poniedziałek, 21 lipca 2014

205. Zostaję w OFE. Chyba.

Wszystko na to wskazuje, że właśnie zostałam w OFE.

Zrobiłam to elektronicznie, jestem dumna i blada, bo to naprawdę wysoki level nieprzyjazności systemu.

Najpierw musiałam mieć swój ePUAP (profil zaufany) i swój PUE (w ZUSie). Oba konta były już powiązane, bo przy okazji ostatniej wizyty w ZUSie to sobie uruchomiłam, więc wyglądało na to, że jest to proste. Ależ skąd.

Zalogowałam się w PUE (loginem jest ciąg cyfr, i nie można tego zmienić na coś przyjemniejszego). Rzecz jasna opcji pozostawania w OFE nie wyjęli na wierzch, bo przecież im nie zależy, wręcz przeciwnie. Na szczęście udało mi się znaleźć wyszukiwarkę, wpisałam w nią "OFE" i już trzecim dokumentem wyszukanym był ten, co trzeba.

Wypełnił mi się sam z siebie (to miłe, ale nie wiem, jak mogłabym to zmienić, gdybym stwierdziła jakieś błędy). I nie, żebym miała informację, że tak, chcesz pozostać w OFE to kliknij tutaj. Była natomiast cała formułka prawna, że zgodnie z art. takim i śmakim ustawy takiej i takiej ten formularz służy do zadeklarowania, i tak dalej. W takich chwilach zastanawiam się, jak sobie radzą z takim językiem ludzie, którzy go nie stosują na co dzień. Wiem. Nie radzą sobie.

Nie bardzo wiedziałam, co dalej, bo nie było opcji wyślij.

Zapisałam formularz. Zamknęłam okno (spytał, czy na pewno chcę zamknąć, trochę mi się głupio zrobiło). I pojawiło się kolejne okno, że niby mogę teraz wysłać ten formularz do ZUS, bo jestem w wiadomościach roboczych. No to kliknęłam, że tak, chcę! A on do mnie, że potrzebny będzie podpis profilem zaufanym ePUAP. No to git, akurat mam, mówię mu. I on mi okienko wyskakuje, a moja przeglądarka mówi mu" "halo, halo, nie lubimy wyskakujących okienek", więc zablokowała. Zmieniłam szybciutko opcję w przeglądarce, co by mi nie uciekło, ale dokument roboczy zniknął. Nie było go nigdzie, nawet w koszu.

Przeszłam procedurę ponownie.

I ponownie doszłam do tego okienka wyskakującego, pojawił się ePUAP, kazał wybrać profil zaufany, Cywińska kliknęła, i dupa. Nie ma Pani obecnie profilu zaufanego, niech Pani nas nie oszukuje, nic z tego nie będzie.
Zamknęłam okienko, niepyszna.

Spróbowałam po raz trzeci od samego początku. To samo. Że nie mam profilu, że nie będzie ze mną gadał.
Sprawdziłam w ustawieniach PUE - tak, tak, Cywińska w PUE lubi się z Cywińską w ePUAPie. No to wlazłam do ePUAPu. Wpuściło mnie bez logowania (ciekawe, że nie mają wylogowywania po zakończonej sesji), poklikałam, sprawdziłam, że GIODO mi jeszcze nic nie odpowiedziało (bo ostatnio składałam skargę na natrętne telefony telemarketerów), i wróciłam do PUE. A nuż.

I coś jakby się zmieniło. Przejście do ePUAPu coś odblokowało, bo pojawił się mój profil zaufany, mogłam go wybrać, i już tylko trzeba było kliknąć, odebrać mail, skopiować hasło, wkleić hasło, kliknąć ponownie i dowiedzieć się, że liczba wysłanych dokumentów jest 1, a liczba niewysłanych dokumentów jest 0. Albo jakoś tak.

Na mail, rzecz jasna, nie przyszło żadne potwierdzenie. Po co marnować papier, prawda?
W wysłanych dokumentach jest.
To chyba zostaję w OFE, nie?
(a wybrałam tę opcję, bo Michał Szafrański tak ładnie wszystko wyjaśnił na swoim blogu)


czwartek, 17 lipca 2014

204. W drodze do świętego spokoju

- Miało być więcej "w drodze" - marudzi Młody czytając blog
- Miałam więcej podróżować, sorry- ripostuję średnio sensownie, przekładając rzeczy z miejsca na miejsce.

