piątek, 31 maja 2013

121. Zawyżam wyniki

Jakieś dziwne rzeczy ostatnio robię. Nie wiem, czy to wynika z mojej odwiecznej potrzeby wyróżniania się (zainicjowanej lata temu przez naturalny wzrost, nieco nadmierny, która to dziwaczność rozlała się na inne sfery życiowe), czy też po prostu życie składa się z zaskakujących wydarzeń, które w sumie tworzą szczęście. Mam jednakowoż wrażenie, że moja codzienność odbiega nieco od takiej normalnej, gdy chodzisz do pracy, potem w drodze do domu robisz zakupy, gotujesz zupę i oglądasz polskie seriale na jedynce. Albo na dwójce. W sumie nie wiem, które lepsze.

Przede wszystkim ja nie gotuję. Ani zup, ani nawet drugiego dania. Za to zakupy zaczęłam jakieś dziwne robić. Najpierw ryby wędzone prosto z Mazur. Przyjeżdżają raz na dwa tygodnie jakimś fajnym facetem stamtąd, są świeże i pachnące. Facet podrzuca je do mojej przyjaciółki, skąd każdy sobie odbiera to, co zamówił parę dni wcześniej. Zapłata na konto.

Następnie trzeba zajechać po warzywa i owoce. Założyliśmy bowiem kooperatywę spożywczą. Dwie osoby jadą na giełdę do Bronisz, kupują hurtowo, zabierają też stamtąd za darmo to, co przeznaczone do śmieci (a całkiem jadalne, bo hurtownicy pozbywają się dużo wcześniej tego, co już nie sprzedają do sklepów), przywoża na Mokotów, wszystko jest ważone, pakowane i rozdzielane. W środę zabrałam swoją reklamówkę z pomidorami, pomarańczami i jabłkami, zawiesiłam na kierownicy i jakoś dojechałam do domu. Na szczęście niedaleko. Zapłata na konto, oczywiście też.

Wczoraj natomiast pojechałam na wycieczkę rowerową z kolejnymi zapaleńcami, których zdążyłam już pokochać. Zrobiliśmy 100 km do Czerska i z powrotem, deszcz nas nie złapał, a ja wymiękłam dopiero na Kabatach, gdy kręgosłup mi przypomniał, że mam chorobę Baastrupa, czy jak jej tam. Kość ogonowa wbijała mi się w nerw, ale jakoś do domu się doczołgałam. Na szczęście bolało tylko w pozycji siedzącej.

No i Krav maga. W poniedziałek mam egzamin na pierwszy stopień wtajemniczenia (P1) i na tę okoliczność we wtorek zostałam na drugiej grupie treningowej. W sumie 3 godziny treningu głównie technicznego, kiedyś bym zapewne umarła, a teraz miałam taki poziom endorfin, że mogłabym góry przenosić. Siniaków mam kilkadziesiąt, jeden z nich ma ponad 10 cm średnicy, ale kurde, czuję, że żyję.

Więc w sumie już niewiele mnie może zdziwić w moich różnych spotkaniach i zwyczajach. Nawet to, że wczoraj gościłam w domu troje wegan i jedyne, co mogłam im podać do jedzenia, to była suszona żurawina, oliwki, smażone pestki dyni i ewentualnie owoce, których i tak nie chcieli. Na szczęście wino jest wegańskie, więc daliśmy radę.

- Na ile procent jesteś szczęsliwa? - zapytał kolega gdzieś nad stawami w Zalesiu.
- Zależy zapewne od okoliczności, bo szczęście sie składa również z czynników zmiennych, ale pewnie tak średnio od 87 do 93% - odpowiedziałam półpoważnie i zostałam zakrzyczana przez grupę, że zawyżam wyniki, czy coś tam.

No zawyżam. Zawsze zawyżałam. A faceci, którzy twierdzą, że mają - tak jak ja - 183 cm, w zadziwiający sposób okazują się niżsi. Jeden po drugim. Więc albo oni kłamią, albo ja znowu urosłam :)


wtorek, 28 maja 2013

120. Jeśli chcesz mieć nad kimś władzę

Nie jestem w stanie czytać blogów, w których autor potrzebuje siedemnastu zdań, żeby opisać to, na co wystarczyłyby trzy słowa. Dlatego zresztą mało czytam blogów.

