wtorek, 27 sierpnia 2013

151. Na niemieckiej klawiaturye

Dojechalam wresycie nad jeyioro bodenskie.

Hotel bardyo cyzstz, wrecy sterzlnz, ale niestetz fifirifi nie maja. Pani mi yapropnowala kabel, ale ja wyielam tzlko ipada, wiec pokayala mi rownie sterzlnz pokoj ds. internetu, tlumacyac, ye nie maja fifirifi, bo to de facto jest sypital. Ynacyz sie klinika. (cyz fifirifi ma ylz wplzw na chorobz ludykie?). No wiec pisye do Was na cudnej niemieckiej klawiaturye, gdyie y i z sa yamienione miejscami i nie moge nic y tzm yrobic. Dacie rade, prawda?

W pociagu y Yurzchu jechal na pryeciwko mnie starsyz pan i roywiayzwal sudoku (to trudniejsye, bo bzlz dwa do wzboru) y lokalnej darmowej gayetz. Jadl batoniki kitkat, takie pojedzncye. Jeden ya drugim. Mial cala pacyke, ye 30 chzba. Nie moglam sie napatryec. I wcale nie mialam na nie ochotz. WCALE.

A u nas na lotnisku pryekiblowalam od 8 rano do 14h30, bo moj pierwotnz samolot mial jakies problemz technicyne. Na sycyescie wcisneli nas do kolejnego. Uwielbiam siedyiec na lotniskach. Obserwowac ludyi. Wkuryac sie na rodyicow, ktoryz nie potrafia uspokoic swojej 3-letniej slicynej corecyki, tzlko cyekaja ay jej histeria ymieni sie w spaymz. Pryzgladac sie parom pryztulonzm, jakos delikatnie wpatryonzm w siebie. Podsluchiwac klotnie i obce jeyzki. Sprawdyac, jak sie teray chodyi ubranzm. Ygadzwac skad kto pryzjechal i dokad jedyie i smiac sie, ye ci co y urlopu jakos maja minz niewaskie.

W podroyz yawsye jem. Dyisiaj probowalam sie powstryzmzwac, bo pryeciey dieta, ale i tak yjadlam troche ya duyo. Kalorzcynie moye nie do konca, w sumie nie wiem, ile wayz taka kanapka y serem i syznka, ale waryzw bzlo w tzm tzle, ile kot naplakal. A ja juy sie pryzywzcyailam, ye jem tone waryzw dyiennie, a sycyegolnie pomidorow. O tzle milo, ye w hotelu jest kacik herbacianz i talery y owocami. Juy wchlonelam jablusyko.

Jako osoba romantzcyna yaywzcyaj wzobrayam sobie, ye kiedzs w samolocie poynam jakiegos pryzstojnego pana i bedyie y tego wielka milosc. Probuje ygadzwac, ktorz bz sie nadawal, a ktorz na pewno jest yonatz. Ten, ktotrz siedyial w tzm samzm ryedyie bzl niestetz grubz i chrapal. I ya starz troche tey. Wchryanil dwa opakowaia lodow (w ramach pocyestunku), swoje i kolegi. I drapal sie po ramionach. Na sycyescie nie smierdyialo od niego.

Jutro jade na targi do Friedrichshafen. Ye dwie godyinz mi to yajmie. Dojayd stad. I dwie godyinz powrot. Ale w sumie ja to lubie. Mam co cyztac, mam sluchawki, mam muyzke. I co y tego, ye desycy pada i jest bardyiej niy wryesniowo. Pryeyzje. Yawsye pryeciey pryeyzwam.

Chzba musye koncyzc, pryed chwila pryesylo dwoch fajnzch facetow kolo pokoju ds. internetu, pani recepcjonistka im robila wiyztacje osrodka. Moglabzm sie y nimi yapryzjaynic, albo co? :)

piątek, 23 sierpnia 2013

150. Jestem facetem?

Ja to chyba jednak trochę jestem facetem.
Ale tylko trochę.

