czwartek, 15 maja 2014

196. Zrzutka na Warszawa Czyta 2014

Kochani,

jeśli jeszcze nie wiecie, co to jest Warszawa Czyta, to szybciutko wchodźcie na ten link i się dowiadujcie. To cudowna oddolna akcja, której celem jest zamiana Warszawy w wielki klub dyskusyjny. W tym roku jako książkę-bohaterkę wybraliśmy Niewidzialne miasta Italo Calvino.

Książka tylko pozornie nie jest związana z Warszawą - jej forma i treść pozwalają na tak wiele odniesień i nawiązań, że mnie się już wszystko kojarzy z Warszawą. Albo z Calvino.

Akcja właśnie trwa (do niedzieli!). Codziennie kilka wydarzeń w różnych fajnych miejscach warszawskich. Spacery, warsztaty, wykłady i inne rysowanie albo gry miejskie. Wycieczka rowerowa. Teatr improwizowany. Koncert. I wiele jeszcze innych akcji, o których możecie przeczytać na naszej stronie i na facebooku, rzecz jasna.

Warszawa Czyta nie ma finansowania z dotacji, organizuje to grupa pasjonatów i szaleńców (ale nie mówcie im, że tak nas nazwałam!). Nasz budżet składa się przede wszystkim ze zbiórki crowdfundingowej na Polak Potrafi. I ta zrzutka kończy się za dwadzieścia parę godzin. Cel minimum został osiągnięty, ale wiadomo jak to z budżetami bywa - rozrosło nam się i bardzo by się przydało więcej pieniędzy. Na wydruki, plakaty, materiały do warsztatów i inne takie. W zamian za udział w zrzutce można dostać fajne gadżety (ja to w szczególności poluję na torbę Warszawa Czyta i przypinki, rzecz jasna).

Jeśli chciałbyś dołączyć do naszej zrzutki, to teraz jest ten moment. Za chwilę będzie za późno :)

No i przyjdź na jakieś wydarzenie. Jutro na przykład będzie slam w MiTo.  O 20.00.
I ja tam będę.

A na deser zdjęcie z zeszłorocznego vlakatowania na Puławskiej.
Wtedy żeśmy czytali Cwianiary Sylwii Chutnik.
Pamiętacie?


środa, 14 maja 2014

195. Jak zarejestrować motocykl kupiony za granicą

Pomyślałam sobie, że może warto spisać, co po kolei musiałam zrobić, żeby zarejestrować motocykl. Niby to nie jest trudne, ale jednak dość czasochłonne, notka zatem dla koneserów i specjalistów. Państwo wybaczy ;)

Zacznijmy od początku. Mówimy rzecz jasna o sprowadzaniu motocykla z innego państwa UE. Jak to wygląda w przypadku amerykańskich Harleyów - nie mam pojęcia :)

1. Umowa. Mądry pan w urzędzie powiedział mi przez telefon, że najlepiej jest umowę zawrzeć za granicą. W sensie, że miejsce podpisania jest tamże. Upraszcza to rejestrację tutaj, bo skoro motocykl został sprzedany tam, to ja go wprowadzam do kraju i tylko ja jestem istotną osobą dla urzędów. Poprzedni właściciel już nie. Tak też zrobiłam. Dodatkowo podpisałam umowę po polsku, co by nie musieć jej potem tłumaczyć z francuskiego. Można oczywiście podpisać wersję dwujęzyczną. Dla nieznajomego sprzedawcy to będzie z pewnością sensowniejsze. Wpisałam kwotę w złotówkach, prawdziwą, dosyć niską, ale urząd skarbowy nie miał do niej żadnych zastrzeżeń. Może zmieściłam się w jakichś widełkach?

