poniedziałek, 18 listopada 2013

171. A Ty, co trzymasz w chmurze?

Wczoraj syn mi przesłał mp3 z jakimś utworem, którym chciał się ze mną podzielić. Chwilę musiałam się zastanowić, gdzie ja mam na kompie inne emeptrójki i czy aby w ogóle jeszcze jakieś mam, zwłaszcza, że komputer służbowy. Od wielu miesięcy nie trzymam już muzyki na twardym, tylko kupuję abonament w spotify i to mi wystarcza. Plus youtube i Polskie Radio Trójka.
Nie potrzebuję jej mieć, wystarczy mi dostęp.

Potem pomyślałam, że filmy też przestałam kupować, nawet w skromnej wersji z czasopismem (nigdy nie wiem, co z takim magazynem zrobić, bo przecież nie mam kominka, a zresztą papier kredowy się kiepsko pali). Oglądam online i zapominam. Z serialami to samo. Po cholerę gromadzić.

Komputer nie jest mój, mieszkanie jest własnością banku, aparat fotograficzny już dawno stracił na wartości i zresztą aktualnie mieszka w Houston. Jak chcę zrobić ładniejsze fotki, to pożyczam od znajomych. IPad ma pęknięty ekran, telefon też. Ubrania kupuję rzadko, bo zmieniają mi się rozmiary i szkoda pieniędzy. Książki są wirtualne na kindlu. Czasopism nie czytam. Wiedzy nie składuję, ani w głowie, ani na półkach, bo wiem, gdzie mam do niej dostęp, w razie czego. Nawet przyjaciele są na wyciągnięcie ręki, w internecie, rozmawiamy sobie na co dzień na fejsie, więc minut telefonicznych nie wyrabiam w żaden sposób. Smsy zastąpiłam aplikacjami.

I tak sobie myślę, że coraz mniej rzeczy mam blisko siebie, a coraz więcej jest ich "w chmurze". Coraz mniej przedmiotów mam na własność, zamiast tego płacę za dostęp i ewentualnie próbuję pamiętać ścieżkę dostępu. Trzymam to wszystko niedaleko, co by było na zawołanie, ale niekoniecznie w torebce, na dysku czy w mieszkaniu.

Na własność mam natomiast głównie wspomnienia, słowa i kinestetyczne doznania. I one się średnio przekładają na materialną stronę życia. Są w głowie. Mogę próbować je archiwizować albo przynajmniej przekazywać dalej, ale i tak całość widzę tylko ja. Wspomnienia tracą wiele w trakcie konwersji na słowa czy też obrazy.

Pamiętacie może taką książeczkę z serii "Poczytaj mi, Mamo" - "Co mam"? Było tam o tym, że "mam 6 lat, mam rodziców i rower i mam siostrę w wózku".

Czasami wydaje mi się, że mam podobnie. I że już (?) nie potrzebuję gromadzić przedmiotów. Nie, nie jestem antymaterialistką, wręcz przeciwnie. Lubię konsumować. Ale dużo bardziej wolę konsumpcję zdarzeń i wrażeń, a znacząco mniejszą mam potrzebę posiadania teraz i tu i dla siebie. No chyba że przedmioty z konotacją emocjonalną. Prezenty. Pamiątki. Acz durnostojek też nie lubię.

I zastanawiam się, na ile to we mnie coś zmieniło, a na ile jest to powszechniejsze zjawisko. Że wszystko umieszczamy w łatwo dostępnej chmurze, na wyciągnięcie ręki, albo żyjemy abonamentami. Po co mi samochód na własność, skoro mogę w leasingu, oddam potem bankowi, wezmę kolejny. Po co mi zdjęcie z Luwru, skoro są ich tysiące w internecie. Po co mi moje własne mieszkanie, skoro wynajmowanie wychodzi taniej. Przychodzę na świat, robię swoje i idę dalej. Nie otaczam się przedmiotami, bo one ograniczają moją mobilność.