Kręcą mnie motocykle, zaraz będę miała swój własny. Zamiast auta. Auta też mnie kręcą i raczej pytam o silnik i moment obrotowy, a tylko czasami przypominam sobie, że należy też zapytać o kolor, co by stereotypom uczynić zadość.
Chodzę się napierdalać na krav maga. Lubię to. Kręci mnie strzelanie. Z pistoletu, z karabinu, jeden pies.
Lubię też piwo (acz golonki już nie bardzo).

Mam umysł analityczny i nie gubię się w miastach. W lasach zresztą też niekoniecznie.
Nie pamiętam ani imion, ani twarzy. Dużo lepiej pamiętam drogę dotarcia, albo procedurę.
Ewentualnie odczucia i zapachy.

No i jestem rywalizacyjna. Coraz mniej, coraz rozsądniej, ale jednak.

A równocześnie i równolegle uwielbiam swoją kobiecość, emocje, kształty i intuicję.
Ta dwoistość mnie kiedyś zabije :)

Miłego weekendu!


(na zdjęciu ćwiczenia w samochodzie. 
Melon po to, żeby nie uszkodzić sparing partnerki, w tym wypadku G.) 

czwartek, 22 sierpnia 2013

149. Wolę żałować, że coś zrobiłam, niż żałować, że odwagi mi zabrakło

Jeśli chodzi o wyjazdy, to mnie nie trzeba długo namawiać. To już chyba wiecie :)

Miał być spokojny weekend, robienie niczego, czytanie książek i bazarek z warzywami i owocami. Leżenie w łóżku i przytulanie się do kotów. Może jakiś spacer albo co.

Potem nagle się znajomi rozmnożyli z imprezami i zaproszeniami. W piątek jakaś babska nasiadówa pod Wwą, w sobotę kawa ze znajomą i szwendanie się po mieście z inną, w niedzielę piwo z bratem i może przeprowadzanie szafy od nich do mnie, bo to moja szafa i niepotrzebnie tam zajmuje miejsce.

I wtedy odezwała się Dż., że przecież mogłabym z nimi pojechać do Kazimierza, co by sobie na rowerach tam pojeździć i że tradycyjnie mają dla mnie rower i że w ogóle. Na takie dictum wpierw struchlałam, bo ortopeda trochę krzywo patrzył na to moje nadmierne jeżdżenie rowerem, bo i choroba Baastrupa i asymetria kości biodrowych i już nie pamiętam co, ale zasadniczo do rehabilitacji. A potem pomyślałam sobie, że jak mnie będzie boleć, to sobie zwyczajnie pojadę na rynek i posiedzę w słońcu (tak, wiem, ta wizja wymaga słońca i nie, nie hejtujcie proszę - słońce będzie!). I że za parę tygodni już nie będzie jak wyjeżdżać, więc wtedy sobie spokojnie poleżę w łóżeczku. Odpocznę na starość, że tak powiem :)

Więc właśnie ze spokojnego weekendu zrobił się wyjazd na dwa dni z przyjaciółmi. Kocham to.
A potem chwila w domu, jeden dzień w pracy, i wylatuję do Szwajcarii. To też kocham.

* * *

W czasie ostatniego śniadania na obozie przysiadł się do naszego stolika Eyal Yanilov i opowiedział o artykule który go poruszył. Widziałam wcześniej polskie przedruki tego tekstu, ale z przyjemnością wysłuchałam raz jeszcze tych 5 najważniejszych rzeczy, których ludzie żałowali na łożu śmierci.

1. Żałuję, że nie miałem odwagi żyć własnym życiem, zamiast życiem, którego inni ode mnie oczekiwali.
2. Żałuję, że tak wiele pracowałem.
3. Żałuję, że nie miałem odwagi wyrażać swoich uczuć.
4. Żałuję, że nie utrzymałem kontaktu z przyjaciółmi.
5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być bardziej szczęśliwym.

Tak sobie myślę, że jestem na dobrej drodze, żeby tak nie uważać pod koniec swojego życia i to mnie bardzo cieszy. Moje życie jest oczywiście momentami trudne i wkurwiające, jak na przykład ta kwestia stłuczki i zaległego podatku i kasy, której nie mam, a którą muszę jakoś wydobyć. Ale to zasadniczo nie zmienia mojego poczucia szczęścia, bo szczęście, jak wiadomo, jest przed wszystkim decyzją.
Dzisiaj zresztą się trochę wyżyłam na treningu i od razu endorfiny mi skoczyły. M. był na szczęście cierpliwy i napierdalaliśmy się bez zbędnych ceregieli. Państwo wybaczą to rynsztokowe wyrażenie, ale ono pasuje do kravki jak mało które.

