niedziela, 30 czerwca 2013

131. Lumpiata piecze

Rzadko mi się zdarza robić cokolwiek w kuchni, ale dzisiaj zachciało nam się ciasta. Biorąc pod uwagę, że jutro idę do dietetyczki, to był ostatni moment, żeby coś upiec.

Przepis podstawowy dostałam od koleżanki, miało być na muffiny, ale nie mam formy muffinowej. Zrobiłam więc jako ciasto.

- 2 szklanki mąki, pół szklanki cukru, cukier wanilinowy, półtorej łyżeczki proszku do pieczenia
-  orzechy włoskie, laskowe i czekolada, doprowadzone młotkiem do stanu sypkiego w torebce strunowej.
- w drugiej misce pół kostki rozpuszczonego i lekko ostudzonego masła, dwa jajka i ponad pół szklanki soku z pomarańczy, świeżo wyciskanego.

Mieszamy razem, nie za długo, powinno mieć konsystencję gęstego jogurtu (rzecze koleżanka). Jakby co, dolać soku albo wody. Ja dolałam soku.

Na pół godziny do piekarnika 170 stopni w blasze z papierem do pieczenia, mnie wyszło z 35 minut, ustawiłam bliżej dołu niż góry. Sprawdzać patyczkiem, czy suche w środku.

Podawać z lodami. (sorbet malinowy Grycana na ten przykład)

(ja wiem, że dla niektórych takie ciasto to bułka z masłem. Trudności rzeczywiście nie ma w tym żadnej. Jedyny kłopot polega na tym, że trzeba się zmobilizować. Z gotowaniem jest trochę jak ze sportem, póki człowiek się zmusza, póty przyjemności nie ma żadnej. Wierzę, że kiedyś będzie inaczej. Na razie jestem po prostu dumna, że coś upiekłam. Smacznego!).






sobota, 29 czerwca 2013

130. Inkubacja, kobiety, zmiany i dietetyczka.

Jestem w okresie inkubacji. Różne rzeczy we mnie dojrzewają. Potrzebuję do tego spokoju i samotności i pewnie dlatego trochę mniej piszę. Wrzucę jednak kilka wątków, którymi się ostatnio zajmuję, przejmuję albo dojmuję.

Idę w poniedziałek do dietetyczki. Dużo się ostatnio ruszam, widzę zmiany swojego ciała, warto to wykorzystać, żeby schudnąć, zwłaszcza, że Hashimoto jest pod tym względem bezlitosne. Sport wystarcza tylko do nietycia. Nie chudnę. A niedawna zmiana leków hormonalnych spowodowała większy apetyt, więc muszę bardzo uważać.

Spotkałam się z potencjalnym promotorem doktoratu. Szukamy teraz oboje dobrego tematu, który będzie interesujący dla obojga. Socjologia internetu, rzecz jasna. Na przykład porównanie jakichś społeczności. Na przykład pod względem strategii i metod rozwiązywania konfliktów. Na przykład polskich i niepolskich. Potrzebuję inspiracji :)

Dziecko wyjeżdża w przyszłym tygodniu na obóz wędrowny po Alpach Rodniańskich. Bardzo mnie to cieszy, choć oczywiście liczę też już dni do jego wyjazdu do Houston i jakoś tak się dziwnie robi. Wylatuje parę dni po obozie, a następnym razem zobaczymy się na Thanksgiving, w drugiej połowie listopada.

* * *
Mam rosnące wrażenie, że kobiety aktywnie szukające partnera mają ogólny problem z postrzeganiem facetów. Kolejne teksty w Wysokich Obcasach, na przykład ten, mnie dość konkretnie załamują. Jest w tych manifestach jakieś wołanie o pomoc, niezrozumienie tego, że facet jest też człowiekiem i może mieć swoje emocje, i, co gorsza, może być jednostką równie wrażliwą i otwartą na nowe, co kobieta. Ja rozumiem, że rola kobiety w świecie i społeczeństwie się dość konkretnie zmieniła w ostatnich latach i że czasami ciężko odnaleźć równowagę między nowo nabytą siłą kobiecą, nowo nabytą wrażliwością facetów, a starymi zwyczajami jednych i drugich, ale to chyba nie jest powód, żeby protekcjonalnie pisać "jeśli jesteś tym jednym na milion to się zgłoś, napiszemy o Tobie, bo na pewno jesteś tego wart". Jak dla mnie jest w tym wiele niedojrzałości, wynikającej być może z tego, że obecne 30-latki miały raptem kilka lat w latach 90-tych, gdy ich ojcowie poszli zdobywać biznesy, handle i inne stanowiska. Zabrakło wzorców? Za dużo Bravo girl? Nie wiem, ale czuję więcej wspólnoty z  niby słabymi lub manipulanckimi facetami, niż z roszczeniowymi kobietami, pełnymi ukrywanych kompleksów.

* * *
Byłam wczoraj na spotkaniu fajnych babek. Mam takie grono, z którymi widuję się raz w miesiącu. Łączy nas znajomość z jedną z nas, która te spotkania zainicjowała. Raz w miesiącu gadamy na zadany wcześniej temat, jedna moderuje, reszta opowiada. Wczoraj tematem była zmiana. Zmiana w życiu, zmiana w sobie, zmiana innych, zmiana siebie. Kilkanaście kobiet opowiadało o swoich zmianach i o swoim podejściu. Kiedy wracałam po nocy rowerem z Kubka w kubek (ul. Grażyny, polecam dość wytrawny cydr i tort bezowy), pomyślałam sobie, że największe zmiany udały się tym z nas, które miały wsparcie w najbliższych. Faceta, który stał za plecami i mówił "dasz radę, a jak nie dasz, to przecież są tylko pieniądze". Partnera, który się nie bał i wieczorami przytulał. Rodzinę, która pozwoliła się poustawiać w nowej rzeczywistości.