Mam czasami schizę, że ja również używam zbyt wielu słów i że zanudzam.

Dziś będzie więc krótko i z minimalną liczbą przymiotników (przymiotniki, szczególnie te nacechowane emocjonalnie, SĄ zbędne, a dodatkowo ludzie, którzy kłamią, mają tendencję do używania ich częściej niż inni):

Jeśli chcesz mieć nad kimś władzę, daj mu coś za darmo.
Jeśli chcesz mieć nad kimś władzę, a wiesz, że w czymś się myli, przyznaj mu rację, nawet publicznie.
Jeśli chcesz mieć nad kimś władzę, nie bój się być słabym w jego oczach. Ustępuj i zgadzaj się.
Żeby kontrolować, trzeba mieć dystans, a obojętność jest Twoim największym sojusznikiem.

Tak, wreszcie obejrzałam House of Cards.


niedziela, 26 maja 2013

119. Matka jest tylko jedna

Moja osobista i prywatna matka jest 300 km stąd na północ. Widziałyśmy się w tym tygodniu, więc nie tęsknię i jestem na bieżąco. Mój osobisty syn jest 9000 km stąd na południowy zachód. Widzieliśmy się na początku kwietnia, zobaczymy w przyszły weekend, tęsknię okrutnie, ale przecież cieszę się, że się rozwija i że jest mu dobrze. 

Jako matka i córka jestem zatem nieco zawieszona. Ale nie cierpię z tego powodu. Nie uważam zresztą macierzyństwa za najważniejszą rolę w swoim życiu. Jest piekielnie ważne ze względu na rozwój mojego syna, ale nie jest to jedyne zadanie, które mam do wykonania. 

Zaszłam w ciążę mające niespełna 20 lat. I teraz, z dystansu, już wiem, że wczesne macierzyństwo ma swoje zalety i wady. Wprawdzie zmusza do ekspresowego dorośnięcia i bardzo ogranicza na początku, ale za to daje dużo wolności po 30-tce, gdy siły nadal ogromne, a dziecko odchowane. Nie wiem, czy to jest lepsze, czy gorsze. Moja z natury optymistyczna dusza każe się cieszyć, acz jestem przekonana, że przeciętny maruder znalazłby same problemy wynikające z tego, że nie mogłam się bawić w czasach studenckich i nie zrobiłam potem oszałamiającej kariery. Jakoś nie zamierzam z tym polemizować - szkoda energii na coś, co tkwi tak bardzo w przeszłości.

Jeśli czegoś sobie dziś życzę jako matce, to chyba głównie tego, żebym podejmowała dobre decyzje, nawet wtedy, gdy są trudne i żebym ich nie podejmowała, ilekroć moje dziecko jest już wystarczająco dojrzałe, żeby samemu ponosić konsekwencje swoich wyborów. Żebym wiedziała, kiedy mogę i powinnam odpuścić, a kiedy należy narzucić silne i konsekwentne granice dla spraw najważniejszych.  
Oraz żebym zawsze umiała słuchać. 
Bo samo wymądrzanie się niewiele daje.

  



sobota, 25 maja 2013

118. Jakoś trzeba dalej żyć

Przeszłam się dziś ze Śródmieścia do domu pieszo, jakieś 5-6 kilometrów, w sam raz na popołudniowy spacer. Jednym z nabytków z podróży jest potrzeba łażenia. Zawsze lubiłam chodzić, ale teraz jest to stanowczo silniejsze. Nosi mnie bardziej. I niech już tak zostanie. 

W mieście chmara młodzieży, jak sądzę Orandżowej. Fajnie się na nich patrzy. Niektórzy w kaloszach, inni w trampkach, jeszcze inni w glanach - myślę, że przekrój ludzi będzie całkiem spory i nawet trochę żałuję, że nie dotrę na Beyonce, bo podobno robi całkiem niezłe koncerty. Ale jakoś się nie zebrałam w sobie i karnetu nie kupiłam. Może mi było szkoda kasy? Nie pamiętam.   

