piątek, 25 października 2013

165. Słuchawki antydepresyjne VALKEE

Na początku września miałam doła. Takiego dość konkretnego. Nic mi się nie chciało - ani pisać, ani śpiewać, ani nawet machać nogami. Już wtedy brakowało mi słońca, a może po prostu wyczerpało się to, które nagromadziłam wiosną w Stanach i latem w czasie weekendów. Dość powiedzieć, że czułam się źle. Nie bez znaczenia były też środki hormonalne, które mi zabrały całą radość życia. One tak miewają, dziwki jedne. Albo się od nich tyje, albo się nie chce seksu, albo nawet popada w stupor.  

Postanowiłam działać. Najpierw odstawiłam pigułki. Potem sprawdziłam, czy mi wyniki tarczycowe nie poleciały w dół. Poleciały. Więc pani endokrynolog nieznacznie podwyższyła mi ilość hormonu. A następnie zaczęłam marudzić. Jak każdy prawdziwy Polak lubię marudzić i jeszcze bardziej lubię, jak mnie potem przytulają na tę okoliczność. Ktoś mi wtedy podrzucił link do fińskich słuchawek antydepresyjnych. Za Boga nie pamiętam, kto, a powinnam mu piwo postawić, albo chociaż wino. 



Takie ładne jeszcze do tego. Zgrabniutkie, co najmniej jak ipod albo coś innego firmy Apple. A ja jestem gadżeciarą, prawda? Zanim jeszcze sprawdziłam, jak to działa, już wrzuciłam na fejsie post, że bardzo bym takie chciała. Towarzystwo się rozszalało i wyśmiało. Że w jaki to niby sposób światło świecące do uszu miałoby mieć jakikolwiek wpływ na nastrój. W sumie uważałam podobnie, acz nie do końca. 

Bo już kilka lat temu myślałam o tym, żeby rozkręcić biznes w postaci lamp antydepresyjnych ze Skandynawii. W Polsce są jakieś nieszczególnie ładne i całkiem drogie, a tam można znaleźć nieszczególnie drogie, a dużo ładniejsze. Nisza widoczna gołym okiem. Koleżanka mi wówczas pomogła w researchu tamtojęzycznym, ale nic z tego nie wyszło, jak z większości moich pomysłów na biznes. Co nie zmienia faktu, że miałam ochotę na taką lampę. Bo jesienią i zimą jednoznacznie brakuje mi światła i napawam się każdym słońcem, chodząc po mrozie, jeśli trzeba, byle się nachapać. 

Poczytałam o tych słuchawkach, przeraziłam się ceną (885 zł) i poszłam spać. W międzyczasie jednak przemówiła do mnie idea światła wewnątrz czaszki i obszarów światłoczułych, którym świecenie może pomagać. Mówią, że wystarczy 12 minut dziennie (i na taki czas jest ustawione urządzenie). W porównaniu z lampą, pod którą trzeba sterczeć przez pół godziny i to pod odpowiednim kątem, słuchawki wydawały się znakomitym środkiem zastępczym. Popatrzyłam na badania kliniczne. W jednym badaniu raptem kilkanaście osób, ale inne już na większej liczbie i z zastosowaniem grupy kontrolnej. I wszędzie wzrost nastroju. Może to jednak nie jest aż taki pic na wodę. Zwłaszcza, że udało się udowodnić, że mózg jest wrażliwy na światło. No a urządzenie otrzymało certyfikację CE jako wyrób medyczny klasy II(a). Nie bez znaczenia jest też fakt, że firma uzyskała w tym roku dalsze prawie 10 mln dolarów finansowania

Następnego dnia napisałam mail do polskiego dystrybutora z propozycją przetestowania. Odpowiedź dostałam prawie od razu, że jak najbardziej, czemu nie, który kolor, wysyłają kurierem.  

Słuchaweczki przyszły w pewien wtorek z miesiąc temu. W kartonie z instrukcją i różnej wielkości silikonikami, co by się dobrze trzymały w uchu. Przyszły do pracy, podzieliłam się swoją frajdą z koleżankami, więc rozpoczęłyśmy testy we trzy. Żadna z nas wprawdzie nie ma zdiagnozowanej sezonowej depresji, ale każda z nas lubi narzekać na niedobór światła i brak energii jesienią. Idealny zestaw, nie? 

