wtorek, 23 grudnia 2014

226. Lumpiata w krainie seksu - premiera!

Dzisiaj opowiem Wam o swoim nowym dziecku. O nowym blogu Lumpiatej.

Jak być może pamiętacie - z Gruzji wróciłam zapłodniona. Pomysłem, projektem, planem i całą masą energii, którą to we mnie wyzwoliło. Wraz z ekipą mądrych ludzi wymyśliłam sobie nową rzeczywistość, którą zamierzam zawłaszczyć.

To wszystko wina Tomka Saweczko z Facetemjestem.pl. Umieścił na Facebooku link do psychozabawy "jakim jesteś kochankiem?".  Zapytałam go przy śniadaniu, czy to tylko dla facetów i po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi, test oczywiście zrobiłam. Wyszło mi, że jestem Don Dziki Don. Na szczęście nie wyszedł mi Tajemniczy Onanista, bo bym chyba umarła ze wstydu. A pozostali ze śmiechu. Ten jednak test, a konkretnie jedno pytanie i moja na nie odpowiedź, uruchomiły we mnie myślenie na temat mojego podejścia do seksu i ogólnie moich doświadczeń.

Zdałam sobie sprawę, że mam coś cennego, co mogę przekazać dalej. Sporo doświadczenia swojego i cudzego, całkiem ciekawą drogę, o której warto opowiedzieć i dużo przemyśleń oraz słów.
Zaczęłam myśleć nad nowym projektem.

I szliśmy sobie tak gruzińskimi górami, a Cywińska była wpierw pogrążona w rozmyślaniu o swoim nowym dziecku, a następnie nakręcona rozmowami o tym, jaką powinien mieć nazwę oraz na czym się skupiać.

Nazwa "Lumpiata w krainie seksu" powstała także w głowie Tomka Saweczko i została następnie gremialnie zatwierdzona przez całą ekipę blogerów w Batumi. Pomysłów było wiele, każdy coś dorzucił, niektóre były absolutnie niecenzuralne, a inne uznaliśmy za zbyt pretensjonalne. Ta nazwa była idealna. W międzyczasie okazało się zresztą, że nie każdy wie, co to jest buduar, więc pomysł z buduarem lumpiatej niestety padł. Za to dobrych rad dostałam w bród i jestem za nie bardzo wdzięczna.

Dzisiaj chciałabym Was zaprosić w to swoje nowe miejsce.

"Lumpiata w krainie seksu" jest w zamierzeniu blogiem pisanym przez kobietę i dla kobiet. Mało jest miejsc w polskim internecie, a już tym bardziej blogów, a nie portali, które by poruszały tę tematykę. Mało jest miejsc, w których można poczytać o kobiecym podejściu do seksu bez wulgarności, epatowania pornografią i bez infantylnych skojarzeń albo słownictwa.

Chciałabym takie miejsce stworzyć i liczę na Wasze wsparcie i dobre słowo. Czekam na Wasze historie (lumpiata@gmail.com), komentarze i pytania. I życzę Wam miłej lektury - kilka postów już na Was czeka. Sam wygląd bloga zapewne się jeszcze zmieni, wraz z moim poznawaniem wordpressa. Za jakiś czas zamówię u kogoś logo i identyfikację wizualną i wtedy będzie już pięknie. Na razie zwyczajnie się cieszę, że już coś wisi.

A ponieważ tematyka seksu kobiecego niekoniecznie jest ciekawa dla wszystkich, to oczywiście co jakiś czas będę też tutaj publikować.

Lumpiata jest nadal w drodze i zawsze w zmianie.
To się nie zmienia ;)


piątek, 19 grudnia 2014

225. Przedświąteczna biegunka myślowa

Jak tam przygotowania do Świąt?

U mnie wyjątkowo spokojnie w tym roku. Wigilia z braćmi, podzieliliśmy się robotą, więc niewiele muszę robić. W ramach karpia będzie łosoś, w ramach przystawki kanapeczki z kawiorem, w ramach kapusty - sałatka z mozarellą, a w ramach makowca - mazurek z kajmakiem. No i barszcz, wiadomo, bo przecież na wigilię trzeba tradycyjne potrawy podać, prawda?

Prezenty kupione, częściowo powysyłane, resztę muszę jeszcze zapakować.
Zostaje zakup i przystrojenie choinki, myjnia dla auta, zrobienie ciastek kruchych w ramach pierniczków i zaplanowanie drugiego dnia świąt, kiedy to bracia mają wpaść do mnie i wypadałoby coś mieć do jedzenia, albo przynajmniej dobre wino.

Uczę się grać kolędy na pianinie, Młody chce akompaniować na harmonijce. Mógłby on grać na pianinie, a ja na flecie, albo on na gitarze, ale jakoś nam wyszło, że się pozamienialiśmy.

Ta wiosna za oknem nie pomaga w tworzeniu nastroju świątecznego, a korki na mieście i do kas skutecznie zniechęcają do ludzi. No i mam tyle roboty w robocie i roboty poza robotą, że ledwo dyszę, bolą mnie ramiona od stresu i nieustannie zastanawiam się, o czym jeszcze zapomniałam.