Idąc tak Marszałkowską wyobraziłam sobie, że jestem w obcym mieście, że nadal jestem w podróży i próbuję chłonąć to, co jest do wchłonięcia. Zobaczyłam więc panią z pieskiem, do której się uśmiechnęłam, ale ona niestety nie bardzo zrozumiała ten mój Eksperymentalny Sygnał Dobra. Zobaczyłam fajną parę nastolatków, takich jakby z innej bajki, z mojego świata 20 lat temu. Zakochani i kompletnie nieobecni. Był też kotek na murku obok przedwojennej nieotynkowanej kamienicy na Odolańskiej, ale niestety uciekł zanim zdążyłam uruchomić aparat w telefonie. Był pan po 40tce, który biegał na nowym boisku pod liceum Reytana. Muszę tam się wybrać któregoś wieczoru, bo mają niezłą nawierzchnię na bieżni - z pewnością zdrowszą niż asfalt na ulicach i beton na chodnikach. Jakoś dawno nie biegałam, swoją drogą. 

A dzięki tablicy ogłoszeń przy kaplicy karmelitów dowiedziałam się, co jest w życiu ważne i zrobiłam temu zdjęcie, żebyście i Wy wiedzieli. 

Zobaczyłam wreszcie siebie, uśmiechniętą, w trampkach i kurtce przeciwdeszczowej, z słuchawkami na uszach i związanymi w kucyk włosami. I pomyślałam nieco infantylnie, że przecież nie muszę być w Kalifornii, żeby odkrywać nowe lądy i że mój tamtejszy stan ducha na pewno da się przenieść na rodzimy grunt. Wprawdzie pogoda nie do końca podobna, i klimat trochę gorszy, i jedzenie z pewnością mniej słoneczne i ludzie marudliwi. I mężczyźni niżsi. Ale za to miasto ładniejsze, ciekawsze, z historią i energią. Przyjaciele na wyciągnięcie ręki. I świadomość, że tutaj mogę nieco więcej niż tam. 

Tak, wiem, to są racjonalizacje. 
Ale jakoś trzeba dalej żyć, nie? 


czwartek, 23 maja 2013

117. Jak singielka to rozwiązła, prawda?

Napisałam notkę o dobrym rodzicielstwie i planowałam Was nią uraczyć.  Przyjaciółka jednak oceniła, że jest to tekst dobry na edziecko, a nie na blog młodej singielki i żebym nawet nie próbowała. Wierzę swoim przyjaciołom, więc nie będę Was zanudzać.

- Z trzewi pisz, to się najlepiej czyta - mówi M. i ma rację. Ale jak pisać o seksie, kiedy tylu znajomych tu bywa:) Przecież nie wypada, nawet jeśli seks singielki to ciekawy temat - skoro nie ma jednego stałego partnera, to na pewno jest rozwiązła, nie? 

No więc tak, przyznaję, rzadko mnie boli głowa. Jestem coraz bardziej liberalna i lekko hedonistyczna.  I co gorsza, nie wstydzę się tego. A że zostałam wychowana w rodzinie mądrze katolickiej i dość konkretnie patriarchalnej, to tym bardziej takie wyznanie może gorszyć (czasami myślę sobie, że powinnam była się urodzić w jakiejś hipisowskiej komunie, bardziej bym pasowała). 

A, i jeszcze egoistką jestem. Dbam o siebie, bo wiem, że jak sama tego nie zrobię, to nikt się mną nie zajmie.  Zresztą to, co niektórzy nazwą egoizmem (mniej lub bardziej zdrowym), inni będą głosić jako pracę nad sobą. Granica jest bardzo płynna. Korzystam z tego. Wszystkim mówię, że to ciężka praca nad rozwojem własnym.  