W domu istny armagedon, bo nie dość, że grzyb nam mocno dezorganizuję kuchnię i łazienkę, to jeszcze kontener z rzeczami Młodego przypłynął z dalekich wojaży i mamy w związku z tym na stanie rozmaite kartony i mniej lub bardziej zapakowane meble. I stosy książek do sprzedania, oddania, wyrzucenia. No dobra, nie wyrzucenia, bo książek, jak chleba, się nie wyrzuca.

Wygląda to dość dramatycznie, a przecież impreza się dopiero zaczyna - jutro wchodzi pan Zbyszek i będzie demontował kuchnię, zdejmował kafelki w łazience i odsłaniał wszystko, co wilgotne. Potem na tydzień postawimy osuszacz - ma wyciągnąć wszystko, co się da ze ściany. I będziemy traktować grzyba chlorem, a kysz, a kysz. A po tygodniu wróci pan Zbyszek i odtworzy nam ścianę, kuchnię, łazienkę i - miejmy nadzieję - spokojną rzeczywistość.
Perspektywa życia bez kozy rabina dodaje mi sił.

Tymczasem mnie nosi. Mam ochotę uciec daleko w siną dal, co by nie musieć się zajmować tym wszystkim (a oprócz grzyba ciągle wisi nade mnie niedokończona szkoda za motocykl, niedokończona rehabilitacja szyi i niezałatwione formalności w związku z autem). Dawno nigdzie nie byłam. Ostatnie dłuższe wolne to był wyjazd do Stanów. Kilkanaście miesięcy temu. Nie mam pojęcia, jak to zrobię, ale gdzieś się muszę zaszyć i zgubić, choćby na tydzień.

Może by tak do lasu na grzyby? :)




poniedziałek, 14 lipca 2014

203. Lepszy rydz

Robienie porządków w niedzielne przedpołudnie to zły pomysł, mówię Wam. Zła karma musiała mi się przez przypadek załączyć. Nie mam pojęcia dlaczego, bo ostatnio staram się być miła i uczciwa, ale może to z powodu tych książek, których nadal nie oddałam do wypożyczalni.

A mianowicie. Porządki robiliśmy. W kuchni. Takie optymalizujące rzeczywistość za małych szafek. Rozmawialiśmy o tym, żeby zakupów póki co nie robić, tylko wykończyć zapasy. I że pojedyncze herbaty sierotki można poprzekładać do jednego pudełka. I że na przyprawy trzeba znaleźć system. Dziecko z tych gotujących, więc go to jak najbardziej interesowało. Durnostojki zamieszkały w kartoniku "do oddania", razem z łyżeczkami skradzionymi z samolotów kilkanaście lat temu, gdy jeszcze bywały prawdziwe, a nie z tworzywa. Zwietrzałe kawy przekazaliśmy do świata wiecznych kaw - wyniosłam je później do śmietnika. A szuflada ze sztućcami została przełożona bliżej zlewu. Głównie dlatego, że od pewnego czasu w tej szafce pachniało niefajnie, pleśnią, grzybem, cholera wie czym. Zaglądałam do niej już nieraz, ale nigdy nie znalazłam przyczyny.
A że to zabudowa, to dostęp niełatwy.

Kiedy jednak już wyjęłam te wszystkie szuflady i po raz kolejny przyjrzałam się tylnej ściance, to coś wzbudziło moje zaniepokojenie. Jakieś wybrzuszenie, kolor, coś nie tak. Pociągnęłam delikatnie za dyktę, z której tylna ścianka jest zrobiona i za chwilę wszystko było jasne, dykta została w ręku, mięciutka i cieplutka - a my mogliśmy się przywitać z naszym nowym lokatorem. A właściwie nie nowym, bo chyba kilkuletnim. Cudnie żółto-czerwonym, w czarne kropki. Z lekkim nalotem niebiesko-szarym, rzecz jasna.

Spanikowałam.
Grzyb.
Czyli jednak.
Zaczęłam dramatycznie zrywać resztę dykty, odkrywając go coraz więcej i więcej. Aż zerwałam całą tylną ściankę i zdałam sobie sprawę, że sama nie zdemontuję piekarnika ani nie odsunę pozostałych szafek od ściany. A on tam był.