Pierwsze wrażenia były dziwne. Na pewno nagrzewało uszy. Stwierdziłyśmy to wszystkie trzy. Przy pierwszym użyciu trochę zaćmiła głowa, potem ból minął i więcej się nie pojawił.  Przede wszystkim jednak oczy się zrobiły jakby większe. W sensie bardziej chłonne. Po sesji słuchaweczek miałam wrażenie, że słońce bardziej świeci zza chmur i bardziej mnie razi. Dziewczyny aż tak tego nie określiły, ale wrażenie jasności też miały. 

Tak naprawdę rozmawianie o skuteczności słuchawek jest niezwykle trudne, bo wszystko opiera się na subiektywnych wrażeniach. Skali depresji nie wypełniłyśmy, nie zrobiłyśmy żadnego pre- ani post-testu, więc moja dusza metodologiczna nieco ucierpiała, ale musimy to wszystkie przyznać - nasze nowe Uszy mają na nas dobry wpływ. 

Nagle dowcipnie się w firmie zrobiło. Poważni dorośli ludzie, a tu teksty latają co najmniej dwuznaczne. Latały i wcześniej, ale nie w takiej ilości. Więcej energii mamy, więcej pomysłów, szczególnie w godzinach bezpośrednio po zastosowaniu Uszu. Miło, przyjemnie, pozytywnie. Momentami trudno było uwierzyć, że to jest to samo spokojne i ciche biuro, co dotychczas. 

- Ja tam nie wiem, czy to jest skuteczne - mówi jedna z koleżanek po kilku tygodniach stosowania - ale widzę przecież, że sama pamiętam o Uszach i naturalnie odczuwam potrzebę tego naświetlenia. Myślę o tym rano, jak wstanę i myślę, jak przyjdę do pracy. A wiesz dobrze, jaka zazwyczaj jestem bez energii i nieprzytomna. Podejrzewam, że bym już w ogóle nie była w stanie pracować, gdyby nie Uszy. 

- No a mnie jest całkiem przyjemnie i chętnie bym je stosowała przez całą jesień i zimę - mówi druga i się śmieje od ucha do ucha. 

Tymczasem ja się tak do nich przyzwyczaiłam, że poleciały ze mną do Gdańska i na weekend ze znajomymi. Jakże mogłabym je zostawić. 



Postanowiłam jeszcze wypróbować ich wpływ na jetlag. Akurat miałam dziecko w domu przez 9 dni i zależało nam obojgu, żeby przyzwyczajenie się do polskiej rzeczywistości nie zajęło mu całego tygodnia. O jetlagu się bowiem mówi, że na każdą godzinę różnicy potrzebny jest jeden dzień, a Młody mieszka o 7 godzin stąd. Dopytałam tylko dystrybutora, o której należy założyć Uszy w przypadku jetlagu i zastosowałam je dziecku niemalże przez sen, z samego rana.  

Efekt był rzeczywiście imponujący. Właściwie już dwa dni po przylocie Młody poszedł spać o normalnej godzinie, a trzeciego dnia nie było śladu po jetlagu. A że Młody jest raczej racjonalnym człowiekiem, to jego pozytywna recenzja jest tym więcej warta. Po czterech dniach odstawił Uszy i powiedział, że więcej nie potrzebuje. 
- Przecież ja nie mam depresji, Mamuś - stwierdził rozsądnie, a ja wzięłam je ponownie do biura. 

I tak to. 
Stosujemy Uszy codziennie. Jedna po drugiej. Raczej przed południem. Jest nam pozytywnie i energicznie. Nie mamy pojęcia, na ile to działa i dlaczego, ale jeśli to możliwe, to prosimy, żeby nie przestało. 

Bo jest dobrze :) 

PLUSY: 
- więcej energii 
- lepszy nastrój 
- niekłopotliwe, bo tylko 12 minut dziennie 
- wiele osób może korzystać z jednego urządzenia 
- można ładować przez kabel USB, raz na kilkanaście zastosowań

MINUSY: 
- wysoka cena 
- potrzebne dalsze badania kliniczne - dotychczasowe są jednak na niewielkiej liczbie osób i dotyczą sezonowej depresji, której żadna z nas nie ma zdiagnozowanej 

piątek, 18 października 2013

164. Swiss i jego obłsuga klienta

Pamiętacie, być może, że pod koniec sierpnia byłam w Szwajcarii. Leciałam tam Swissem, do Zurichu i rano musiałam przekiblować nieco na lotnisku w Warszawie, bo mi samolot odwołali. Żadna tragedia wówczas, wszak lotniska lubię. Na szczęście nie miałam nikogo umówionego tamtego dnia, jedynie nad jezioro bodeńskie musiałam dojechać prosto z Zurychu. Poczekałam więc, poleciałam kolejnym samolotem, potem pociągiem jednym i drugim i tylko trochę zmęczona byłam cały dniem w podróży.