Chodzi mi po głowie, że kiedyś więcej się gromadziło, żeby przekazać majątek swoim dzieciom u schyłku życia, bo klasowość i noblesse oblige i lepszy start, gdy pochodzi się z pałacu, a nie z czworaków. I przymioty bogactwa były chyba wyłącznie zewnętrzne. I choć wiem, że dziś pieniądze nadal dużo ułatwiają, to mam wrażenie, że wirtualizacja naszych zachowań społecznych nas niejako oddala od materialnej strony życia i pozwala odczuwać szczęście nawet wtedy, gdy tego pałacu nie mamy na własność, a jedynie raz do roku w ramach cudownego urlopu all inclusive lub wycieczki do zamków nad Loarą. I gdy zamiast opływać świat swoim własnym jachtem, jeździmy w ramach couchsurfingu do obcych ludzi i śpimy u nich na kanapie.




170. Dokąd tym razem

Mam cudowne wrażenie, że w tym roku wszystkie moje marzenia się spełniają, jedno po drugim. Za chwilę zabraknie mi punktów na liście, więc postanowiłam sobie spisać te miejsca, w które chciałabym pojechać niebawem. Skoro Lumpiata jest w drodze, to warto to jakoś zaplanować.
Krok po kroku, krok po kroczku.
(idą święta, wiem, może prądem skurczybyka)


Porządek jest całkowicie przypadkowy i z marszu, tak po prostu, bez głębszej analizy.

1) Rzym. Byłam w tym mieście jako 5-latka. Nic nie pamiętam, poza tym, że w drodze na audiencję do Watykanu zwymiotowałam w taksówce i mama musiała mi kupować nowe ubranie, które zresztą później mi długo służyło. Taki fajny zielony sztruksowy płaszcz ocieplany, bo to były Święta.

2) Barcelona. W mojej głowie jest to miasto zakochanych i obiecałam sobie, że jeśli tam pojadę, to nie sama. Ha.

3) Maroko. Byłam już raz, ale krótko i za mało zobaczyłam. Chcę tam wrócić i nacieszyć się kulturą berberyjską i ich jedzeniem :)

4) Ukraina. Chciałam pojechać parę lat temu na wyprawę samochodowo-wakacyjną z Młodym, ale zabrakło odwagi na samodzielną podróż, zwłaszcza, że języka nie znam. A ciągnie mnie rzecz jasna nad Morze Czarne, więc długa droga. Potem promem do Gruzji, oczywiście. I dobre wino.

5) Sarajewo. Podobno jedno z najpiękniejszych miast Europy.

6) Lizbona. Właściwie nie wiem, dlaczego, ale jestem przekonana, że będzie mi tam dobrze.

7) Chile. Kilka lat temu przeczytałam pamiętniki Passenta stamtąd. Bardzo chciałabym zobaczyć, poczuć, zrozumieć. I pobyć jakiś czas.

8) Różne inne kraje Ameryki Południowej, Peru oczywiście, bo Machu Picchu i inne takie, ale też Boliwia, bo na motocyklu tam na pewno cudownie. Wenezuela też może być. Wiem, im mniej turystycznie, tym łatwiej tam zostać porwanym.

9) Dalszy ciąg Stanów Zjednoczonych + koniecznie Kalifornia ponownie. Najlepiej na dłużej, albo nawet na zawsze.

10) Azja Centralna, a konkretnie to Pakistan i Afganistan. Tak, tak, niebezpiecznie, więc pewnie się nie uda. Ale chciałabym.

11) Syberia. Ale nie zimą.

12) Tallin. Nie wiem, dlaczego mnie jeszcze tam nie było. To poważne niedopatrzenie.

13) Islandia. I koncert Sigur Ros przy okazji.

14) Jakaś część Chin. Nie wiem, jaka, ale im mniej turystyczna, tym lepiej. Z tego samego powodu bardzo chciałabym do Korei Północnej, ale póki co to nie ma najmniejszego sensu.

15) Izrael. Nie wiem, czemu mi się przypomniał dopiero teraz. Izrael chciałabym intensywnie i ekstensywnie. Od góry do dołu. Szkoda, że taki drogi.