Potem już poszło w miarę szybko.
Przerażone telefony do przyjaciół. Sprawdzenie łazienki, bo gdzieś przecież musi być przyczyna. Odsunięcie pralki. Odkrycie, że pod zabudowaną wanną stoi sobie woda, a ściany są wilgotne i chyba miękkie. Telefon do ubezpieczyciela. Zamówienie hydraulika na cito. Stwierdzenie, że to obudowa wanny jest nieszczelna. Wycieczka do Castoramy po silikon, szmaty i spray grzybobójczy.
- A czy może Pan przyjechać nie za późno? - to do hydraulika - bo mecz chciałabym obejrzeć.
Był w sam raz, całkiem młody i sympatyczny. Zasilikonował to, co trzeba, gdy ja robiłam zdjęcia naszego nowego przyjaciela w szafce, a potem sprayowałam go chlorem. I wszystkie okoliczne ściany, do których miałam dostęp.

I już tylko zebranie wody spod wanny (dla wizualizacji - 185 centymetrów Cywińskiej złożonej na czworo we wnęce pralkowej i jej ręka z szmatą wchodząca raz po raz pod wannę przez niewielką kratkę), włączenie wiatraka, co by osuszał okolice i narastające poczucie, że w tym roku będzie krucho z urlopem.
Bardzo krucho.

Mundial wygrali Niemcy, nowy silikon jest szczelny, a mnie coraz sprawniej idzie zgłaszanie szkód ubezpieczeniowych. Przed nami już tylko znalezienie wykonawcy, rozmontowanie kuchni i zerwanie kafelków w łazience, pozbycie się ścian kartonowo-gipsowych, zapewne skuwanie tynków, wysuszenie ścian i ponowny montaż wszystkiego (czy aby mam wystarczająco kafelków w piwnicy???). W takich chwilach bycie singielką nie sprawia frajdy.

- Mamuś, wiesz co, w lodówce też można by trochę uporządkować ... - Młody zawiesił głos - no chyba że nie. Jeszcze byśmy coś znowu odkryli. Albo kogoś.
- Jedno dziennie nam starczy, synuś.

Piosenka okolicznościowa.




Ze strony: http://www.wallgang.com/wallpapers/mushroom-art-psychedelic-lsdex-jpg-1283224-1024x768.html



piątek, 11 lipca 2014

202. Bo jeśli nie teraz

W kwietniu kupiłam motocykl. Za niewielkie pieniądze. Od przyjaciela.
W czerwcu kolarkę. Też niedrogo. I po znajomości.
Od paru dni mam auto. Po totalnej taniości. Od przyjaciół. Jeździłam nią od wielu miesięcy (nią, bo to Toyota, jakby nie patrzeć - kobieta), aż wreszcie postanowiłam sformalizować nasz związek. Staram się nie myśleć o tym, że muszę w nią włożyć drugie, trzecie, a może nawet czwarte tyle - póki co jeszcze mnie kocha, więc nie wyprzedzajmy faktów.

W konsekwencji jestem jednak bardzo pod kreską, a nawet pod dwiema kreskami i nie mam żadnych planów urlopowych. Marzeń wyjazdowych rzecz jasna multum. Na ten przykład Barcelona, ale to koniecznie z facetem. Albo Maroko, bo było mi tam dobrze i mam poczucie, że nie wykorzystałam. Do Gruzji już niekoniecznie, zbyt modne się to zrobiło ;) Natomiast Izrael tak. I Estonia, podobno przepiękna. No i Ameryka Południowa ciągle na mnie czeka. Kiedyś może się uda. Boliwia i Peru w szczególności. Na motocyklu, kto wie.

Mówią, że marzenia należy przemieniać w plany.

Tymczasem przechodziłam wczoraj obok Lorda Wejdera. Parkuję go w bramie, co by na niego deszcz nie padał. (bajdełej zanim nie kupiłam motocykla, nigdy nie zwracałam aż tak uwagi na to, czy będzie deszcz, czy może jednak nie). No więc przeszłam wczoraj, już od paru dni na nim nie siedziałam. Spojrzałam na niego czule, nawet pogłaskałam po pleckach i pomyślałam sobie, że to był jednak cudowny pomysł. Ten zakup. To marzenie. Ten plan, który zrealizowałam. Bo nawet jeśli nie zawsze czuję się pewnie i nadal niemalże podskakuję, gdy jakieś auto pojawia się z prawej strony, to jazda na Wejderze jest dla mnie egzemplifikacją czystego szczęścia. Jest wydarzeniem tak bardzo kinestetycznym i sensualnym, że mogłabym spokojnie porównać je do bliskości fizycznej z drugim człowiekiem. Powiew wiatru, który mnie dotyka, wręcz obejmuje, od stóp do głów, i prędkość, która staje się niemalże tańcem na drodze. Takie drobne chwile szczęścia, którymi chciałabym się dzielić z całym światem.