2. Dowód rejestracyjny. Wraz z umową dostajemy od poprzedniego właściciela dowód rejestracyjny. On nam będzie służył do jazdy przed rejestracją w kraju. Podobno w Niemczech to wygląda trochę inaczej i te dowody rejestracyjne są wydawane na czas podróży do Polski, ale ja akurat nie miałam tego problemu. Dowód należy przetłumaczyć na język polski i uwierzytelnić tłumaczenie. Tłumacz przysięgły musi obejrzeć własnoocznie dokument i dopiero wtedy może poświadczyć swoje tłumaczenie. Nie wiem, ile to kosztuje, bo akurat to udało mi się załatwić ze znajomą tłumaczką przysięgłą bezkosztowo, czyli za dobrą włoską czekoladę. Podejrzewam, że w 100 zł można się zmieścić.

3. Urząd skarbowy. Z przetłumaczonym dowodem i umową należy się zgłosić do urzędu skarbowego. Trzeba złożyć VAT-24 (wniosek wypełniłam częściowo sama, częściowo z panią) i kserokopie powyższych dokumentów (dowód, tłumaczenie, umowa). Urząd ma 7 dni, żeby wydać w odpowiedzi VAT-25, potwierdzające, że nie mam obowiązku zapłacić VAT. Pani zadzwoniła po dwóch dniach, że mogę już odebrać dokument. Uwaga - należy zapłacić 160 zł na tę okoliczność. I nie można tego zrobić w kasie urzędu, przynajmniej u mnie nie można było. Za to można przelewem elektronicznym i potwierdzenie przynieść. Ja akurat drukarki nie miałam, więc trochę skonfundowana poszłam do tej pani. Popatrzyła, jak robię przelew przy niej z telefonu, obejrzała ekranik i wydała mi dokument. Nie wiem, czy to było zgodne z przepisami, ale na pewno bardzo ludzkie :)

4. Badanie techniczne. Motocykl musi przejść badanie techniczne zanim zostanie zarejestrowany w Polsce (kolejne mam za dwa lata). Kosztuje to 62 zł, nie ma do końca sprecyzowanych przepisów na temat tego, co wchodzi w zakres takiego badania, więc czasami kończy się na analizie dokumentów i numer ramy, nadwozia i innych takich. Wypełnienie dokumentów w systemie trwa z pół godziny, szczególnie jak pan ze stacji kontroli pojazdów nie bardzo zna się na rzeczy. Nie należy go poganiać. Nawet jeśli kolejka robi się całkiem pokaźna, gdy tak się z nim siedzi w kanciapie. Grzecznie czekać. A kiedy on zobaczy, że w tej kolejce są dwa następne motocykle, to nie dziwić się, że coś tam mówi pod nosem i że nie są to cenzuralne sformułowania. 

5. Wydział komunikacji. Tu powinniśmy dotrzeć w ciągu 30 dni od wprowadzenia pojazdu. Warto wziąć książkę i najlepiej pojechać z samego rana, jeszcze przed otwarciem. Ja byłam gdzieś koło 9 rano i odczekałam z dwie godziny w nieprzyjemnej i dusznej kolejce. Pan w sekretariacie zeznał, że ostatnio jest masakra. Kupujemy pojazdy na potęgę.

Należy mieć wszystkie dokumenty ze sobą, a mianowicie:
- umowa + ksero -  urząd zabiera kserokopię.
- dowód rejestracyjny + tłumaczenie - urząd zabierze jedno i drugie. Oryginały znaczy się.
- VAT-25 (chyba tylko do wglądu, z tego co pamiętam, może lepiej mieć ksero, mnie robił miły pan  w informacji, ale nie wiem, czy każdemu mu się będzie chciało)
- badanie techniczne - zabierają oryginał
- starą tablicę rejestracyjną (moja była lekko szklana, więc dotarła lekko zbita i wylądowała w śmietniku pod biurkiem urzędu, ale zaniosłam grzecznie, jak kazali)
Następnie pani dała mi świstek, kazała pójść zapłacić 197 zł w kasie na pierwszym piętrze, a gdy wróciłam, dostałam śliczną nową tablicę rejestracyjną i tymczasowy dowód rejestracyjny.

