niedziela, 23 lutego 2014

185. Nie bój się nic nie robić

No i nigdzie nie pojechałam. Wiedziałam, że tak będzie :)

Za to wiosna przybyła. A ja spędziłam znakomity weekend na robieniu tego, co lubię najbardziej. Były więc długie spacery i jazda na rowerze (nareszcie!), było kino, nawet niewielkie knajpowanie mi wyszło. Sklepy też były, za tym nie przepadam, ale trochę nie było wyjścia.

I skończyłam drugi sezon House of Cards. Ponieważ seriale oglądam z założenia w streamingu, to musiałam się zadowolić wersją angielską. Miałam otwarte z boku podpisy angielskie w pliku txt (kumpel przesłał) i korzystałam z nich, gdy coś nie było jasne. Trochę skomplikowane, ale przynajmniej popracowałam nad językiem.

Śledziłam na zmianę serial i kolejne doniesienia z Ukrainy. W pewnej chwili zasnęłam i przyśniła mi się taka mieszanka obu sytuacji, że już nie wiedziałam, w którym kraju Frank Underwood jest wiceprezydentem i kogo zamierzają usunąć ze stanowiska.

Tymczasem zrobiłam sobie w piątek listę kilkunastu spraw do załatwienia (polecam Evernote, to taka aplikacja na wszystkie urządzenia, niezwykle przydatna do list, krótkich notek i nawet zdjęć, darmowa, rzecz jasna). Udało mi się odkreślić 4 punkty (w tym kurtkę motocyklową) i zamierzam jeszcze ze dwa dzisiaj wykonać.

Kiedyś byłam dużo bardziej porządna. Jak miałam jakiś plan, to go po prostu realizowałam. Gdy coś "musiałam" zrobić, to siadałam na dupie i robiłam. W podstawówce w Szwajcarii pisali mi zawsze, że jestem persévérante. Z wiekiem się okrutnie rozleniwiłam. Dałam sobie prawo do biernego oporu. I wyrugowałam słowa "powinnam" i "muszę" ze swojego słownika, zastępując je słowem "chcę", które niestety nieraz zamienia się w "nie chcę". Jak człowiek słucha się bardziej siebie niż norm społecznych, to musi się liczyć z konsekwencjami :)

Niektóre zadania wykonuję więc w ostatniej chwili, inne tygodniami leżą i kwiczą. Nie lubię otwierać rachunków, a jeszcze mniej je płacić, co skutkuje ciekawymi doświadczeniami w postaci chwilowego braku prądu lub też gazu. Nie przepadam za tę swoją cechą, bo ona dość konkretnie utrudnia realizację planów i marzeń też. Dlatego jak już mam nastrój do działania, to zaraz robię checklisty i szybko odkreślam kolejne punkty. Stanowczo lepiej pracuję w stresie i gdy deadline jest za pasem. Wtedy działam jak w zegarku.

A już najlepiej mi wychodzi organizowanie pracy innym :)

San Francisco, przełom kwietnia i maja 2013


A na deser piosenka, która już była, ale której nigdy dość:

piątek, 21 lutego 2014

184. Kowalka własnego losu

Przed chwilą skończyłam pisać post o tym, jaką sobie fajną kurtkę kupiłam na urodziny. Motocyklową.

Miły, długi post, w którym przyznałam nawet, ile wydałam (dokładnie tyle, ile wynosiła moja górna linia). Ale zmieniłam zdanie i nie opublikuję. Po co Was zanudzać postami konsumpcyjnymi, gdy mogę wymęczyć jakimś lepszym filozofowaniem, dzięki któremu mam złudzenie, że jestem mądrzejsza. A że matka osobista mi zarzucała nieraz, że za dużo czasu spędzałam w ikei zamiast w teatrze, to nie spieszy mi się do ujawniania Wam swojej materialistycznej duszy.
I gadżeciarskiej, rzecz jasna.