I choć czuję pretensjonalność tego, co właśnie napisałam, to równocześnie chciałabym kiedyś móc ten swój stan emocjonalnego otwarcia i stopienia się ze światem przelać w słowa, które Was zmotywują do realizacji marzeń.

Bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Kreta 2010, Heraklion


czwartek, 10 lipca 2014

201. Co trzeci Polak uprawia seks?

Dziś krótki "przedruk" tego, co zamieściłam wczoraj na swoim fejsie. I komentarz. 

"- Pani Mario, czy miałaby Pani czas jutro przyjść skomentować w Radiu dla Ciebie wyniki badań prof. Izdebskiego na temat tego, że co trzeci Polak uprawiał seks z osobą poznaną w internecie? 
- Z przyjemnością - odpowiadam - a czy może Pani mi przesłać te badania, bo wynik wydaje mi się szokujący. Czy zna Pani metodę doboru próby oraz jakie dokładnie pytanie zadano badanym?
- Zaraz spróbuję znaleźć.
Za chwilę rozmawiamy ponownie
- Przyjechałabym, naprawdę, ale nie sądzę, by to miało sens - mówię szczerze po przejrzeniu raportu - Przede wszystkim te badania były wykonywane prawie 5 lat temu. Badani to wyłącznie użytkownicy internetu, którzy chcieli wziąć udział w badaniu, bo można było coś wygrać. Wprawdzie próba została "zważona" przez wiek i płeć do populacji polskich użytkowników internetu (nie do populacji Polaków!), ale już nie w stosunku do wykształcenia i do miejsca zamieszkania. Mamy więc nadreprezentację ludzi wykształconych z dużych miast. Więc te wyniki oznaczają jedynie tyle, że 5 lat temu co czwarty polski użytkownik internetu, który lubi odpowiadać na ankiety, deklarował, że uprawiał seks z kimś, kogo poznał w internecie. Obawiam się, że to nie będzie interesujące dla słuchaczy radia ....
------
Metodologia, głupcze, metodologia!" 


Za każdym razem, gdy ktoś do mnie dzwoni z prośbą o komentarz, proszę o źródło zaskakujących danych. Sprawdzam zwłaszcza grupę badaną, bo w internecie można przecież wszystko udowodnić, wystarczy odpowiednio dobrać grupę albo umieścić ankietę w odpowiednim miejscu. I za każdym razem nie mogę się nadziwić, że większość portali i dziennikarzy bezmyślnie przekleja tego typu nadinterpretacje. Tak jak tym razem Newsweek, za PAPem. I cały szereg innych portali mniej lub bardziej niusowych. 

Widziałam ten tekst jeszcze zanim do mnie zadzwoniła pani z Radia dla Ciebie. I sama z siebie szukałam tych wyników, bo jednak 30% Polaków uprawiających seks z ludźmi poznanymi w internecie to byłoby ciekawe zjawisko, biorąc pod uwagę, jaki ogólnie procent Polaków korzysta z internetu (wedle różnych badań ok. 60-65% Polaków powyżej 15 r. ż.). Ciekawe zresztą nie tylko z powodu liczb realnych, ale również z punktu widzenia gotowości respondentów do takiej deklaracji. Wydaje mi się bowiem, że relacja seksualna wywodząca się ze znajomości internetowej jest nadal uważana za coś "gorszego" niż relacja nawiązana na żywo, więc podejrzewałabym raczej, że badani będą unikać odpowiedzi na ten temat. Rzecz jasna nie znalazłam wyników, które by potwierdziły te liczby. Nie przyszło mi wówczas do głowy, że badania, na podstawie których ktoś wyciągnął ten błędny wniosek, były robione w 2009 r. To by zresztą dopiero była sensacja, bo w 2009 raptem 50% gospodarstw domowych miało dostęp do internetu, a rzeczywiście korzystających z sieci było sporo mniej. 
Zajęcia z metodologii powinny być obowiązkowe z liceum. I z podstaw statystyki. 

I jeszcze jedna myśl, którą chciałabym kiedyś bardziej rozwinąć - czy fakt, że się kogoś poznało w internecie i poszło się z nim do łóżka determinuje inną jakość tej relacji? Czy za wszelką cenę trzeba analizować wszystkie rodzaje zjawisk przez pryzmat tego, czy zaczęły się albo zakończyły w internecie? Przecież nikt nie robi badań na temat tego, ile osób poszło do łóżka z kimś poznanym w knajpie albo supermarkecie :)) Jestem silną zwolenniczką stwierdzenia, że internet i świat realny to nie są alternatywne rzeczywistości, ale uzupełniające i przenikające się przestrzenie. 
I w ten sposób bym chciała je badać. Gdybym. 