Trochę mi zdrowie siadło, jeszcze nie wiem, czy jest to całościowa reakcja na stres i przemęczenie, czy po prostu mam oddzielne problemy z cerą, paznokciami, żołądkiem, metabolizmem, kręgosłupem, dodatkowym niepotrzebnym 1,5 kg (a kysz! a kysz!) i ogólnym samopoczuciem. Na tarczycę dziwkę nie bardzo mogę zwalić, bo przecież biorę hormon. Na prolaktynę też nie bardzo, bo wreszcie ją leczę. Ani na witaminę D, bo suplementuję.
Widocznie jestem już stara :)

Na wszelki wypadek zaczęłam robić brzuszki co drugi dzień (ok. 200 różnego rodzaju) i wizualizuję siebie biegającą od stycznia porankami, co by metabolizm mobilizować do życia. Na treningi krav maga chodzę, a jakże, ale z braku czasu wychodzi mi to raz w tygodniu, w porywach do dwóch, no i ostatnio są bardziej techniczne, bo w styczniu egzamin na kolejny stopień wtajemniczenia. A jak techniczne, to mniej siłowe i prawie w ogóle nie są kardio. Muszę coś tu pomanipulować, bo bez sportu moja przemiana materii nie istnieje.

Walczę nie tylko z ciałem, ale też z wordpressem w ramach tego nowego projektu, co to się urodził w Gruzji i który chciałabym Wam przedstawić lada dzień, a najlepiej jakoś w czasie Świąt, ale nie wiem, czy się wyrobię z szablonem.
A przecież nie mogę Wam się pokazywać taka niezrobiona i nieubrana, prawda? :)

A w tym wszystkim jeszcze staram się wyjść na prostą z różnymi zaległościami w sprawach urzędowych, w płatnościach i w wizytach lekarskich, bo przecież ciągle nie skończyłam rehabilitacji szyi po kolizji motocyklowej z kwietnia.

Jest dobrze, będzie lepiej, bylebym w końcu się wyspała, spędziła weekend w łóżku, obejrzała wszystkie zaległe seriale, zrzuciła dwa kilo do sylwestra, żeby się zmieścić w fajnej kiecce i jeszcze zdążyła się spotkać z wszystkimi znajomymi, których nie widziałam od tygodni albo nawet miesięcy.

Zaraz wychodzę na śledzika, jutro blogowigilia, w niedzielę takie tam spotkanie przedświąteczne, w poniedziałek trening, we wtorek może squash, w środę wigilia par excellence, w czwartek nie ruszam się z domu, w piątek zwalają mi się, w sobotę wesele, to w niedzielę się wyśpię.

Zdjęcie ma mi przypominać, że umiem się śmiać. I to zazwyczaj debilnie :)

Gruzja, Ogród Botaniczny w Batumi, fot: Karol Werner


czwartek, 11 grudnia 2014

224. List do świętego Mikołaja czyli o prezentach

Dziecko mnie ostatnio zapytało, czy przygotowałam list do Mikołaja, bo jemu by to ułatwiło życie. Pomyślałam, podumałam i zaczęłam wymieniać. I sama się roześmiałam, gdy zobaczyłam, jakiego rodzaju to są prezenty :) 

Moja aktualna wishlista wygląda mniej więcej tak: 

- rękawiczki bokserskie otwarte (treningowe), bo zamknięte już mam :)
- hantle 3-kilogramowe (zastanawiałam się też nad kettlem, ale to musiałby być 16-kg). Mniejsze hantle nie mają sensu, jeśli rzeczywiście chcę ćwiczyć w domu wieczorami.   
- piłka treningowa do fitnessu (chyba 75 cm, bo ja wysoka), w Decathlonie są niedrogie. 
- ochraniacze na kolana (miękkie, bo w twardych ciężko się trenuje) 
- ochraniacze na łokcie (bo mnie kurde bolą po treningach parterowych)
- coś motocyklowego (ale tu z tanich rzeczy to chyba wszystko już mam, szybka przyciemniana by się przydała do kasku, ale to chyba droga impreza)
- lampki na rower (bo jeżdżę z małymi LED-owymi, a przydałoby się coś bardziej widocznego)
- ładna nerka do jazdy na rowerze i podróżowania, ale ładna, seriously.

Kiedy ja zdążyłam się tak zmienić? 

no jeszcze ewentualnie: 
- portfel, kolorowy, niekoniecznie normalny, raczej nie w stylu tych skórzanych portfeli dla pań w średnim wieku ;)
- zegarek, ale to może być trudny wybór. Nie za bardzo młodzieżowy, nie nadmiernie postarzający, elegancki, ale niedrogi, kolorowy, ale nie plastikowy.  
- coś do domu, ale nie durnostojka i nie coś służącego do pracy w tymże domu
- coś na szyję, wiadomo, wszak to evergreen.

A jak to wygląda u Was? Co wpisaliście do listów? 

Kiedy wiele lat temu kończyłam psychologię ekonomiczną, wymyśliłam sobie, że magisterkę napiszę o pozafinansowych kosztach kupowania prezentów. O tym, jak bardzo się człowiek męczy, gdy musi kupić prezent dla kogoś bliskiego albo dla teściowej. Czy w przypadku prezentu dla kogoś z dalszej rodziny to poczucie zmęczenia jest mniejsze. O tym, ile czasu poświęca i energii oraz jakie tworzy procedury i strategie w zależności od osoby i okazji. Gdzieś w tle był jeszcze pomysł zbadania kwestii prezentów dawanych szefom, lekarzom, nauczycielom i tym podobnym. I próba zdefiniowania różnicy między prezentem a łapówką, wiadomo. Niestety tematu nie pociągnęłam, bo obroniłam się z socjologii, w planach miałam doktorat, więc magisterka kwadrat mi była na plaster. Teraz czasami żałuję, bo to było naprawdę ciekawe! Czy wiecie na ten przykład, że w języku portugalskim jest wiele różnych wyrazów na słowo "prezent" w zależności od okazji? 