O kurtce powiem tyle, że weszłam do sklepu, pan mnie ciepło i uważnie zmierzył wzrokiem, podał tę, którą uznał za najsensowniejszą, ja ją zapięłam, odpiełam i po krótkiej chwili kupiłam. Pierwszy sklep, pierwsza kurtka, kilka minut refleksji, kilka minut negocjacji i fru.. czasami bywam bardzo zdecydowana. A na bezpieczeństwie nie zamierzam oszczędzać. Nawet jeśli jestem totalnie pod kreską.

Nosi mnie.
Tym razem na tyle intensywnie, że pewnie gdzieś mnie jutro poniesie. Od pewnego czasu staram się nie organizować sobie nadmiernie dużo na weekendy, żeby mieć czas dla siebie. I dzięki temu przychodzi piątek, a ja mogę po prostu wszystko rzucić i pojechać w siną dal. Zastanawiam się, w którą stronę dać się unieść i wychodzi mi, że na południe, bo tam cieplej i bardziej wiosennie. Takie Piaseczno na przykład. Albo Grójec :)

Nosi mnie na tyle, że gdybym jakiś czas temu nie ustaliła sama ze sobą, że nie lubię biegania, to bym poszła dzisiaj pobiegać, co by się trochę wyszumieć. Ale właśnie zbieram energię w sobie i słowa i myśli. Gromadzę to, co uważam za swój największy kapitał. Wyciszam się.

Jestem coraz bardziej przekonana, że szczęście jest wypadkową otwartości umysłu i tolerancji oraz pracy nad sobą. Im więcej bowiem od siebie wymagam, a mniej oceniam innych, tym większą mam kontrolę nad tym, co jest dla mnie istotne. Pracuję bowiem nad swoim życiem, a nie oceniam życia innych. Bo szczęście to w gruncie rzeczy poczucie sprawstwa. I przekonanie, że jestem kowalem własnego losu. A nawet kowalką ;)

I tym optymistycznym akcentem życzę Państwu miłej nocy, a sama zmierzam do kolejnych odcinków House of Cards.

A na deser pozytywny Bajor:


183. Nieustannie w drodze

Przeglądam zdjęcia z Majdanu. Ciarki przechodzą. Nie umiem o tym pisać. Nie tylko nie znam się na polityce, to jeszcze nie wiem, jakim prawem miałabym pisać o cudzej tragedii. Byłoby to nieuczciwe z mojej strony.

Ale emocje są. Gdzieś wewnątrz mną trzęsie. Ze strachu, że jeszcze więcej osób zginie. Ze złości, że to właśnie tak musi się odbywać. I z bezsilności, bo przecież tak niewiele możemy zrobić. Zapalić znicz pod ambasadą. Pójść na wiec. Być może zapłacić parę złotych. Największym realnym zadaniem jest zgłosić się do pomocy przy rannych, którzy będą leczeni w Polsce. Na naszych oczach dzieje się historia, tuż za rogiem, nie pierwszy raz przecież, ale może pierwszy raz tak blisko. I tak wiele pytań w głowie o to, czy u nas również 25 lat temu mogło dojść do takiej eskalacji. Albo w 1981.

A poza tym to kryzys wieku średniego się kłania. Poczucie, że niczego w życiu nie osiągnęłam i już na pewno nie osiągnę. Że teraz już będzie tylko trudniej i chorzej. Że inni doszli sto razy dalej, a ja się opierdalałam. I że młodsze pokolenie zaraz nas wygryzie. Jak dobrze, że mam do tych myśli odpowiedni dystans, wszak wiem, że są normalne i kiedyś miną.

A jeśli nie miną, to nowy motocykl na pewno pomoże ;) Jedni kupują kabriolet, inni zdradzają żony, ja sobie będę kompensować prędkością i stylem.

Ale kryzys kryzysem, działać trzeba. Mój ostatni autyzm i średnia przysiadalność zaczynają przynosić owoce. Będę pisać. Już piszę. Zaczynam więc oszczędzać słowa, co by się ich nie pozbywać na prawo i lewo. Gromadzę w sobie frazę i ćwiczę zdania. Czeka mnie przedziwna podróż wgłąb siebie.