Jako świadoma huehue obywatelka UE i krajów z nią stowarzyszonych, złożyłam jednak szybciutko (jeszcze na lotnisku będąc) reklamację i wniosek o odszkodowanie. Szwajcaria nie jest w UE, ale ma podpisaną umowę, zgodnie z którą przestrzega tychże praw podróżników, wujek Google w tej kwestii jest bezlitosny. Sprawa wydawała się raczej prosta, odszkodowanie się należy.

Złożyłam reklamację, poczekałam chwilę, wróciłam do Polski, zaczęłam planować swoje finanse na jesień, więc po jakichś 10 dniach napisałam do nich mail, czy aby już przemyśleli mój wniosek i co tam słychać. Nic nie słychać. A konkretnie to odpowiedzi nie było. Jeden, drugi, trzeci mail. I dupa, nie odpowiadają. Przeniosłam się zatem na ich fanpage na FB, bo czasami takie publiczne machanie rączką jest bardziej widoczne niż pisanie kolejnych maili w czeluściach serwerów.

Zadziałało. Na fanpage'u mnie przeprosili za oczekiwanie, przekazali sprawę dalej, a następnego dnia odezwała się do mnie mailem miła pani z nazwiskiem słowiańskim, acz nie polskim, i oznajmiła, że dostanę 250 EUR i że przeprasza. "Proszę podać numer konta bankowego" - napisała po angielsku, a ja się ucieszyłam, że będę miała kurtkę motocyklową. Podałam.

Minęło kilka tygodni, gdzieś tak pod koniec września zainteresowałam się przelewem, którego nie było. Zaczęłam ponownie pisać do nich, i znowu cisza piękna. A ja naprawdę nie jestem nachalna, nie piszę codziennie, nie wydzwaniam, tylko grzecznie proszę o odpowiedź. Po kilku takich mailach zaczęłam się wkurzać, aż wreszcie zapytałam w temacie (bo zakładałam, że temat ktoś może jednak przeczyta), czy znowu muszę się z nimi komunikować na fejsie, żeby ktoś raczył mi odpowiedzieć.

Zadziałało ponownie. Dostałam kolejną wiadomość mailową od tej samej pani o słowiańskim nazwisku. Że przyjrzeli się ponownie mojej sprawie i że jednak nie mogą mi wypłacić odszkodowania. Mogą ewentualnie dać mile w zamian. Trochę mnie już znacie i możecie sobie wyobrazić moją reakcję. Zionęłam ogniem. A pięści się same układały we właściwy sposób. Kciuk w połowie środkowego paliczka palca wskazującego, rzecz jasna.

Poprosiłam o podstawę tej odmowy. Grzecznie. Pani znowu nabrała wody w usta. Albo w klawiaturę. Napisałam więc po kilku dniach, że zgodnie z wszelką moją wiedzą, Szwajcaria podlega prawom pasażerskim UE, bo podpisała stosowną umowę bilateralną i z tego mi niezbicie wynika, że powinnam dostać odszkodowanie. Poguglałam sobie i odkryłam, że istnieje jakaś instancja odwoławcza, do której nalezy się zwrócić w przypadku odmowy. Zaczęłam szukać swoich biletów i innych potwierdzeń, bo ta instytucja przyjmuje skargi tylko pocztą realną.