Cywińska w Gruzji, fot: Regina Skibińska

223. Gruzja 9 - parę słów o blogerach

Nie byłabym sobą, gdybym nie obserwowała tego wyjazdu również pod względem procesu grupowego. Dziesięcioro blogerów, troje kulinarnych, troje lifestyle'owych, troje podróżniczych i ja, powiedzmy, że blogerka podróżnicza, ale przecież dokooptowana z konkursu, a nie na podstawie zasięgu i osiągnięć. I jeszcze nasza kochana i ciepła koordynatorka ze strony polskiej, Ania. Osiem babek, trzech facetów. Tydzień w grupie, na kupie. Myślałam, że będzie dramat, kłótnie, fochy i zostawanie w tyle, a wróciłam z kilkorgiem przyjaciół.

Gruzja, Batumi, ogród botaniczny, Cywińska się cieszy, fot: Anita 

Blogerzy podróżniczy mieli wyraźną potrzebę szwendania. Odłączali się od grupy w najmniej spodziewanym momencie i z pewnością wprawiali pozostałych w lekki dyskomfort, a organizatorów mogli nawet denerwować. ("To Wy sobie jedźcie melexem, a my pójdziemy pieszo!")

Blogerzy kulinarni doprowadzali wszystkich do śmierci głodowej, gdy nie pozwalali ruszać potraw, zanim ich dobrze nie obfotografują i to w odpowiednim świetle. ("Czy można już jeść, czy może ktoś jeszcze chciałby zrobić zdjęcie?" pytaliśmy z udawaną uprzejmością)

Blogerzy lifestyle'owi głównie wyglądali i raczej nikogo nie denerwowali, chyba że mnie, gdy poczułam, że tyję od nadmiaru chaczapuri. Oni wtedy nadal wyglądali. A ja głównie się toczyłam. ("Jakbyś tyle nie żarła ..." - powiedziała do mnie Ola z czułością)

Gruzja, Tskaltubo, Ola, jej torebka i jej telefon 

Wszyscy robiliśmy takie same zdjęcia, tym samym widokom i ludziom, wszyscy więc kradliśmy sobie kadry i wszystkim co jakiś czas włączało się dziecko i wkładanie palców innym w obiektywy. Albo robienie głupich min.

Gruzja, Mccheta, "ten kadr jest zarezerwowany!"

- Ten kadr jest zarezerwowany! - to był stały tekst w ciągu dnia i oczywiście nikt nie słuchał, tylko pstrykał. A kto potem miał lepszy obiektyw lub zręczniej obsługuje programy do obróbki zdjęć, ten mógł opublikować na swoim blogu ładniejszą fotkę. Wiadomo. (chyba jako jedyna miałam aparat nie-lustrzankę, nie licząc Tomka, który aparatu w ogóle nie wziął i Oli, która robiła zdjęcia telefonem). Kiedy drugi Tomek nagrywał swoje vlogi, regularnie mu z Agnieszką wchodziłyśmy przed kamerę i są z tego ładne owoce, a konkretnie to mandarynki, na przykład w tym filmiku :)




Gruzja, Mccheta, Tomek próbuje coś nagrać, a my mu przeszkadzamy

Regina złaziła Tbilisi bez grupy, trafiła w miejsca, gdzie nikt nie był i gadała z wszystkimi po rosyjsku, czym oczywiście wpędzała mnie w kompleksy (muszę się nauczyć!). Anita wychodziła rano pobiegać, niezależnie od wszystkiego. I nie że tak na chwilę, ale co najmniej dyszkę robiła dzień w dzień, a ja w tym czasie grzecznie spałam, zamiast brać przykład z koleżanki. Z Agnieszką chodziłyśmy za to na basen i do sauny. Karol się spóźnił jeden dzień, doleciał do Tbilisi, a potem próbował chodzić swoimi ścieżkami, ale zazwyczaj ktoś z nas mu w tym przeszkadzał. Natalia co jakiś czas zaskakiwała mnie głęboką wiedzą na jakiś temat - geograficzny, dietetyczny, medyczny. Patrycja opowiadała mi cudne historie o swoim życiu. A najmłodsza z nas Ola była dla mnie stuprocentowym autorytetem w sprawie tego, jak się teraz mówi i co z moich nowych projektów ma szanse zagrać. Ania próbowała nas zbierać do kupy. Z różnym skutkiem :)

Gruzja, Park Narodowy Mtirala, Karol chętnie by uciekł w góry, fot: Anita 

Gruzja, Batumi, - Anita, Lumpiata, converse'y i ogród botaniczny, fot: Anita 


Z dnia na dzień spóźnialiśmy się coraz bardziej. Z dnia na dzień coraz lepiej się bawiliśmy razem, co sprawiało, że Gruzja momentami odchodziła na drugi plan. Jestem przekonana, że więcej byśmy zobaczyli, gdybyśmy się tak nie polubili. Organizatorzy powinni o to zadbać następnym razem. Żadnych przyjaźni! Żadnego lubienia się!


Gruzja, Batumi - Lumpiata patrzy na Tomka, a Tomek na morze, fot: Anita

Gruzja, Georgia Palace - blogerzy podróżniczy w damskiej toalecie, fot: Karol

Gruzja, Park Narodowy Mtirala. Tomek i Marija będą zaraz skakać. Tomek się boi, fot: Karol


Gruzja, Batumi - Anita i Lumpiata na ściance. Celebryctwo w najczystszej postaci, fot: nie pamiętam kto robił

Gruzja, niedaleko Batumi. Marija wchodzi Agnieszce w kadr, fot: Patrycja 

Gruzja, Batumi - Regina szuka wysokiej kultury. My jej nie wystarczamy :) 
Mam też wrażenie, że gdyby nas realnie zamknęli w tym pięciogwiazdkowym hotelu na tydzień, to i tak byśmy wrócili pełni wrażeń, przemyśleń i materiałów na notki. Takich nas wybrali - inteligentnych, dowcipnych, z lekką dozą absurdu i montypythonowości, otwartych, elastycznych i ciekawskich, trochę cynicznych, trochę ironicznych, ale na pewno ciepłych, prawdziwych i z dużym dystansem do siebie. No, z tym ostatnim to może przesadziłam ;) Szkoda, że nikt nie nagrał naszych rozmów o zasięgach, lajkach i wychodzeniu na zdjęciach.