Kolejna myśl, powracająca jak bumerang, to że zmienić można tylko samego siebie. Drugiej osoby nie zmusisz do zmiany, możesz co najwyżej wyrazić swoje oczekiwania i uczucia, ale jeśli ona nie będzie chciała, to nic z tego nie będzie. Jednak kiedy Ty się zmieniasz, to świat wokół Ciebie musi się jakoś dostosować. Więc praca nad sobą daje Ci swoistą władzę nad innymi. Uwielbiam tę świadomość.

Czasami ciężko jest porzucić sferę komfortu, choć dopiero poza nią człowiek się rozwija. Ciężko jest, bo lęk przed porażką bywa ogromny. No i różne uwarunkowania. Kredyty, dzieci i inne zobowiązania.
"Co byś jednak byś zrobiła, gdybyś się nie bała?" - pozwala wyjść ze swoich trudnych emocji i popatrzeć na nie z zewnątrz. To nie zmienia faktu, że rzucić pracę w korpo, żeby założyć własną kawiarnię, jest ciężko.

Niektórzy żyją zmianą. Są w ciągłym procesie. Zmiany są dla nich oczywistością.
Ja do nich w jakiś sposób należę.
I czuję całą sobą, że idzie nowe.

* * *
Zacznijmy więc od dietetyczki.

* * *

Mojave National Preserve


czwartek, 20 czerwca 2013

129. Nic się nie zmieniłaś

Na początku tego tygodnia miałam dość niezwykłe spotkanie.

Umówiłam się bowiem ze swoim nauczycielem z piątej klasy, a konkretnie z CM2 w niewielkiej szkole podstawowej w Alzacji. Pan Baldeweck przyjechał z żoną na pielgrzymkę do Polski i spotkaliśmy się na jakieś półtorej godziny, może dwie, w ramach ich kolacji w Warszawie.

Poznaliśmy się 25 lat temu, ostatni raz widzieliśmy się dwa lata później, gdy wyjeżdżałam z Francji. Swoją drogą dziwnie mi pisać o ćwierćwieczu, skoro mam raptem 35 lat. Próbowaliśmy utrzymywać kontakt. Najpierw pan Baldeweck wysyłał mi listy i paczuszki do Polski, wrzucając do nich książki, co bym nie traciła kontaktu z językiem, słodycze, bo początek lat 90-tych nie był przecież różowy i jakieś prezenciki. Kiedyś, pamiętam, dostałam od niego perfumy. Miałam kilkanaście lat, może traktował mnie trochę jak córkę? Sam ma dwóch synów, trochę ode mnie starszych (moja siostra chodziła do klasy z młodszym z nich), żonatych i dzieciatych.

Kontakt nam się trochę urwał, gdy stawałam się dorosła, ale już na samym początku mojego funkcjonowania w internecie odnalazłam jego żonę, na stronie szkoły podstawowej, w której ona uczyła. Nie byłam pewna, czy to ona, ale napisałam. Odezwała się, zachwycona tym naszym wirtualnym spotkaniem. Pan Baldeweck nie korzysta z internetu, jego żona i owszem, zwłaszcza, że od 12 lat jest na emeryturze, więc ma wiele czasu. Być może wynika to z tego, że on ma coraz słabszy wzrok, a ona jest trochę jego oknem na świat. I tak od maila do maila, pisałyśmy do siebie przez te lata, ona mi opowiadała, co słychać w Alzacji, a ja jej opowiadałam, co jakiś czas, jak tam się moje życie toczy. Czytała to potem na głos mężowi i spisywała jego reakcje. Parę lat temu, pani Baldeweck trafiła na Facebooka i od tego czasu mamy stały kontakt.

Kiedy raz przejeżdżałam autem przez Benfeld, ponad 10 lat temu, rodzinnie jeszcze i w drodze na południe Francji, nie zajechałam do nich. Jakoś było mi głupio, nie umówiłam się, nie miałam numeru. Trudno powiedzieć. I choć pokazałam miasteczko byłemu mężowi i bardzo młodemu wówczas synowi, a nawet udało nam się pokłócić na tyle skutecznie, że zostałam sama, bez kurtki, bez telefonu, bez pieniędzy nad lokalnym jeziorem na jakieś 2 godziny (a był to koniec marca), to nie dotarłam do p. Baldewecków. Zamierzałam to zrobić, skorzystać z nich jako opcji ratunkowej, ale były mąż się zlitował i wrócił po mnie. A potem już nie było okazji.

Rok temu mieli przyjechać na wycieczkę po Polsce, ale w przeddzień wyjazdu umarła siostra pana Baldewecka i odwołali wyjazd. I dopiero teraz się udało, wycieczka 70 osób (głównie emerytów) po polskich kościołach i miastach i oczywiście do Auschwitz.

