piątek, 26 lipca 2013

143. Między dobrem, a złem

Poszłam wczoraj wymasować szyję i przy okazji skorzystałam z wagi mojej masażystki.
W dwa tygodnie schudłam między 2 a 3 kilo. Trudno powiedzieć, ile dokładnie, bo warunki ważenia kompletnie inne, ale to wystarczający wynik, żebym była zadowolona. Wygląda na to, że jedzenie co 2,5 godziny jest dobrym rozwiązaniem dla kogoś, kto ma problem z metabolizmem.

Czasami zapominam zjeść. Organizm się najwyraźniej przyzwyczaił do mniejszej liczby kalorii, bo nie krzyczy z głodu, jak godzina posiłku mija. Ale staram się pilnować. Najważniejsze teraz to nie zabić metabolizmu.

A poza tym to lato w pełni. Miasto jest takie jakby bardziej leniwe. Upał miły dla ciała. Świat ładniejszy. Chętnie bym se na piwo z kimś poszła, ale szkoda mi kalorii. Po cholerę mam wchłaniać coś, co mi nic nie daje poza lekkim rauszem i poczuciem winy :)

Spotkałam się wczoraj z dawno niewidzianą przyjaciółką, która na co dzień mieszka za granicą, na południu Europy. Siedziałyśmy, jak kiedyś, w jej pokoju na łóżku i rozmawiałyśmy o tym, co w życiu jest najważniejsze i dlaczego warto pracować nad sobą i się rozwijać. I nagle usłyszałam siebie samą mówiącą, że być może moje życie nie jest idealne, może nie jest takie tradycyjne, że mąż, dzieci, praca, dom, pies i odwożenie na zajęcia dodatkowe. Ale jestem szczęśliwa i osadzona w tej rzeczywistości i mam ogromne poczucie niezależności, które jest podstawą mojego szczęścia. Jestem coraz bardziej niezależna od ludzi, od kościołów, od systemów i struktur.

Rozmawiałyśmy też o tym, co wychowanie katolickie z nas zrobiło. O poczuciu winy, o wychwalaniu cierpienia i o osądzaniu ludzi wedle bardzo sztywnego podziału "dobre" i "złe". I o tym, że z poczucia winy się wyrasta, gdy człowiek nauczy się odczuwać przyjemność i ufać swoim odczuciom. Od cierpienia się ucieka, gdy zrozumie się, że to nie może być ani celem, ani środkiem. A osądzania można się oduczyć, gdy pojmiesz, że nigdy nie znasz całości sytuacji i nigdy nie wiesz, kto jest w jakim wymiarze winny.

Filozoficznie mi wyszło. Państwo wybaczy ;)
Dziś jadę na weekend z przyjaciółmi. Będzie badminton, rzeczka, leżaki, dobre jedzenie i cudne wieczorne Polaków rozmowy. Czego chcieć więcej?



czwartek, 25 lipca 2013

142. Wyprawa do USA - finanse

No to podliczyłam.

Trzy miesiące mijają od powrotu, chciałoby się wiedzieć, ile kasy poszło na moje najwspanialsze 5 tygodni w Stanach. 
Krótko mówiąc: dużo poszło :) 

Od dłuższej chwili zastanawiam się, czy podać Wam konkretne liczby. Jesteśmy bądź co bądź w Polsce, więc zawiść ludzka nie zna granic, a o kasie się nie rozmawia, jak i o seksie. Natomiast o poglądach politycznych trzeba mówić zawsze i wszędzie. 

I jestem w kropce. Bo czyta ten blog wszak wielu moich znajomych, którzy mogą pomyśleć, że Cywińska jest rozrzutna i jeszcze się tym obnosi. I skąd ona wzięła na to kasę. Z drugiej jednak strony, być może ktoś trafił na ten blog zupełnie przypadkiem i taka informacja mogłaby być przydatna. Podsumowanie finansowe wyprawy wydaje się być klamrą spinającą całość. Bo podróżowanie, drodzy moi, nie jest szczególnie tanią rozrywką. 

Być może, gdyby udało mi się wydać nic, albo prawie nic, to bym się mogła chwalić, że spędziłam miesiąc za granicą i wydałam mniej niż, gdybym została w Polsce. To by było takie hipsterskie. Jednak that's not the case. I nawet nie łudziłam się, że tak się wydarzy. Kasę na ten wyjazd zbierałam od wielu miesięcy i będę spłacać przez kolejne miesiące, oby nie lata. 
Nie, jeszcze nie wyszłam na zero, wręcz przeciwnie. 

Więc siedzę i się męczę. 
Chyba jednak zaryzykuję. Napiszę o konkretach. Najwyżej będę obiektem jeszcze większej zawiści, ale przynajmniej zachowam się szczerze i w zgodzie z samą sobą. Zasadniczo wszak nie mam zahamowań, żeby rozmawiać o pieniądzach. Być może dlatego, że mieszkałam parę lat w innej kulturze, a być może dlatego, że kasa nie jest dla mnie wyznacznikiem. Jest rzeczą nabytą, więc naprawdę nie nadmiernie świadczy o człowieku. 

I wiem, że mogłam wydać mniej, gdybym na przykład jeździła pociągami i autobusami. Mogłam również nie nocować w ogóle w hotelach (acz wiele tego nie było) i mogłam mniej jeść w knajpach, a więcej sobie przyrządzać. Na kocherku, rzecz jasna :) Z drugiej strony wiem, jak wiele zaoszczędziłam dzięki temu, że przez tydzień jechałam z facetem, który płacił właściwie za wszystko, a przez kolejny tydzień mieszkałam w San Francisco u znajomej, a nie w hotelu. Obojgu jestem wdzięczna, każdemu rzecz jasna w inny sposób :) 