Taka tam z nas banda sympatycznych narcyzów ;)
A Gruzja nas połączyła.
Gaumardżos!

Gruzja, Georgia Palace - tak zazwyczaj wyglądaliśmy. Wpatrzeni w telefony. "Jest wifi?"

wtorek, 9 grudnia 2014

222. Gruzja 8 - ostatnie spojrzenie na Batumi (+ sporo zdjęć)

Gruzja już zanika za mgłą wspomnień. Zdjęcia nadal nieobrobione, wiadomo, zostają na lepsze czasy i długie zimowe wieczory, które jakoś dziwnym trafem nigdy nie następują. Bo kiedy przypadkiem się zdarzą, natychmiast pojawia się coś do zrobienia. A jeszcze tyle przemyśleń z Batumi, tyle obrazków w głowie. Tyle smaków na końcu języka.

Gruzja, Batumi, Humans are psycho killers

Serpentyny mnie zabijały. Nie mam jakoś bardzo silnej choroby lokomocyjnej, za to w Gruzji zdarzało mi się umierać nawet na prostej drodze międzymiastowej. Za dużo jedzenia, za mało powietrza w busie, i na drogę patrzeć nie mogłam, bo daleko od okna, a na dworze ciemno. Przedostatniego dnia wspięliśmy się na wysokość kilkuset metrów nad poziomem morza (startując od tegoż morza), deszcz popadywał, a Cywińska zastanawiała się, w jaki sposób utrzymać swój obiad wewnątrz. Żałowałam, że nie mogę sama poprowadzić - to by dopiero była frajda.

Gruzja, Adżaria, góry 

A w górach fantastyczna uczta. Och, jaka wielka! Pod każdym talerzem żelazna belka. I widoki dech zapierające, ale mój aparat nie bardzo chciał współpracować. A może to ja już byłam za bardzo zmęczona, pijana, whatever ;) Swoją drogą cudnie było znaleźć na półce książkę Marcina i Anny Mellerów, dowiedzieć się, że Mellerowie bywają w tym domu często i gęsto, a potem usiąść w niewielkim pokoju, przykryć się grupowo kocem i poczytać na głos fragmenty. Tak jakoś nam wyszło spontanicznie, gdy blogerzy kulinarni uczyli się gotować po gruzińsku.

Gruzja, supra

Dzień przed wyjazdem poszliśmy mniejszą ekipą w miasto, na spacer po Batumi. I gdy tylko udało się wtopić między te budynki trochę zbyt turystyczne, to od razu zrobiło się normalniej. Jakaś na przykład kawiarnia z samymi facetami w dzielnicy muzułmańskiej, niedaleko jedynego meczetu w Batumi. Sprawa jest nie do końca oczywista, bo w Adżarii teoretycznie jest ok. 30% muzułmanów, a w Batumi raptem jeden meczet i kilkanaście cerkwi. Nasza przewodniczka mówiła, że im to wystarcza, ale gdzieś jeszcze w Polsce opowiadano mi, że muzułmanie adżarscy zaczynają się buntować. Zwłaszcza, że rola patriarchy prawosławnego jest ogromna, nie tylko pod względem religijnym, ale również w życiu społeczno-politycznym. Niestety wiele więcej nie udało mi się dowiedzieć.

Gruzja, Batumi miastem sprzeczności

Wspięliśmy się we troje (z Anitą, i Karolem) na ósme bodajże piętro jakiegoś bloku. Bez windy, a jakże. Widok na miasto cudowny, nawet jeśli pogoda taka sobie. Wszędzie kable, każde drzwi do mieszkania inne, niektóre z dykty, inne prawdopodobnie antywłamaniowe. Uwielbiam takie klimaty.  Batumi to jednoznacznie miasto sprzeczności, taka trochę Łódź miejscami, ale dużo bardziej turystyczna i kolorowa.

Gruzja, Batumi miastem sprzeczności 
Prawie w ostatniej chwili przypomniałam sobie, że wiozę list dla kogoś w Batumi. Koleżanka wpadła tuż przed moim wylotem do domu, pożyczyła książkę Wojciecha Góreckiego, i poprosiła o przekazanie koperty jakiemuś młodemu człowiekowi w Informacji Turystycznej. We wrześniu był tam stażystą.
- No ale jak był we wrześniu, to przecież chyba już go tam nie ma? - spytałam zaniepokojona.
- No tak, ale to przecież Gruzja. Znajdą go.
- A gdzie ten punkt jest?
- Nie sposób go minąć, zresztą jest ich tylko kilka, to będzie ten obok kolejki - tyle zapamiętałam.