Powspominaliśmy różne wydarzenia, siedząc przy stołówkowym stole restauracji hotelu dwugwiazdkowego na Wilanowie (całkiem niezłe jedzenie dostali, a nawet po Żywcu do tego). Podobno już wtedy byłam gadułą. Oraz kiedy poszłam do szóstej już klasy (pan Baldeweck uczył mnie tylko przez rok), do gimnazjum, to miałam okropną panią od francuskiego. I przychodziłam do p. Baldewecka z anegdotami. Ja ich nie pamiętam, ale on jak najbardziej. Kiedyś na przykład pani Schneider miała mieć wizytację na lekcji. Podeszła do mnie i powiedziała lodowatym głosem, że mam się nie odzywać i mam siedzieć cicho w czasie wizytacji, bo inaczej da mi popalić. No to siedziałam cicho. A ze mną cała klasa, mocno przerażona. Wizytator napisał, że klasa bez życia, cicha i nieaktywna. A byliśmy wówczas najbardziej głośną klasą w szkole.

Ja natomiast przypomniałam mu, że gdy miałam właśnie pójść do gimnazjum, to poradził mi, żebym na zgłoszeniu wpisała, że pochodzę z rodziny "dialektofońskiej", czyli mówiącej po alzacku w domu. Że dzięki temu dostanę lepszego nauczyciela od niemieckiego i będę w lepszej poziomem klasie. Tak też zrobiłam, nikt oczywiście tego nie weryfikował i byłam zapewne pierwszą Alzatką z nazwiskiem Cywińska ;)  Faktem jednak jest, że nauczyciele w tej klasie byli lepsi, poziom języków (pół klasy miało oprócz niemieckiego angielski) był wyższy, i ... jeszcze jedna różnica była znacząca, ale wiem, że podkreślanie jej jest dzisiaj mocno niepoprawne politycznie. Trudno, uznacie mnie za rasistkę. Klasy dialektofońskie nie miały obcokrajowców, a w szczególności dzieci z Maghrebu, których wówczas było bardzo wiele w Alzacji. I to sporo zmieniało w życiu klasy (wiem, o czym mówię, bo w piątej klasie mieliśmy ich siedmioro na 30 osób). Relacje z nimi nie należały do prostych, głównie dlatego, że chłopcy byli agresywni, a dziewczynki ... pachniały wyjątkowo nieładnie. Dzieciaki też były bardzo często nieobecne, z powodu jakichś świąt muzułmańskich, a w czasie Ramadanu (na szczęście Ramadan wypada najczęściej w czasie wakacji) były wręcz nieznośne. Wyobrażam sobie, jak trudna musiała być ich asymilacja, a nawet integracja w naszym alzackim, małomiasteczkowym i mocno zamkniętym środowisku. Nie udało mi się poznać żadnej z tych osób bliżej, nie pchałam się, bo węch mam wrażliwy, ale tajemnicą Poliszynela było to, że w klasach bez dzieci pochodzenia arabskiego, poziom jest wyższy, a lekcje WFu przyjemniejsze.

Pan Baldeweck wiedział, co robi. Ja tę świadomość nabrałam dopiero po latach. Byłam blondynką o jasnej cerze i nie uważano mnie za obcą. Zwłaszcza, że oceny miałam bardzo wysokie, a skłonności liderskie od kołyski. Tam to się ceni. Kultura sukcesu.

Tymczasem kiedy tak rozmawialiśmy sobie przy stole w poniedziałek, w którymś momencie włączyła się do rozmowy pewna pani siedząca dwa krzesła dalej.
- Czy Ty jesteś Maria? Czy grałaś może na flecie?
Tak, oprócz swojego nauczyciela z podstawówki spotkałam jeszcze panią, która mnie uczyła grać na flecie altowym. Jeździłyśmy na konkursy razem. Ona mi akompaniowała na pianinie, a ja piszczałam sobie różne barokowe i skoczne utwory. Po dziś dzień mam je w palcach.
Musi wiele razy je wówczas grałam.

- No tak, Mario, mówiłaś do mnie per Ty, a teraz per Pani się do mnie zwracasz - powiedziała z pretensją.
- Ojej, przepraszam, nie pamiętałam. To wina moich rodziców.
- Dlaczego?
- Za dobrze mnie wychowali.

Kiedy już wychodziliśmy z restauracjo-stołówki, Pan Baldeweck się uśmiechnął:
- Ludzie się mnie pytają, kim jesteś.
- Niech Pan mówi, że jestem Pana "copine" [francuskie wieloznaczne słowo na koleżanka, czasami dziewczyna]. Że Pan mnie poznał, zanim poznał żonę - uśmiechnęłam się do tej ostatniej, idącej z nami.
- Nic się nie zmieniłaś, Mario. Ciągle ta sama dziewczynka, która potrafi rozśmieszyć na zawołanie - skomplementował mnie.
Chwalili się mną wszystkim obecnym, a w szczególności księdzu wikaremu z Benfeldu, który do mnie przemówił czystą polszczyzną. No tak, Polak im się trafił w parafii. Lokalnych zabrakło ;)

Tylko na jedno pytanie pana Baldewecka nie potrafiłam odpowiedzieć z sensem.
- Dlaczego nie poszłaś na studia ścisłe? Przecież byłaś do tego stworzona.
- Ach, wie Pan, ludzie są bardziej interesujący niż jakaś chemia albo biologia. W naukach ścisłych trzeba po prostu znaleźć odpowiedź. Tak albo nie. A z ludźmi to nigdy nic nie wiadomo.