Dobrego dnia! 

Praga, Muzeum Zabawek

środa, 9 lipca 2014

200. W drodze czyli jak?

Dwusetna notka.
Okolicznościowa :)

Miałam cichą nadzieję, że z tej okazji pochwalę się sobą, dietą, wagą i tym, że BMI mam nareszcie w normie. Niestety w weekend wybrałam się do przyjaciół do lasu, popiłam, pojadłam i pojeździłam na rowerze. Było smacznie i beztrosko, więc pokornie powitałam nowy kilogram na wadze (wchodziłam i schodziłam trzy razy, zdjęłam wszystkie ubrania, nawet prysznic nic nie zmienił, wredna waga!). Z doświadczenia jednak wiem, że jak coś szybko przyszło, to szybko sobie pójdzie - taka prawda życiowa sprawdzająca się nie tylko w sferze żywienia ;) Kronikarsko tylko zapiszę, że z 10 dni temu miałam BMI w wysokości 25,16 i póki co to najlepszy mój wynik :)

Będzie zatem o czym innym.
O tym, że jestem w drodze.
Cały czas i non stop.

Kiedy zakładałam dwa lata temu ten blog, sądziłam, że będę w nim opisywać tylko swoje podróże. Wszak lubię się przemieszczać, to mój tryb defaultowy, takie moje oddychanie, wewnętrzny rytm. Lubię się szwendać. I rzeczywiście udało mi się tu zamieścić trochę impresji z tych moich wojaży, a część jeszcze przede mną (ciągle Wam wiszę, na ten przykład, wycieczkę do Pragi). Szybko jednak się okazało, że z jednej strony podróży jest za mało, żeby zapełnić nimi blog na pełen etat, a poza tym ja i tak lubię pisać o sobie. Wiadomo, najbardziej lubimy piosenki, które dobrze znamy.
A siebie znam jak mało kto ;)

I kłóciłam się sama ze sobą, bo blog miał być tematyczny, specjalistyczny wręcz, skupiony na podróżach i doświadczeniach z nich wynikających, a tu i tak Lumpiata przeziera przez każde zdanie i koncentruje się na sobie. Jak rasowy, narcystyczny bloger, który w każdym akapicie musi użyć słowa "ja", bo inaczej czuje się niespełniony.
No trudno, widocznie Lumpiata ma za silną osobowość :) A dobry bloger, jak wiadomo, gra nie tylko treścią, ale również sobą samym.
Swoim sposobem bycia i życia.  
Tym się różni od dziennikarza.

Pozwalam wiec sobie na więcej niż tylko podróże. Piszę o życiu, o zmianie, o różnych wyzwaniach i realizacji marzeń. O byciu i niebyciu singlem. O Warszawie. O tym, co mnie w danym momencie kręci.

Jedno jednak staram się utrzymać. To ciągle jest blog o byciu "w drodze".

O moim nienasyceniu i szukaniu siebie.
O tym, że zmienić można tylko samego siebie, a nie innych.
O walce z lękami i trudnymi emocjami, gdy w ciągu kilku chwil zostajesz sama w wielkim mieście i musisz sobie radzić.
O budowaniu siły. Wewnętrznej, gdy trzeba z dnia na dzień zerwać z facetem. I zewnętrznej, gdy kilka razy w tygodniu chodzisz na treningi.
O pokorze wobec chorób. I śmierci.
O zmienianiu siebie, swojego otoczenia, swojego ciała, swoich planów i marzeń.
I o tym, że im bardziej chcę, tym bardziej mogę.

------
Carol Dweck napisała książkę "Mindset". Polski tytuł niewiele mówi: Nowa psychologia sukcesu. Książka jest dość amerykańska w formie, nie ma sensu z tym walczyć. Warto natomiast przeczytać i przejrzeć się trochę w jej systematyzacji świata i ludzkich zachowań. Autorka opisuje dwa sposoby podejścia do zmian, wyzwań, sukcesów i porażek. Dwa nastawienia. Growth mindset i fixed mindset. Pierwsze podejście, nastawione na rozwój, daje siłę do zmian, a problemy zamienia w wyzwania i możliwości. Drugie, nastawione na trwanie, utrzymuje pewne status quo i traktuje porażki jako informacje o wartości człowieka. Pierwsze pozwala iść do przodu. Drugie ciągnie w dół.