Jeden pan, zapoznany na portalu randkowym, pisze do mnie, prawie że w pierwszych słowach swego listu, że może mi zaproponować przyjaźń, i być może zostaniemy kochankami, ale związku z tego nie będzie i chciałby to z góry zaznaczyć. Jeszcze zanim się spotkaliśmy na żywo. Nie, nie jest żonaty, ale aktualnie ma taką potrzebę wolności. A mnie to w sumie interesuje - do którego momentu byłaby przyjaźń z ewentualnym seksem, a od którego momentu związek, którego on nie chce. Jak on to definiuje oraz co byłoby tym czerownym światłem, za które już mnie nie wpuści. Po łapach mi da i powie do widzenia. I gdybym była bardziej gruboskórna i wyrachowana, to zapewne spróbowałabym. Dla hecy. Coby sprawdzić granice tego pana. 
Ale znam niestety swoje własne i toksycznych relacji miałam już wystarczająco w życiu, więc raczej się z nim nie spotkam. Bo i po co. 

Inny pan pisze do mnie z daleka. Ma drugą już żonę, ona go nie rozumie, wcale ze sobą nie śpią. Z czwórką dzieci widuje się rzadko, bo są w innym kraju. Bywa w Polsce, jest mną zachwycony i chciałby się spotkać. Przygląda się moim zdjęciom i napatrzeć się nie może. A ja mu odpisuję, już po raz kolejny, żeby się nie nakręcał, bo mnie facet żonaty i kilka tysięcy kilometrów stąd jest nieszczególnie potrzebny do szczęścia, a zakochiwać się nie zamierzam. Ale fajnie pisze, inteligentny jest, i to jest kuszące. Nie wiem, czy sie z nim zobaczę. Nie wykluczam, choć perspektyw to żadnych nie ma. 

No właśnie. Perspektyw. 
Czy do seksu potrzebne są perspektywy? Chyba niekoniecznie. 
A czy miłość jest warunkiem dobrego seksu? No skądże!

Mówią, że w kobiecie wyzwala się oksytocyna i potrzeba więzi, i czasami wystarczy jeden stosunek, żeby ona już wizualizowała sobie domek, dzieci, pieska i robienie obiadków. Nie znam za dużo takich kobiet, przynajmniej w swojej kategorii wiekowo-rozrodczej, ale kto wie, może istnieją. 

(i tak na marginesie naprawdę nie rozumiem, czemu kościół katolicki stawia na takim piedestale całą sferę seksualną człowieka, do tego stopnia, że jeden tylko seks jest zakazany przed ślubem. Nic innego. Tak jakby był najważniejszy, zakazany owoc. Bez sensu)

No więc wracając do postaw życiowych - czy kobieta, która sobie wybiera facetów w zależności od kryteriów i upodobań, a następnie wrzuca ich w odpowiednie przegródki - ten do łóżka, ten na imprezę, a ten do domu - czy taka kobieta jest rozwiązłą dz.wką,  ma zaburzoną i niedojrzałą osobowość czy może jednak jest świadoma swoich potrzeb, wie, czego chce od życia i od facetów i póki co, nie jest to ani małżeństwo ani wspólne zamieszkanie, ani nawet poznawanie swoich rodziców i innych krewnych?
Bo przecież jeśli któryś trafi się na dłużej, to znakomicie, ale póki go nie ma, to czy jedyną alternatywą jest grzeczne czekanie w domu? 

Wydaje mi się, że póki nikogo się nie krzywdzi i nie wprowadza w błąd, to zasadniczo wszystko jest ok. Jeśli obie strony są świadome i tego chcą. Jedyny problem chyba w tym, że ludzie lubią się samooszukiwać i żyć złudzeniem czegoś, czego nie ma. Bo co z tego, że żadnej się nie udało go usidlić, ja na pewno będę tą pierwszą. I przy mnie on się zmieni. Ha ha i ha. No i ten przeklęty obraz rycerza na białym koniu, który prześladuje czasem nawet mnie, teoreytcznie silną babę. 

O rozwiązłości jedno wiem na pewno - im mniej poczucia winy i przywiązania do szeroko rozumianych norm społeczno-katolickich, tym seks jest radośniejszy i przyjemniejszy.