16) RPA? Chyba jednak tak, co by zrozumieć, co tak naprawdę się tam wydarzyło i jaka była rola Mandeli. I jeszcze jakieś inne kraje Afryki, ale wiem o niej tak niewiele, że wolę nie pisać, żeby nie popełnić żadnego foyer. Muszę się dokształcić.

17) Do Australii też bym chciała pojechać, rzecz jasna, ale to daleko i trudno i jakoś wydaje mi się to nieosiągalne. Choć z drugiej strony czemu nie? Jeśli to tylko kwestia pieniędzy, to wiadomo, że można to zrobić, wystarczy zarobić :)

18) Bretania. Tyle razy byłam we Francji, tyle czasu tam spędziłam, a nigdy nie dotarłam do Bretanii. Mea culpa i trzeba to zmienić.

19) Jakiś kraj na równiku, żeby doświadczyć tego wrednego klimatu. I wilgotności. I 12 godzinnego dnia i nocy. I zieleni, której nigdzie indziej nie ma.

20) i jakieś wyspy, najlepiej szczęśliwe.

A Wy, gdzie Was niesie? Co Was ciągnie? Gdzie chcielibyście spędzić najbliższe tygodnie, miesiące, lata?




piątek, 15 listopada 2013

169. Warszawa, której nie znam

Ostatnio poznaję na nowo swoje ukochane miasto. Inne dzielnice, inne miejsca, inne pory. Jakoś mi się rozkład dnia rozregulował i musiałam nieco zmodyfikować stare ścieżki. Bywam więc w dzielnicach, które dotychczas uważałam za peryferyjne, a z których przecież można się dostać do centrum w kwadrans. Chyba że jest akurat korek. To wtedy można i jechać godzinę. Ta nieprzewidywalność ma zresztą swój urok. Dobrze, że w telefonie mam playlistę na 450 utworów, to przynajmniej się nie nudzę ;)

Bywam też w kawiarniach z samego rana, gdy miasto kołnierzykowe dopiero się budzi, ewentualnie rozwozi dzieci po szkołach społecznych, a dzielnice peryferyjne już dawno wyruszyły do zakładów pracy i innych sklepów. No właśnie. O 22h nie jestem w stanie znaleźć miejsca do parkowania na wielorodzinnym, wielkopłytowym i wielomieszkaniowym osiedlu, a o 7 rano połowy tych samochodów już nie ma. Gdzie oni są i dlaczego wychodzą z domu wtedy, gdy zwykli ludzie dopiero przecierają oczy i mówią sobie, że za minutę wstaną.



Kawiarnie poranne to jeszcze inna bajka. Jakaś zestresowana 30-tka czyta gazetę od deski do deski. Na kolanach położyła sobie Co jest Grane, a ja myślę, że raczej pasuje do biblioteki niż na koncert Comy. Ale cholera ją wie. Pod czarnobiałym zdjęciem z początku wieku siedzą dwie koleżanki, rozmawiają po angielsku, piją herbatę. Kto rano pije herbatę? Z pewnością nie ja ;) Przy drzwiach usiadł mężczyzna lat 38, może trochę mniej, ale zakola się robią, więc trudno ocenić. Je kanapkę. Łapczywie i wielkimi kęsami. Rozgląda się. Zauważył mnie. Odśmiechnęłam się i wracam do swoich spraw. Przyszedł też pan w garniturze i za dwie kawy i trzy croissanty chce fakturę. Stoi i czeka. Na wynos bierze. Trochę się spieszy, ale faktura o tej porze drukuje się bardzo leniwie. Tymczasem pani w dżinsach i swetrze intensywnie pracuje na komputerze, pije sok pomarańczowy i widać, że wstała już chwilę temu - jest na pełnych obrotach. Dzwoni raz po raz i trochę jej nie ma. Część osób wchodzi tylko po kawę. "Może kanapeczkę? Są w zestawie.". Och, kobieta w płaszczu firmy Desigual. Nienawidzę jej :) Chciałabym taki płaszcz. Te kolorowe wyszywane kwiaty i ptaki i inne zdobienia. I do tego chabrowy szal. Pięknie wygląda. Tylko czemu się wcale nie uśmiecha. Jej krótkie czarne włosy zakrywają połowę twarzy. Niewyspana czy nieszczęśliwa?