Najwięcej oczywiście poszło na szeroko rozumiany transport. Mój bilet samolotowy kosztował 3500 zł (WAW-DUS-NYC-HOU oraz SFO-LON-WAW), a dwukrotne wynajęcie auta i benzyna drugie tyle. Może warto tu powiedzieć, że 9 dni auta z Houston do San Diego kosztowały mnie ok 2000 zł, w tym prawie bak benzyny i opłata za oddanie w innym mieście warta jedyne 250 USD. Auto miało być najmniejsze i ekonomiczne, a dostałam Dogde'a Chargera z silnikiem 3.7 :) Sama frajda, ale wiadomo, benzyny poszło więcej. 
Za jedzenie zapłaciłam trochę ponad 2000 zł kartą, i całkiem sporo gotówką, której wyjęłam przez cały pobyt ok. 3000 zł (w tym kupno drugiej walizki i lokalne autobusy, także te drogie, dowożące na lotnisko). 
Za mieszkanie i hotele tam, gdzie nie nocowałam za darmo, wyszło ok. 1700 zł, za kartę sim do telefonu (wraz z internetem) - niecałe 300 zł. 
Nakupiłam sobie ubrań i butów, ale tego nie wliczam w koszt wyprawy. I jeszcze gifty, kartki, bilety wstępu i inne tego typu za kilkaset zł. Oraz wiza amerykańska za ponad 500 zł. 

Zmieściłam się w 15 tysiącach zł. 
I nie żałuję ani dolara. 
To była najwspanialsza podróż mojego życia. 
Mam nadzieję, że nie ostatnia. 


(A tu poniżej zdjęcie, które cudnie oddaje moje tamtejsze samopoczucie. Uwielbiam na nie patrzeć. W drodze między Las Vegas a San Diego, gdzieś na początku Mojave Desert, czy jakoś tak.) 

środa, 24 lipca 2013

141. Biegam. Jem. Działam. Wyglądam

Odnotowuję powrót do biegania oraz fakt, że w staniku Shock Absorber jogging nabiera innej jakości. Wszystkim biuściastym polecam. Niebiuściastym w sumie też, choć pewnie nie docenią tego tak bardzo.

Odnotowuję też wrażenie, że jem za dużo i powinnam zmniejszyć porcje, więc na wszelki wypadek po przebiegnięciu 3,7 km z prędkością 7m10s per km, zjadłam grillowanego indyczka (jeden niewielki kawałek), plasterek oscypka świeżo z Zakopanego i całego pomidora. Bardzo zdrowo o 22h30.

I wreszcie odnotowuję dobrą formę, znakomite samopoczucie i chęć działania. W poniedziałek wieczorem zrobiłam dużo więcej niż przez ostatnich kilka tygodni. Jak moje działania zaczną przynosić efekty, to na pewno się pochwalę :) Piszę, sprawdzam, uruchamiam kontakty.

Z rzeczy zabagnionych to podsumowanie finansowe wyjazdu i przyjrzenie się karcie kredytowej. Jakoś ciągle nie mogę się za to zabrać. Mam też kilka rachunków niepopłaconych, które muszę ogarnąć. I porządek w szafie - oddać albo wyrzucić to, czego nie potrzebuję. Najwyższy czas się za to wziąć. W ramach pracy nad sobą chyba nie zacznę kolejnego serialu, póki nie przerobię chociaż części szafy. Wydaje mi się to być uczciwym dealem.

Kupiłam dziś sukienkę na wesele, na które jadę za 10 dni. Była okrutnie droga, ale jest przepiękna i mam w opcji zwężenie jej, jak mi się schudnie. Leży na mnie cudownie, nad kolano, przy ciele, skromny dekolt i jest z koronki ciemno-łososiowej z przenikającą różowo-amarantową podszewką. Już tylko dobrać dodatki i będę się czuła jak milion dolarów. Tak, skromność nie jest najwybitniejszą z moich zalet.

Ciekawym doświadczeniem było wejść do sklepu Molton w Galmoku w trampkach, dżinsach, bluzie z kapturem i z plecakiem na ramionach, niemalże prosto od krowy. Pani mnie wcale nie zlekceważyła, wręcz przeciwnie. Przynosiła sukienki, zapinała i z uśmiechem rozmawiała. Nie miałam na sobie niczego, po czym mogłaby ocenić zasób mojego portfela, bo słuchawki Bose chwilę wcześniej oddałam do reklamacji w ich salonie (też mnie potraktowali bardzo w porządku). Zrobił się dziwny metaliczny dźwięk i pan potwierdził, że to słyszy. Być może zostaną wymienione na nowe, być może pojadą do Belgii się naprawiać. Trzymajcie kciuki, żeby wystarczyła decyzja serwisanta polskiego.

I w sumie nie wiem, czy to ja swoją pozytywną energią przyciągam pozytywnych i dobrych ludzi, czy też pozytywność ludzi wokół mnie wzmacnia mój nastrój i samopoczucie, ale wiem na pewno, że jakiś związek musi być. Widzę też, że ci, którzy tak strasznie się denerwują i narzekają na wszystko, oraz ci, co mają w sobie dużo agresji i poczucia krzywdy, są otoczeni nieciekawymi ludźmi. To nie kwestia karmy, to jakiś rodzaj przyciągania.

Dlatego coraz skuteczniej odcinam się od toksycznych relacji.
Rychło w czas!


niedziela, 21 lipca 2013

140. Z pamiętnika kobiety na diecie ;)

Kolejna obserwacja z odchudzania. 

Dbanie o siebie i uważne kontrolowanie pochłanianych przez siebie produktów jest czasami podobne do dbania o dziecko. Wczoraj wieczorem poszłam mianowicie poszwendać się po mieście ze znajomymi, więc wzięłam do pudełka owoce, co by nie pomijać posiłku i zapewnić sobie cokolwiek, gdybym zgłodniała. Ostatni raz tak robiłam, gdy mój syn miał ze dwa lata, bo potem po prostu kupowałam mu bułę albo jogurt. Ale zadziałało. Byłam w mieście, nie zjadłam niczego bezsensownego. Przewidziałam, że mogę być głodna. 

Psychologicznie rzecz ujmując jest to nawet ciekawe - zajmuję się dzieckiem w sobie. Troszczę się o nie i uczę się łagodności w stosunku do samej siebie. Rozwijające doświadczenie. 

Tymczasem dzisiaj mam jakiś kryzys. Cały dzień mam ochotę na coś słodkiego. W ramach deseru po obiedzie zjadłam trzy łyżki crunchu śniadaniowego, a po południu dachówkę z dżemem (słodzonym sokiem z winogron, st dalfour). I odnalazłam chrom w apteczce. Może mi czegoś brakuje? 