Wybór należy do Ciebie :)


wtorek, 8 lipca 2014

199. Rekrutacja do liceum - przypadek szczególny

Normalny gimnazjalista w 3 klasie zdaje egzamin gimnazjalny (humanistyczny, matematyczno-przyrodniczy i język obcy) i na podstawie uzyskanego wyniku oraz swoich ocen na świadectwie i ewentualnych dodatkowych osiągnięć (olimpiady, konkursy, wolontariat) dostaje się do wybranego liceum publicznego (bądź nie). W Warszawie system rekrutacji jest dość skomplikowany, należy się zalogować, wybrać konkretny profil w konkretnym liceum, czasami jeszcze wybrać kombinację języków obcych i potem w odpowiednim momencie sprawdzić, do jakiej klasy się dostałeś. Można ustawić bodajże 3 klasy w kolejności preferencji. Np. społeczno-biologiczną w jednym, z angielskim i niemieckim, matematyczno-geograficzną w drugim, z hiszpańskim i niemieckim i jeszcze bezprofilowo w trzecim (są takie licea, są). Potem jest ten gorący okres latania z dokumentami, często robią to rodzice, bo młodzież już na obozach i wreszcie na początku lipca w szkole publikują listy przyszłych klas. Wraz z minimalną punktacją, która była potrzebna, żeby się do tej konkretnej klasy dostać.

W naszym przypadku sytuacja była nieco inna.

"O przyjęciu do oddziału klasy pierwszej ucznia powracającego z zagranicy decyduje Dyrektor Szkoły."  znaleźliśmy w niektórych regulaminach rekrutacyjnych do interesujących Młodego liceów. A w innych nie było nic. Sekretarki albo wiedziały mniej więcej tyle, ile treści w powyższym zdaniu, albo jeszcze mniej. "Niech Pani dzwoni do kuratorium, to oni wydają decyzję" - próbowały mnie odesłać. 

Pogrzebałam trochę w przepisach i znalazłam stanowisko MEN, zgodnie z którym:
"zarówno do klas pierwszych ww. szkół, jak i do klasy programowo  wyższej w szkole podstawowej, gimnazjum oraz szkole ponadgimnazjalnej, przyjmuje  się obywateli polskich – którzy ukończyli szkołę za granicą (klasę, dany etap edukacji  w szkole za granicą) lub szkołę dla dzieci obywateli polskich czasowo przebywających za granicą - na podstawie przedstawionego dyrektorowi szkoły świadectwa 
(zaświadczenia) wydanego przez szkołę za granicą i ostatniego świadectwa szkolnego  wydanego w Polsce, jeżeli uczeń takie posiada. Dyrektor szkoły podejmuje decyzję o przyjęciu danego ucznia do szkoły na podstawie sumy lat nauki szkolnej ucznia." 

Zadzwoniłam do kuratorium, a jakże, poinstruowali, że to rzeczywiście decyzja dyrektorska. W ministerstwie natomiast powiedzieli, że nie ma konkretnych kryteriów przyjęcia.
Z jednej strony cudownie, bo jak nie ma kryteriów, to łatwiej kogoś przekonać.
Z drugiej strony fatalnie, bo jak nie ma kryteriów, to nie ma kryteriów.

Młody miał na oku jedno konkretne liceum. Raczej wysoko w rankingach, acz wcale nie na pierwszym miejscu. Chciał tam, bo i profil wybrał sobie ciekawy i o ludziach wiedział, że sensowni i szkoła sama w sobie zrobiła na nim dobre wrażenie. No i niedaleko domu.  A o liceum mamy oboje zdanie, że najważniejsza jest atmosfera i ludzie, bo to oni zostają na całe życie.
Albo i nie.

W czasie przerwy jesiennej w zeszłym roku wybrał się na rozmowę do pani dyrektor. Tam, i do dwóch liceów z maturą międzynarodową (IB). Ale ta matura międzynarodowa to same problemy ;) Nie dość, że oddzielna rekrutacja z normalnym egzaminem z wiedzy gimnazjalnej, to jeszcze praca na projektach, dużo więcej nauki. Młody zaznał tego w Stanach, gdzie był w szkole międzynarodowej i w klasach pre-IB. Ciekawe, na pewno, ale też bardzo wymagające. A że na studia wybiera się raczej w Polsce albo w Unii Europejskiej, to IB jest mu kompletnie niepotrzebne. Gdyby wybierał się do Stanów, to w niektórych college'ach przyjęliby go od razu na drugi rok. Zysk ekonomiczny, na pewno, ale niewiele ponadto.