Nieustannie w drodze.


a dla nocnych marków: "Let it go"

czwartek, 20 lutego 2014

20 lutego 1978

Trzecie dziecko nie było planowane.

Wyszło trochę przypadkiem, chyba podwójne jajeczkowanie, dużo stresu, bo mąż działał w podziemiu i akurat wtedy w maju brał udział w głodówce. Żona się widocznie na tyle zdenerwowała, że coś musiało się rozregulować. Poszła rodzić w któryś lutowy poniedziałek, właściwie w terminie i nie zajęło jej to zbyt wiele czasu. Przy trzecim dziecku to już niemalże rutyna. Starsze zostały z mężem. To nie były czasy, gdy kogokolwiek wpuszczano na oddział położniczy, więc on grzecznie zadzwonił wieczorem, a właściwie już nocą, co by dowiedzieć się, czy już po wszystkim. Synowi mieli dać na imię Jan.
- Z córką wszystko w porządku - powiedziała pielęgniarka.
- A z żoną? - zapytał uprzejmie.
- A z żoną to niech się dowiaduje - i odłożyła słuchawkę.

Żona bowiem dostała krwotoku i straciła przytomność. A konkretnie to była w śmierci klinicznej. Ktoś nie dopatrzył, leżała może z boku, może na korytarzu, nie zainteresowali się. A jej się śniło. Że idzie schodami do góry i że widzi swoją teściową, w jej ulubionej podomce. Że stoją tam jeszcze inni znajomi, którzy już przeszli na drugą stronę. I wołają do niej: "Chodź do nas, kochana, tutaj będzie Ci przyjemnie i spokojnie. Zapraszamy!". Więc dalej wdrapywała się po schodach. Ale w którymś momencie odwróciła się, spojrzała w dół i zobaczyła przy łóżku szpitalnym swojego męża i dwoje starszych dzieci. Stali smutni i samotni. U góry teściowa nadal wołała, a na dole milcząca rodzina przy łóżku. Nie była pewna, co zrobić. Postanowiła jednak zejść do nich.

I wróciła do świata żywych. 

Córce dali na imię Maria Dobrochna.
Chrzest udało się zorganizować dopiero niecały rok później, bo mała ciągle chorowała. Zaprosili więc chrzestnych do domu i ojca dominikanina. Ale to już zupełnie inna historia.

Dziękuję, Mamo! 



wtorek, 18 lutego 2014

182. Lepiej być kotem niż myszą

Nad ranem obudził mnie pisk małej myszki. Małej nieszczęśliwej myszki.
Kot Hara miał niewątpliwie używanie.

Wpierw poruszona cudzą tragedią i umieraniem, chciałam wyskakiwać z łózka i ratować to zwierzątko spod pazurów wrednego drapieżnika, a potem uzmysłowiłam sobie, że przecież będzie jak zazwyczaj.

Czyli ja biegnę ratować, myszka ucieka, nie jestem w stanie jej złapać, kota nie ma sensu wstrzymywać, bo bez niego jej nie dorwę, a przecież zostawiać w mieszkaniu jej nie chcę, więc puszczam kota, kot łapie myszkę, ja chwytam kota z myszką w zębach, tłumaczę mu, że ma się nią nie bawić, bo myszka to nie zabawka, wyrzucam ich razem przez okno licząc, że nie wrócą, a oni wracają za moment, tyle że myszka jest już w gorszym stanie.

A rano zamiast jajecznicy jest truchełko na dywanie. Albo przy łóżku, jeśli jego zdaniem sprawdziłam się jako matka i należy wrazić wdzięczność. 

No więc nie wstałam, nie pobiegłam, nie uratowałam. Po jakimś niedługim czasie kot przebiegł przez moją sypialnię, wskoczył na parapet, wybiegł i wrócił już bez koleżanki. Truchełka rano nie znalazłam, więc pewnie leży gdzieś na podwórku. I wszyscy są szczęśliwi.