No i znowu nóżki mi się niecierpliwie ruszają pod stołem. Gdzieś muszę pojechać. Nie wiem, gdzie i po co. Ale nosi mnie. 

Motocykl. 
Motocykl. 
Motocykl.


sobota, 20 lipca 2013

139. Dieta trwa. Dzień 11.

Zrobiłam zakupy.

Maliny, borówki, śliwki, morele, melony, banany, jabłka, gruszki, pomarańcze (do soku) i cytryny.
Pomidory, ogórki małosolne, sałata, kiełki, cukinia, brokuły, cebula, fasolka czerwona, kukurydza, czosnek, papryka, fasolka szparagowa.
Kasza jęczmienna, kasza gryczana, cieciorka, sezam, ziarna słonecznika, muesli, płatki jakieś śniadaniowe bez cukru, crunch, żurawina suszona, czarnuszka, pestki dyni i bób.
Jogurty naturalne, twarożek półtłusty, bieluch, mozarella, feta, jajka.
Chleb chrupki żytni i pełnoziarnisty.
Mięso drobiowe, łosoś wędzony, woda, Cola Zero.

I to by było na tyle.
Mam nadzieję, że zdołam to wszystko przerobić i zjeść.

piątek, 19 lipca 2013

138. Gdzie by tu pojechać?

I znowu jestem słomianą matką.

Rodzicielstwo na odległość jest piekielnie trudne. Nawet w czasach internetu nie jest łatwo kochać i wymagać nie mając kontaktu wzrokowego i namacalności fizycznej. Tak sobie myślę (może kiedyś coś więcej o tym napiszę, bo temat wydaje się ciekawy), że wychowywanie dziecka przez dwójkę rodziców niemieszkających ze sobą jest ogromnym wyzwaniem i bardzo się cieszę, że póki co efekty przerastają nasze oczekiwania. In plus. Nasz syn jest fajnym, młodym człowiekiem i dużo na to wskazuje, że to się niewiele zmieni.

Tymczasem dieta trwa.  Już jakieś 10 dni. Wagi nadal nie mam, ale z kilogram mi zszedł, na pewno, może półtora. (ale raczej mniej niż więcej, bo u mnie na początku jest zawsze beznadziejnie powoli, nabieram rozpędu w drugim miesiącu).
Jakoś udaje mi się żyć bez cukru (poza tym w owocach). Ponieważ nie mogę pocieszyć siebie czekoladą albo batonikiem, muszę wymyślać bardziej wykwintne nagrody i wychodzę na tym całkiem nieźle - w ten weekend planuję zadbać o siebie i swoje ciało.
W ramach nostalgii po wylocie dziecka. Zasłużyłam ;)

Trochę się martwię tym, że coraz bardziej wkurwiają mnie ludzie. Literalnie. Mam w sobie dużo mniej cierpliwości. Czuję, że nie jestem w stanie słuchać paplania wokół siebie i z przyjemnością chowam się do samotni. Czy to jest tak, że cukier przymula na tyle, że człowiekowi wzrasta tolerancja na różnorodność ludzką, czy może odwrotnie - brak cukru i dieta tak wkurzają organizm, że inni ludzie ze swoimi sprawami stają się nieznośni? Nie mam pojęcia, ale wiem, że bez patyka lepiej nie podchodzić. Mogę gryźć :)

Nie możemy podjąć decyzji, dokąd pojechać na Thanksgiving.
Tel Aviv, gdzie ciepło, ciekawie, znajomi i drogo?
Marrakesz, w którym byłam parę lat temu i do którego chcę absolutnie wrócić?
Lizbona, piękna i dostojna (tak mi się kojarzy), ale być może deszczowa w listopadzie?
Stambuł - ciekawy i wciągający, ale bez tanich linii lotniczych?
Gruzja - nieszczególnie ciepła, ale za to piękna i smaczna?
Uwielbiam ten moment, w którym jeszcze nie wiesz, gdzie pojedziesz, ale już wiesz, że chcesz coś sobie zorganizować. W moim przypadku ma być przede wszystkim tanio, a potem ciepło. I na pewno nie Egipt, bo ani Młody, ani ja nie lubimy turystów. Ludzi też nie nadmiernie ;)

Czekam na dobre rady, linki i pomysły.
Thanksgiving, tydzień, nastolatek i matka, ciepło i tanio.


poniedziałek, 15 lipca 2013

137. Póki to dotyczy Ciebie, póty możesz pisać

Nie dalej jak wczoraj pisałam koleżance, żeby nie umieszczała na blogu zdjęcia swojego nastoletniego syna z dziewczyną, bo to w jakiś tam sposób narusza ich prywatność, nawet jeśli to zdjęcie zostało ściągnięte z jej fejsa,

a dzisiaj dostałam w mailu link do ruszającej kampanii Fundacji Dzieci Niczyje "Pomyśl, zanim wrzucisz".

Kampania jest raczej skierowana do rodziców dzieci młodszych, którzy na prawo i lewo wrzucają zdjęcia pierwszych kąpieli, pierwszych ząbków, kupek i innych tortów. Umieszczają to na swoim profilu FB, nie ograniczają dostępności i tym samym tracą kontrolę nad wizerunkiem swojego dziecka. Bo, jak wiadomo, co raz puszczone w sieć, z tej sieci już nie wyjdzie. A z fejsa tym bardziej. I choć są bardziej zapobiegliwi rodzice, którzy ograniczają widoczność postów i zdjęć do znajomych, to przecież każdy widz teoretycznie może zdjęcie pobrać i wrzucić dalej.

Udostępnić. Nie lubię tego słowa. Głównie chyba dlatego, że nie ugruntowały się jeszcze konkretne zasady, co wolno udostępniać, a czego nie wypada. Jesteśmy świadkami powstawania nowego savoir-vivre'u, tego wirtualnego, który się zresztą zmienia z dekady na dekadę. Czego nie wolno było robić na przełomie wieków, w tej chwili nie uznaje się za nic złego. Na przykład odpowiadania na maile nad treścią, a nie pod nią. Ale to tak na marginesie.