Postanowiłam jednak dać im ostatnią szansę. Napisałam ponownie na FB i Facebook po raz kolejny okazał się cudownym naprawiaczem relacji konsumencko-firmowych. Przeprosili, przekazali, obiecali. Dzisiaj natomiast odebrałam telefon bezpośrednio z Bazylei. Pan mnie kilkakrotnie przeprosił za nieprofesjonalne zachowanie ich działu obsługi klienta. Wyjaśnił, że pracowniczka, która się ze mną kontaktowała, popełniła błąd i nie powinna była mi udzielić odszkodowania. Bo lot był odwołany z powodów technicznych, co podlega pod jakąś tam klauzulę tych praw pasażerskich. I że oczywiście możemy sprawę oddać do instancji wyższej, ale to nie ma sensu i on chciałby mi zaproponować zamiast tego odszkodowania voucher na bilet samolotowy o tej samej wartości (300 CHF). Mogę również dostać mile, skoro jestem w Miles and More. I on ponownie mnie przeprasza i dziwi się, że nikt się ze mną nie skontaktował bezpośrednio, bo przecież tak się najsensowniej załatwia tego typu sprawy, wszak każdy ma prawo do błędu, a czasm wystarczy wyjaśnić, skąd się taki błąd wziął.
Bo komunikacja zbliża ludzi.
No rozumiecie, ludzki człowiek. Taki normalny. Z Bazylei.

Wybrałam voucher. Mam go już w swojej skrzynce mailowej. I wraz z nim bezpośredni kontakt do tego pana, na wszelki wypadek.

"Niech Pani da nam jeszcze jedną szansę, proszę gdzieś znowu z nami polecieć i mam nadzieję, że tym razem nie będzie żadnych problemów. Wszystkiego dobrego"

No to ten.
Barcelona? Malaga? Czy może jakiś Bliski Wschód z niewielką dopłatą?
Nawet nie wiedzą, jaką mi frajdę sprawili.


  

czwartek, 17 października 2013

163. Po 100 dniach diety

Krótko i na temat :)

Dzisiaj miałam ważenie i wyliczanie różnych tam czynników.
Z góry wiedziałam, że za wiele to nie schudłam, bo w tym miesiącu jadłam trochę dowolnie. Nie żebym od razu dietę odrzuciła w siną dal, bez przesady, ale było i piwo i wino, i dwa razy pizza i jakieś snickersy po drodze, kanapki też i nawet frytki w środku nocy. I tak też wykazała waga. Tym razem nie schudłam właściwie nic (BMI spadło o 0,1), ale za to wzrosła mi masa mięśniowa o ponad kilogram i spadła zawartość tłuszczu o ponad jeden procent. Jak dla mnie to super, bo mam teraz tyle samo mięśni, co miałam gdy zaczynałam dietę, czyli prawie 100 dni temu, wszystkie zrzucone kilogramy są z tłuszczu (zawartość procentowa wody mi też wzrosła, co - jak rozumiem - jest zdrowe).

Widzę, że moje ciało jest inne, zarysowują się mięśnie pod tłuszczem (na ramionach i na udach), wszak ćwiczę kilka razy w tygodniu po 1,5-2,5 godziny. Jest dobrze. Endorfiny są. Życie mi się podoba, a od kiedy pożyczony samochód złapał dwa flaki jeden po drugim, to jeżdżę komunikacją miejską i napawam się ludźmi. Po wrześniowej depresji nie ma już śladu.

(Ciągle nie mogę dotrzeć do wulkanizacji, bo potrzebne do tego jest drugie auto z jakimś przyjacielem, i nawet jeśli znalezienie kogoś wcale nie jest skomplikowane, to zwyczajnie nie mam czasu, bo po pracy uprawiam sport. No ale coś trzeba będzie z tym zrobić, idą chłody, a i auto lubi jeździć)

Tymczasem wracając do wątku diety, to w planach mam jednak kolejne 10 kilo mniej, więc grzecznie wracam do bardziej restrykcyjnego przestrzegania zaleceń Karoli. Ustaliłyśmy również, że będzie co najmniej 2,5 l płynów dziennie (nie licząc wody na treningach), co najmniej 200 kalorii w warzywach codziennie i co najmniej 100 kcal w owocach. Dostałam dzienniczek do wypełniania, w którym przyznaję sobie punkty np. za brak śmieciowego żarcia albo za regularność posiłków (nie rzadziej niż co 4 godziny). Zobaczymy, czy zadziała :)

Dzisiaj zjadłam:
- muesli (3 garście), 1/3 opakowania borówek, 1 jogurt naturalny
- gruszkę
- makaron z łososiem, kaparami, oliwkami i ćwierć awokado w niewielkiej ilości śmietany 18%
- całą paprykę
- dwa jajka sadzone z 3 pieczarkami i pomidorem
- dwie dachówki z Twoim Smakiem i połową papryki
- 1 jabłko, które właśnie kończę
- 5-6 dużych szklanek wody, 2 kawy, 2 pokrzywy
+ 2,5 godziny ćwiczeń i dodatkowe 1,5 l wody.