I oczywiście przeszło mi przez głowę, gdy tak leżałam i nie reagowałam na dramatyczne piski, że zwierzęta rozgrywają to jakoś bardziej naturalnie. Jest atakujący, jest ofiara. Z góry wiadomo, kto wygra. I nie ma najmniejszego sensu ingerować w ratowanie słabszych. Bo instynkt jest silniejszy, a biologia nie kłamie. At the end of the day kot i tak dorwie myszkę.

I tu przechodzimy gładko do puenty filozoficznej, która mi się wówczas pomyślała i którą wtedy uznałam za niezwykle błyskotliwą, a obecnie jest oczywiście nudna jak polskie komedie romantyczne, ale bez puenty ta notka tym bardziej nie ma sensu. A mianowicie, że jeśli już mam brać zwierzęta za wzór, to lepiej być kotem niż myszą. I że byłabym bardziej skuteczna, gdybym częściej wyłączała swoje humanistyczne odruchy.

Pytanie jednak brzmi, jak w tę historię wpasować drugiego kota, Kiriego, który w trakcie porannej imprezy swojego brata, przyszedł się domagać głaskania dłonią, rzecz jasna moją, i intensywnie udawał, że nie słyszy tego, co się dzieje w salonie.



oraz Zaz na temat:


niedziela, 16 lutego 2014

181. Przypadkiem

Lubię słuchać swojej intuicji.

Podejmować decyzje w oparciu o to coś nieuchwytnego, co czasami pulsuje czerwoną linią na prawej dłoni. Oczywiście tylko te nieistotne. Jak np to, gdzie pojechać do sklepu. Bo może akurat spotkam kogoś znajomego. Przypadkiem. W niedzielne popołudnie.

Więc jadę, robię zakupy, choć szczerze tego nienawidzę. Rozglądam się i nikogo nie widzę. Wychodzę z supermarketu, intuicja każe się jeszcze przejść po galerii handlowej, obejrzeć wystawy (dzisiaj rzucały mi się w oczy głównie drogie naszyjniki, Droga Kasiu, co robić?), dojść do kawiarni i zawrócić.

I słucham tego głosu wewnętrznego, nieopartego na żadnych racjonalnych przesłankach. I przyglądam się rodzinom, parom, dzieciom wymęczonym chyba kinem, a może sztucznym światłem. I idę w całkiem wysokich kozakach, macham biodrami, ale jestem całkowicie niewidoczna. Jak to w niedzielne popołudnie, kiedy raczej mało co się zaczyna, a większość kończy.

Więc dochodzę do auta, pakuję zakupy, wsiadam i wracam do domu.
Nie spotkawszy nikogo.

Sceptyk powiedziałby, że jestem debilką.
A ja się zastanawiam, czy aby nie chodziło o to, żebym tego kogoś NIE spotkała. Ominęła go grzecznie.

No to omijam :)



Notka dla serialomaniaków: Sherlock - bdb, True detective - celujący, a z House of Cards poczekam na wersję bez chińskich napisów. Wolę po angielsku. A na deser Osiecka/Przybylska.




poniedziałek, 10 lutego 2014

180. Randki z internetu

Czasami wydaje mi się, że mogłabym być ekspertem od umawiania się na randki na portalach randkowych. Umiem wszak czytać między wierszami, profile piszę całkiem popularne, wiem, jakie zdjęcia umieścić. I dość często się spotykam. Ale potem pokornie przypominam sobie, jak niezwykle wysoką mam skuteczność i jak wiele z tych spotkań kończy się niczym, poza poczuciem, że chyba coś przegapiłam, gdy czytałam profil danego delikwenta. Albo gdy z nim rozmawiałam mailowo, co by dokonać wstępnej selekcji.

To, że panowie sobie dodają centymetrów, inteligencji, pieniędzy i wykształcenia, a odejmują kilogramów, żon i dzieci, to już właściwie norma. Jedyni, którzy mało kłamią, to ci, którzy chcą po prostu sobie za darmo pobzykać. Im nie zależy na uwiązaniu emocjonalnym potencjalnej kochanki, więc mówią prosto z mostu, że żona ich nie kocha, wcale ze sobą nie śpią. I liczą na to, że to im otworzy drzwi do odpowiedniej sypialni.