Udostępnianie informacji o swoich bliskich, tagowanie ich na fejsie, umieszczanie ich zdjęć bez pytania o zgodę. Powiadomienie całego świata, że ktoś był z nami gdzieś konkretnie w danym dniu, o danej godzinie. Czy w Waszych odruchach jest automatyczne zalogowanie się wraz z wszystkimi obecnymi i radosne dzielenie się zdjęciami z imprez, czy może wręcz przeciwnie - nie tagujecie znajomych, nie pozwalacie się tagować i robicie afery, gdy ktoś umieści Wasze zdjęcie bez uzgodnienia?  Podejść może być wiele, ale my jesteśmy dorośli i możemy się bronić przed nadmiernie "gadatliwymi" znajomymi.

Tymczasem kwestia prywatności naszych dzieci w sieci jest dużo istotniejszym problemem, bo tu nie chodzi już o mój własny wizerunek, z którym mogę w gruncie rzeczy zrobić to, co chcę (z całym dobrodziejstwem późniejszego inwentarza). Tu sprawa dotyka drugiego człowieka, którego dobro powinno dla mnie być - przynajmniej w teorii - najważniejsze. A nie każdy rodzic zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest właścicielem swojego dziecka. Nie każdy myśli o tym, co dziecko poczuje, gdy za 10 lat jego koledzy z gimnazjum dobiorą się do zdjęć z przedszkola i z pierwszej kąpieli. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że urocze zdjęcie wkurzonego dziecka może stać się kolejną podstawą do memów.

Nie zdziwiłoby mnie, gdyby niebawem jakiś młody człowiek podał do sądu rodzica za naruszenie swojej prywatności w powodu udostępnienia zdjęcia na fejsie. Może nie od razu w Polsce, ale gdzieś tam daleko za oceanem, gdzie sądy działają trochę inaczej.

Wiele lat temu pisząc o blogach doszłam do wniosku, że bloger dokonuje swoistej transakcji z czytelnikiem: "Powiem Ci, co czuję, kim jestem i co robię, a Ty  - bardzo Cię o to proszę - zwróć na mnie uwagę i interesuj się mną". Każdy bloger (nie wyłączając mnie) ma dość zaawansowaną potrzebę uwagi ze strony innych. Jedni sprzedają swoją wiedzę i kompetencje, inni swoje zainteresowania, a jeszcze inni szczegóły swojego życia osobistego. W zamian dostają czytelników i publiczność, a czasami nawet fanów. Fair enough :)

Póki to dotyczy Ciebie, póty możesz pisać. Takie jest moje osobiste zdanie i bardzo chciałabym Was przekonać, że właśnie to jest ta granica, której nie należy przekraczać.

Bo jeśli chcesz pisać o swoim dziecku, to najpierw zapytaj go o zdanie. Albo daj mu post do ocenzurowania. A jeśli dziecko jest za małe na takie decyzje, to chociaż zadbaj o jego anonimowość - nie podawaj prawdziwych imion, nazw miejscowości, faktów, po których można będzie Twoje dziecko odnaleźć. Pisz w zahasłowanym miejscu. Uszanuj jego prywatność i zadbaj o jego bezpieczństwo - ludzie chorzy są wsród nas i w internecie tym bardziej.

Moja wyobraźnia jest wystarczająco bogata, żeby wygenerować sobie obrazek chorego człowieka onanizującego się na widok zdjęcia małej dziewczynki w kąpieli. Dziewczynka jest w sumie anonimowa, ściągnął jej zdjęcie z internetu, ale potem z ciekawości wrzucił je do wyszukiwarki i odkrył, że pochodzi z bloga jej matki. Przeczytał cały blog, dowiedział się, gdzie mieszkają i gdzie dziewczynka chodzi do przedszkola. Poszedł tam któregoś popołudnia i obserwował dzieci na placu zabaw. Dziewczynka też była. Miała śliczny różowy płaszczyk przeciwdeszczowy. Patrzył jak zaczarowany.

Każdy ma prawo do ochrony swojego wizerunku, nawet Twoje dziecko.

I choć koncept prywatności się bardzo zmienia w ostatnich latach i być może już niebawem nadmierna prywatność będzie raczej wadą niż zaletą (np. przy otrzymywaniu kredytu i ocenianiu czyjejś wiarygodności), to nie mnie decydować, co moje dziecko chce zrobić ze swoją własną prywatnością. Moim zadaniem jest go nauczyć, jak bezpiecznie korzystać z internetu i zadbać, żeby umiał siebie ochronić.
Tak w internecie, jak i na ulicy.

- Mogę umieścić to Twoje zdjęcie z Rumunii na fejsie?  - pytam
- Nie. - krótka piłka.

No to nie umieszczam.


niedziela, 14 lipca 2013

136. Obserwacje kobiety na diecie

1. Lepiej sobie odpuścić imprezy w pierwszym okresie diety, chyba że masz bardzo silną wolnę. "Zaoszczędziłam" wczoraj 400 kalorii, więc postanowiłam, że mogę wieczorem wypić jedno piwo i zostawić sobie ze 150 kcal na pacmana, który mnie po tym piwie ogarnie. Ogarnął dość szybko, a ja nie przewidziałam, że kanapeczki na stole i inne ciasteczka będą ogromną pokusą. Wypiłam więc Colę Zero, potańczylam i poszłam do domu. W deszczu, ale zadowolona, że przetrzymałam wilczy głód.

2. Łażenie po mieście z założenia wiąże się z pochłanianiem kalorii. Więc jeśli wcześniej sporo imprezowałeś, to teraz znajdź sobie zajęcie w domu. Ja na ten przykład oglądam seriale. A jak skończę Sons of Anarchy, to prawdopodobnie wezmę się za porządki w szafie. No chyba że zacznę Grę o Tron.
Oraz finansowo możesz na tym nieźle wyjść, nawet jeśli produkty zdrowe są zazwyczaj droższe od normalnego jedzenia - wydajesz mniej, bo nie stołujesz się na mieście, nie kupujesz batoników i innych fastfoodów. Jesz jednak zasadniczo mniej.