* * *
Jeśli chodzi o plany sportowe, to chcę sprawdzić, czy nadaję się na crossfit - trochę się boję o swoje kolana, acz ćwiczy mi się znacząco lepiej, od kiedy założyłam ochraniacze do siatkówki. A za tydzień będzie seminarium z Primal Move - tam na pewno będę. Chciałabym jeszcze zmieścić basen raz w tygodniu, bo pływanie od zawsze sprawia mi frajdę. Tymczasem tańce już mi ktoś polecił, takie właśnie normalne, użytkowe, a nie wydziwnione. Czekam aż się szkoła odezwie, czy mogę dołączyć do grupy, która niedawno wystartowała.

* * *
Próbuję sobie przypomnieć, jak spędzałam swój wolny czas rok temu, gdy Młody wyjechał do Stanów. Na pewno jesień była pod znakiem Chustki i jej odchodzenia, a później zakładania Fundacji Chustka. Robiłam też prawko motocyklowe, co mi konkretnie organizowało poranki (musiałam dojechać na Bemowo na godzinę 7 rano). Zajmowałam się jeszcze pewnym projektem na UW i prowadziłam różne dziwne szkolenia i konferencje. Nie, jak się porządnie zastanowić, to jednak się nie nudziłam. Może tylko byłam trochę bardziej społeczna.
Teraz spotykam się głównie z ludźmi z kravki. Przychodzimy sobie wieczorami do nieszczególnie czystych sal gimnastycznych, przebieramy się w mniej lub bardziej czarne ubrania i zakładamy ochraniacze, a potem machamy nóżkami i rękami i bawimy się w wojnę.

Powiem Wam po cichu, że bardzo ich lubię :)

A takie tam reminiscencje z obozu. Twarz mi schudła ;) 

poniedziałek, 14 października 2013

162. Kto ze mną na kurs tańca?

Ach, mam jeszcze jedno marzenie, które chciałabym zrealizować i to jakoś w nadchodzącym czasie. Kompletnie o tym zapomniałam, a przecież chodzi za mną od dawna.
A mianowicie - chcę nauczyć się tańczyć.

Umiem Ci ja się ruszać w miarę, gdy tańczę do jakiegoś rytmu samodzielnie.
Umiem ruszać bioderkami i zginać nóżki. Umiem nawet machać włosami, gdy trzeba. I skakać w glanach na koncercie. Kiedyś nawet pewien kolega mówił, że ruszam się zmysłowo. Ale on akurat był średnio obiektywny.

Kompletnie natomiast nie daję sobie rady w tańcach w parach. Takich, wiecie, na weselu albo na imprezie, gdy już nie puszcza się "Killing in the name", a raczej skoczne i zgrabne piosenki Abby. Takich dla starszych ludzi. Tańczyć, gdy się ma na sobie sukienkę, a nie glany. Gdy prowadzi Ciebie przystojny mężczyzna i chciałabyś mu oddać cały rytm swojego ciała, ale nogi ruszają się absolutnie nie tam, gdzie powinny, a biodro jest zawsze pół taktu za ramieniem.

Tak, niewątpliwie jest u mnie tak sobie z koordynacją ciała.
I wiem, że można nad tym pracować.

Ostatnio na kravce ćwiczyliśmy naśladowanie. Partner robił jakieś kroki, w pozycji walki, a moim zadaniem było naśladować jego kroki. On w prawo, ja w lewo, on do przodu, ja do tyłu. On dwa małe kroczki, ja dwa małe kroczki. No rany lujek, totalna klapa. I jeszcze nie patrzeć na stopy, ale zgodnie z zasadami na górną część klatki piersiowej.

No więc, chcę na tańce, wtorkowe wieczory mam w gruncie rzeczy wolne. I piątki.
Może znajdzie się ktoś znajomy płci przeciwnej, kto chciałby też, a dotychczas się wstydził albo nie miał z kim?
Chętnie się zaprzyjaźnię tanecznie. Tylko poważne propozycje ;)



sobota, 12 października 2013

161. Tagliatelle z łososiem, bo o dziecku pisać nie chcę :)

15-minutowy eintopf na 4 osoby.