I tak właśnie siedzę sobie i otwieram się na poranne miasto.
Rozpędzam się powoli.
Napawam się.
Spokojnie i bez typowego dla mnie rozdygotania.





środa, 6 listopada 2013

168. Kurs tańca w szkole Zbyszka Wardyńskiego

Pisałam parę tygodni temu o tym, że chcę na kurs tańca? Pisałam. Że partnera szukam? Też pisałam.

No to partner się wprawdzie sam nie zgłosił, ale za to ja zostałam namówiona, żeby odezwać się do tej szkoły tańca, a tam się już wszystkim zajęli. Znaleźli mi partnera (a przypominam, że do drobinek nie należę), powiadomili o początku kolejnego kursu i kazali wziąć ze sobą płaskie buty.

Dzisiaj miałam pierwszą lekcję.
Wolno, wolno, szybko, szybko.
Fokstrot, proszę Państwa, walc wiedeński i samba dyskotekowa.
Jestem zachwycona.
Moja koordynacja jest nadal fatalna i zapewne dużo czasu minie, zanim będę mogła wykorzystać cokolwiek w życiu realnym, ale przez półtorej godziny grzecznie pracowałam nad własnymi nogami, ramionami i nad tym, żeby to partner mną kierował. Bo to męska rzecz jest zarządzać tańcem. A ja - jak wiadomo - pokornym cielęciem nie jestem.

Wolno, wolno, szybko, szybko.
Endorfiny podskoczyły o kolejnych kilka punktów. Ostatnio i tak windują bez przerwy, więc aktualnie jestem w trybie "świat do mnie należy" i nie zamierzam się tego wstydzić. Możecie mi mówić "Cesarzowo". Taka karta mi kiedyś wyszła w tarocie i jakoś dziwnym trafem z tym akurat nie walczę.

Nie mam pojęcia, jak wyglądają zajęcia w innych szkołach tańca, ale tu na Polnej jest tradycyjnie, precyzyjnie i w jakiś sposób elegancko. W sam raz dla mnie. Lubię wiedzieć, co mam robić i czy robię to prawidłowo. A że nigdy wcześniej nie uczyłam się tańczyć, to po raz pierwszy mogę spokojnie zrozumieć swoje ciało na okoliczność muzyki, rytmu i drugiego człowieka. Kimkolwiek by nie był.

Jest więc dobrze. Mój cotygodniowy WF zaczyna się stabilizować. Krav maga, tańce i basen. A w sezonie letnim dodatkowo rower. Marzy mi się jeszcze jazda konna i mam już na nią pewną koncepcję.

A na dobranoc virtual insanity, jakoś mi klimatem pasuje. I rytmem.





niedziela, 3 listopada 2013

167. Pogrzeb Tadeusza Mazowieckiego - migawki

O śmierci nie bardzo umiem pisać, a pogrzeby są zawsze trudnym momentem. Nie tylko chwilą zastanowienia się nad własnym życiem i marnością, ale również spotkaniem z sacrum, którego pojąć nie potrafię. Więc tylko kilka migawek z dzisiejszego pogrzebu. Na tyle mnie stać. 

Miało padać. Tymczasem od rana było słońce, potem chmury, a pierwsze krople poczułam dopiero kilka chwil po zakończeniu uroczystości w Laskach. 

Jeszcze przed mszą Lech Wałęsa podał rękę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, usiadł w tej samej ławce. Kwaśniewski go namówił, żeby usiadł tuż obok. Tak już zostali. Obok nich Jose Manuel Barroso i pan Premier z żoną. Parę ławek dalej Jarosław Kaczyński. 