Kolejkę górską zlokalizowałam od razu pierwszego dnia, przejechaliśmy się nią, żeby zobaczyć Batumi z góry, ale informacji turystycznych było ze dwie co najmniej w okolicy. Trochę strapiona weszłam do tej bliższej:
- Mam taką nietypową sprawę. Czy we wrześniu mieliście stażystę? - zapytałam młodą panią za ladą.
- Tak, był - podała jego imię.
- No to ja mam dla niego list od koleżanki z Polski - mówię i wyjmuję nienową kopertę, popisaną z każdej strony, niezamkniętą zresztą, zawierającą miłe - jak rozumiem - słowa.
- Aaaaa?!  - pani się zainteresowała - to on teraz ma koleżankę w Polsce?
- Hmmm - odpowiedziałam zafrasowana - koleżankę ma, najwyraźniej, bo list przekazała, ale nie wiem, czy to jest "koleżanka" :)
- A mailem nie mogła? - zapytała pani, ale wzięła list i wierzę, że oddała komu trzeba, a ja sobie pomyślałam, że niektóre kody kulturowe są uniwersalne ;)

Za chwilę bazar. Świeże ryby. Tytoń. Pan ostrzący noże. Kwiaty. Mięso. Wszystkiego po trochu. Wreszcie zdobyłam się na odwagę i zaczęłam pytać ludzi przed zrobieniem im zdjęcia. Zadziałało. Już nie muszę robić z ukrycia. Ludzie chętnie pozują. Albo i nie. Wtedy zwyczajnie odchodzę. Coś się we mnie nareszcie przełamało.


Gruzja, Batumi, ostrzenie noży
Gruzja, Batumi, ryby na targu


Gruzja, Batumi, kwiaty na targu

Gruzja, Batumi, papryka

Gruzja, Batumi, sprzedawca mięsa na targu

Następnego dnia, tuż przed wyjazdem, zajechaliśmy jeszcze na wielki targ w Batumi, gdzie przeprowadziłam najciekawszą i najgłębszą rozmowę na temat sytuacji politycznej w tym regionie oraz tego, co się dzieje między Rosją a Ukrainą i czy to ma jakiś wpływ na Gruzję. Pan nie mówił po polsku, ani w żadnym z języków, które znam. Ja nie mówię po rosyjsku, a po gruzińsku nie mówię dwa razy bardziej.
- Ukraina - Rosja - problem? - pytam
- Da, problem - odpowiedział pan, który przed momentem jakimś cudem wyjasnił mi, że pracował kilka lat we Lwowie. Jako inżynier.
- Rosja - Gruzja - problem? - pytam dalej
- Da, balszoj problem - pan jest bardzo poważny.
- Ale Ukraina - Gruzja - haraszo? - próbuję zrozumieć.
- Da, haraszo. Ale Rosja nie haraszo. Rosja problem.

Z innymi panami omówiłam natomiast swoją sytuację osobistą i domowy stan posiadania oraz to, że w konsekwencji nie szukam aktualnie męża. I że bardzo ich przepraszam, że Polska wygrała z Gruzją w piłkę, bo rozumiem, że to dla nich nieprzyjemna porażka. Oni za to pochwalili grę Szczęsnego i Lewandowskiego. Oraz filmy Kieślowskiego - wiadomo. Chyba zrobiłam na nich wrażenie, bo kolejne osoby z naszej wycieczki, które trafiały do tego stoiska słyszały od nich o takiej wielkiej Marii, która im zdjęcia porobiła. I tu też trudno mi powiedzieć, w jakim dokładnie języku z nimi rozmawiałam. Mam wrażenie, że kiedy człowiek chce się dogadać, to choćby skały srały, dogada się.

Gruzja, Batumi, drób na targu 

Gruzja, Batumi, sprzedawca mięsa na targu

Gruzja, Batumi, sprzedawca fasoli na targu 

Gruzja, Batumi, sprzedawczyni kolendry na targu

Gruzja, Batumi, kolendra my love

Gruzja, Batumi, stoisko z owocami na targu


W Kutaisi padał zimny deszcz. Gruzja żegnała nas łzawie. Część pojechała zwiedzać i oglądać - niestety jedną jaskinię zalało, a druga była już zamknięta, więc obejrzeli katedrę, ponoć imponującą. Pewna mniejsza grupka ruszyła biegiem, żeby nie zmoknąć i zaraz wylądowała w pachnącej tłuszczem knajpce. Wypiła tam parę piw za niewielkie pieniądze i poczuła się dobrze.
Zgadnijcie, co wybrałam :)


niedziela, 30 listopada 2014

221. Gruzja 7 - parę słów o historii Gruzji

Historia Gruzji sięga wielu set lat przed naszą erą, a chrześcijaństwo dotarło tam stosunkowo szybko, bo już w IV wieku n.e. (bardzo podoba mi się fakt, że chrystianizatorką była kobieta, św. Nino).

Najstarszy znany utwór literacki pochodzi z roku 480. "Antyczna i średniowieczna kultura gruzińska (...) okazuje się wolna od jakiejkolwiek obcej dominacji. Uderza w niej natomiast co innego: swoista ponadnarodowość, przynależność do rozległego świata różnych etnosów i języków, ale jednej kultury - chrześcijańskiej i zarazem bliskowschodniej (...)." - pisze Bohdan Cywiński w książce "Szańce kultur. Szkice z dziejów narodów Europy Wschodniej" (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa ;).

"Na przełomie XII i XIII wieku w całej Europie działały dwa uniwersytety - w Bolonii i Paryżu - i właśnie powstawał trzeci - w Oksfordzie. W tym samym czasie w Gruzji funkcjonowały dwie akademie o podobnym zakresie nauk: Gelati w Imeretii i Ikalto w Kachetii. Uczono w nich chrześcijańskiej teologi, antycznej filozofii greckiej, arabskiej astronomii i matematyki, a zdarzały się w programie także elementy nauki buddyjskiej".

Są to czasy panowania królowej Tamary (1184-1212) i tym samym apogeum potęgi politycznej i wyrazistości kulturowej Gruzji. Już jednak w XIII wieku Gruzja Wschodnia została zaatakowana przez Mongołów, a następnie przejęta przez Iran, a Gruzja Zachodnia niewiele później zajęta przez Turcję.

