środa, 16 kwietnia 2014

192. Motocykl i inne takie

Jazda na motocyklu mnie uskrzydla.

Nawet jeśli więcej jest we mnie stresu niż spokojnej przyjemności, to adrenalina musi jakoś napędzać serotoninę, nie mam co do tego wątpliwości. Przemieszczanie się z punktu A do B znowu stało się zadaniem, zabawą, wyzwaniem. Uwielbiam to. I próbuję już powoli przeciskać się między samochodami stojącymi w korku. I grzecznie dziękuję ukłonem w stronę tych, którzy mi ustępują i usuwają się, żeby mi było łatwiej przejechać. Ludzie są zaskakująco uprzejmi. Najpierw widzą motocykl, a gdy podnoszą oczy i widzą babę, to coś im się w oczach zmienia - z zainteresowania i lekkiej zazdrości robi się podziw i ciepły uśmiech. Sama frajda.

- Może się pościgamy - zagadał do mnie pan w seicento dzisiaj na Puławskiej.
- Czemu nie? - odpowiedziałam z uśmiechem i śmignęłam w siną dal.
Na następnych czerwonych światłach pan przyznał, że tak tylko żartował...

Popełniam błędy, na szczęście nie jakoś bardzo groźne, ale jednak. Więc zmuszam się do jazdy bardzo technicznej, na tyle na ile potrafię, rzecz jasna. I grzecznie przypominam sobie wszystkie uwagi mojego instruktora sprzed półtora roku. Krzyczał na mnie okrutnie, ale nauczył jeździć tak, że zdałam za pierwszym razem, jako jedna z dwóch osób na całą dość dużą grupę. Musi był dobry w swoim fachu ;)

Nie umiem na ten przykład zawracać. Robię to na siedemnaście razy, przepychając motocykl do tyłu i do przodu, bo boję się, że zawracając położę maszynę na boku. Miewam też stresa przy lewoskręcie, bo znowu nie wiem, czy aby kąt nachylenia nie będzie za duży. I oczywiście na ślimakach wszelakich, zwłaszcza jak nawierzchnia mokra. No ale wtedy wracają mi słowa mojego francuskiego przyjaciela, że motocykl będzie się trzymał prosto, póki będę utrzymywać odpowiednią prędkość. Więc przyspieszam, trzymam rękę na gazie i modlę się, żeby wszystko było ok.
Jest ok :)

A poza tym, to mam wrażenie, że ciągle się tylko ubieram, przebieram i rozbieram. Na motocyklu mam kask, kurtkę, rękawiczki, odpowiednie spodnie i buty. Na kravce - bojówki, ochraniacze na golenie, kolana i na krocze, bandaże na ręce i stanik sportowy. No i ochraniacz na zęby oraz rękawiczki bokserskie. Na szczęście na kettle biorę tylko legginsy, koszulkę, stanik i tenisówki. Czasami tylko założę ochraniacze na kolana, co by nimi nie walić w podłogę, gdy na wyprostowanym ręku mam 16 kilo, a powinnam klęknąć.

I wożę Ci ja to wszystko w torbach i torebkach i próbuję pomieścić w top case mojego ukochanego Lorda Wejdera (z bierzmowania Kazimierz), wraz z jedzeniem na pół dnia co najmniej, bo przecież dieta trwa. W samochodzie było prościej - jest stanowczo bardziej pojemny. Czy Wasze auto też jest przedłużeniem Waszej torebki? (pytanie bardziej skierowane do kobiet, ale w sumie skoro płeć jest i tak kwestią umowną, to może zadam je po prostu posiadaczom torebek ;))  

A poza tym to chyba znowu zaczęłam chudnąć (bo znowu jem sensowniej). Niby tylko kilogram, ale za to tylko w tydzień. Jeszcze 3-4 kilo i będę miała BMI w normie. Powoli przyzwyczajam się do myśli, że wchodzę w rozmiary 42. Podobam się sobie.



Najwyższy czas zacząć realizować kolejne marzenie z listy.

ta po prawej to ja, a zdjęcie pochodzi z FB mojego klubu

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

191. Dzień dobry, ja w sprawie serniczka


Dzisiejszy dzień sponsoruje literka S jak serniczek.

Na Wielkanoc wybywam mianowicie do naszych braci południowych. Będę pić piwo (w małych ilościach, Karolino, w ilościach wręcz homeopatycznych) i szukać Hrabala. I pomyślałam sobie, że można by z tej okazji zabrać ze sobą kawałek serniczka, co by poczuć się świątecznie. Wątpliwości jednak nabrałam, czy aby można sernik przemycać w bagażu podręcznym, bo to wszak bomba.
Co z tego że kaloryczna.

Na stronie lotniska nie było jednoznacznej odpowiedzi. Na stronie Urzędu Lotnictwa Cywilnego też nie. 

Zadzwoniłam więc do przedstawiciela czeskich linii lotniczych. Pani nabrała powietrza, westchnęła, nabrała powietrza ponownie i poszła się spytać menadżerki. Menadżerka kazała zadzwonić bezpośrednio na lotnisko, bo niestety oni nie wiedzą. Na lotnisku przemiła pani poprosiła o chwilę na przemyślenie sprawy i orzekła, że wprawdzie na żywność nie ma ograniczeń, ale to trochę zależy od ekipy sprawdzającej bagaże. I że ona pójdzie się dopytać.

Za godzinę nadal nie wiedziała, bo nie udało jej się dotrzeć do panów strażników granicznych.
Za dwie godziny dzwonię.
- Dzień dobry, ja w sprawie serniczka...
- Ach, dzień dobry, już wszystko wiem. Może Pani spokojnie przewieźć serniczek na święta. Strażnik prosił o przekazanie smacznego. I ja również się dołączam do życzeń.