Są też tacy objazdowi. Laska w każdym porcie. Najczęściej biznesmeni w delegacji. Dobre hotele, zapraszam na basen i do sauny, a będę ponownie za 5 tygodni. Tak, bardzo dużo pracuję. Oni są śmieszni, potrafią się nie odzywać miesiącami, ale jak już wylądują w Warszawie, to żyć nie dają.

Niektórzy mają bardzo konkretne oczekiwania dotyczące tego, kto będzie gotował i czy kobieta powinna pracować po urodzeniu dziecka. Tym jednak zazwyczaj wystarczy informacja, że jestem rozwódką i mam nastolatka na stanie. Przecież wiadomo, że sieję zgorszenie i porutę, a na pewno na drugie mam gender.

Śmieszą mnie ci, którzy nie potrafią napisać nic szczególnego. Na profilu mają "jestem jaki jestem", zdjęcie z samochodem (czasami z jachtem w tle, rzecz jasna nie swoim), a jak się odważą zagadać, to wysyłają wiele mówiące "hej" i potem odpowiadają półsłówkami. Albo od razu przechodzą do sedna, chcą się natychmiast umówić, pytają "skąd klikasz", a ja sobie myślę, że na randkę przyszliby w tureckim sweterku w serek i sztruksach. No jednak nie.

Pamiętam jeszcze takiego dziwnego, dość inteligentnego, który jednak w którejś wiadomości wyznał, że mieszka z matką, ojcem w kawalerce i że jest rencistą. Pracować mu się nie chce. I że chętnie by mnie na kawę zaprosił, ale to po 15-tym, bo teraz nie ma kasy. Kiedy odpowiedziałam, że nic z tego nie będzie, to obraził się. Przez kolejny tydzień wysyłał mi wiadomości, w których żalił się, że jestem złym człowiekiem, moja matka i moja babka również. Cieszyłam się wtedy, że udostępniłam mu jedynie mail spamowy. Po tygodniu zaczął błagać. A ja czułam się mocno niekomfortowo.

Z tego wszystkiego postanowiłam sobie na początku roku, że wystarczy tych internetowych porażek. Fajnego faceta można poznać w sklepie, na imprezie lub na stoku. A najlepiej, jak ktoś Ci go zarekomenduje, jak za starych dobrych czasów. Wtedy przynajmniej wiadomo, skąd się wziął, a nie że z internetów.

Jest jednak pewna liczba par, które poznały się na portalu randkowym, pokochały i być może nawet ślub wzięły. Niedawno niusem była wiadomość o panu, który wyliczył sobie odpowiednim algorytmem, jaka pani powinna być jego wybranką i tak długo spotykał się z kobietami spełniającymi ten zestaw kryteriów, aż wreszcie spotkał tę jedyną. Moja cyniczna dusza każe mi zakwestionować te wyliczenia przynajmniej do momentu, gdy minie im 10ta rocznica ślubu, ale jestem skłonna uznać, że każdy ma swoją metodę.

Chodzi mi po głowie, że można by zebrać dobre rady na temat portali randkowych w jedno miejsce i chętnie bym skorzystała z Waszych doświadczeń. Jak tworzycie swoje profile, jeśli chcecie znaleźć miłość swojego życia? Jak przebieracie między ofertami albo jak zagadujecie tych, którzy Wam się spodobają? Jak szybko umawiacie się na randkę? Najdziwniejsza randka? Największa porażka? Czy można w internecie znaleźć miłość, czy jednak jest to przede wszystkim miejsce na łatwy seks? W jaki sposób sprawdzić drugą osobę, żeby nie sprawić jej przykrości, a równocześnie nie angażować się w związek na całe życie z mitomanem lub żonatym księdzem? Czy profil powinien być szczery do bólu, czy jednak warto podkolorować i odjąć sobie kilka kilogramów? Czym różni się poznawanie kogoś na portalu randkowym od poznawania tego kogoś w jakiejś grupie zainteresowań albo na forum dyskusyjnym?