No ale tak naprawdę, to nie wiem, czemu nie poszłam.



(na zdjęciu pracownia chemiczna w amerykańskiej szkole mojego syna)  



poniedziałek, 17 czerwca 2013

128. Lubię nie być

Na Polu Mokotowskim komary. Szczególnie po 19tej. W ilościach niezliczonych. Płyny i inne spreje działają przez krótką chwilę i to tylko tam, gdzie się popsikało.
Jestem zatem pogryziona.
Jak i tysiące innych ludzi, bo Pole Mokotowskie wygląda w tym roku jak Gorlitzer Park w Berlinie, czyli ludź na ludziu, kocyk na kocyku, rowery, dzieci, psy, badmintony i frisbee. I ogromna kupa śmieci wokół malutkiego kosza. Z dużą liczbą butelek po alkoholu, więc najwyraźniej straż miejska nie jeździ nadmiernie precyzyjnie.

Cieszę się, że Warszawiacy odzyskują przestrzeń publiczną. Z roku na rok coraz więcej imprez i to wcale nie ogólnomiejskich. A to targ śniadaniowy, a to święto ulicy Narbutta, a to spacery, wycieczki i inne parady. Ciekawa jestem, czy w innych miastach też tak się rozwija, że coraz więcej osób poza domem, w parkach, knajpach i na boiskach. Nie wiem, czy jest to objaw bogacenia się społeczeństwa (knajpy na pewno, ale przecież siedzenie w parku nie wymaga ogromnych inwestycji), czy może rosnącego poczucia wspólnoty i współdzielenia przestrzeni, dość jednak powiedzieć, że miasto żyje.

Kiedy jednak wszyscy wychodzą na dwór (lub też na pole, nie bądźmy lokalnymi ksenofobami), ja wolę posiedzieć we własnym domu, najchętniej w łóżku i robić nic. Ewentualnie jakieś porządki, pranie, od biedy coś ugotować, a na pewno poczekać na zakupy z e-Tesco. Coraz częściej łapię się na tym, że wolę sama. Że impreza jest fajna przez pierwszą godzinę, a potem już chcę do domu. Że do knajpy bardzo chętnie, ale w ograniczonym towarzystwie. I nie wiem, czy to wynika z mojego wewnętrznego autyzmu, czy mam aktualnie taki etap, że lepiej mi z dystansu. A może mam zaburzone widzenie rzeczywistości, skoro przecież w zeszłym tygodniu widziałam się z ogromną liczbą osób, co chwila, codziennie. Z jednego spotkania na drugie, a po drodze kravka.

Sama już nie wiem, co przeważa - czy fakt, że zasadniczo nie lubię ludzi, czy jednak moja immanentna  potrzeba kontaktów społecznych. "Bo Ty lubisz być w centrum uwagi" - mówi bardzo sensownie koleżanka.

Ale równie mocno lubię nie być.

"Żona myśli, że jestem u kochanki. Kochance mówię, że muszę pobyć z żoną. A ja sobie idę cichutko do biblioteki i mam święty spokój"

* * *
W weekend obejrzałam kilkanaście odcinków Breaking Bad.
Byłam tam. Dokładnie dwa miesiące temu. Chciałabym znowu.






wtorek, 11 czerwca 2013

127. PRISM, prywatność i e-reputacja

One can survive everything, nowadays, except death, and live down everything except a good reputationOscar Wilde. 

Cała afera wokół PRISM mnie jakoś wewnętrznie śmieszy. Złośliwy chichot mnie ogarnia.

Czy naprawdę ktoś z Was sądził, że w internecie jest miejsce na jakąkolwiek prywatność?
Nie wiem, co i w jakim zakresie jest śledzone przez amerykańskie służby wywiadowcze, ale nawet gdyby mieli indeksować wszystkie moje prywatne rozmowy na fejsie albo moje maile na gmailu, to nie widzę w tym nic zaskakującego. Przecież internet jest przestrzenią publiczną, a ja każdym swoim słowem oddaję kawałek siebie serwisom, serwerom i innych serwitudom.

Co gorsza, chciałabym zwrócić Waszą uwagę na to, że każdego dnia pozwalacie się śledzić również poza internetem, gdy używacie telefonów komórkowych i wtedy, gdy przykładacie kartę miejską do czytnika lub bramki w metrze. Kamery Was rejestrują pod sklepami i w sklepach, na stacjach benzynowych i na większych skrzyżowaniach. Karty kredytowe archiwizują Wasze płatności, ich lokalizacje i treść. Serwery kolekcjonują Wasze IP, a sklepy Wasze zwyczaje  konsumenckie.  Całe nasze życie indeksuje się dość precyzyjnie. Czy potem ktoś z tego korzysta i w jaki sposóļ to robi, to oczywiście inna sprawa. Ale przecież nie należy mieć złudzeń, że w czasach przestrzeni wirtualnej jest miejsce na jakąkolwiek prywatność.

Prywatność jest zresztą w moim przekonaniu dość archaicznym konceptem.
I kiedyś już o tym pisałam, ale powiem raz jeszcze - jestem przekonana, że prędzej czy później, ktoś, kto nie jest do wyguglania lub znalezienia w internecie, ktoś kto rozpaczliwie dba o swoją prywatność będzie mniej wiarygodny dla banków, pracodawców i przyszłych małżonków. (z tym ostatnim oczywiście można polemizować, zwłaszcza, że napisałam to po to, żeby rytm zdania zachować ;).