I tak oto serniczek poleci do Pragi.
A ja razem z nim.
Motocykl zostaje w domu.




niedziela, 13 kwietnia 2014

190. Honda Varadero - mam i ja!

- Ale uważaj na siebie - napisała Mama na skajpie - wiesz, wolałabym, żebyś jeździła na hulajnodze i to najlepiej po chodniku.
A ja przytaknęłam i obiecałam, że będę ostrożna.  Po raz kolejny dzisiaj.

"Uważaj na siebie" to zdanie, które słyszę nieustannie od piątku.
Trochę nie bez powodu. Mój motocykl wreszcie przyjechał z dalekiej Francji śródziemnomorskiej i od razu zamieszkał w przejściu pod bramą, co by na niego nic nie padało.
Przyjechał, odpoczął przez noc i od razu go wzięłam w obroty. 

Myślałam, że będę o nim mówić w rodzaju żeńskim, skoro to Honda, moja malutka ukochana Hondziunia, ale kurczę, im bardziej myślę nad imieniem, tym bardziej mi wychodzi, że rycerka powinna jeździć na czarnym rumaku i rumak powinien być mężczyzną.
Więc szukam odpowiedniej nazwy, w mitologiach szukam, przeglądam imiona dla koni i na razie nic mi się nie podoba. Może powinnam się z nim bardziej zaprzyjaźnić. Może samo przyjdzie. A może ktoś mi wymyśli?

Poprzedni już właściciel motocykla zrobił całą tę drogę, żeby mi go sprzedać. 2100 kilometrów, z tego co wyliczył. Znajomi i przyjaciele mówili mu, że jest szalony, ja również, ale kryje się za tym historia naszej przyjaźni i fakt, że to właśnie z nim pierwszy raz jechałam na motocyklu, kilkanaście lat temu, niedaleko Montpellier. Duszny czerwcowy wieczór. Im bardziej zbliżaliśmy się do morza, tym bardziej niesamowite były zapachy i widoki. I to z jego powodu zachorowałam na motocykle. Zakochałam się. Tak bardzo chciałam mieć swój własny i poczuć ten wiatr i zapach i adrenalinę związaną z szybką jazdą, ale bałam się, rzecz jasna, że będę jeździć nieostrożnie. Więc grzecznie poczekałam ponad 10 lat, zanim zrobiłam prawko. I kolejne półtora roku, zanim kupiłam sprzęt.
To wszystko przez niego. Więc trudno się dziwić, że przyjechał.

Zamierzam jeździć ostrożnie.

I składam tę deklarację serio serio. Właśnie dlatego nie wsiadłam na motocykl bez odpowiedniej kurtki, spodni z kevlarem i protektorami, bezpiecznego kasku (integralnego, a jakże) i bez skórzanych butów zakrywających kostkę. Właśnie dlatego wybrałam jedną z lepszych szkół nauki jazdy w Warszawie, Pro-motor. Właśnie dlatego pierwszą swoją jazdę nowym motocyklem wykonałam wczoraj z pasażerem, który zna tę maszynę, a sam jeździł na motocyklach zawodowo przez wiele lat.

Chcę przeżyć.

I właśnie dlatego nadal się boję i nadal wiem, że niewiele potrafię. Zamierzam pokornie się uczyć jazdy po mieście i w trasie. A za jakiś czas pójść na dodatkowy kurs i może też kurs jazdy po torze - podobno nauka wchodzenia w zakręty na torze jest najlepszym sposobem na zrozumienie motocykla. Ale to za moment, nie od razu. Na razie się boję i jeżdżę z oczami dookoła głowy. I nawet jeśli przejechałam prawie 200 000 km własnym autem, z czego całkiem sporo poza Polską, to i tak przy lewoskręcie mam lekkiego stresa. Zresztą dzisiaj motocykl mi zgasł na skrzyżowaniu Towarowej i Solidarności, kiedy akurat miałam z niego zjechać, bo już ci z naprzeciwka się zatrzymali. Zgasł, a ja na szczęście zamiast spanikować spokojnie znalazłam luz (za trzecim czy czwartym razem), włączyłam ponownie silnik i śmiejąc się sama z siebie, zjechałam w Towarową i pojechałam dalej.

Na autostradzie odważyłam się pojechać trochę szybciej. Czyli że 120 km/h. Wiatr dmuchał z każdej ze stron, co poniektórych wyprzedziłam, co poniektórym dałam się wyprzedzić i doszłam do wniosku, że to taka prędkość optymalna póki co. Przyjemność jest już prawie większa niż stres :)

Mam oczywiście świadomość, że motocyklista jest mało widoczny i że jeśli zginę w wypadku, to być może nie ze swojej winy. Ktoś mi wyjedzie z podporządkowanej albo zacznie zmieniać pas nie zauważywszy mnie, a ja w zetknięciu z czyjąś karoserią mam niewiele szans na wyjście bez szwanku. Ale - mówię sobie - zginąć można w aucie, w busie i nawet na chodniku.
A umrzeć we własnym łóżku. A ja przecież jestem ciągle w drodze :)

Zaraz idę umyć mu szybkę, zanim się ściemni. Jeśli tylko jutro nie będzie padać, to jadę nim do roboty. I na trening. I już wszędzie. Gdyby nie ważył 240 kg, wprowadziłabym go do salonu na noc, co by nie spał sam na dworzu. Musi mu być tam smutno i samotnie.

- Tak pytam - napisała jeszcze Mama - czy myślałaś kiedyś sobie, ze chciałabyś może być chłopcem?