6. Za miesiąc mogę odebrać stały dowód, być może będzie wcześniej, mam sprawdzać na stronie internetowej. I wtedy już będę musiała okazać nowe polskie ubezpieczenie OC. Ponieważ nie do końca jestem pewna, jak długo mogę jeździć na ubezpieczeniu francuskim, to wyrobiłam sobie swoje własne, jak tylko odebrałam numer rejestracyjny. 238 zł bez żadnych zniżek ani zwyżek w PZU za prawie litrową maszynę. Mało która firma ubezpiecza motocykle, podobno nie ma sensu na tym oszczędzać, PZU wychodzi najsensowniej.
Jeszcze jakieś NNW sobie zrobię, ale to już gdzie indziej.

Podsumowując:
160 zł  urząd skarbowy
62 zł badanie techniczne
197 zł wydział komunikacji
238 zł ubezpieczenie OC
XX zł tłumaczenie przysięgłe
i parę złotych na ksero, parkingi, montaż tablicy i benzynę lub bilety autobusowe.

Ale za to wieczorem można wsiąść na motocykl i pojechać w siną dal.
Byle bezpiecznie, rzecz jasna.

Raczkowski mistrz!

wtorek, 13 maja 2014

194. Motocyklowy łańcuch dobrej woli

Jechałam Ci ja więc tym motocyklem ulicą Paryską. Kierowca auta mnie nie chciał zobaczyć, włączał się do ruchu, ale spojrzał tylko w prawo i zaraz pod koła zaczął mi startować. Przyhamowałam, a jakże, ale on - nadal nie patrząc w moją stronę - ściął zakręt i skręcając w lewo zahaczył o moje przednie nadjeżdżające koło.

Motocykl położył się na prawy bok, ja jakoś zeskoczyłam, sama nie bardzo pamiętam, jak to dokładnie było. I natychmiast zatrzymały się trzy inne samochody. Panowie wysiedli, jeden na pewno w garniturze i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, mój motocykl już z powrotem stał, panowie podnieśli, wyłączyłam więc silnik i pozwoliłam im ustawić maszynę na poboczu. Trzech ich było, dwóch zaraz pojechało, zatrzymali się bowiem na środku jezdni, nawet nie wiem, czy zdążyłam im podziękować. Tymczasem kierowca-sprawca się objawił koło mnie (musiał zaparkować swoje auto trochę dalej), jeden z panów podnoszących został.

- To ja będę świadkiem - powiedział. - Macie Państwo druk oświadczenia? Jak nie, to ja dam, zawsze wożę w aucie. 

Nie będę udawać, byłam mało przytomna. Miałam taki skok adrenaliny, że pewnie coś debilnie napierdalałam, co by ukryć zdenerwowanie. Ale teraz, jak sobie pomyślę, ile zawdzięczam temu panu świadkowi, to tym bardziej jestem w szoku, że mu się chciało z nami stać, wypełniać i potem jeszcze podawać swoje dane, gdyby ktoś go chciał wykorzystać. Byłam i jestem mu niezmiernie wdzięczna.

Poszło szybko i sprawnie, obaj panowie zaczęli się zbierać, ja motocykl uruchomiłam i zamierzałam jak najbardziej przemieścić się na swoje zajęcia popołudniowe. Stłuczka była, spoko loko, nic się nie stało - myślałam. Adrenalina to wredna dziwka, mówię Wam :) Niestety (a może stety) motocykl zgasł, zanim zdążyłam odjechać, i już więcej nie chciał się uruchomić. Bo z motocyklami, proszę Państwa, to jest tak, że należy je włączać, gdy są na luzie (pali się kontrolka N), potem należy podnieść nóżkę (która ma czujnik wyłączania silnika) i dopiero włączyć pierwszy bieg, żeby ruszyć. Nie podniosłam nóżki, automatycznie więc zgasł, a że prawdopodobnie elektrolit się wylał, gdy moto leżało, to na tym się skończyła zabawa.