Czego Wam i sobie życzę :) 


wtorek, 21 maja 2013

116. Facebook mnie zwyczajnie zmęczył

Jakiś czas temu przeczytałam, że coraz więcej osób likwiduje konto na Facebooku, i pomyślałam, że to znowu jakiś lanserski trend, którego nie rozumiem. Taki jak ostentacyjne wyrzucanie telewizora, kupowanie jajek prosto od krowy i segregowanie śmieci na dwanaście odrębnych torebek, bo przecież kartonu od mleka nie można wyrzuć razem z kartonem po soku. Zlekceważyłam, uznałam za mało prawdopodobne i wróciłam śledzić tablicę na fejsie w poszukiwaniu kolejnych takich niusów.

Tymczasem dzisiaj sama sobie ograniczyłam dostęp do fejsa. Świadomie i dobrowolnie. I nie, nie jestę hipsterę i nie chodzi o to, że chcę być od kogoś lepsza albo fajniejsza i odcinam się od rzekomej hołoty. Wręcz przeciwnie. Jestem słaba i nie umiem sobie zorganizować pracy. Przez ostatnie dni przyglądałam się sobie i doszłam do wniosku, że prokrastynacja mnie ogranicza i zabija moją kreatywność, a Facebook totalnie rozprasza. Nawet gdy tylko rozmawiam na czacie, to w tle cały czas się zmienia tablica, i jeszcze częściej ticker, a ja zwyczajnie i zgodnie z własnymi potrzebami poznawczymi, czytam to, co się na nich pojawia. Bo jestem ciekawa i ciekawska. I czasami nawet reaguję albo wchodzę w interakcję. Zamiast więc się skupić na tym, co chciałabym światu przekazać, nieustannie koncentruję się na tym, co świat do mnie mówi. 

Nie chcę tak!

I ponieważ nie mam już piętnastu lat, to czuję, że brama na wlot i wylot informacji nie jest wcale taka szeroka. Wybieram więc wylot, a ograniczam wlot. Telewizji nie oglądam od początku roku, zresztą i wcześniej włączałam ją co najwyżej w tle i jednym okiem śledziłam seriale kryminalne na AXN.

A facebook jest właśnie taką telewizją. Jest tam wszystko i nie ma niczego. Niby ciągle coś się dzieje, ale jak czegoś konkretnego szukasz, to znaleźć nie możesz. No i ta papka jest identycznie ogłupiająca. Głowa boli, oczy pieką, a i tak spać nie możesz. Macie tak? Bo ja miałam.

Oczywiście w tym tłumie niepotrzebnych niusów, kotków, cierpiących piesków, mieszkań do wynajęcia oraz próśb o polubienie nowego fanpejdża, jest też kilka zaproszeń na urodziny najbliższych (które zresztą łatwo przeoczyć, bo algorytm czasami ich nie pokazuje w powiadomieniach), całkiem sporo dobrych i ciekawych artykułów oraz dyskusje plus ou moins istotne jak na przykład o tym, czy należy jeździć na rowerze jezdnią oraz czemu niektórzy się tego boją. Są też grupy prywatne, zamknięte, ukryte, w których rozmowy są jak najbardziej intymne, a kłótnie bywają realnie trudne. Tam siedzą ludzie dla mnie ważni, którzy mnie wspierają na co dzień i którym ufam.

Nie wypisuję się więc z Facebooka, nie uciekam, ale ograniczam swój kontakt z tym medium. I to wcale nie dlatego, że jest to złe medium, w którym ktoś mi coś zabiera, albo nie respektuje mojej prywatności, jak niektórzy lubią twierdzić. Zasady są dla mnie jasne i proste, i poniekąd się z nimi zgadzam, na tyle, na ile użytkownik serwisu powinien się zgadzać z jego regulaminem.

Facebook mnie zwyczajnie zmęczył, a świadomość straconego czasu mnie przeraża. Mam naprawdę wiele planów i jeszcze więcej marzeń, a na ich realizację brakuje mi czasu i pieniędzy. Ani jednego, ani drugiego nie dostanę na fejsie. Wręcz przeciwnie.
Bo nawet jeśli po godzinach zajmuję się socjologią internetu, to przesiadywanie na fejsie nie przybliża mnie do lukratywnych konstatacji naukowych lub intratnych biznesów. Pora się z tym pogodzić. Nie ma potrzeby upadlać się w barze, żeby przeanalizować wpływ alkoholu na percepcję.