Ale poważnie, jeśli chcesz być wiarygodny, buduj rozważnie swoją obecność w internecie, regularnie sprawdzaj, co o Tobie piszą i jak się wyszukujesz. Internet trzeba karmić, a nie przed nim uciekać. Od tego może zależeć kiedyś Twój kredyt albo pensja.
Czas to pieniądz - to sformułowanie bardzo XX wieczne.
Myślę, że warto wrócić do stwierdzenia, że nie ma nic cenniejszego niż reputacja. A e-reputacja tym bardziej, bo ją o wiele trudniej naprawić.


Nie ma więc sensu płakać nad rozlanym mlekiem - prywatności już właściwie nie mamy. Let's move on! Skupmy się na tym, żeby nasze stale dokumentowane i indeksowane życie odzwierciedlało te nasze cechy, którymi chcemy się dzielić z innymi. A zatem nauczmy się "ubierać" w internecie - adekwatnie do sytuacji i potrzeb. Nazwisko powinno guglować się w garniturze, pseudonimy w grach mogą być bardziej na luzie. W trampkach. A jeśli zdarza Ci się wchodzić na serwery pornograficzne, to rób to maksymalnie anonimowo. Nagość się wszak znakomicie sprzedaje, niezależnie od tego, czy odbywa się w hotelu, czy na redtube. 

Swoją drogą myślę, że jest tu całkiem spora nisza szkoleniowa.  
Oraz przestrzeń dla firm czyszczących. 




sobota, 8 czerwca 2013

126. A ja sobie leżę

Zza okna różne dźwięki.

Delikatny canon Pachelbela u sąsiadów i zapach kadzidełek.
W ogródku jordanowskim jakiś festyn, pan mówi przez mikrofon i leci rumuński przebój dragostea din tei (pamiętacie? numa numa jej?). Za daleko jednak, żeby docenić linię melodyczną ;)
Na jezdni motocykle się rozpędzają i wkurzają tym wszystkich wokół.

A ja sobie leżę i przymierzam się do kolejnego odcinka Breaking Bad.

Rano odprowadziłam dziecko na pociąg (pojechało do babci na parę dni), wcześniej nabywając miłe dla niego gifty z okazji bardzo dobrych wyników na egzaminach końcoworocznych w amerykańskiej szkole (wczoraj przyszły oceny). Potem odebrałam pakiet startowy na jutrzejszy bieg nocny. To tylko 5 km, więc zamierzam zrobić je z marszu. W sumie ciekawa jestem, jak z moją biegaczą kondycją - nie zrobiłam nic od listopadowego biegu niepodległości, który był jakąś niefajną porażką emocjonalną, o czasie nie wspominając.

I jeszcze zajechałam po wyniki do laboratorium. Większość bardzo dobra, nawet TSH wydaje się być ujarzmione. Tylko przeciwciała tarczycy mocno podskoczyły. Teraz już przekraczam normę 23-krotnie :) No ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Przyzwyczajam się do myśli, że już nigdy nie uda mi się schudnąć, bo o ile pozostałe objawy udaje się mniej lub bardziej ogarniać (stany depresyjne, sucha skóra, wypadanie włosów, zimno-ciepło, opuchnięcie, totalny brak energii i niechęć do życia), to metabolizm przynajmniej w moim przypadku się ostro stawia, a konkretnie to strajk włoski uskutecznia.
Pocieszam się, że skoro niedziałająca tarczyca spowalnia wszystkie procesy, to pewnie dzięki niej wyglądam tak młodo ;)  

Dobrze, że przynajmniej się trochę ruszam, bo wcześniej to tyłam od samego powietrza.
("ludzie nie tyją od powietrza - chłodno stwierdziła kiedyś pani endokrynolog - a od jedzenia")

Miłej soboty!





piątek, 7 czerwca 2013

125. Codzienność mnie dopadła

Dziecko w domu, życie nabiera nieco innego tempa.
Smakujemy czas, jaki mamy dla siebie, zwłaszcza, że przecież w ciągu dnia ja pracuję, a i popołudniami miewam jakieś plany i spotkania. On zresztą też.

Wczoraj rozpakował i porozkładał zakupy. Dzisiaj zrobił naleśniki. Jutro zamierza mi lampkę w łazience podłączyć. Tak, wiem. Bez dwóch zdań 15 lat temu trafiłam na dość dobry egzemplarz. Miałam dużo szczęścia.

Tymczasem odkryliśmy, jak trudno jest kupić w Warszawie bilet miesięczny, gdy się nie chodzi tutaj do szkoły. Najdłuższy czasowy, jaki można kupić w automacie, to 3-dniowy. Nie ma już tygodniowych (a szkoda). Miesięczny wymaga posiadania spersonalizowanej karty imiennej. Tę kartę zamawia się przez internet i za dwa dni można ją odebrać. Żeby jednak zakodować na niej bilet ulgowy, należy wylegitymować się legitymacją szkolną, której mój syn z przyczyn oczywistych nie ma. Można również okazać kartę ISIC, ale tę kartę załatwia się w miejscu zamieszkania (i tam też musi zostać wysłana, gdy się zamawia ją przez internet).
Bilet miesięczny dla dorosłych kosztuje 100 zł.
Bilet na okaziciela dużo dużo więcej.