* * *

W czasie lunchu rozmawialiśmy o graniu w lotto. Że znowu jakiś facet wygrał, że 11 milionów. I zastanawialiśmy się, gdzie jest bezpieczna granica, w ramach której można ogarnąć daną ilość pieniędzy, a kiedy zaczyna się szaleństwo i murowana depresja. Ja to bym chciała wygrać 2 miliony. Bardzo to sobie zgrabnie podzieliłam na spłatę zobowiązań (swoich i swoich najbliższych), na inwestycje, na drobne zakupy (auto, motocykl, rower) i na podróżowanie (100 000). Oraz oczywiście kapitał stały, którego bym nie ruszała. Na inwestycje poszłoby 200 000. Mały startup. Gdybym wygrała więcej, to kupiłabym być może jeszcze dom gdzieś na południu Francji. No to niech będzie 5 milionów. Ale naprawdę nie więcej.
Po cholerę mi więcej kasy?

* * *

Kwestia motocyklu jeszcze nie jest klepnięta, ale już prawie. Jak wszystko dobrze pójdzie, to przed końcem września będę miała swój własny bolid. I okropny debet w koncie.

* * *



środa, 21 sierpnia 2013

148. Po obozie krav maga

Od wczoraj nie mogę sobie znaleźć miejsca.

Wróciłam z obozu krav maga i mam głęboki syndrom pokolonijny. Ciało się domaga treningów, umysł chce się uczyć nowych technik, a cała moja część społeczna pyta, gdzie są wszyscy i dlaczego nie ma błota w łazience, mokrych i śmierdzących ubrań rozwieszonych tu i ówdzie i cowieczornego piwa po treningach (ja tylko połowę, bo wszak dieta). Jestem niepocieszona.

Było fantastycznie.

Cztery treningi dziennie - rano rozruch, potem śniadanie, dwa treningi po 3-3,5 godziny, z przerwą na obiad i czasami trening wieczorem, a czasami nie. Nie wszystkie siłowe, na szczęście, a wręcz całkiem sporo technicznych. Nauczyłam się naprawdę sporo, zwłaszcza, że duża większość uczestników była z wyższych stopni. Ale chętnie pomagali nam, świeżaczkom. ("łokieć niżej! głowa między ramionami! nie przechyliłaś ciała! złap za lufę! hak bez kciuka! nie tak szybko!").

Bo kraverzy to fajni ludzie są!

Uczyłam się zatem reagować na szantaż pistoletem i nożem. I na duszenie. I z samochodu szybko wychodzić się uczyłam (gdyby ktoś granat wrzucił...), albo reagować na szantaż pistoletem w aucie. Ćwiczyłam w rękawicach bokserskich. I bez nich.

Siniaków mam całkiem sporo, ale każdy z nich ma jakąś historię. Ten na lewym łokciu to od K., który w czasie treningu w nocy sprowadził mnie do parteru i przygniótł kolanem. Strupek na tym samym łokciu, to gdy trzeba było przeciskać się przez szpaler 6 rosłych facetów, z łokciami przy ciele. Straciłam równowagę, gdy sama stałam w szpalerze i trochę sobie rozwaliłam łokieć. Sama przyjemność ;) Siniaki na udach to z ćwiczenia na przełamanie kątów (czy jakoś tak) - dwa razy miałam kopnąć w kolano, trzeci raz udawać, że znowu w kolano, jednak trafić w krocze, co by zaskoczyć przeciwnika. Moja sparing partnerka mnie nie oszczędziła. Siniaki są, radość jest :)

Kopałam i byłam kopana :) Uderzałam łokciem i byłam uderzana. Uczyłam się haków, sierpowych, prostych i kopnięć. Dusiłam pod wodą i się z tego duszenia wyswobadzałam. Robiłam pompki (nadal nie bardzo mi wychodzą) i machałam butelkami pełnymi soli (w ramach ciężarków). Jednym słowem - wytwarzałam endorfiny i bawiłam się znakomicie!