Wybrał więc normalną polską maturę i normalne polskie liceum. Klasę ścisłą, liceum już nie takie ścisłe.

Ponieważ jednak "o przyjęciu ucznia powracającego z zagranicy decyduje Dyrektor", trzeba było postąpić rozważnie i nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. Na shortliście pojawiły się jeszcze 3 inne licea. Jedno wyżej w rankingach, bardzo ścisłe, z dość specyficznymi ludźmi; drugie też z górnej stawki, z ciekawym środowiskiem, bardziej humanistyczne i artystyczne, ale po drugiej stronie miasta i - jak wynikało z rozmowy z panią woźną - raczej spokojne niż rozrywkowe. I trzecie, w pierwszej dwudziestce liceów warszawskich, wybrane głównie dlatego, że ja się tam uczyłam i pan dyrektor ciągle ten sam.

Podanie pisaliśmy wspólnie i zdalnie. Młody w Stanach, wspierany merytorycznie przez ojca, ja w Polsce, poprawiająca styl i język. Wyszedł z tego całkiem fajny list motywacyjny, swoją drogą. Nie sądziłam, że tak wcześnie będzie zaczynał. Zgodnie z sugestią jednego z liceów, do podania dołączyliśmy "wszystko": oceny z ostatniej klasy skończonej w Polsce, oceny z 9 i 10 klasy w Stanach, rekomendacje od nauczycieli amerykańskich, w oryginale i kolektywnie tłumaczone na polski, CV zawodowe Młodego i zaświadczenia o wolontariacie. Pełna teczka dokumentów. Najfajniejsze były te rekomendacje, bo nauczyciele skupili się nie na jego osiągnięciach naukowych (te wszak są zobrazowane ocenami), ale na opisie jego osobowości i tego, co może wnieść do szkoły. Pan od chemii podkreślał, że Młody wytrwale grał w orkiestrze szkolnej i to, że jest "entuzjastą nowych technologii". Pan od angielskiego, że nie boi się wyrażać własnych opinii i jest aktywny społecznie. Fajnie by było, gdyby nasi rodzimi nauczyciele potrafili tak pisać o swoich uczniach. Tymczasem czytanie tych opinii było miodem na moje stęsknione matczyne serce.

A potem zaczęłam chodzić na rozmowy kwalifikacyjne :)

W najważniejszym liceum pani dyrektor pamiętała tego młodego człowieka, który zadawał ponoć całkiem poważne pytania. Musiałam tylko wyjaśnić, dlaczego on nie chce robić liceum z IB. W trzech kolejnych go nie znali. Dostosowałam się do oczekiwań. W liceum bardziej ścisłym podkreślałam jego zdolności informatyczne, w tym bardziej humanistycznym - jego zainteresowania muzyczne. A w swoim własnym pożartowałam sobie z dyrektorem i przypomniałam mu, jak nas straszył, gdy wchodził do sali i z nagła i niespodziewanie pytał biednego pierwszoklasistę: "Skąd Litwini wracali?". A my nie mieliśmy pojęcia, jak brzmi prawidłowa odpowiedź. Do czasu, rzecz jasna.

Nie spodziewałam się, że będę się tym tak stresować :)
Decyzje zaczęły napływać szybko. Najpierw liceum ścisłe. Że bardzo chętnie zarezerwują mu miejsce w systemie, ale w trochę innym profilu. "Jaki jest jego numer PESEL, chcemy go wpisać od razu". Poprosiłam o czas do namysłu, bo to wszak nie było liceum pierwszego wyboru mojego syna. A równocześnie nie chciałam ich urazić, zwłaszcza, że to naprawdę dobra szkoła. Za chwilę zadzwoniło liceum humanistyczno-artystyczne, że jak najbardziej, Młody pasuje do ich szkoły. Zapraszają. Jaki jest PESEL. Poprosiłam o chwilę do namysłu. Nie chciałam urazić. Wiadomo. Decyzja Dyrektora Szkoły.

Do tego mojego nawet się nawet nie odezwałam, bo spodziewałam się decyzji pozytywnej, a ciągle nie było informacji z tego wybranego, jedynego, najważniejszego. Tam dzwoniłam co parę dni, pani sekretarka w końcu nalepiła sobie post-ita na ekranie z nazwiskiem Młodego i numerem do mnie. "Przecież wiem, że się Pani denerwuje i świetnie Panią rozumiem. Zadzwonię jak tylko". Ale właśnie w tym liceum chętnych z zagranicy było więcej. A decyzję miała podjąć komisja rekrutacyjna. Demokratycznie.
Czekałam.