Przyszła większość premierów od czasu odzyskania wolności. Nie widziałam tylko Jana Olszewskiego. Hanna Suchocka siedziała obok Hanny Gronkiewicz-Waltz. Ze strony władz państwowych chyba byli wszyscy. Marszałkowie, ministrowie, prezydenci, premierzy. Cała klasa polityczna w jednym miejscu na raz. 

Jedną z pieśni na wejście była polska wersja Okudżawy, "Dopóki nam ziemia kręci się".  Przy "Panu Zielonookim" się wzruszyłam.  

Pierwsze czytanie miała Maja Komorowska. Perfekcyjnie zinterpretowane. Jak zazwyczaj. Drugie - Hymn o miłości - czytała jedna z wnuczek Tadeusza Mazowieckiego. Musiała przełknąć łzy przy miłości, która nie pamięta złego i nie szuka swego. 

Genialna homilia O. Hauke-Ligowskiego OP. Zaczął od swojego pierwszego spotkania z Tadeuszem Mazowieckim, akurat Żydów wyrzucali z Polski. Opowiedział, w jaki sposób Mazowiecki go uspokoił, gdy wzburzony przyszedł z ambasady Holandii. Dodał jeszcze, że "w Polsce wszystko co, godne upamiętnienia i wspomnienia zawsze albo od Żydów się zaczyna i na Żydach się kończy, a przynajmniej o Żydów musi się otrzeć". 

Liturgia Eucharystyczna w potężnej koncelebrze. Wielu biskupów, których nie poznałam z twarzy, ale też kilku normalnych księży. Ks. Boniecki, O. Zięba, O. Oszajca i - ks. Lemański (!). Wraz z bp Hoserem przy jednym ołtarzu wprawili mnie w osłupienie. 

Znakomita Modlitwa Wiernych, czytana przez rozmaite osoby ze środowiska, w różnych językach. Joanna Święcicka, prezeska KIKu warszawskiego, w swojej modlitwie odwołała się do preambuły Konstytucji, której autorem był wszak Mazowiecki. Żebyśmy się szanowali (piszę z pamięci), niezależnie od tego, czy wierzymy w Boga, czy też nasze wartości czerpiemy z innych źródeł. Pozostałe modlitwy były w wielu językach. Po francusku, niemiecku, bośniacku, rosyjsku i angielsku. Zabrakło mi jedynie hebrajskiego, choć i tak odniesień do Żydów było w czasie pogrzebu bardzo wiele. 

Prezydent też się wzruszył w trakcie swojego przemówienia. Powiedział ładnie, emocjonalnie, osobiście. Przeczytano list od Franciszka. A potem do ołtarza podeszły wnuczki z wnukami i jedna z nich odczytała cudny list-pożegnanie do Dziadka. Nie próbowałam już hamować łez. 

"Boże, coś Polskę" śpiewaliśmy pełnym gardłem i pełnią sił. 

Po mszy przeprawa do Lasek, gdzie nastąpiło piękne połączenie uroczystości wojskowej i kościelnej w cudnym entourage'u drzew, lasu i wyjątkowo prostych grobów. Modlitwy i salwy honorowe, orkiestra i śpiewana litania, prezydent i arcybiskup. Poszczególne elementy nachodziły na siebie, ale nie drażniły odmiennością. I znowu kilka wzruszeń. 

Gdy po hymnie Polski orkiestra zagrała hymn Unii Europejskiej. Poruszyła mnie wtedy świadomość, że bez Niego zapewne nie bylibyśmy w Unii dzisiaj. 

Gdy Prezydent złożył flagę Polski, która leżała na trumnie, na ręce Michała Mazowieckiego, najmłodszego syna. A właściwie wcześniejszy moment był bardziej symboliczny - gdy żołnierze składali tę wielką flagę aż do niewielkich rozmiarów trójkąta. 

Gdy Michał Mazowiecki podziękował wszystkim, zaprosił na wspominki i głosu mu zabrakło, bo łzy poleciały. Podszedł do Prezydenta, żeby podziękować osobiście, a ten go po ojcowsku przytulił. 