W związku z powyższym pożyczyliśmy dzisiaj rower od mojej przyjaciółki i zamierzamy być eko. Oboje. Ja na Stridzie, on na rowerze ;)

A poza tym to zajrzałam w końcu na kartę kredytową. Nie jest fatalnie. Postanowiłam więc, że  podliczę sobie wszystko precyzyjnie, co by wiedzieć, ile poszło na benzynę, ile na ubrania i inne gifty, a ile wydałam tak po prostu. Będę to spłacać dość długo, ale nie przekroczyłam nadmiernie planowanego budżetu (jeśli można w ogóle mówić o jakimś budżecie).


- to gdzie planujesz pojechać za rok? - spytała przyjaciółka
- za rok to ja bym chciała być w Kalifornii - odparłam odruchowo.

No chciałabym.


wtorek, 4 czerwca 2013

124. Krav maga

notka dedykowana Laurze

Boli mnie dosłownie wszystko.
Nogi, uda, kolana, piszczele, ramiona, kark, klatka piersiowa, łokcie, przedramiona i nawet brzuch pobolewa. Siniaki mam na tyle wielkie, kolorowe i piękne, że w sumie dobrze, że nie mam męża ani partnera, bo mógłby mieć kłopoty. Ten na prawej piszczeli (siniak, nie mąż) ma już z 15 centymetrów średnicy, wczoraj został bowiem poprawiony, acz nie bardzo wiem kiedy. 

Poprawiony, bo miałam egzamin. 
Z krav maga, rzecz jasna. 

Od 18tej ćwiczyliśmy na sali gimnastycznej stanowczo za małej jak na tę liczbę ćwiczących (kilkadziesiąt osób na pewno, może nawet setka). Skończyliśmy po jakichś czterech godzinach. Z przerwami bardziej niż krótkimi. Masakra, mówię Wam, trening w saunie o zapachu męskiego potu. Podłoga (drewniana) była mokra i śliska. A gdy ćwiczyliśmy duszenie w parterze, to ktoś mi stanął na włosach. I w nos dostałam raz porządnie. Radości wiele.  

No ale - first things first - zdałam!!!! Zdałyśmy wszystkie. I te dziesięcioletnie dziewczynki też. Na ten sam stopień, co my. P1. (tak, mnie również przeszło przez głowę, że gdybym zaczęła ćwiczyć, gdy byłam w ich wieku, to teraz byłabym nie tylko wysportowana, ale jeszcze dużo bardziej zaawansowana, albo co. No ale nie zaczęłam.)

Ze sportem u mnie bywało różnie. Miałam 6 lat, gdy zaczęłam bywać na jakichś zajęciach gimnastycznych, szpagat potrafiłam zrobić i sznurek też. Fikołki, te sprawy. Potem judo było, ale przestałam chodzić, bo mnie głowa bolała. Żółtego pasa nie zrobiłam. W trzeciej i czwartej klasie był basen raz w tygodniu, wieczorami. Z rodzeństwem. Jako 11-12 latka całkiem sporo ćwiczyłam, już we Francji. Miałam gimnastykę artystyczną kilka razy w tygodniu i choć sukcesów nie odnosiłam żadnych, zapewne z powodu totalnego braku koordynacji i stanowczo za długich kończyn, to potrafiłam zrobić fikołek na równoważni i kilka gwiazd jedną po drugiej. I różne inne dziwne rzeczy. 

Potem jednak przyjechałam do Polski, a tu jakoś ze sportem było kiepsko, przynajmniej w moim otoczeniu. Więcej czasu spędzałam w kościele niż na boisku, a co dopiero na sali gimnastycznej. W szkole średniej grałam w siatkówkę, wzrost oblige, ale szybko wykryli mi Scheuermana w kręgosłupie, albo coś równie dziwnie brzmiącego i kazali przestać. Z panią od WFu wynegocjowałam, że będę miała piątkę na świadectwie maturalnym, jeśli nie przestanę chodzić na SKS w sobotę i będę pomagać reprezentacji szkoły w siatkówce. No to chodziłam. Czasami. 

Następnie studia, obowiązkowy WF, jakaś siłownia chyba i korektywa, bo zawsze miałam krzywe kolana. Ale szybko zaszłam w ciążę (to też sport?). Z rocznym dzieckiem jeździliśmy na wyprawy rowerowe, po kilkadziesiąt kilometrów dziennie, ale od tego nie ma się jakiejś wybitnej kondycji, co najwyżej grube łydki. Zresztą już wtedy miałam kłopoty z tarczycą i całkowity brak energii na cokolwiek, a co dopiero na sport. Dziękowałam bogu, że mieszkam na parterze, bo na trzecie piętro bym się nie wspięła. 

Moje pierwsze regularne ćwiczenia to bieganie, parę lat temu, udało mi się zrobić trzy biegi miejskie po 10 km. Najbliższy bieg w niedzielę, 5 km nocą dla kobiet. Potem zaczęłam chodzić na basen - zawsze kochałam wodę. No i teraz krav maga. Od lutego.

I to był strzał w dziesiątkę. Jest to sport idealnie stworzony dla mnie. Mogę nareszcie rozładować swoją energię, mogę nauczyć się kontrolować swoje odruchy i kierować swoją siłę dokładnie tam, gdzie tego chcę (z tym mi idzie jeszcze różnie, dziewczyny poświadczą... Gosiu, nie chciałam! Ten siniak na piszczeli był całkowicie przypadkiem!!!).