Wasze odpowiedzi są mi potrzebne do napisania czegoś większego, więc z góry za nie dziękuję i obiecuję wykorzystać je z zachowaniem wszelkich savoir vivre'ów. Jak zawsze :)

A na deser:

niedziela, 9 lutego 2014

179. I have to go

Wiele na to wskazuje, że moją metodą na rozmaite emocje jest oglądanie seriali. Na szczęście nie są to jeszcze polskie produkcje i nie mam pojęcia, co się dzieje w 1500tnym odcinku M jak Miłość. Gustuję w serialach amerykańskich, i oglądam je z podpisami de préférence, co by się nie męczyć nadmiernie przy prawnym żargonie, więc tym samym rozmaite konstrukcje zdaniowe mi same wchodzą do głowy. A potem wychodzą ze mnie w przedziwnych sytuacjach, gdy nagle okazuje się, że po angielsku jest mi szybciej niż po polsku. Albo precyzyjniej.

Kiedyś tak miałam z językiem francuskim, wchodził w każdą wolną przetrzeń i się panoszył, a teraz widzę, że angielski też się rozpycha. W moim mózgu. Lubię precyzję wypowiedzi, szczególnie gdy mówię o ważnych dla siebie sprawach. Kiedy chodziłam na terapię, to często najbardziej adekwatnym słowem było jakieś francuskie wyrażenie. Albo angielski przymiotnik. I nie byłam w stanie przejść dalej, póki nie znalazłam wystarczająco dobrego odpowiednika po polsku. W moim idolekcie jest sporo nieprzetłumaczalnych słów. Taki "vulnerable" na ten przykład. Albo "perséverant". I co z tego, że istnieją jakieś polskie słowa, które znaczą prawie to samo. Nie oddają pełnego znaczenia, więc są niewłaściwe. Moje wewnętrzne lingua-nazi.

Oglądam zatem te seriale, karmię się cudzymi emocjami i przeżyciami i po jakimś czasie okazuje się, że już mogę znowu wstać z kanapy i zacząć działać. Właśnie coś takiego poczułam. Że już dość. Że się zresetowałam. Że po miesiącu chowania się w sobie już czas na wiosnę. Pogoda jest dość spójna z moim samopoczuciem - zrobiło się zimno dokładnie wtedy, gdy podjęłam trudną wszak dla mnie decyzję. A temperatura znowu jest normalna, gdy wreszcie chce mi się łazić po świecie i doceniać, że o 17 już wcale nie jest tak bardzo ciemno.

Spacerowałam dziś po mieście, google maps mówi, że zrobiłam niecałe 10 km. Przyglądałam się ludziom. Na uszach miałam składankę ze Stanów, na oczach okulary słoneczne, na dłoniach moje ulubione brudnoróżowe mitenki. Tymczasem ludzie nie reagowali na mój uśmiech. Niektórzy ładnie ubrani, to szczególnie na Krakowskim. Inni na rowerach (śmiesznie to wyglądało na nieodśnieżonych ścieżkach Pola Mokotowskiego). Jeszcze inni jakby nieobecni. Dużo młodzieży w wieku licealnym. Sporo rodzin z małymi dziećmi. Najwięcej chyba seniorów na niedzielnym spacerze. Część z nich z kijkami do nordic walkingu. Fajnie, że próbują.


Lubię chodzić po Warszawie tak, jakbym nie znała tego miasta. Szukać jakichś nowych points de repère, które mnie zaprowadzą z jednego miejsca w drugie. Znajdować ścieżki, którymi lokalsi nie chodzą. Patrzeć na ściany oczami przyjezdnego. Szukać. Wdychać. I wzdychać. Po raz kolejny stwierdzam, że jestem miejskim stworzeniem i że uwielbiam się szwendać. Na instagramie znajdziecie kilka zdjęć.