Polityka zaborcy tureckiego była mniej brutalna, ale za to bardziej systematyczna i skuteczna. Podzielono Gruzję Zachodnią na wiele małych ksiąstewek i na wielką skalę zorganizowano handel kobietami i młodzieżą. Gruzja Wschodnia była natomiast pod bolesną kontrolą szachów irańskich. Atmosfera wojny i okupacji była tu dużo bardziej odczuwalna. Jak można się spodziewać, wojny o niepodległość się zdarzały i powtarzały i niestety nie przynosiły spodziewanego efektu (warto zapamiętać nazwę kachetyjskiego króla Teimuraza I, którego dwóch synów zostało wykastrowanych, a matka torturowana w ramach odwetu za działania niepodległościowe króla).

Trudno się dziwić, że Gruzja widziała w chrześcijańskiej i prawosławnej Rosji potencjalną wyzwolicielkę spod jarzma potęg islamskich, prawda? Pod koniec XVIII wieku, po kilku wojnach irańsko-turecko-rosyjskich, królestwo Kartlii-Kachetii oddało się więc formalnie pod opiekę imperium rosyjskiego, rządzonego wówczas przez carycę Katarzynę. W 1800 roku królestwo zostało zlikwidowane, a jego ziemie włączone do imperium. Gruzja przestała istnieć.  (księstwa Gruzji Zachodniej były włączane stopniowo, najdłużej trzymała się Abchazja, do 1864 r.). Autokefaliczna Cerkiew gruzińska została też dość szybko spacyfikowana. Kościół nie mógł być niezależny od cara. Nawet jeśli gruziński taki był od wieków.

"W drugiej połowie XIX wieku na Zakaukazie zaczęło wkraczać uprzemysłowienie. Tbilisi było największym ośrodkiem handlu i skupiało wielu rosyjskich urzędników i wojskowych oraz handlujących Ormian, a także sporo Azerbejdżan. Miasto nabrało charakteru międzynarodowego, w którym najliczniejsi Gruzini nie byli społecznością dominującą socjalnie. Zaczął się wtedy uwydatniać stereotyp kulturowy nazywający Rosjanina czynownikiem, Ormianina - chytrym handlarzem, Gruzina zaś - konserwatywnym i zapóźnionym cywilizacyjnie wieśniakiem. Premiowano nowoczesność i europejskość, dostępną jedynie w wersji rosyjskiej."

Rusyfikacja przechodziła więc bezpośrednio z Petersburga dzięki młodym podróżującym Gruzinom. Na szczęście nie do końca była skuteczna, a gdy rosyjski rektor seminarium prawosławnego nazwał język gruziński " językiem psim", został zastrzelony przez jednego ze swoich kleryków, które to wydarzenie pozostało na długo symbolem walki o sprawę narodową.

Rosja jednak była krajem otwierającym drogę do Europy i stanowiła realną ochronę przed państwami islamskimi. A być może najważniejszym czynnikiem pro-rosyjskim w Gruzji z przełomu XIX i XX wieku było to, że to właśnie w Rosji była edukacja i uczelnie, a w całej Gruzji nie wówczas było żadnego uniwersytetu, który by mógł być kolebką niepodległościowej inteligencji.

25 maja 1918 roku Gruzja ogłosiła niepodległość.
Niecałe trzy lata później, 16 marca 1921 r., po inwazji Armii Czerwonej, rząd opuścił kraj i udał się na wygnanie do Turcji.
W 1922 r. Gruzja stała się formalnie częścią ZSRR.

Niepodległość odzyskała 9 kwietnia 1991 roku, 23 lata temu.

Dużo dłuższa niż nasza historia, ale jakoś podobna, prawda?

Gruzja, od wieków zawieszona między mocarstwami, między Wschodem a Zachodem, silna religijnie, bogata literacko i ciągle szukająca własnej tożsamości.

(Powyższa notka składa się z cytatów i parafraz pochodzących z książki mojego ojca Bohdana Cywińskiego, "Szańce kultur", w której to książce Gruzini, jako jeden z 14 narodów Europy Wschodniej, zostali opisani pod względem kultury i literatury w czasach okupacji najpierw tureckiej i perskiej, a następnie rosyjskiej. Polecam gorąco, czyta się znakomicie).

Gruzja, Mccheta, katedra Sweti Cchoweli

Gruzja, Mccheta, katedra Sweti Cchoweli
  

sobota, 29 listopada 2014

220. Gruzja 6 - Park Narodowy Mtirala, zipline i kasyno

Już w Warszawie jestem, już z kanapy do Was piszę, a nie z łóżka hotelowego w Batumi. Inaczej mi się słowa układają, wiem, energia inna, ale w którymś momencie zabrakło mi siły na wysyłanie w eter sprawozdań i notek. Chciałam więcej przeżywać, mniej agregować.

Nawet zdjęć mam dużo mniej z tych ostatnich dni w Gruzji. To zresztą u mnie normalne. Najpierw nie mogę się nadziwić temu, co widzę, ale ciągle jestem w jakimś przyjazdowym amoku, a dopiero po paru dniach, gdy organizm się przyzwyczai, mogę włączyć wszystkie zmysły i zacząć wchłaniać. Przez osmozę, jak sądzę ;)

A zatem będą wspomnienia, a nie relacje online.

Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja


Park Narodowy Mtirala. Utworzony całkiem niedawno, bo w 2007 roku. Dojechaliśmy tam busem, po coraz bardziej górskiej drodze. Trochę się dziwiłam, że bus może wjeżdżać na teren parku, ale najwyraźniej nie jest to zabronione, lokalni dojeżdżają, więc i my, busem 15 osobowym. Straciliśmy wprawdzie zderzak, gdy przemierzaliśmy rzeczkę wpław, ale kierowca ciągnął w górę i ciągnął. Przez chwilę myślałam, że Gruzini mają inne podejście do ekologii, ale zmieniłam zdanie, gdy to my zostaliśmy zawstydzeni prośbą o niewyrzucanie kiepów po papierosach na ziemię.
Wszak park narodowy.

Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Na "górze" pojedyncze domy, jakieś schronisko, przy którym wsiadł pan przewodnik i za chwilę dojechaliśmy do lokalnych atrakcji turystycznych. Trochę dla zwykłych dzieci, trochę dla dużych dzieci, zabawy było co niemiara :) Najpierw kolejka zawieszona nad rzeczką, później zipline, czyli zjeżdżanie na uprzęży z lin zawieszonych między drzewami. Bawiłam się fantastycznie i nawet żałowałam, że nie są one dłuższe. Liny, nie drzewa :)


Fot: Karol Werner, na zdjęciu: Tomasz Saweczko


Poszliśmy na spacer do okolicznego wodospadu (mam przy nim znakomite zdjęcia, które podkreślają świeżo nabytą oponkę w talii i nie bardzo umiem zdecydować, co powinno zwyciężyć - moja osobista próżność, czy obiektywizm relacji z podróży).

Później była krowa, a po krowie koń, nieco spragniony. Po koniu jeszcze liście bananowca w kształcie nieprzyzwoitym.
Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

A mnie się już wszystko kojarzyło i o tym kojarzeniu też Wam niebawem napiszę, ale jeszcze nie dzisiaj.


Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Prawie że niechcący kupiłam litr czaczy 60-procentowej (sprawdziliśmy takim śmiesznym termometrem), świeżo wyprodukowanej w przedstawionej na załączonym obrazku przetwórni wyrobów alkoholowych. W butelce plastikowej po lemoniadzie gruszkowej. Stoi dziś dumnie na blacie i czeka na gości.  


Produkcja czaczy, Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja


A potem obiad, a właściwie cudne przyjęcie u lokalnych mieszkańców. Nazwałabym ich gazdami, zwłaszcza, że prowadzą coś w rodzaju schroniska, karmią i dają dach nad głową, ale nie wiem, na ile to słowo jest adekwatne w stosunku do gospodarzy mieszkających w Czakvistavi (o ile dobrze lokalizuję miejsce). Teoretycznie te same potrawy, co we wcześniejszych knajpach. Ale podane zupełnie inaczej i jakby takie normalniejsze. I toasty. Najpierw za pokój, wiadomo. Bo pokój jest najważniejszy. Potem za zdrowie gości. Wreszcie za przyjaźń między gospodarzami a gośćmi. W sumie to nawet sama chciałam wygłosić jakiś toast, spróbować tego ich kodu kulturowego, ale wszystko i wszyscy mi mówili, że to powinni jednak faceci. Nawet, gdy jesteś gościem. No to się nie pchałam :)


Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Kolację sobie darowaliśmy, bo żołądki - nawet rozciągnięte do granic możliwości - już nie przetwarzały tej ilości jedzenia. Dobrego jedzenia. Za to wieczorem wybraliśmy się do kasyna w pobliskim hotelu. Znowu fantastyczna zabawa. Zostaliśmy oprowadzeni przez menedżera, a następnie zaproszono nas do pokoju dla VIPów, gdzie każdy mógł się nauczyć grać w ruletkę. Bez pieniędzy, za to z prawdziwymi żetonami.


Gruzja, Batumi, kasyno w hotelu Sheraton 

Tradycyjnie już stawiałam na 17, bo to moja szczęśliwa liczba (Młody się urodził tego dnia i już kiedyś, dawno temu, wygrałam w kasynie kilkaset złotych właśnie dzięki tej 17-tce. Cudowna moc magicznego myślenia). I oczywiście zgodnie z prawidłami prawdopodobieństwa w pewnej chwili 17-tka wypadła. Dostałam 35-krotność stawki. Fortunę, znaczy się. I pewnie, gdybym grała na prawdziwe pieniądze, szybko odłożyłabym nadwyżkę, co by "inwestować" tylko kapitał początkowy, ale tu impreza trwała, więc skutecznie i systematycznie przegrałam wszystko, co miałam.

Gruzja, Batumi, kasyno w hotelu Sheraton 

Tymczasem pan menedżer opowiadał o tym, że do kasyn w Batumi przyjeżdżają głównie Turcy, gdyż u nich to jest - jeśli dobrze zrozumiałam - zakazane. Rzeczywiście sala ogólna była wypełniona ludźmi o mocno południowej urodzie. Kiedy więc dostaliśmy vouchery na 50 lari, z możliwością zagrania na automatach i wyjęcia z kasy wszystkiego, co wygramy, pochodziłam sobie między tymi mężczyznami i poczułam ten smak i zapach nadziei, ale również poczucie klęski i przegranej. Kasyna są siedliskiem przedziwnej energii.