Uczę się technik, które mogą mi kiedyś ułatwić ucieczkę albo nawet mnie uratować. I uczę się wytrzymałości. Na ból, na zmęczenie, na dekoncentrację. Krav maga wymaga zresztą nie tylko siły i zwinności, ale również inteligencji i spostrzegawczości. A dodatkowo mogę się napierdalać z koleżankami i kolegami i mieć z tego ogromną przyjemność. Siniaki są swoistymi trofeami. Szczególnie teraz, na początku. Natomiast świadomość tego, że potrafię coraz więcej i mam coraz lepszą kondycję i że kiedyś na pewno dam radę zrobić chociaż tę jedną pompkę, a może nawet pięć - no więc ta świadomość jest uroczo motywująca do dalszych ćwiczeń. 

Więc kiedy wczoraj, po trzech godzinach ćwiczeń, mieliśmy się podzielić na trzech atakujących i jednego broniącego, to zgłosiłam się pierwsza na rolę rodzynka, i popędzałam swoje koleżanki, żeby mnie lepiej dusiły i waliły. Bo ciągle było mi mało. Patrzyły na mnie jak na debilkę i wcale im się nie dziwię.  

Krav maga to pierwszy od jakichś 20 lat sport, który naprawdę lubię. 
I nie ćwiczę, żeby schudnąć. Nie biegam, bo za bardzo lubię jeść. Nie chodzę tam z poczucia obowiązku i powinności. Lecę jak na skrzydłach (a konkretnie to jadę na rowerze, ale wizja skrzydeł do mnie bardziej przemawia. Przyjmijmy roboczo, że jest to rower ze skrzydłami, dobra?) i w swoim kalendarzu bardzo chronię tych terminów. 

We wtorki i czwartki nie mogę, bo mam kravkę. 




poniedziałek, 3 czerwca 2013

123. Młody zostaje tam

Przyleciał.

Skończył rok szkolny, zdał wszystkie egzaminy ("finals") i zaliczył ostatnie koncerty z orkiestrą i zespołami, w których gra na perkusji i innych kotłach, bębnach oraz wibrafonach. Leciał samodzielnie, bo jego ojciec musiał być wcześniej w Polsce. Martwiłam się tylko trochę - przecież kiedy się ma 15 lat, taki lot jest przede wszystkim przygodą, zwłaszcza, gdy we Frankfurcie jest przewidziana 3-godzinna przesiadka. Tymczasem nie wpuścili go do business lounge'u, choć miał odpowiednią kartę. Powiedzieli mu też, że jego rezerwacji nie ma w systemie, ale na szczęście zaraz znaleźli. Śmieszne - opowiadał o tym, jakby to było normalne. Zero nerwów. Niewiele stresu. Uwielbiam go za to.

Mówi, że się wynudził okrutnie, ale udało mu się zjeść frankfurterkę i frytki. Miał 10 euro na obiad.
- No i przydała się moja znajomość niemieckiego - pochwalił się, gdy wchodziliśmy do domu.
- A mianowicie?
- W samolocie powiedziałem do stewardessy "Wasser, bitte".

Przyleciał na 7 tygodni. W drugiej połowie lipca wraca do Houston i zabiera stąd kolegę, na 10 dni. A potem jeszcze dwa tygodnie na swobodne imprezowanie ze znajomymi i... zaczyna nowy rok szkolny. Tak, nie pisałam o tym wcześniej, ale podjęliśmy w kwietniu decyzję, że Młody zostaje w Stanach na 10tą klasę. Skoro jest taka możliwość i skoro firma chce za to płacić niemałe pieniądze, grzechem byłoby nie skorzystać. W Polsce nie ma takiej szkoły. I choć wiem, jakie krążą stereotypy o amerykańskim systemie edukacyjnym, to Młody trafił do dobrej szkoły międzynarodowej, z wysokimi wynikami w rankingach, ze znakomitą kadrą nauczycielską i bardzo rozsądnym sposobem wychowywania.

Nauki ma bardzo dużo, o niebo więcej niż w Polsce, bo tam nie ma możliwości, żeby się prześlizgnąć lub nauczyć tylko trochę. Towarzystwo jest bardzo międzynarodowe i dużo ciekawsze niż ta nasza warszawska młodzież z dobrych domów, with all due respect dla jednych i drugich. Widzę, że Młody się rozwija i że ma pasje, które w ten czy inny sposób są doceniane przez jego rówieśników. Widzę też, że w tamtej kulturze sukcesy są traktowane jako sukcesy, a nie jak kolejny powód do sarkastycznych komentarzy. Tam szkoła nie jest survivalem, gdzie wygrywa ten, kto potrafi najbardziej złośliwie się odgryźć lub najboleśniej skomentować. Tam w szkole należy się uczyć i nauczyciele dbają o to, żeby nie było za dużo czasu wolnego. A uczniowie są w zdrowy sposób ambitni i otwarci na nową wiedzę. Już teraz, po jednym roku szkolnym, słyszę od syna, że chce się uczyć, bo to jest ciekawe i sprawia mu przyjemność. Nawet jeśli jest też męczące i bywa trudne.