A na deser proponuję:




czwartek, 6 lutego 2014

178. Dieta - sezon drugi

- A jak tam Ci idzie dieta? Chyba znowu coś schudłaś? - co jakiś czas słyszę. 
- Ha. No więc nie schudłam. Od trzech miesięcy nic nie zrzuciłam, a niedawna wizyta u dietetyczki pokazała wręcz, że przytyłam prawie kilogram - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Brzuch mi sterczy i wcale mi się to nie podoba. 

Powinnam się pochlastać, nie? 
A jednak nie. Bo przez ostatnie trzy miesiące, proszę Państwa, sinusoida emocji była na tyle intensywna, że spodziewałam się dramatycznego efektu jojo. Piłam wino (piwo zresztą też), dużo wina, jadłam czekoladę (nie żeby jeden kawałek i nie żeby jedną tabliczkę), nawet pizzę sobie raz zamówiłam i w całości wchłonęłam. Jadłam croissanty, kanapki w ilościach potężnych. Frytki zjadłam i tort bezowy też. I 10 krówek na raz. A o świętach już lepiej nie będę wspominać, bo na samą myśl, brzuch mnie zaczyna boleć z przejedzenia. 
No pofolgowałam sobie. A jednak wagę utrzymałam. 

Może dlatego, że takich złych dni było nie więcej niż 2-3 w tygodniu? Albo dlatego, że kiedy nie jem tych śmieci, to staram się dostarczać sobie głównie owoce i warzywa? Że nie jadam za wiele tłustego mięsa (w ogóle mięso jem w ilościach symbolicznych). Może dlatego, że codziennie od początku diety na śniadnie jem płatki mniej lub bardziej owsiane z jogurtem naturalnym i owocem wkrojonym? A może dlatego, że w napojach nie dostarczam sobie kalorii? 
Na pewno nie bez znaczenia jest sport - od 3 do 5 godzin tygodniowo. 

Do dietetyczki szłam lekko zestresowana, bo zwyczajnie bałam się tego ważenia i sprawdzania ilości tłuszczu, masy mięśniowej i wody. Poprzedniego dnia wypiłam tonę pokrzywy, co by wypuścić nieco wody z siebie. I starałam się grzecznie jeść, zgodnie z zasadami. Nie na wiele pomogło. Jak przez dwa miesiące odstawiłeś dobre nawyki, to jeden dzień niczego nie zmieni. Różne inne pomysły na oszukanie wagi mi zresztą przeszły przez głowę, ale na szczęście nie wprowadziłam ich w życie. Bo niby kogo chcę okłamać? 
No dobra, przyznam się, założyłam dość lekką sukienkę, bo pamiętałam, że poprzednimi razami też nie miałam spodni. To zawsze kilkaset gramów do przodu, nie? ;) 

Od lipca schudłam prawie 10 kilo. Od marca niecałe 14. Masa mięśnowa mi spadła o niecały kilogram. Reszta to tłuszcz, za którym w ogóle nie tęsknię. Zeszły ze dwa rozmiary. Mam całkiem fajne nogi i niewiele cellulitu. Biust się jakoś trzyma. Talia jest tam, gdzie powinna. A na ramionach jest ładny zarys mięśni. Satsyfakcja z samej siebie + 100. 

(proszę zauważyć, że zdjęcie jest robione pod kątem i że ubranie ciemne, więc wyszczupla. takie tam drobne manipulacje...)

Gryplan jest teraz w miarę prosty. Jeśli wrócę do kilku dobrych nawyków (jedzenie co 3 godziny, picie więcej wody, wybieranie orzechów i owoców zamiast słodyczy), to znowu zacznę chudnąć. Przede mną jeszcze 8 kilo. Damy radę. Jakoś się tego nie boję. Deadline ustawiłam sobie na czerwiec. Arbitralnie, bez żadnego konkretnego powodu.