A sprowadzając tę decyzję do konkretów, to spróbuję korzystać z fejsa głównie przez telefon, czyli niewygodnie i bez motywacji do interakcji, udostępniania czy też komentowania. Bo oczywiście chcę wiedzieć, co się dzieje, ale niekoniecznie chcę w tym uczestniczyć. Moją samotnią, do której tęsknię i która jest mi teraz bardzo potrzebna, będzie drastyczne ograniczenie interakcji.

Jakby kto mnie szukał, jestem na gmailu i na gtalku.
I przyjmuję tam zakłady na to, jak długo wytrzymam :)


115. "Joanna" - nierecenzja

Fachowej recenzji się po mnie nie spodziewajcie. Ja Joannę znałam i ten film oglądałam prywatnie. Bałam się piekielnie, że przepłaczę i to na dodatek bez chusteczek, bo oczywiście zapomniałam. Bałam się, bo kiedy dzień wcześniej usłyszałam głos Aśki w trailerze puszczonym w studiu Dzień Dobry TVN, to zamarłam od wewnątrz i policzki mi się spięły w dziwnym grymasie.

Nie przepłakałam. Wręcz przeciwnie, śmiałam się przez połowę filmu, w reakcji na rozmowy Asi z Jankiem oraz z powodu wspomnień, które to wywołało. Przecież znam te wnętrza, znam te ubrania i część wątków jest mi całkiem bliska. Wiem, gdzie jechali. Wiem, gdzie odpoczywali. I sama nieraz odkręcałam kran kotu, gdy chciało jej się pić.

Tak naprawdę to Janek zrobił ten film. Swoją bezpośredniością, swym cudnym postrzeganiem świata i ludzi oraz tekstami, jakże podobnymi do tych, które miałam sama okazję słyszeć. Ktoś gdzieś powiedział, że to niewiarygodne i na pewno naciągane, bo 6-7-letnie dziecko tak nie mówi. No wiem, że zazwyczaj nie mówi. Dlatego Janek jest niezwykłym chłopcem i wróżę mu karierę.
Acz raczej nie w dyplomacji ;)

Joanna też była prawdziwa. Film nie przekłamał jej zamyślenia i przeżywania swojego odchodzenia. Może co najwyżej wyciął te wszystkie absurdalne, cudowne i złośliwe stwierdzenia, którymi nas obdarzała na co dzień. No ale film dokumentalny nie jest reportażem. Jest wizją reżysera, a nie wiernym obrazem rzeczywistości. Dlatego zapewne Joanna w filmie jest bardziej święta i mniej wielowymiarowa niż Aśka była.

"Joanna" kończy się za wcześnie. Pozostawia poczucie niedosytu. I zmusza do zastanowienia nad własnym życiem. Jak zapewne każdy film o śmierci. I nie, nie mam poczucia, by ten film był afirmacją życia. Jest raczej obrazem normalnej i równocześnie niezwykłej drogi do końca. W ładnym opakowaniu pięknych zdjęć przyrody i spokojnej muzyki w tle.

Oraz jedna znakomita scena miłosna. Janka i Matyldy. Gdy patrzą na siebie przez szybę, a potem biegną na spacer. Z parasolkami. Powinna przejść do historii kina.

Popłakałam się dopiero w drodze do domu.




poniedziałek, 20 maja 2013

114. Pierwszy list napisał po 5 latach

Na corocznym spotkaniu rodzinnym była wczoraj tylko część zstępnych od Dziadka Łoskota, ale i tak ekipa zebrała się zacna. Ze dwa lata temu wyszło nam z 50 potencjalnych obecnych, a od tego czasu nowe dzieci się pojawiły, więc mogę spokojnie zeznać, że mam dużą rodzinę.
I to tylko od strony matki.