3. Dobre rady zawsze w cenie. W kwestii odchudzania każdy ma swoją teorię i z przyjemnością będzie Ci ją sprzedawał. Warto się uodpornić. I chyba nie ma sensu dyskutować. "Odstaw węglowodany. Nie łącz. Jedz częsciej. Jedz mniej. Wieczorem nie wolno. Nabiał jest niezdrowy. Nie sól. Tylko warzywa. Idź pobiegaj, to zrzucisz. Bób jest kaloryczny. Chleb tylko na zakwasie. Coli Zero absolutnie nie wolno. Cola Zero ratuje mi życie. Samo mięso. Odstaw mięso. Żryj połowę. A moja kuzynka... Przecież świetnie wyglądasz. Jaka nadwaga. No nareszcie się wzięłaś za siebie".
Wysłuchuję tych przemiłych komentarzy (czy też wyczytuję je). Z grzeczności nie zaprzeczam. I robię swoję.
Odchudzanie może być niezłą szkoła asertywności :)

4. Kupiłam sobie wczoraj płaszcz przeciwdeszczowy w kwiatuszki. Jest w sam raz, będzie lepszy, jak mi biust kapinkę zejdzie (wiadomo, że zejdzie). Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała go sprzedawać za pół roku. Z zakupami w czasie diety jest beznadziejnie - chcesz już coś mieć w rozmiarze docelowym, widzisz, jak Twoje ciało się zmienia, a równocześnie nie jesteś pewien, czy za miesiąc, dwa, siedem, nie będziesz jeszcze trzy rozmiary mniejszy. W tym wypadku opłaca się być zamożnym. Kupujesz niezależnie od tego, że założysz może trzy razy. Ewentualnie przedsiębiorczym. Kupujesz, a potem sprzedajesz.

5. Warto sobie ustawić nagrody na kolejne pułapy. Mam z tym problem, bo ja zasadniczo nagradzam siebie często i w gruncie rzeczy mam to, czego potrzebuję :) Po namyślę, doszłam do wniosku, że chcę mieć kurtkę skórzaną, a zawsze mi było szkoda na nią kasy. Ale primo to od schudnięcia kasy nie przybędzie. A secundo, to znowu problem z rozmiarem.
A może jakiś wyjazd gdzieś, tanie bilety, Gruzja jakaś na ten przykład.
Albo chociaż weekend nad morzem. Tyle że w październiku nad morzez może być zimnawo.
To może jednak ta Gruzja.

6. Jak do każdego swojego marzenia (bo schudnięcie i polubienie gotowania to kolejne moje marzenie, które właśnie realizuję) podchodzę do sprawy metodycznie. Wydaje mi się, że pod tym względem mam łatwiej niż ktoś, kto "chaotycznie raz na jakiś czas" i "oby tylko nie było nudno". Metodyczność ciężko sobie wypracować - albo się ją ceni i lubi, albo się od niej ucieka. Tym niemniej polecam. Posiłki o stałych godzinach, składaniki wybrane, kalorie policzone, drugie śniadanie zjedzone, obiad za 3 godziny.

------------------
Tymczasem pierwsze efekty już widzę. Aż się sama zdziwiłam. Pewnie woda schodzi. W każdym razie i w talii i w biodrach zeszło po 1 cm. Wagowo nie mam pojęcia, bo wagi się pozbyłam, gdy parę lat temu złapałam się na tym, że wchodzę na nią po 5-7 razy dziennie.

Nerwicom mówimy nie :)



sobota, 13 lipca 2013

136. Gdy gotowanie dopieszcza

Przyrządzanie posiłków dla samej siebie od zawsze wydawało mi się stratą czasu. Po co stać godzinami nad blatem lub kuchenką, skoro można mieć coś gotowego i szybko to wchłonąć? Po co gotować dla jednej osoby, skoro i tak przy posiłku nie będzie ani intelektualnej rozmowy ani mniej lub bardziej konstruktywnej kłótni, które są dla mnie konstytutywnym elementem rodzinnej kolacji? Posiłki były i są dla mnie wydarzeniem społecznym, więc jak miałam coś zjeść sama, to zasadniczo łatwiej było zamówić pizzę. Żywienie samej siebie wydawało się wtórne, nie byłam w stanie zrozumieć, jaką można z tego mieć przyjemność.

Ale dziś rano coś pękło. Z dużą frajdą zrobiłam sobie śniadanie.

Poszłam najpierw na bazarek, kupiłam głównie owoce, warzywa, trochę jogurtów naturalnych i pierś z kurczaka. W ramach chleba nabyłam chrupkie, ryżowe i pełnoziarniste żytnie. Problem z żywym chlebem jest taki, że jest dużo bardziej kaloryczny niż chleb chrupki. Pół kromki normalnego chleba kosztuje tyle samo kalorii co 2,5 dachówki. Kwestia wyboru. Kupiłam jedno i drugie, zobaczymy, co mi będzie lepiej wchodziło i czy aby zdołam zachować umiar.

Kot Hara mi towarzyszył w wyprawie. Siedział w jakichś krzakach koło kaplicy przy moim domu. Wyskoczył, gdy przeszłam obok i zaczął za mną iść, dzielnie zawodząc i zapewne informując cały świat, że jestem złą matką i dlaczego wychodzę z domu i zamierzam się szlajać, skoro on umiera z głodu. Szedł trzy metry za mną, zawodził niczym kocica w rui, z pretensją w głosie, aż musiałam się jakiejś pani tłumaczyć, że to mój kot, że jest na mnie zły i że próbuję go namówić, żeby ze mną poszedł na zakupy. Pani się pochyliła nad Harą i spokojnym głosem wyjaśniła mu, że zakupy trzeba robić, bo inaczej nie będzie obiadku.

Nie zadziałało. Jednoznacznie jestem od dzisiaj złą matką na dzielni. Wśród kotów, znaczy się.