Deszcz lunął chwilę później. 





sobota, 2 listopada 2013

166. Primal Move i nie tylko

W ramach dbania o siebie poszłam tydzień temu na seminarium z Primal Move. Przez półtorej godziny machałam nóżkami i rączkami, głównie na czworaka lub pełzając, i intensywnie dbałam o swoje stawy i inne elementy ruchowe. Bawiłam się świetnie, zwłaszcza, że część ćwiczeń była zapodana w postaci zabaw w parach i wyścigów, a ja jak wiadomo miewam rywalizacyjną orientację społeczną, więc mi w to graj.

Primal Move jest sportem nastawionym na wzmocnienie sprawności ruchowej. Jeśli dobrze rozumiem filozofię twórców, to celem jest lepsze, ładniejsze, zgrabniejsze i zdrowsze poruszanie się. Cała koncepcja bierze się z połączenia różnych treningów wzmacniających mięśnie, stawy i płynność ruchu. Część ćwiczeń bierze się też z rehabilitacji pourazowych. Jeśli lubicie zdrowo, bez bólu i bez kontuzji, to Primal Move jest na pewno dla Was.



Ćwiczyliśmy boso, wszystkie ćwiczenia z zachowaniem symetrii. Miałam silne poczucie, że ten sposób trenowania jest niejako uzupełniający do pilatesu. Bo o ile w pilatesie jest się skupionym na miednicy, to w Primal Move chodzi o stawy i symetryczne poruszanie się całego ciała. Ale dynamika jest podobna.

Większość czasu spędziliśmy zatem w parterze. Trener mówił, że na początku bywa trudno, bo opieranie się na nadgarstkach i kolanach (albo samych stopach) bywa całkiem męczące. Ponieważ jednak nasza grupa składała się głównie z kraverów, to tego zmęczenia aż tak nie było widać. Musi, że mamy już jakąś kondycję ;) Co nie zmienia faktu, że spodnie miałam mokre. Od potu.



To nie są ćwiczenia siłowe, choć na pewno z czasem nabiera się większej zwinności i świadomości różnych części ciała, które na pierwszy rzut kamieniem nie są oczywiste. Mnie następnego dnia bolały łopatki i miałam oczywiście siniaki na kościach biodrowych, od przetaczania się po ziemi. No ale tam to ja mam zawsze sińce, ilekroć ćwiczę w parterze. Taka uroda ;)

Jest w tym sporcie koncentracja podobna do jogi, ale nie ma zbędnej ideologii (joginów z góry przepraszam za spłycenie). Jest też poczucie kontroli nad własnym ciałem i poszczególnymi bardzo swobodnymi i miękkimi ruchami. Wyobrażam sobie, że ci, którzy dłużej trenują, muszą być bardzo zwinni, co na pewno bywa przydatne nie tylko na sali sportowej ;)

Wreszcie, jest w tych ćwiczeniach duży spokój. Do tego stopnia, że jak wychodziłam z treningu, czułam się totalnie niedobita i niedoadrelinowana. No bo jak to, trening bez sparingu i kopana w strefę krocza? ;))) Ale mimo to byłam zadowolona i endorfiny się uruchomiły. Tak jakbym na basenie sobie popływała. Łagodnie, intensywnie i z wyczuciem. Bez zadyszki.


------------

Tymczasem dzisiaj leżę na kanapie, napawam się własnym autyzmem społecznym, który mi się włączył na okoliczność Święta Zmarłych i innych takich. Na szczęście nic nie muszę. Nałaziłam się i wczoraj i dzisiaj, jutro też będę na świeżym powietrzu. Napiłabym się wina, bo mam powody do radosnego sponiewierania się. Ale wina brak, a do sklepu daleko. Jakieś 300 metrów. I zimno ciemno. Więc chyba sobie zrobię herbatę i włączę kolejny odcinek Newsroomu.

Przez moment chciałam poćwiczyć robienie pompek. Przez krótki moment. Bardzo krótki.
Moja kanapa jest bardzo wygodna :)