Zadzwoniłam do kumpla. Takiego zaprzyjaźnionego motocyklisty, co to się martwi tym, że ja jeżdżę. W sumie to mu się nie dziwię, bo nie sprawiam wrażenia osoby, która jest pewna siebie na motocyklu, a on mnie widział w akcji, gdy naprawdę niewiele potrafiłam. Wsiadłam wtedy na motocykl kolegi, kilka dobrych miesięcy po zrobieniu prawka, pierwszy raz w życiu samodzielnie i przez kilka minut dziwiłam się, że nie mogę wbić pierwszego biegu, bo ... naciskałam hamulec nożny zamiast pedału od biegów. Co, co wiedzą, to teraz się śmieją, wiem. Koledzy nagrali to na telefon, więc nawet nie mam za bardzo, jak się z tego wyłgać.

No ale. Wróćmy do kwietniowego popołudnia na Saskiej Kępie.
Dzwoniłam się poradzić, jak uruchomić to swoje bydlę, kumpel bardzo chciał mi pomóc, ale akurat nie mógł podjechać. Powiedział jednak stanowczo, że mam się nigdzie nie ruszać. Kazał jeszcze chwilę postać i odtajać - bo słychać, że jestem jeszcze bardzo zdenerwowana. Zadzwonił zaraz do swojego przyjaciela, który mieszka niedaleko, też motocyklisty, rzecz jasna, a tamten zwyczajnie wsiadł na rower i przyjechał mnie ratować. Z psem na smyczy.

Równocześnie spytałam na grupie motocyklistów warszawskich, czy ktoś wie, w jaki sposób uruchomić Wejdera. Zaczynałam się martwić. Opisałam objawy, odpowiedziałam na kilka pytań, panowie dopytali się, gdzie dokładnie stoję i za chwilę jeden z nich wziął kable i wsiadł w auto, żeby sprawdzić, czy z kabli motocykl ruszy. Nie znam człowieka, zwyczajny motocyklista z Warszawy, być może ktoś, kto wieczorami lata zbyt głośną maszyną pod Waszymi oknami. Przyjechał za moment, a na grupie ustalili, że jak jemu się nie uda, to kolejny spróbuje.

Jeszcze póki stałam tam sama, zadzwoniłam do poprzedniego właściciela i on mi zdalnie i za roamingowe pieniądze powiedział, co po kolei należy sprawdzić (czy na przykład aby nie przełączył się guziczek, którym awaryjnie wyłącza się zasilanie). Jakbym była blondynką, ale właśnie tego wówczas potrzebowałam. Wróć. Jestem blondynką.

Panowie więc przyjechali, podumali, podłączyli, motocykl ruszył z kabli. A ja - nadal w emocjach i ferworze walki - zamierzałam zaraz pojechać dalej. Popatrzyli na mnie jak na debilkę i spytali, do którego szpitala zamierzam się udać, żeby mnie przebadano. Ale jakże? po co? przecież nic mnie nie boli. I wtedy właśnie poczułam szyję. Godzina pewnie już minęła od kolizji. Adrenalina zaczęła spadać. Zimno mi się nawet zrobiło. Ustąpiłam. Mieli rację.

Motocykl został więc odstawiony pod dom tego przyjaciela. Kolega z kablami pojechał do siebie, a ja zostałam zawieziona na SOR na Szaserów z prikazem, co by dać znać, co się będzie działo dalej.  Odsiedziałam swoje, czułam się coraz gorzej, tomografię mi zrobili, jakieś leki uspokajające nawet dali, bo w ktorymś momencie się zwyczajnie poryczałam. Dałam znać znajomym na fejsie, że taka sytuacja. Dostałam ogromne wsparcie, które mi pozwoliło jakoś przetrwać te godziny siedzenia w poczekalni szpitalnej. Wreszcie wyniki z tomografii przyszły, ortopeda zrobił tymczasowy kołnierz, obandażował, opowiedział, co tam mi się wydarzyło było, i mnie wypuścili. W międzyczasie podjechała przyjaciółka z kawałkiem tarty ("no przecież wiedziałam, że będziesz głodna"), zawiozła mnie autem do domu. A motocykl wrócił tymże przyjacielem z Saskiej Kępy, grzecznie za nami.