Rzecz jasna w takiej szkole życie towarzyskie kwitnie, jak w każdej innej - pierwsze miłości, pierwsze rozterki i różne inne małe wielkie dramaty. Kiedyś mi powiedział, że jest tak jak w filmach amerykańskich. Szafki na korytarzach, obiady przy wspólnych stołach, mecze drużyny szkolnej, bale i dyskoteki, albumy roczne i wspólne eksperymenty na biologii. I komórki trzeba zostawiać w szafkach w ciągu dnia, za to od 9 klasy musisz mieć własny komputer.

Momentami mam wrażenie, że Młody wylądował w swoistym internacie. Szkoła - dom. Dom - szkoła. Zwłaszcza, że Houston nie jest miastem, po którym można się szwendać i łazić po barach. Po zajęciach jedziesz do domu, masz jeszcze ze dwie trzy godziny nauki, a na imprezy jest ewentualnie czas w piątki. Po południu. Bo potem trzeba jeszcze jakoś wrócić. Być może ten układ się zmieni w 10 klasie, gdyż od 15 roku życia można mieć prawo jazdy, więc mobilność wzrośnie diametralnie z każdym kolejnym samochodem w klasie. Ale nauki na pewno nie ubywa. Wręcz przeciwnie. Więc jakoś się nie martwię.

No więc przyleciał. Na wakacje.
Urósł trochę, ma już ponad 170 cm.
Mówi, że szóstkę Weidera zaczął ćwiczyć przed egzaminami i chciałby skończyć.
Rozpakował się od razu i pochował rzeczy do szafy. Sam z siebie.
A w prezencie na Dzień Matki przywiózł mi ścieżkę dźwiękową z Wielkiego Gatsby'ego. Słuchaliśmy razem i tłumaczył mi różnice między dubstepem i abstrakcyjnym hip hopem jazzowym. Czy jakoś tak.

(this post has been reviewed and approved by the main character)

Na lotnisku. W Warszawie. 


sobota, 1 czerwca 2013

122. Nie szukam. Nie czekam.

Dziecko przylatuje jutro po południu.

Siedzę więc w domu i trochę sprzątam, wykorzystując swoją pozytywną motywację do pozbycia się niektórych gratów. Mieszkam tu już kilka dobrych lat, rzeczy przybywa zamiast ubywać, a ja nie umiem wyrzucać. Zawsze mi się wydaje, że coś może się jeszcze przydać, jak nie mnie, to komuś innemu i w ten sposób jest u mnie góra niepotrzebnych przydasiów i innych durnostojek.

Wyhamowałam już konkretnie pourlopowo. Jeszcze niewiele się zmieniło w moim życiu, ale w głowie mam uporządkowane przegródki i nic z nich nie wystaje - już się raczej nie potknę. Wiem, czego chcę, a z tym zawsze miałam największy problem. Bo póki nie wiedziałam, póty się miotałam. A jak już dochodzę do prawdziwych swoich motywacji, to potem idzie. Czasami powoli i pod górkę, ale zasadniczo do przodu.

Więc mam kilka konkretnych sfer życiowych do ogarnięcia. Porządek w mieszkaniu i pozbycie się niektórych ubrań, książek, przedmiotów kuchennych, być może mebli jest jednym z elementów. Muszę mieć czysto wokół siebie, żeby móc napisać to, co chcę napisać. Stąd ograniczanie facebooka, stąd wyhamowywanie kontaktów towarzyskich, które mi nie służą i stąd przekonanie, że muszę dość gwałtownie zmienić dietę - bo cukier i węglowodany mnie zwyczajnie zamulają.

Z tymi kontaktami towarzyskimi jest śmiesznie - niektórych bardzo chcę spotykać, innych dużo mniej. Zrobiłam się jakoś wybredna i coraz bardziej cenię sobie czas samotniczy. Spacery po Warszawie. Krav maga. Słuchanie muzyki i oglądanie seriali. Na portalach randkowych bywam, czemu nie, ale jestem dużo mniej poszukująca, dużo bardziej reaktywna. Co oczywiście nie zmienia faktu, że w tym tygodniu codziennie coś robiłam po pracy, jakieś spotkania, sporty i inne imprezy, a w czwartek pojechałam na całodniową wycieczkę rowerową. Chodzi może nie tyle o liczbę tych kontaktów, ile o ich jakość oraz o moją własną postawę.

Nie szukam. Nie czekam. Nie proszę. Za to jestem niezwykle otwarta na nowe. I niektórzy z tego korzystają. Ci, co wiedzą, jak :)

I jeszcze jedno spostrzeżenie - Warszawa jest zupełnie inna, gdy nie jeździ się autem. Jest przyjazna, pełna życia i młodych ludzi. Jest zielona, pozytywna i zakręcona. Jest dziurawa, męcząca i głośna, choć nie zawsze tam, gdzie człowiek się tego spodziewa. A komunikację miejską mamy całkiem poprawną. Znajomi pytają, kiedy kupię samochód albo motocykl. A ja nie bardzo wiem, co powiedzieć, bo nie mam żadnej motywacji do podjęcia tej decyzji.

Wczoraj przeszłam się ulicą Filtrową, od Filtrów do Niepodległości. Wieczorem, światła się paliły, w niektórych oknach nie było zasłon. Jakaś pani wyjmowała właśnie ciasto z piekarnika. Pan wyszedł na spacer z psem, w sandałach. Bez skarpet. Młody człowiek przejechał na rowerze, słuchał muzyki. A ja sobie szłam i napawałam się zapachem późnej wiosny.

Jest dobrze tak, jak jest.