Wróciłam objuczona, rozpakowałam, co się da (do lodówki, która mrozi zamiast chłodzić, ale na szczęscie już w poniedziałek wymienią mi termostat) i wzięłam się za śniadanie. Twarożek, łyżka jogurtu, rzodkiewki, szczypiorek, pestki dyni i kromka chleba żytniego, pełnoziarnistego, "z obniżoną ilością węglowodanów", cokolwiek ma to znaczyć. Zaraz będę jadła. Na drugie śniadanie zapewne maliny z borówkami. Na obiad pierś z kurczaka z brokułami i może trochę kaszy gryczanej, bo mi została sprzed dwóch dni. I jeszcze bób muszę ugotować, bo niedługo wyjdzie z siebie.

Zajęło mi to raptem 10 minut, ale zrobienie sobie śniadania stało się swoistym wyrazem miłości do samej siebie. Jakbym sobie kąpiel z pianą przygotowywała. Albo ciepłe łóżeczko w zimowy wieczór, z herbatką i termoforkiem. To coś atawistycznie dobrego i przyjemnego.

Poczułam się dopieszczona.



czwartek, 11 lipca 2013

135. Jak będę duża, będę agentką

Nie jest łatwo. Organizm się broni przed niedoborem kalorii.
Głowa boli, energii za wiele nie ma, do tego stopnia, że nie pojechałam dziś na kravkę (shame on me!).
Niby wiem, że to detoks, pierwszy tydzień najtrudniejszy i że za parę dni obudzę się z masą energii, bo wyczyszczę się z cukru.

No ale nie jest łatwo.

Dzisiaj się zmierzyłam (przy pomocy koleżanki), i wyszło mi, że mam bardzo ładną proporcję talii do bioder (0,76, a podobno 0,7 to proporcja najbardziej atrakcyjna ... to by co nieco wyjaśniało ;))).
Wyszło również z kalkulatora, że mam jak najbardziej 40% tłuszczu (a fuj, niczym dobra śmietanka do tortów, a nawet lepiej ;) i że mój organizm sam z siebie zużywa 1750 kcal, bez żadnego ruchu, więc trudno się dziwić, że przy diecie 1300/1500 jest mu nieco przykro.

Uczę się oceniać kaloryczność porcji. Na przykład 10 orzechów laskowych to 50 kcal. Albo pół jogurtu (100 g). Albo jedno sushi.

A poza tym to oglądam Sons of Anarchy. Niebawem kończę trzeci sezon. Moje życie stało się lepsze od kiedy zaczęłam oglądać ten serial. Jak to powiedział kumpel - "SOA jest boskie i brutalne". Co mi przypomina, że muszę pojechać na strzelnicę. Uwielbiam strzelać. Prawie taka sama radość jak z kravki.

(Czasami myślę, że minęłam się z powołaniem. Powinnam być żołnierką. Na froncie. Albo przynajmniej żołnierką mafii. No dobra, od biedy agentką. Zero Zero Dziewięć.)


środa, 10 lipca 2013

134. Odchudzam się. Ha.

Dziś jest pierwszy dzień reszty mojego życia. Zaczynam dietę.

("mam na imię Maria i jestem nie do końca anonimową żarłoczką" ;)

Historycznie rzecz ujmując to moja trzecia, no może czwarta. Prawdopodobnie nie ostatnia.
Kiedyś byłam chuda, do ciąży. I mówiąc chuda mam na myśli chuda. Zero biustu, zero bioder, zero kobiecości. Potem przytyłam, depresja niezdiagnozowana, tarczyca niezdiagnozowana, żadna przyjemność. Z rozmiaru 38 przeskoczyłam na 46. I to bez szczególnych wysiłków.
Jak Młody miał ze trzy lata, może cztery, zrzuciłam parę kilo na Herbalife, ale wróciły dość szybko.
Kilka lat później byłam przez jakieś pół roku pod opieką bardzo kochanej dietetyczki i zrzuciłam z 16 kilo. Skutecznie, metodą niełączenia i umiarkowanym montignakiem. Ze dwa lata udało mi się to utrzymać, a potem weszłam w toksyczną relację, która utoksyczniła nie tylko moje emocje, ale ciało również. Praca siedząca nie pomagała. Narastająca kolejna fala depresji też nie. Wszystko wróciło.

Z półtora roku temu było trzecie podejście, bardzo restrykcyjne, bardzo skuteczne, w półtora miesiąca 9 kilo, byłam zachwycona. Tyle że nie. Okazało się za bardzo restrykcyjne. Po świętach moje ciało się obraziło i przekonało mnie, że trzeba jeść. Zjadałam wszystko ponownie. Znowu dupa się powiększyła, a spodnie zmalały. Polubiłam spódnice.

Od kilku miesięcy więcej się ruszam i ciału się to zaskakująco podoba (jako i mnie, podobno oczy mi się świecą, jak mówię o kravce). W Stanach jadłam bardzo mało chleba, niewiele słodkiego, ciągle byłam na słońcu i było mi dobrze - schudłam ze 3-4 kilo. Nie ma sensu tego marnować. 10 dni temu poszłam pierwszy raz do Karoliny, dzisiaj drugi. Wiem już wszystko, wiem, jakie popełniam błędy (dość masakryczne) i wiem, co mam z tym zrobić. Wiem też, ile mam do przepracowania. Teraz wystarczy się wziąć do roboty. I zadbać o siebie :)

A zatem - mam jeść 5 posiłków na w sumie 1300 kcalorii i jeszcze 200 kcal jako bufor (6ty posiłek) na ewentualne dodatki lub okazjonalne grzechy. Ostatni rzecz jasna 3 godziny przed snem, czyli mam czas do 21.

Moje zapotrzebowanie energetyczne to ok. 2500 kcal, a być może nawet więcej, bo sporo się ruszam, więc przy tej diecie powinnam chudnąć 1 kg tygodniowo. Pierwszym celem jest -5 kilo, kolejnym -10, a kiedy schudnę -15 kilo to będę miała BMI w normie. Aktualnie jestem na granicy otyłości i nawet jeśli nie widać tego nadmiernie, bo kilogramy rozkładają się dość ładnie, to liczby nie oszukują. Mam wprawdzie ponad 55% mięśni, co podobno jest dość dużo u kobiety, ale za to mam również ponad 40% tłuszczu, co przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Woda jest na granicy normy. Niestety w jej dolnej części, co ponoć wynika z nadmiaru tłuszczu. Jak mi tłuszcz spadnie, woda powinna wzrosnąć.
Metabolicznie rzecz ujmując jestem stara. 50tka mi stuknęła. Myślę sobie, że to może wynikać z mojego Hashimoto, ale zobaczymy za miesiąc, czy coś się ruszy.