Wygrałam 65 lari (ok. 130 zł). Najwyraźniej nie mam szczęścia w miłości ;)

Do hotelu wracaliśmy grubo po pierwszej w nocy. Zmęczona byłam masakrycznie. Wiedziałam świetnie, że gdybym sobie sama organizowała tę podróż, to na pewno nie dotarłabym do zjazdów linowych i z pewnością nie poszłabym do kasyna, ale czasami takie atrakcje zaproponowane trochę przypadkiem, dają wielką frajdę i pozwalają zapomnieć, że na co dzień jest się poważnym człowiekiem i że nie wypada tak głośno krzyczeć, gdy się spada w przepaść (enjoy the film, montaż Młodego).


piątek, 21 listopada 2014

219. Gruzja 5 - po owocach poznacie

O porannej wizycie w ogrodzie botanicznym w Batumi napiszę tylko tyle, że była i że podobno jest to ogród z wyższej półki. Nie znam się na roślinach, nie jest to moja bajka, ale rzeczywiście zrobiło na mnie wrażenie, że udaje im się "utrzymać" kilka stref klimatycznych i potrafią wyhodować roślinność z tychże. Nie wiem, jak to się robi, żeby na co dzień mieć tam wilgotność odpowiednią dla roślinności tropikalnej albo dla ogrodów japońskich, ale oni potrafią i z pewnością wiele turystów to docenia. Na szczęście niekoniecznie w drugiej połowie listopada, więc zwiedzaliśmy praktycznie samotniczo.



Dużo ciekawsze zaczęło się potem.
Zostaliśmy zabrani do przetwórni mandarynek, czyli do miejsca, gdzie owoce są skupowane, przebierane i pakowane przed wysyłką do sklepów, hurtowni i zagranicę. Przy taśmach głównie kobiety, przy transporcie głównie mężczyźni. Panie od sortowania owoców powiedziały nam, że zarabiają 350 lari (ok. 200 dolarów) za miesiąc pracy po 12 godzin przez 5 dni w tygodniu. Ich menadżerka - zapytana o to samo - podała nieco inne kwoty - 500 lari za 8 godzin przez 6 dni w tygodniu. Tak czy siak - niewiele. Ale chętnych do pracy jest dużo, więc zawsze się znajdzie ktoś inny na twoje miejsce. Pracujące panie są w różnym wieku i różnie reagowały na naszą wizytę. Pytałam każdorazowo, czy mogę zrobić zdjęcie i panie nie miały nic przeciwko, ale i tak czułam się dramatycznie nie na miejscu.





Sezon mandarynkowy w pełni, będzie trwał do świąt, może chwilę dłużej.  Pracowników jest w tej chwili około 400. A embargo ze strony Rosji na owoce unijne im się całkiem przydaje, bo Rosja bierze więcej mandarynek od nich. (swoją drogą myślałam, że embargo dotyczy tylko naszych jabłek, a tu się okazuje, że niekoniecznie. Powinnam to wyguglować i sprawdzić, wiem). Mandarynki są wysyłane także do Kazachstanu i pewnie do innych republik w tamtej okolicy.


Stamtąd pojechaliśmy do niewielkiej plantacji mandarynek. Dwa hektary, sporo drzewek, trzech panów, którzy są w stanie obrobić tonę dziennie. Z tej plantacji wychodzi ok. 15 ton mandarynek, więc w dwa tygodnie będzie po zbiorach. Za kilogram dostają od przetwórni ok. 25 centów USD. A przetwórnia sprzedaje to dalej po 75 centów USD. W filmiku poniżej (autorstwa Tomasza Lacha) możecie zobaczyć, z jaką miłością pan podchodzi do swoich owoców. Pod koniec wizyty poczęstował nas czaczą, rzecz jasna. Zaczynam zresztą powoli odróżniać jej smak i czuć, która mi bardziej podchodzi, a która jest zbyt podobna do naszej wódki (podobno dobra czacza powinna mieć przynajmniej 50-55 procent, mnie najbardziej smakuje ta ok. 65-70 ;).






Kolejnym etapem tego długiego dnia było zwiedzanie luksusowego hotelu Georgia Palace w Kobuleti. Znowu przedziwne poczucie nieadekwatności tej sytuacji, ale grałam dobrą minę do dziwnej gry. Na tyle skutecznie, że menedżerka usiadła koło mnie przy obiedzie, więc ją o wszystko wypytałam. 



Pracowników bierze z lokalnej szkoły gastronomicznej, najpierw na staże, potem do pracy. W większości mieszkają lokalnie. Na dzień dobry mogą zarobić ok. 500 lari za miesiąc pracy (ok. 20 dni). Po jakimś czasie, jeśli będą robili nadgodziny, mogą dojść do 800-900 lari. Pani sprzątająca, jeśli pracuje na niepełny etat dostanie może ok. 400 lari. 
Dla porównania kilka zdjęć z cenami złapanymi w Batumi, w samym centrum miasta, niedaleko promenady (więc pewnie w dość drogim miejscu). Wygląda na to, że nie jest łatwo spiąć budżet, gdy się jest kobietą pracującą w Batumi albo okolicach.




Po powrocie do miasta poszliśmy się przejść pod opieką przemiłej przewodniczki znakomicie mówiącej po polsku. Promenada, światła, kolory, kicz. Dziwne miejsca jakby gotowe pod zdjęcia. Podświetlone budynki, odremontowane kamienice. Wysokie wieżowce, z którymi nie wiadomo, co zrobić (np. budynek uniwersytetu przy naszym hotelu, oddany w 2012 r., ale uznany przez kolejne władze za kompletnie nienadający się dla studentów, skądinąd chyba słusznie). I Piazza, czyli też dość nowy plac, tętniący życiem i kawiarniami w sezonie, a kompletnie pusty w listopadowy wieczór. Nadal nie mój styl i nie moja bajka, ale z pewnością przyciąga turystów i pozwali im wypić smaczną kawę w miłym otoczeniu.  



Ja to wolę klimaty jak poniżej. Na razie jednak nie udało mi się zgubić w mniej zadbanych uliczkach tego 140-tysięcznego miasta. 

Tam zapewne toczy się prawdziwe życie i tam być może mieszkają ci, którzy za dnia sortują mandarynki. Chętnie bym się do nich wprosiła na kolację.