendy ;) 

Walczę o każdy kilogram w dół. W tej chwili zeszłam o 18 kg, ale nie powiedziałam ostatniego słowa. Odżywiam się w gruncie rzeczy tak, jak chcę. Piję cydr, jadam lody, nawet ostatnio kupiłam sobie mmsy na podróż. Zmieniło mi się jednak podejście do jedzenia. Bo kiedy piję, to nie zażeram orzeszkamni. Kiedy jem lody, to raczej sorbety domowej roboty. Kiedy kupuję mmsy, to po kilkunastu zdaję sobie sprawę, że jest mi za słodko. I odkładam je na później.
Wydaje mi się, że udało mi się oddzielić jedzenie od nastroju i potrzeb fizycznych. Trzymajcie kciuki, żeby tak rzeczywiście było.  

Jak mam trudniejszy czas, to bardziej dbam o regularne posiłki i jedzenie warzyw, gdyż to dzięki nim i błonnikowi w nich zawartemu, udaje mi się nie być głodną. A głód to najgorsza rzecz w trakcie diety - jeśli pozwolę sobie na przegłodzenie, to jak nic za chwilę przybędzie mi pół kilo, gdyż organizm sobie odłoży wszystko, co zjem, albo i jeszcze więcej.  

No i polubiłam sport. To jest chyba najfajniejszy element tego całego mojego odchudzania. Mam co najmniej dwa treningi tygodniowo po półtorej godziny i wychodzę z nich mokra (od włosów po majtki). Czasami udaje się coś jeszcze, np. ostatnio 12 kilometrowy spacer po Warszawie wieczorową porą, kumpel mnie przegonił. W ciągu roku szkolnego dołożę sobie pewnie jakieś regularne zajęcia. Z przyjaciółką zastanawiamy się nad boksem, co by poprawić technikę uderzeń. A może wrócę na kettle? Musiałam je odstawić po wypadku motocyklowym - za bardzo nadwyrężyłam sobie wówczas szyję.




Cel osiągnęłam. Moja waga jest w normie w zakresie BMI. Wiadomo, ta liczba jest arbitralna i nie uwzględnia ilości mięśni, wszak gdybym tyle się nie ruszała, ważyłabym dużo mniej. A 85 kilo brzmi nadal bardzo średnio i całkiem sporo. Ale warto uwzględnić mój wzrost i budowę. Kiedy w liceum byłam chuda i nie miałam żadnych kształtów, ważyłam jakieś 68 kilo. I nie mam najmniejszej ochoty wracać do tego wyglądu.

Dzisiaj czuję się kobieco i wygodnie we własnym ciele. 
Chrząstawa 2014, fot. Kuba Głębicki
A sukienki na mnie leżą znakomicie :)
Chrząstawa 2014, fot. Kuba Głębicki

Więc idę dalej. 
Jak zazwyczaj. W drodze. 

A Wam, którzy to czytacie i zastanawiacie się, jak się zabrać do diety, życzę przede wszystkim dużo łagodności dla swoich słabości i dobrych doradców. Karolinę polecam z całego serca. Wiadomo, gdybym nie miała silnej woli, to bym nawet kilograma nie schudła, ale to dzięki jej wiedzy i jej cierpliwości, dzięki jej motywowaniu mnie na różne sposoby i zwracaniu uwagi na pozytywy, a nie tylko na to, że waga stoi w miejscu i dzięki temu, że jest tak bardzo pro-sportowa i pro-rozsądkowa, udało nam się razem zadbać o moje zdrowie i nawyki żywieniowe. I to bez jakiejś dramatycznej przemiany wewnętrznej. Karolina umiejętnie się dostosowała do moich potrzeb i możliwości. Gdybym musiała codziennie gotować z wagą kuchenną w ręku, to rzuciłabym tę dietę po miesiącu. 

Chciałabym móc się teraz ogłosić ekspertem od odchudzania i najlepiej jeszcze napisać na ten temat książkę, albo dwie, ale niestety wiem aż za dobrze - jedno to zrzucić, drugie to utrzymać. Pogadajmy za 3 lata, jeśli moje BMI będzie nadal w normie. Mam jednak ogromną nadzieję, że tym razem nie będzie efektu jojo, bo oprócz pracy nad jadłospisem i regularnością posiłków, skupiłam się na tym, żeby zmienić swoje zwyczaje, swój sposób życia, ilość ruchu i podejście do jedzenia in general.

(jak się mnie znajomi pytają, jak to zrobiłam, to zazwyczaj mówię o diecie agrestowej. Że jadłam wszystko.... poza agrestem). 

Tymczasem nadal nie wymyśliłam, co sobie sprawię za dobrze wykonane zadanie. Nagroda musi być. I to porządna :)