Bo kolejny pomiar za miesiąc. Najważniejsze to obserwować różnice pomiędzy pomiarami, bo wiem przecież, że tak tłuszcz, jak i woda mogą dawać inne wyniki w zależności od pory dnia i dnia cyklu, co akurat ma zastosowanie. Więc się nadmiernie nie przywiązuję do tych liczb (nawet jeśli ten tłuszcz robi wrażenie, n'est-ce pas?).

Mam gryplan na 7 dni. Jadłospis jest bogaty i wydaje mi się, że będę jadła więcej niż dotychczas. Co w sumie mnie cieszy :) Mogę dość dowolnie wymieniać składniki między sobą (póki są z tej samej grupy i mają podobną liczbę kcalorii). Posiłki mam jeść o stałych porach, z napojów woda, maks. dwie kawy i herbatę w ilościach dowolnych. Słodyczy nie ma, ale jakoś mnie to nie przeraża. Wiem dobrze, że przykre będą pierwsze dni, a potem się człowiek przyzwyczaja i nawet jogurt naturalny smakuje jak deser.

Nie wiem oczywiście, jak moja niedoczynność zareaguje na zmianę diety i wzbogacenie jej o warzywa. Metabolizm może mi siąść, ale może wręcz przeciwnie. Zobaczymy. Z doświadczenia wiem, że najdalej po 3 tygodniach zacznę chudnąć. Wagi i tak nie mam, więc przejmować się nie zamierzam.

Tak naprawdę najważniejsze jest to, że jestem gotowa o siebie zadbać. Nie jest to histeryczne szukanie diety-cud. Nie ma to nic wspólnego z nieakceptacją własnego ciała - ja naprawdę lubię na siebie patrzeć, nawet bez ubrań. Lubię swoje ciało, swoje krągłości, ale nie lubię swoich nadmiernie obciążonych stawów i nie lubię tego, że pompek nie jestem w stanie zrobić. Nie lubię swoich ataków słodyczowych i nie lubię tego, że nie mieszczę się w różne ubrania. Te 15 kilo dość konkretnie zmieni moją jakość życia i wpłynie na moje zdrowie. Poprosiłam koleżankę, żeby mi zdjęcie zrobiła. Kazała ściągnąć tunikę, co by było widać wcięcie. Ale widać też podwójny podbródek i krzywe kolana. Trudno :) Chodzi o porównanie.  Za parę tygodni zrobimy kolejne.

(xxx)

Po wielu latach wkurzania się na siebie i jedzenia mocno agresywnego, dorosłam do tego, żeby o siebie zadbać. Chcę sobie robić najlepsze możliwe posiłki i nie chcę już więcej jedzeniem załatwiać sobie czegokolwiek.
Emocje można rozładowywać na tyle innych sposobów, i ja te sposoby w większości znam. Więc po co to robić autoagresywnie?

W związku z powyższym nie boję się tej diety, nie boję się, że będę głodna, albo że nie dam rady. Jasne, że dam. Jak zdarzy mi się potknięcie, to następnego dnia wstanę, otrzepię się i pójdę dalej. Jakoś widzę to bardzo optymistycznie. A że dzisiaj idę na piwo z koleżanką? No coż - napiję się wody. Albo pół piwa w ramach dopuszczalnego buforu 200 kcal.

Jestem spokojna. Bo robię coś dobrego dla siebie.
W prezencie jedna z moich ulubionych piosenek Andrei Bocelli'ego, którą potem jedna ze Spicegirls zrobiła w anglojęzycznym coverze.
Ja wolę po włosku.






poniedziałek, 8 lipca 2013

133. Kleszcze, komary, gzy i ja

Dieta na razie pojechała na urlop. A może to ja. Wyjechałam na weekend, a jakby tydzień minął.

Jeszcze ruszał nóżkami, gdy mi go koleżanka wyjmowała pensetą pęsetą. Mojego pierwszego. Z miejsca dość intymnego, więc sama nie bardzo byłam w stanie. Pierwszego ever. Czarnego. Strasznego. Teraz jest czerwona kropka.
Kleszczom mówimy stanowcze nie.

Ale weekend był znakomity.
Jedzenie cudne, na tyle intensywne i wspaniałe, że dziś nad ranem mój żołądek odmówił współpracy. Ale wcześniej było długie spanie i cudne śniadania pod czereśnią. I czytanie najnowszej Donny Leon w oryginale (jak małe dziecko musiałam sobie pod nosem mruczeć, żeby zrozumieć, co czytam). I kilkadziesiąt kilometrów na rowerze po bagnach i lasach i komarach i gzach. Wydawało mi się, że wyssałam cały gzi jad. Niestety. Prawe nadręcze mam nieco napuchnięte. I swędzące, rzecz jasna.
I wiejski sklep z lodami i ciepłym piwem. I pan, który zdążył mi opowiedzieć połowę swojego życia, gdy czekałam na auto, które miało mnie zawieźć do domu, bo już zabrakło mi sił. "Ważą się losy mojego małżeństwa". 27 lat już żyje z żoną, 3 córki. Kiedyś było lepiej, dwie fabryki kafelków, a teraz to nawet Hortex upada. I nie leż dziecko na trawie, bo wilka złapiesz"

A niby tylko 100 km od Warszawy. No może 120. I wcale żadnego oceanu nie było. Tylko leżaczki, karty do brydża (czemu nie umiem, ach, czemu), rowery, komary i my.