Zaczynam więc drugi sezon diety (i drugi sezon "Suits"). 
Stay tuned. 



wtorek, 4 lutego 2014

177. Lifelong changing

W ramach rozwijania nowych umiejętności umówiłam się z przyjaciółką na biegówki. Warunki idealne, nie za zimno, nie za wietrznie. Ona miała własny sprzęt, ja swój zarezerwowałam w sympatycznej firmie Biegówki na Młocinach i ruszyłyśmy w sobotnie przedpołudnie w tango.

Nie sądziłam, że będę miała z tego aż tyle przyjemności. Dwie i pół godziny machania rękami i nogami (pod koniec to jednak głównie nogami, bo przedramiona odmówiły współpracy). Prawdopodobnie biegałyśmy kompletnie niefachowo, ale co jakiś czas któraś z nas sobie przypominała jakieś mądre rady tych, którzy się znają. Że kijki trzeba równolegle i do przodu. Że raczej nogami się przemieszczać i ślizgać się, niż rękami ciągnąć. I że powinno to wyglądać w miarę arystokratycznie, lekko i kobieco, a niekoniecznie ciężko i potliwie. 



Nie mam pojęcia, ile żeśmy przebiegły, bo żadna z nas nie pomyślała, żeby włączyć któreś z tych ustrojstw monitorujących, ale jedno jest pewne - w lasku młocińskim jest kilka świetnie oznaczonych tras, a kiedy się wybierze te nieco trudniejsze, to wcale nie ma na nich ludzi. Czy wiedzieliście, że w trakcie zjazdu z górki nie należy hamować pługiem? Ja też nie wiedziałam, więc moje bojówki szybko się zamoczyły. Na szczęście u wylotu z lasu jest niepretensjonalna knajpa Przystanek Młociny, gdzie atmosfera podobno do tradycyjnego  after-ski pod wyciągiem. 

Innymi słowy sielanka, a Cywińska może się pochwalić kolejnym "zaliczonym" sportem. Bo wiecie, uprawianie sportu jest trendy nowadays. Co mi przypomina, że w niedzielę o świcie wymądrzałam się z Polskim Radiu Czwórce na temat krav maga. Robiłam tam za kobietę, tym razem, nie za eksperta. Bo prawdziwą wiedzę przekazywał kolega z zaprzyjaźnionego klubu krav maga. Ale nie zdziwię Was, kiedy przyznam, że to ogromna frajda móc poopowiadać o tym, co tak bardzo lubię i co zapełnia mi tyle wieczorów w tygodniu.

Tymczasem a propos czasu, to od jakiegoś miesiąca mam trochę wolności i choć wydawało mi się zawsze, że nie umiem się nudzić, to czuję się teraz trochę jak ten Żyd, któremu kozę zabrano. Mam w cholerę możliwości i doceniam, wręcz celebruję, każdą godzinę samotności. Czasami rzecz jasna jestem mniej przysiadalna, bo wchodzę w jakieś swoje osobiste głębiny i szukam odpowiedzi. Ale równocześnie czuję, że rozwija się we mnie, rośnie wręcz, jakaś nowa jakość. Nowe pomysły. 

Najbardziej marzę o tym, żeby wyjechać gdzieś w siną dal, zasiąść na kilka tygodni i wreszcie napisać to, co mam do napisania. A równocześnie wrócić do swoistych korzeni, których nigdy zbyt dobrze nie zidentyfikowałam. Ta moja potrzeba gotowania (jeszcze nie do końca zrealizowana, jak wiadomo) i chęć nowych zajęć, i potrzeba zmiany i ciągłe szukanie nowych bodźców - to wszystko mnie definiuje i określa. I nie mam pojęcia, czy kiedyś zasiądę na dupie i przestanę się szwendać, ale póki co wszystko mi mówi, że idę dobrą drogą. W tym miesiącu kończę 36 lat.
Czy to już czas na stabilizację? 
No raczej nie. 
Lifelong changing, czyli Cywińska w drodze. 

W ramach kryzysu wieku średniego mój motocykl powinien dojechać na początku marca. 

(to już chyba było, ale to przecież piosenka o mnie)