Musiałam oczywiście trochę odstawić dietę, ale tylko trochę. Jadłam sporo więcej, choć starałam się jeść sensownie. Na śniadanie na ten przykład jajecznica, ze trzy pomidory, ser kozi, twaróg i herbata oraz pokrzywa. Dyspensy sobie udzieliłam w ostatni wieczór, z okazji imprezy końcowej. Było piwo, była jedna mała kiełbaska i były tańce i swawole do późnej nocy. I zumba była, bo jakoś ludziom nigdy nie było wystarczająco ruchu.

Kraverzy potrafią się bawić :)

Wprawdzie kolana mi trochę wysiadły i dziś byłam u ortopedy, ale mój organizm jest teraz jednym wielkim ruchem. Chcę działać, biegać i chcę być coraz lepsza w kravce. To sport, który wymaga koncentracji i kontroli ciała. Kiedy patrzyłam na Eyala Yanilova i jego ruchy, z których każdy miał sens i miał cel, pomyślałam sobie, że to jest ten moment, kiedy jeszcze mogę panować nad ciałem. Nad każdą poszczególną reakcją. Co by nie była za silna, ani za słaba. Co by była skierowana tam, gdzie chcę. Z taką siłą, jaką chcę. Co by była precyzyjna i efektywna. Obejrzyjcie sobie dowolny filmik z udziałem Eyala, to zrozumiecie.

Powrót do rzeczywistości miałam nieco twardy. Wczoraj wieczorem stłuczka, na małym rondzie przy Cybernetyki i Postępu, głównie z mojej winy, choć nie wiem, czy panowie się nie podstawili. Byłam w pożyczonym aucie bez AC. I to dość konkretnie boli. Po pierwsze dlatego, że uszkodziłam cudzy samochód (na szczęście nie bardzo poważnie) i przysparzam właścicielce kłopotów. Ale zwyczajnie też dlatego, że zapłacić trzeba będzie za naprawę. I jeszcze mandat i punkty, bo wezwaliśmy policję.

Tymczasem dzisiaj przyszło pismo, że zalegam duuużo pieniędzy w ramach jakiegoś podatku, o którym kompletnie zapomniałam. To chyba żeby mnie dobić. Z niecierpliwością czekam na jutrzejszy dzień. Ciekawe, co mi przyniesie? :)

A co u Was? Już po urlopach? Jak tam nastroje w ten śliczny jesienny dzień?

(bajdełej, na jesieni rusza kolejna grupa kobieca krav maga, może ktoś jest chętny?)

(zdjęcia skopiowane z profilu FB Kravtreningu






wtorek, 13 sierpnia 2013

147. Nosi mnie. Jak zazwyczaj.

* * *
Kiedy jestem w mieście, lubię przyglądać się parom, które dopiero co się spotkały. Próbuję zgadnąć, które z nich poznały się przez internet i właśnie widzą się po raz pierwszy. Ostatnio chyba widziałam takie dwa spotkania. Oba średnio udane. Pani lat 45 grzecznie się przywitała z panem, gdzieś pod Złotymi Kutasami, ale nie spojrzała mu nawet w oczy, wręcz przeciwnie podała śledzia zamiast ręki, odwróciła głowę i widziałam grymas na jej twarzy. Może taki sposób bycia, a może reakcja na jego jasnoszare skarpetki w sandałach, mocno naciągnięte na łydki. Ona wyglądała całkiem znośnie, jakaś spódnica, talia podkreślona paskiem, fryzura całkiem świeża. On niestety niekoniecznie. Koszulę miał, niestety z krótki rękawkiem, i spodnie dość krótkie (to był akurat ten dzień wielkiego upału) i te nieszczęsne skarpetki. Przyniósł jej różę w folii. Poszli w kierunku Świętokrzyskiej, więc nie wiem, co się dalej wydarzyło.