Z Kościoła św. Wojciecha na Woli, w którym Dziadek wykonał witraże i freski, zabrałam się autem z Wujkiem, bratem Mamy. Wykorzystał drogę, żeby mi opowiedzieć historię pradziadka Janka. Pradziadek urodził się na jakiejś wsi pod Zamościem i w wieku 13 lat uznał, że chce rozwijać się muzycznie, więc wyjechał do Warszawy i zerwał kontakt z rodziną. Pierwszy list napisał po 5 latach, gdy już grał w orkiestrze. Wpierw na skrzypcach, docelowo na wiolonczeli. Zaprzyjaźnił się z prababcią Stasią i nie miał jej zbyt wiele do zaoferowania, a ona wychowywała się w czymś w rodzaju rodziny zastępczej, dość zamożnej. Miała lekcje muzyki i innego savoir vivre'u, acz wykształcenia wielkiego nie odebrała. Nie do końca wiadomo, skąd się ta rodzina zastępcza wzięła. Albo ojcem był jakiś prominentny oficer rosyjski, który musiał wyjechać, albo coś innego. Wujek mówi, że jej biologiczną matką była pierwsza naczelniczka urzędu pocztowego. W sensie, że kobieta naczelniczka. Ale nie mam pojęcia, jak to sprawdzić.

Prababcia Stasia zeszła się z pradziadkiem, bo nie bardzo było w kim wybierać po I wojnie światowej - rzecze Wujek. A może była zakochana, w końcu taki wiolonczelista to fajna sprawa, nie? Mieli dwóch synów, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim i jedną córkę, a moją Babcię. Pradziadek wyniósł się po wojnie do Zamościa, a potem do Zielonej Góry bodajże, bo w Zamościu nie był w stanie się przebić przez szklany niepartyjny sufit. Po jego śmierci prababcia Stasia wróciła do Warszawy i żyła całkiem długo. Gdy już chciała umrzeć, w wieku 87 lat bodajże, poszła sobie pieszo do szpitala, bo się nie najlepiej czuła i jakieś krwotoki wewnętrzne miała, położyła się na łóżku szpitalnym, ułożono jej ręce na poduszkach, żeby jej było wygodnie i taką ją też zastano rano. Mówią, że jak zaplanowała, tak zrobiła.

Drugi pradziadek, Wincenty Łoskot, był aktorem, mieszkał z prababcią (aktorką, z Madziarów) na Mokotowskiej i tam też Dziadek Łoskot poznał się z Babcią, w kamienicy, w czasie wojny, bo godzina policyjna zmuszała do mocno lokalnego imprezowania. Pobrali się w kościele św. Aleksandra, w 1943 bodajże. Mieli pięcioro dzieci, w tym moją mamę, dwanaścioro wnuków, w tym mnie, i do dzisiaj dwadzieścioro czworo prawnuków (oraz co najmniej jeszcze jedną prawnuczkę w drodze). Pomieszkiwali tam, gdzie Dziadek miał pracę przy witrażach, do Wwy wrócili dopiero w 1960 roku, ale za to od razu na Kredytową. Mama opowiadała, że plac Dąbrowskiego był wówczas dość konkretnie zaminowany i że jakiś jej kolega z podwórka okupił zabawę brakiem kończyn.

Dzisiaj w większości nadal mieszkamy w Warszawie. Spotykamy się raz do roku, za każdym razem rozpoczynając od mszy w jednym z kościołów Dziadka. Co roku mam kłopot, żeby rozpoznać, które dzieci są czyje, ale jakoś się uczę. Powoli. Lubię się czuć elementem większej całości. A po każdym takim spotkaniu moja potrzeba przynależności jest całkowicie zaspokojona.

Mam moc.






niedziela, 19 maja 2013

113. Ja to raczej lecę na intelekt

- Czy przyjechała tutaj Pani na wyrywanie? - zapytał 20-letni chłopiec z mikrofonem w ręku, podczas gdy drugi mnie filmował. Pod PlanemB. W sobotę, a właściwie już w niedzielę.