Więc rozumiecie, że kiedy pani dyrektor zadzwoniła któregoś popołudnia, że ma dobrą wiadomość i że serdecznie zapraszają Młodego do klasy o tym wybranym profilu, to prawię się popłakałam z radości. Zdałam!!! Dostałam się!!!
Yyyy.
Znaczy się .... Młody się dostał!
:)))


(a kiedy pomyślę, że mam licealistę w domu, to mi się słabo robi. Na szczęście za naszych czasów nie było ani internetu, ani facebooka, więc on nie ma pojęcia, co ja wtedy wyprawiałam. I niech już tak zostanie, ok?)


środa, 2 lipca 2014

198. Biegunka myślowa

To nawet nie jest tak, że jestem zajęta i nie mam czasu pisać.
Po prostu gdzieś tam sobie żyję pomiędzy światem wirtualnym, a realnym. Przenikam z jednej rzeczywistości w drugą, a pisanie notek na blogu wymaga skupienia się na jednej czynności i jakoś mi się nie chce.

Dziecko przyjechało, a jakże. Przyzwyczajamy się do siebie. Jest już prawie mojego wzrostu, głos ma całkiem niski i coraz lepiej gotuje. Fajnie się z nim gada, bo stał się wymagającym rozmówcą. Uroczo nastoletnio czarno-białym w poglądach. Aktualnie wybył na spływ kajakowy w Zachodniopomorskiem, więc ja się znowu szwendam po mieście.

Uwielbiam Warszawę i tak bardzo się cieszę z tego, jak się zmienia. Zagłosowałam oczywiście w Budżecie Partycypacyjnym, głównie na lokalne inwestycje drogowe (uspokojenie Kazimierzowskiej i stworzenie kontrapasów rowerowych na Mokotowie). Mam nadzieję, że moje projekty zrealizują. Dziecko natomiast zagłosowało w Śródmieściu, żeby móc wesprzeć projekt ze swojego nowego liceum. Pomysł, żeby dzieci też miały prawo głosu, uważam zresztą za znakomity.

Szwendam się zatem, jeżdżę na swojej nowo nabytej kolarce (stara dobra Koga Myiata na Shimano 105), czasami na motocyklu (idzie mi coraz lepiej od kiedy tydzień temu pojeździłam przez dwie-trzy godziny na placyku manewrowym pod czujnym okiem specjalisty), a czasami przemieszczam się własnonożnie. Zapisałam się na bieg Powstania Warszawskiego, 10 km, więc te własne nogi będą teraz coraz częstsze. Mundialu nie oglądam, bo szkoda mi czasu. A co jakiś czas można mnie spotkać w parku na Filtrach, gdzie grywamy w bule. Niby sport dla starszych panów z okolic Marsylii, a ile emocji wzbudza i cudownej rywalizacji :) "Żądam remisu!" to póki co sportowy tekst sezonu. Autorstwa mojego brata.

Z rzeczy wartych zanotowania to zmieniłam lek na niedoczynność tarczycy. Zamiast Euthyroxu biorę teraz Novothyral i po dwóch tygodniach średnio przyjemnych (jakiś taki wewnętrzny niepokój i lekka trzęsiawka) osiągnęłam fajny poziom dobrej energii. Budzę się wcześniej, mam wrażenie, że nareszcie chudnę w nieco bardziej przewidywalny sposób i skórę mam lepszą. Zmieniłam też endokrynologa i bardzo się z tej zmiany cieszę. Chociaż poprzednia pani była całkiem rzeczowa i konkretna, to nie widziała sensu w obniżaniu mojego TSH i moje zapewnienia, że dla mnie każda dziesiąta za przecinkiem jest jak nowy oddech, nie przekonywały jej. Czuję się znowu jak na samym początku walki z tarczycą, gdy zaczęłam łykać hormon i z dnia na dzień dostałam takiego kopa energetycznego, że wydawało mi się, że mogę wszystko. No więc mogę :)

I piszę.
A w zasadzie nagrywam.
Już sama nie wiem, co powinnam najpierw.
Czy książkę dwuautorską, którą stopniowo nagrywamy i spisujemy, czy książkę moją własną, która ma już drabinkę i strukturę, ale ciągle brakuje czasu na napisanie. Jak wiadomo, każdy by chciał coś napisać, a nie każdy powinien, dlatego póki co nie zabieram się za beletrystykę. Do tego trzeba więcej warsztatu. Dużo więcej warsztatu. Ja to mogę tylko tak sobie pitolić i wymądrzać.

To mi czasem wychodzi.