Tyle kolejnych osób mi pomogło.
Tyle ludzi dobrej woli, znanych i nieznanych. Nawet ten gość, który we mnie wjechał, był całkiem sympatyczny (może nieco tylko przestraszony). Łańcuszek dobroci.
Kiedy kładłam się spać już grubo po północy, pomyślałam, że naprawdę mam dużo szczęścia w życiu.
Wszystkim Wam dziękuję!
I do następnego, rzecz jasna ;)



poniedziałek, 12 maja 2014

193. Kolizja była

Ehh, no kolizja była.

I to już całkiem dawno temu, bo zaledwie kilka dni po przyjeździe mojego motocykla do Polski. Saską Kępą jechałam, jakiś młody człowiek wyjeżdżał z podwórka, w lewo skręcał i nie zauważył, że ja akurat jadę. Wcale szybko nie pędziłam, może 30 km/h, a jak zauważyłam, że on mnie nie widzi, to tym bardziej zwolniłam. Gdybym była mądrzejsza, to bym się zwyczajnie zatrzymała. A tak, to on mnie zahaczył, motocykl położyłam, ciężko jest utrzymać 250 kg, mnie na szczęście niewiele się stało.

"Jedynie" 3 tygodnie zwolnienia w kołnierzu ortopedycznym, bo coś tam się szyja nadwyrężyła. I byłoby już wszystko w porządku, gdyby nie to, że przez to jeszcze bardziej się boję jeździć i każdy teraz spacer z Lordem Vaderem to wyrzut adrenaliny zamiast endorfin.

Najważniejsze jednak, że nic poważnego mi się nie stało i że motocykl tylko trochę poobijany. Może z czasem uda mi się ten lęk przezwyciężyć. A mądrzy ludzie nawet mówią, że póki się boję, póty mam szanse przeżyć. Bo przecież jest to niebezpieczna rozrywka. Wiem.

I nawet nie chodzi o moje własne umiejętności, które przecież są coraz lepsze każdego dnia, ale o tych ludzi, którzy wsiadają za kółko, jadą i nie widzą nas, motocyklistów, rowerzystów i skuterowców. Bo akurat sms piszą, bo makijaż trzeba poprawić, albo dziecku podać zabawkę. Motocykliści pojawiają się znikąd, są widoczni bardzo późno, nawet gdy jadą zgodnie z przepisami, a kierowcy jeżdżą na pamięć i pasy zmieniają na pamięć i do ruchu włączają się na pamięć. Wiem, o czym mówię, sama to robię.
Przecież przed chwilą był za mną ten van, to skąd się nagle wziął motocykl?

I tak sobie więc rozmyślam nad kruchością życia ludzkiego oraz nad tym, co mnie kręci. I zastanawiam się, w jaki sposób pogodzić jedno z drugim. Na razie staram się mieć oczy dookoła głowy i jeżdżę dramatycznie uważnie.
Rozumiecie jednak, że przyjemność jest z tego powodu sporo mniejsza?

Na szczęście dzieją się też fajne rzeczy.
Na ten przykład Warszawa Czyta, cudna oddolna akcja, która w tym roku wzięła na tapetę Niewidzialne miasta Italo Calvino. To właśnie w tym tygodniu wszystko się dzieje. Zapraszam Was serdecznie, dla każdego się coś znajdzie w bardzo bogatym programie wydarzeń.

No a za niecały miesiąc znowu będę pełnoprawną matką. Prawdziwą i na miejscu. I to cieszy bardziej niż cokolwiek innego. Czuję się trochę jak w ciąży :)
Ale o tym może kiedy indziej.