I dzisiaj druga para, młoda, oboje ledwo po 20tce, ona ubrana jak na randkę, z mocno czerwonymi ustami i czarną spódniczką w przezroczyste paski, na wysokim obcasie, bardzo classy, a równocześnie nie nadmiernie, a on miał na sobie granatową spraną bluzę i t-shirt pod nią. Nic szczególnego. Nic pięknego. I włosy w nieładzie. Ale to nie był styl. Raczej taki sposób bycia. Obejmował ją, więc pewnie nie była to pierwsza randka, ale jej wzrok pokazywał, że chciałaby uciec. Czy poznali się przez internet? Trudno powiedzieć, ale na pewno wirtualne randki dają wielkie pole do popisu dla wszelkiego rodzaju mezaliansów. Nie zawsze łatwo jest to wybadać zdalnie, a potem głupio się wycofać w chwili wejścia do knajpy. Ileż razy mi się to zdarzyło.

* * *
Motocykl oddałam, z wielkim żalem, ale jeszcze większą wdzięcznością. Ponownie jeżdżę rowerem i wzdycham za każdym razem, jak słyszę jakiś motocykl. Niestety już nie mogę do nich machać. Już nie jestem w kaście.

Pojawiła się natomiast opcja zakupu czegoś własnego. Nie chcę zapeszać, więc szczegółów nie podam, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie, to będę miała własną wielką maszynę na jesieni i to za naprawdę niewielkie pieniądze. Trzymajcie kciuki. Będzie jechała z daleka.

- Czyli nie kupisz auta? - pyta koleżanka z pracy - To co zrobisz zimą?
- Nie mam pojęcia. Może sprzedam motocykl, a może jeszcze coś innego? Najwyżej będę jeździć autobusem do pracy. I tak w zimie głównie jeździłam zbiorkomem, bo mi auto nie chciało ruszyć, pamiętasz?

* * *
W czwartek wyjeżdżam na obóz krav maga. Do lasu i nad jezioro. Mam już bojówki i różne inne akcesoria. Antykomar kupiony. Maść na stłuczenia również. Dawno nie byłam na żadnym obozie. Odmładza mnie to. Zastanawiam się tylko, jak będzie z moją dietą. Na wszelki wypadek zgłosiłam się jako wege, co by mieć więcej warzyw.

* * *
Pod koniec miesiąca jadę nad Jezioro Bodeńskie. Służbowo. Już się cieszę, bo dla mnie każdy wyjazd, nawet do Małkinii, jest atrakcyjny. Będę mieszkać w hotelu z widokiem na jezioro, w jakiejś niewielkiej mieścinie. I codziennie rano będę pociągiem jechać do promu, promem do Friedrichshafen, a tam autobusem na targi. Nawet nie wiecie, jak się cieszę :)

* * *
Marzy mi się jakaś dalsza wyprawa. Tym razem mniej cywilizowana rzeczywistość. Ciągnie mnie do Boliwii i tamtych okolic, ale bilety są tak potwornie drogie. A ja w tak kompletnej dupie finansowej. (jak kupię ten motocykl, to właściwie mogę przestać jeść. Tym razem nie z powodu diety).

Ach, znaleźć kogoś, kogo by zainteresowała moja relacja z wyprawy motocyklowej po Ameryce Południowej. Bo ta Honda, którą zamierzam kupić, jest jak najbardziej turystyczna. Pojechać tam, zobaczyć, poczuć, zasmakować. I opisać.
Anybody?

Mnie naprawdę nosi :)




czwartek, 8 sierpnia 2013

146. Po 4 tygodniach diety

W środę zajechałam (motocyklem, a jakże) do pani dietetyczki i dowiedziałam się prawdy o sobie.
Że w 4 tygodnie schudłam 5,5 kg (!).
Że zawartość tłuszczu spadła mi o 3%, a zawartość wody wzrosła o 2% (i jedno i drugie dobre), natomiast masa mięśniowa się właściwie nie zmieniła, co też jest bardzo dobre.

Dowiedziałam się również, że nadal jem trochę za mało warzyw i że jeśli tak dalej będę robić, to będę miała ataki na węglowodany. I że nie mogę odstawiać węglowodanów, bo są potrzebne, także w trakcie treningów krav maga.