A poza tym to brzuszek już prawie nie boli. Jutro trzeba grzecznie do pracy. A lato trwa. I oby sie za szybko nie kończyło.


piątek, 5 lipca 2013

132. Jestem na diecie -stop- biegam -stop- żyję -stop

Pierwsza wizyta u moje nowej dietetyczki Karoliny była po prostu pierwszą wizytą i niczego szczególnego w moim życiu nie zmieniła, poza tym, że od kilku dni znowu jestem w trybie kontrolowania tego, co jem. Ale nadzieję mam wielką, bo Karolina ma głowę na karku i sama jest reklamą swoich usług. No i poza wszystkim, najpierw słucha, potem mówi. A w zmianach nawyków (bo przecież o to chodzi w diecie), to chyba podstawa.

Przez prawie półtorej godziny zatem słuchała i notowała wszystkie moje dolegliwości, alergie i inne dotychczasowe osiągnięcia wagowe w obie strony. Zapisywała również rozmaite zalecenia. Ponieważ poszłam do niej przygotowana i miałam spisany tydzień jedzenia i picia, to od razu przeanalizowałyśmy moje błędy żywieniowe.

Tak, wiem, jem za dużo słodyczy. Dowiedziałam się więc, że trudno się dziwić, że pochałaniam ich tyle, skoro pozostałych produktów dostarczam sobie tak mało, że właściwie się głodzę. I że powinnam więcej warzyw. Bo nie jem ich prawie w ogóle. I nie chodzi o dwa plasterki pomidora na kanapce, ale o pomidor cały oprócz kanapki. Albo i dwa.

I że co najwyżej dwie kawy dziennie, kolejne zastąpić można zieloną herbatą. Ja zastąpiłam pokrzywą, bo lubię. A pokrzywa reguluje gospodarkę wodną organizmu. Bo kawa zabija poczucie głodu, co zasadniczo nie jest do końca sensowne, skoro głód wraca ze zdwojoną siłą.

No i że Coca Cola naprawdę nie jest zdrowa, ale to jakby wiedziałam już wcześniej. Bo kwas fosforowy. I że tego kwasu wypłukać nie można tak łatwo, a on sam wypłukuje wapń z kości. Na jedną puszkę Coli potrzeba 33 litrów wody. Przemówiło do wyobraźni. Choć nadal piję. O tyle dobrze, że Zero. No ale tak czy siak.

Zważyłyśmy mnie, a jakże, ale na razie czysto kontrolnie, dopiero w przyszłym tygodniu będzie prawdziwe ważenie i badanie zawartości tłuszczu w organizmie. I innych takich. Wtedy też mam dostać pierwsze przymiarki diety. Na razie wiemy, że będzie 5 posiłków i szósty opcjonalny wieczorem, 3 godziny przed snem. Ustaliłyśmy bardzo konkretne godziny. Wiemy również, że ja nie lubię gotować (to znaczy, ja to wiedziałam już od jakiegoś czasu, a Karolina dowiedziała się w poniedziałek). Ale zeznałam, że skoro chcę schudnąć, to może się trochę zmuszę. Trochę. I wiemy też, że ostatnio się ruszam, ale spokojnie mogłabym więcej.

Najważniejsze więc zalecenia na ten tydzień to: warzywa, sport i mniej śmieciowego jedzenia.
Staram się jak mogę, średnio mi idzie. Akurat sportu było mniej, bo na jeden trening kravki nie poszłam, a z warzywami jeszcze się nie pokochałam. Ale robię przymiarki, mierzę się z własną niechęcią do gotowania i z brakiem wyobraźni kulinarnej. I zjadam całego pomidora do kanapki. I udało mi się nie zjeść żadnej krówki w tym tygodniu, co jest wyczynem, gdyż mamy ich kilkadziesiąt kilogramów w pracy, w postaci krówek reklamowych.

Dzielna jestem, prawda? ;)

W niedzielę biegłam w She runs the night, 5-kilometrowym biegu nocnym wyłącznie dla kobiet. Sama idea wydawała mi się ciekawa, bo kobiet biegających jest coraz więcej. Zresztą akurat 5 km to dystans, który można zrobić bez przygotowania. I rzeczywiście się udało. Czas miałam lepszy niż wtedy, gdy jeszcze biegałam regularnie, bo 35:41, jestem z siebie całkiem zadowolona. Problem w tym, że czułam się tam kompletnie nie na miejscu, choć kobietą przecież jestem. Być może nie byłam targetem tego biegu i nie powinnam się dziwić, że prowadzący mówili do nas "podskakujemy, dziewczynki!", ale jednak mnie to raziło. Nie dość, że bieg zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, o czym nikt wcześniej nie poinformował, to jeszcze czułam się traktowana, jakbym miała lat trzynaście, długie warkocze, podkolanówki, ewentualnie tipsy na rękach i różowe spodenki. Jestem przekonana, że na męskim biegu nikt by sobie nie pozwolił na tak protekcjonalne teksty do uczestników.

No więc szkoda. Bieg mógł być fajną imprezą dla świadomych siebie kobiet, a stał się marketingowym spędem różowych dziewczynek, poganianych i infantylizowanych na każdym kroku ("no biegnijcie, biegnijcie, kochane!") i przyczynkiem - nie bez powodu - do wkurzenia kierowców wracających w niedzielny wieczór do stolicy i pewnie też części facetów biegaczy, niejako zaskoczonych taką dyskryminacją. To przecież prawda, co napisał jeden z moich znajomych na fejsie, że gdyby zrobić bieg tylko dla facetów, to środowiska kobiece by tego nie przeżyły. Podejrzewam, że położyłyby się rejtanem na ulicy, co by ich nie przepuścić.

Tymczasem dzisiaj jadę poza miasto, biorę prawdziwy rower dla dorosłych i będę udawać, że mam silne uda. Bo jadę z takimi znajomymi, co to mogliby robić jakieś biegi tytanów albo inne ultramaratony.  Pojechałam raz z nimi na narty i było mi wstyd, bo ja cienki bolek, a oni na czarnych trasach zaiwaniali raz za razem. Bałam się jak cholera na czerwonych nieco bardziej nachylonych, ale za to byłam we Włoszech, jeździłam po Dolomitach i czułam wiatr we włosach.

Myślę sobie, że życie jest piękne nawet wtedy, gdy człowiek się boi :) A dbać o siebie trzeba zawsze, bo jak ja o siebie nie zadbam, to nikt inny też nie będzie. Prosta zależność, prawda?
Dobrego weekendu!