Ugotować 250 gr tagliatelle (u nas to było 5 gniazd).
W czasie gdy makaron się gotuje, zeszklić na patelni 1 małą cebulę, dodać 1 ząbek czosnku, 40 gram kaparów (średniej wielkości), 300 gram świeżego łososia (może być ten z Biedronki, bardzo smaczny) pokrojonego w kostkę, posolonego, popieprzonego i skropionego cytryną. Poczekać aż się łosoś zrobi jasny (2 minuty?), dodać 150 g śmietany 18%. Jeśli sos jest za gęsty dodać ze dwie łyżki wody z makaronu. Na koniec trochę koperku (może być suszony cięty, jeśli jesteście za leniwi, żeby pójść do sklepu. My byliśmy).  Dodać makaron (koniecznie al dente!), ewentualnie chwilę jeszcze potrzymać na ogniu, co by przeszedł smakiem.

Podawać z jakąś kolorystycznie odmienną sałatką, u nas to były pomidory z ciemnymi oliwkami. I z białym winem, rzecz jasna.

----------

A poza tym, to tydzień z dzieckiem minął błyskawicznie. Już jutro rano jedziemy ponownie na lotnisko. Nacieszyłam się nim w miarę możliwości, on mną zapewne też, choć gdy ma się 15 lat, to zapewne cieszenie się rodzicem to rzecz bardzo względna.

Z ciekawych wydarzeń to byliśmy na strzelnicy myśliwskiej i strzelaliśmy sobie z pistoletu, glocka, M4, kałasznikowa i strzelby (ta to dopiero ma odrzut). Mówią, że to zabawa dla chłopców, a ja im mówię, że to znakomity sposób na spędzanie wolnego czasu. Strzelanie bojowe mnie jednoznacznie bardziej kręci niż sportowe, choć umiejętności mam żadne. Trzeba będzie się nauczyć.
Kolejny cel, kolejne marzenie, kolejna droga dla lumpiatej ;)






----------

- Wiesz co - rzecze Młody - nie chce mi się wracać do Stanów.
- Czemu?
- Bo tu jest miasto, tu są ludzie, tu jest ciekawiej. Tu mogę być samodzielny, mogę się zgubić na Sadybie i może mi się telefon wyładować. Tam bym co najwyżej musiał długo iść wzdłuż drogi bez chodnika.
No i tu mam przyjaciół.


poniedziałek, 7 października 2013

160. Tribute to Joanna Chmielewska

Wychowałam się na książkach Joanny Chmielewskiej.

Każda nowa Chmielewska (tak wszak je nazywaliśmy) była czytana przez wszystkich domowników, a przy kolacyjnym stole śmialiśmy się gremialnie z jej bonmotów i innych sformułowań. "Azali były osobie mrowie a mrowie?"

"Wszystko czerwone" było swoistym źródłem emocji ze względu na postać komisarza Muldgaarda, którego poziom języka polskiego przypominał mi każdorazowo, jaki wielki wysiłek rodzice włożyli w naszą edukację językową, gdy mieszkaliśmy za granicą."Lesia" na początku nie rozumiałam i nie doceniałam - może nie byłam w stanie zrozumieć absurdu z polskich biur? O wiele łatwiej wchodziły mi książki z Janeczką i Pawełkiem oraz Okrętką i Tereską, młoda byłam. Uwielbiałam snuć się po ulicach Dolnego Mokotowa, choćby w wyobraźni, i po szlakach mazurskich za dziewczynami.

Klin mnie zafascynował dzwonieniem do obcej osoby. Dzisiaj po południu, jak informacja o śmierci Joanny Chmielewskiej obiegła polski internet, chwyciłam tę książkę, przejrzałam parę stron i zdałam sobie sprawę, że to Joanna Chmielewska nauczyła mnie szukać informacji o ludziach. Ja to robię w internecie, a ona jeździła po całej Warszawie i przekonywała coraz to kolejne osoby, że rzeczywiście dana wiedza jest jej potrzebna.