Porozmawiałyśmy też o mięsie, bo drób mi coraz mniej smakuje, pozostałych rodzajów za bardzo nie powinnam, a na wędliny mi zwyczajnie szkoda kalorii. Przerzucam się zatem na ryby i wprawdzie na razie nie chcę być wegetarianką, ale na myśl o mięsie nie robi mi się szczególnie fajnie.

(czy mówiłam Wam, że notuję wszystko dokładnie, co jem i o której godzinie? A czasami nawet dodaję jakieś informacje o tym, że jestem bardzo głodna, albo wręcz przeciwnie. Czuję się trochę jak ta para, która przez dziesiątki lat notowała wszystkie filmy, które obejrzeli. W sensie, że neurotyczna się czuję. Ale to mi pomaga w realizacji planu)

Wszystko wskazuje na to, że projekt 15-20 kilo w kilka miesięcy jest do wykonania. Licząc od wagi maksymalnej, gdzieś tam w marcu tego roku, schudłam już 9 kilo (3,5 kg w Stanach, 5,5 kg w lipcu). Ostrożnie więc planując, sądzę, że pod koniec października będę miała już normalne BMI. Trzymajcie kciuki!

Kupiłam sobie  komosę (quinoa), która pomimo, że wygląda jak kasza, jest jak najbardziej warzywem i ma bardzo wysoką zawartość białka i innych składników (np. potasu), więc zamierzam jeść. Smakuje całkiem po ludzku i śmiesznie wygląda, troszkę przezroczysta po ugotowaniu.

Jest z nią jednak taki problem, że jest mało ekologiczna. Po pierwsze sprowadza się ją z Ameryki Południowej (z Boliwii, chcę tam pojechać!!!), więc ślad węglowy, czy jak to się tam nazywa, jest nieco pokaźny. A po wtóre stała się bardzo modna w Stanach i Europie, co spowodowało wzrost liczby farm ją uprawiających i wzrost cen i z bardzo taniej żywności dla ubogich stała się nieco hipsterską potrawą dla zamożnych. Ubogich nie stać już na ichniejsze "ziemniaki", a i farmy się poprzekształcały z innych produktów w quinoę i całość jest niekoniecznie sensowna dla lokalnej społeczności. Parę słów można przeczytać o tym tutaj.

Quinoa y

Nie należę do ludzi, którzy ekologię wybrali sobie za religię, co objawia się na przykład tym, że dotychczas nie segregowałam śmieci (a po prawdzie nadal to robię wybiórczo, gdyż akurat moja administracja nie załatwiła pojemników na segregowanie i mówi, żeby wyrzucać jak dotychczas, czyli bez segregowania, choć płacimy jak byśmy segregowali. Lekka paranoja, swoją drogą).  Nie jestem ekologicznie świrnięta, ale jednak mam świadomość makroekonomiczną, która mi mówi, że należy dbać o zasoby i nie należy zabierać biednym, żeby dawać bogatym. Nie do końca wiem, jaki jest mój osobisty wpływ na rzeczywistość, dlatego raczej nie przestanę z tego powodu kupować komosy (zwłaszcza, że dopiero zaczęłam), ale czuję, że to jest temat, którego nie powinno się lekceważyć. 

Tymczasem ciągle próbuję się zorganizować w kupowaniu warzyw, owoców i innych pyszności do jedzenia. Nareszcie rozumiem tych, którzy sami pieką chleb i mają swoje ogródki. Póki jedzenie było dla mnie obowiązkiem i sposobem na odreagowanie smutków albo złości (tak, tak, słodycze mają tę cudowną właściwość, że kompletnie zamulają ośrodek odpowiedzialny za negatywne emocje, nie udowodniłam tego naukowo, ale święcie w to wierzę), póty nie rozumiałam, jak można się podniecać tym, co się wkłada do gara. 

A teraz sama zaczynam się tym ekscytować. Proekologicznie i prosmakowo zamawiam warzywa i owoce z dostawą do domu w Wiem co jem - pochodzą z gospodarstw niedaleko Warszawy i są zbierane tego samego dnia, którego do mnie dojeżdżają wieczorem. Niektóre nieco droższe niż na bazarku, ale za to smaki i zapachy kompletnie inne. Prawdziwe. Wstaję też w sobotę rano, żeby zdążyć przed 10tą do pana, który przyjeżdża ciężarówką ze wsi i staje - zapewne na nielegalu - między kamienicami. Jego maliny potrafią wytrwać cały tydzień, podczas gdy te z bazarku następnego dnia nadają się wyłącznie do śmietnika. 

I cudownie jest móc powiedzieć koleżankom, że się właściwie nie umie gotować, a potem usłyszeć od nich słowa pochwały za prostą, ale smaczną sałatkę z cukinii, podpatrzoną jakiś czas temu u mojej kochanej Dż.  

- 2 surowe cukinie kroimy w długie plasterki łopatką do plasterkowania sera. 
- dodajemy orzeszki pinii
- sporo kolendry świeżej (nie miałam, więc była bazylia, cięta nożyczkami, podobno nie należy) 
- trochę oliwy, soku z cytryny 
- sól, pieprz i jeszcze autorsko dodałam świeżo mielone chilli. 

Cudownie orzeźwia. W sam raz na dzisiaj. 

A koza w prezencie. Moja ulubiona. Prosto z Krety sprzed trzech lat :)  





poniedziałek, 5 sierpnia 2013

145. Jeżdżę na motocyklu!

Od czwartku wieczorem jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. I nie, nie zakochałam się, nie wyszłam za mąż (w przeciwieństwie do mojej przyjaciółki), nie wygrałam w lotto, ani w żadnej innej loterii. Wydarzyło się coś dużo dużo ważniejszego! ;)

Od czwartku wieczorem jeżdżę na motocyklu!

Kumpel mi pożyczył swoją starą Hondę NTV na tydzień. Po prostu. Sam z siebie. Wcale nie prosiłam. Oczu ze Shreka nie robiłam.

Przyjechałam do niego, żeby sobie chwilę pojeździć, przypomnieć sobie, co się robi z ciałem na motocyklu i raptem może godzinę mnie nie było. Wróciłam mocno przerażona, bo wszak wiem, że słabo jeżdżę, a to jest niebezpieczna zabawa. Ale oczy mi się błyszczały. Bardzo. Usiedliśmy nad piwem (on z żoną i ze znajomymi) i nad colą zero (ja), zjedliśmy pyszną pizzę na wspaniałym cienkim cieście (mam przepis!), to znaczy oni zjedli, a ja udawałam, że jeden malutki kawałeczek mnie totalnie nasycił. I kiedy już miałam się zbierać, kumpel podał mi dowód rejestracyjny i kluczyki. Po prostu. Sam z siebie. Żona była bardziej niż zaskoczona, a ja wzruszona. I pojechałam. Sama. W siną dal, czyli na Mokotów.

Jak to niewiele potrzeba do szczęścia, prawda?

No więc jeżdżę. I mimowolnie zaczęłam należeć do sekty. Macham rączką, jak mijam innych motocyklistów, uśmiecham się do tych, którzy przeciskają się w korkach (ja jeszcze nie mam na to odwagi) i czuję się jedną z nich. Przez tydzień nią jestem. I jeżdżę wyprostowana i dumna, w fachowej kurtce (także pożyczonej). I trasa z pracy do domu nie wiedzieć czemu prowadzi przez Ursynów albo Targówek, bo jakoś mnie ponosi.

Nie, nie jeżdżę jeszcze dobrze. Popełniam błędy, czasami mi gaśnie (zwłaszcza wtedy, gdy chcę ruszyć z kopyta spod świateł), czasami biegi zmieniam nieszczególnie płynnie. Nie jeżdżę pewnie, ale staram się sygnalizować wszystko to, co robię. I przede wszystkim, mam oczy dookoła głowy. To najważniejsze. Oraz banana na twarzy.

I rozumiecie, że do kosmetyczki (300 metrów od domu) pojechałam na motocyklu, co spowodowało, że pedicure się zwalił od razu po założeniu converse'ów, a manicure lekko porysowany, bo ręce przecież w rękawiczkach. Rozumiecie zapewne też, że na spotkania ze znajomymi jadę motocyklem i wcale się nie przejmuję tym, że nie będę mogła pić alkoholu, albo że trzeba będzie nosić kask przez cały wieczór.