Kiedy wróciłam do Polski i poszłam pierwszy raz w życiu do polskiej szkoły, do klasy siódmej, książki Joanny Chmielewskiej mnie uczyły pisania. Strasznie się męczyłam nad jakimiś rozprawkami i innymi analizami, dostawałam bardzo średnie oceny, bo mój język był słabiutki i niewyrobiony, jednak któregoś dnia pani polonistka zadała nam opowiadanie. Miało się zaczynać od jakiegoś zdania w stylu: "Kiedy podniosłam głowę, okazało się, że...". Napisałam opowiadanie lekko kryminalne, stylem Chmielewskiej. Nawet chyba śmieszne było, a na pewno zastosowałam jej potoczny język i sposób narracji, w której główny bohater pisze tak, jak myśli. Dostałam wtedy dobrą ocenę, pewnie piątkę. Chyba moją pierwszą na lekcjach języka polskiego. Pani Joanno, dziękuję :)

Późniejsze książki Chmielewskiej czasem do mnie trafiały, czasem mniej. Nie w znaczeniu docierania fizycznego, bo akurat o to, że one będą w domu, nie musiałam się martwić, ale w sensie mojego odbioru. Niektóre były całkiem znośne, ale te, które skupiały się na wyścigach konnych mnie kompletnie nie przekonywały. Swoją drogą widać jednoznacznie, że temat hazardu był bliski autorce - a to kasyno, a to wyścigi konne. Ilekroć przejeżdżam dzisiaj koło hotelu Grand (czy on się tak jeszcze nazywa?), tylekroć myślę o kasynie, które tam jest i w którym nigdy nie byłam, a przecież tyle w nim ważnych zdarzeń miało miejsce.

Tak, na książki Chmielewskiej zawsze były pieniądze. Ojciec zazwyczaj pierwszy chwytał, czasem już miał przeczytaną książkę, zanim wróciłam do domu. Zamykał się w swoim gabinecie i nie należało mu przeszkadzać. Po kilku godzinach (ojciec czyta bardzo szybko) słychać było szuranie krzesła odsuwanego od biurka, otwieranie się drzwi i znowu można było rozmawiać głośniej ;)
- Ja druga czytam! - krzyczałam
- Nie! ja zamawiałam wcześniej! - rozlegało się z sąsiedniego pokoju.

Autobiografię Joanny Chmielewskiej przeczytałam jakoś w liceum, chyba późniejszym już. Nie wkręciła mnie nadmiernie, może byłam za młoda, nie pamiętam. Ale przypominam sobie, że już wtedy mówiono, że autorka jest dość trudną osobą i jej życie w jakiś sposób to ilustrowało. Jako że pochodzę z domu opozycyjnego, zastanawiałam się jedynie, skąd w jej biografii tylu milicjantów i ludzi reżimu. Ta moja nastoletnia czarnobiałość nie bardzo chciała zaakceptować, że ulubiona autorka mogła się sprzedać systemowi. W sumie teraz nawet nie wiem, jak to naprawdę było, nie ma to dla mnie znaczenia. Ani nie jestem już czarnobiała, ani nie oceniam ludzi, a już w szczególności napisanych przez nich książek, przez pryzmat ich własnej historii i wyborów życiowych.

Pani Joanno, dziękuję za Pani dzieło. Z przyjemnością do niego wrócę, na kanapie już położyłam Klin i Lesia. A potem chyba Okrętkę i Tereskę sobie zastosuję, bo one tak fajnie podróżowały. I Boczne Drogi oczywiście wraz ze Studniami Przodków. Dziękuję Pani, i do miłego zobaczenia po drugiej stronie!

"- Halo, Szkorbut! Szkorbut! 
Oczywiście, że Szkorbut, cóż by innego! Byłabym zdziwiona, gdyby mnie nagle zaniedbali. Z uwagi na bliski koniec mojego literackiego męczeństwa, samopoczucie mi się znakomicie poprawiło, a co za tym idzie odzyskałam nieco przytomności umysłu. Czymkolwiek by ten Szkorbut był, nie mogę go wypuścić z ręki, dopóki się czegoś konkretnego nie dowiem. Postanowiłam działać metodycznie. 
- Pod jaki numer pan dzwoni? - spytałam ostro. 
- Cztery czterdzieści dziewięć osiemdziesiąt jeden. 
- Tak jest, słucham. 
- Rejon sto dwa spalony, M-2 odpadł z akcji...
- A M-4? - spytałam w nagłym natchnieniu. 
- W porządku, działa. A-x i B-2 będą w rejonie sto jeden. Zaczynamy o pierwszej. Czy są jakieś polecenia? 
- Nie - odparłam zgodnie z prawdą, bo jako żywo żadnych poleceń nie miałam. Chciałam mu jeszcze tylko zaproponować, żeby do tego rejonu sto dwa wezwał straż pożarną, ale nie zdążyłam, bo się rozłączył." 