Jest mi dobrze :)

A w prezencie pokażę Wam swoją prawdziwą duszę muzyczną. Piosenka totalnie popowa. STRASZNA. Ale pan tam jeździ na motocyklu. I niestety.
Taka jestem.

czwartek, 1 sierpnia 2013

144. Po 21 dniach diety

Minęły trzy tygodnie diety składającej się z warzyw, owoców, kaszy (niewiele), drobiu, ryb, muesli, dachówek, jajek, jogurtów, białych serków, ziaren i orzechów oraz wody, kawy (niewiele), coli zero. Posiłki średnio co 2,5 godziny. 5-6 posiłków dziennie.

- stanowczo więcej sikam. Podobno to w związku z warzywami. Nie wiem, ale śmiesznie, bo dotychczas oddawałam mocz nie za często, a teraz mnie nosi :) Być może to też jakieś przeziębienie pęcherza albo co. Będę obserwować.
- jest mi lżej (zrzuciłam jakieś 3-4 kilo, trudno powiedzieć, ile dokładnie, miałam zrzucać kilogram tygodniowo, więc chyba jest ok).
- zeszło mi trochę w brzuchu, w udach, na ramionach i w biuście. W pośladkach chyba też :)
- budzę się z większą ilością energii (i wcześniej)
- nie chodzę głodna (chyba że wieczorem, bo bywa, że jestem nienasycona)
- muszę planować posiłki, muszę częściej robić zakupy, ale nie wydaję na nie strasznie dużo, co zapewne wynika z tego, że dużo mniej jem na mieście.
- dałam radę na weekendzie wyjazdowym - wystarczyło ograniczyć alkohol do dwóch kieliszków białego wina w sumie i pilnować się z częstym jedzeniem. Odpuściłam też tłuste mięso na rzecz ryby z grilla.
- popełniam różne niewielkie grzechy - piję colę zero, jadam ok 23 (ale malutko), zdarza mi się zjeść większy posiłek niż przewidziany w diecie (większa porcja). Ze dwa razy miałam ogromną ochotę na coś słodkiego. Raz zjadłam łyżkę dżemu St Dalfour (słodzony sokiem winogronowym), a drugi raz 4 małe kuleczki z ciemnej czekolady.
- oprócz diety mam dwa treningi (po 90 minut) krav maga w tygodniu i codziennie jeżdżę na rowerze (minimum 7 km, w dni kravki ok. 15 km). Co jakiś czas wrzucam coś dodatkowego, jakieś bieganie, badminton albo dłuższą jazdę na rowerze.  
- czuję się wyciszona, lekko społecznie autystyczna i bardzo zadowolona z tego, jak sobie organizuję rzeczywistość.
- mam więcej siły na porządkowanie swoich spraw. Po kolei załatwiam różne rzeczy i czuję, że coraz mniej mi przepływa między palcami, a coraz więcej ogarniam. Doba się wydłużyła.

Trudno mi rzecz jasna stwierdzić, na ile to dieta wpłynęła na to wszystko, ale to jedyna zmienna, którą przyłożyłam ostatnio do swojego życia. Reszta bez zmian. Żadnych nowych sportów, leków czy też miłości. No poza miłością do samej siebie, nad którą pracuję od lat :)

W najbliższym czasie planuję sobie rozpisać menu na każdy tydzień albo chociaż na parę dni wprzód, bo nie lubię robić zakupów i chcę to zminimalizować. A jak czegoś nie kupię, to potem nie bardzo mam, co sobie ugotować i wtedy najłatwiej o grzech. W każdym razie podchodzę do sprawy metodycznie, jak do każdego projektu.

Tym razem Lumpiata jest w drodze do zdrowia i dobrego samopoczucia.

Ale nie martwcie się, nie tylko dieta u mnie. W zeszły weekend po raz pierwszy jechałam samodzielnie na motocyklu. Przez chwilę i ogólnie zestresowana (trudno powiedzieć, kto bardziej, czy ja, czy właściciel sprzętu), ale radości wiele. Zwłaszcza, gdy na samym początku pomyliłam pedał hamulca nożnego z pedałem zmiany biegów ...