(fot. Jan Bogacz/TVP) 

piątek, 4 października 2013

159. Między kravką a lotniskiem

Dzisiejsza prawda życiowa brzmi następująco: po 5,5 godzinach ćwiczeń w ciągu 3 kolejnych dni wszystko boli. I w naturalny sposób ma się jedną nóżkę bardziej. Na ten przykład boli obręcz barkowa od ćwiczenia uderzeń i oba kolana od miękkich (nieudanych, rzecz jasna) padów też bolą. O wewnętrznej stronie ud nie wspominam, bo to nieprzyzwoite trochę.

Kolana są zresztą fioletowe. Jak dobrze, że to mój ulubiony kolor. Założyłam fioletowe rajstopy, co by się nie rzucało w oczy.

Pytanie, które mnie jednak nurtuje, to czy w moim wieku jeszcze wypada tak się męczyć. Wszak 150 lat temu kobieta w moim wieku powoli zaczynała szyć sobie suknię do trumny, czasami jeszcze dzieci wychowywała (choć pierwsze, trzecie i dziewiąte zmarło), ale na pewno nie chodziła się napierdalać do sali gimnastycznej z cudnie wypastowanym parkietem. A ja nie dość, że się na tym parkiecie ślizgam, to jeszcze mam z tego frajdę.

A tak poważniej to myślę sobie, że każdy z nas ma prawo znaleźć ten sport, który będzie mu sprawiał frajdę. Bo nie każdy lubi biegać albo jeździć na rowerze, na co jest ostatnio ogromna presja społeczna.
- Jak to? Jeszcze nie przebiegłeś maratonu? - a w myślach, że jesteś cieniasem.
No nie, nie przebiegłam. Bo nie lubię biegać. Bo bieganie mnie nudzi i sprowadza się do walki o każde kolejne 100 metrów. Bo wczołguję się do domu zmęczona i zmachana, ale bez większej satysfakcji.

Co innego treningi. Wracam totalnie wkręcona i nawet jeśli ledwo się ruszam, a podniesienie się z kanapy jest heroicznym wyzwaniem, to czuję, że żyję i chcę tego więcej. I naprawdę nigdy nie sądziłam, że będę z takim przejęciem i radością opowiadać o tym, jak wielką przyjemność mam z machania nóżkami. Prawie że się tego wstydzę. Wydawać by się bowiem mogło, że intelektualiście (czy ja aby jestem intelektualistką) sport jest niepotrzebny, bo od tego ma swoje zwoje mózgowe, żeby sobie to wszystko zracjonalizować i wytłumaczyć. A jednak.

Wyłączenie raz na jakiś czas mózgownicy werbalnej i włączenie odruchu, instynktu i atawistycznych reakcji jest jak dobry reset komputera. Czyści pamięć, wstrzymuje procesy i pozwala w konsekwencji pracować dużo szybciej.

Gdzieś w tyle głowy pojawia się pytanie, w jaki sposób radzą sobie ludzie, którzy wieczorami mają dzieci do wykarmienia, męża do wyprowadzenia i psa do utulenia. Kiedy oni mogą machać tymi nóżkami i czy aby starcza im czasu i energii. Bo ja to mam luksusowo. Żadnych zobowiązań, tylko dwa koty, które dają radę, nawet gdy karmione o 7h30 rano, a potem o 23h, po przyjściu do domu. Liczba godzin treningowych zapewne spada wraz ze wzrostem liczby domowników, ale na szczęście na razie nie zamierzam tego sprawdzać empirycznie.

Pobawiłabym się jeszcze w lekką psychoanalizę potrzeby kontroli własnego ciała oraz potrzeby kanalizowania złości w akceptowalny społeczne sposób, ale to już może nie tutaj i nie z takim audytorium, no offence.

* * *
Tymczasem dzisiaj po południu, za chwilę, za moment, przylatuje mi dziecko. Na tydzień. Szok termiczny będzie zapewne potężny, bo w Houston temperatury nadal bliżej 30 stopni niż czegokolwiek innego. Zapakowałam do torebki czapkę i rękawiczki. Dam mu na lotnisku. A potem pojedziemy na kebab, bo podobno tam nie dają ich w ogóle i on cierpi.
Nie dziwię mu się, nasz lokalny EFES jest wszak najlepszy.

* * *
 
Miłego weekendu Wam życzę.