- Na wyrywanie? Yyy... Nieee, jestem na urodzinach koleżanki. I postanowiłam, że tu skończę wieczór - odparłam zgodnie z prawdą.
- A czy to prawda, że jak facet jest obcokrajowcem, to kim by nie był, łatwiej mu będzie poderwać Polkę niż nawet najbogatszemu Polakowi? - chłopiec postanowił sobie ze mną porozmawiać o życiu.
- No nie wiem, ja to raczej lecę na intelekt - zaczęłam się rozkręcać. - Z debilem nie pójdę do łóżka. Bo mi nie stanie - dodałam po chwili.
- A jak Pani jest w stanie ocenić ten intelekt w dwie minuty? - spytał sensownie.
- Nie jestem w stanie. Wtedy to raczej chodzi o chemię. Jak jest chemia, to warto - odpowiedziałam.
- No a jak odróżnia Pani faceta na krótką chwilę od faceta na dłuższy związek? - chłopiec nie ustępował.
- Hmm. Facetowi na chwilę mogę wybaczyć więcej, nie musi być idealny. A facet na dłużej? Na pewno chwilę poczekam, zanim się z nim będę chciała przespać.
- A zdarzyło się Pani - chłopiec miał błysk w oczach - pójść do łóżka z facetem, z którym nie prowadziła Pani żadnej rozmowy?
- Odmawiam odpowiedzi - tym razem się wstrzymałam.
- Aaaa, czyli jednak coś było?
- Nic nie powiem - odparłam
- Ale jak Pani nie powie, to tym bardziej się skompromituje, bo wiadomo, że jakaś prawda w tym była. - chłopiec próbował mnie przekonać.
- Już i tak się totalnie skompromitowałam tą rozmową z Panem, więc może lepiej sobie pójdę - i dokończyłam piwo, które trzymałam w ręku.

A potem zaczęłam się intensywnie zastanawiać, czy to tylko ja mam szczęście do takich zdarzeń, czy też po prostu świat się zmienia i teraz rozmowy pod barem w środku nocy są niezwykle atrakcyjnym materiałem filmowym. Oraz co mnie podkusiło, żeby z nimi gadać. I bardzo jestem ciekawa, gdzie i kiedy oni to wykorzystają i czy aby właśnie nie przekreśliłam swoich szans na bycie prezydentką kiedyś. Przecież mam już 35 lat, więc mogłabym. A tu jedna sonda uliczna z piwem w ręku i wszelkie szanse znikają.

Weekend był bardzo intensywny w spotkania towarzyskie. Zakładałam kooperatywę spożywczą, grałam we frisbee, jeździłam na rowerze, spotykałam się z przyjaciółmi, piłam nalewkę z czarnego bzu, dostawałam kaktusy, kupowałam książki, zwiedzałam ministerstwa, muzea i akademie, jeździłam autobusami, piłam piwo, siedziałam na schodach pod kościołem, uśmiechałam się do obcych facetów, rozmawiałam z rodziną bliższą i dalszą i skajpowałam z synem. I nawet w loterii amerykańskiej zagrałam, ale niestety nie wygrałam. Ktoś z Florydy ukradł moje 600 milionów.

Tymczasem w głowie rośnie potrzeba wyhamowania. Jeśli nie uspokoję się na chwilę, to nie znajdę czasu na naostrzenie siekierki. A na to zawsze potrzebny jest czas.

Więc teraz powinnam wejść do samotni i przez jakieś dwa trzy tygodnie grzecznie wracać po pracy do domu i cieszyć się własnym mieszkaniem i kotami. I myśleć. I podejmować decyzje, co będę robić i w jakiej kolejności. I pisać powinnam. Albo do Kalifornii wyjechać i znowu skupić się na sobie. Kumpela jednak twierdzi, że po dwóch miesiącach miałabym tak samo intensywne życie tam, jak tutaj. Bo na pewno kogoś poznam, w coś się zaangażuję, z kimś zacznę jakiś projekt i komuś coś obiecam.

Obawiam się, że się nie myli. Ten typ tak ma.





czwartek, 16 maja 2013

112. Chustka. Joanna. Aśka.

Od 29 października minęło prawie dwieście dni, a ja nadal nie jestem w stanie o Niej pisać. Blokadę jakąś nałożyła i cieszy się tam z góry, że mi palce nie biegają po klawiaturze jak zazwyczaj. Piszę i kasuję. 
A o niczym innym dzisiaj nie myślę. 
Bo dziś wieczorem premiera filmu dokumentalnego "Joanna"

Z tej okazji, i z okazji wydania książki "Chustka", zostałam wczoraj zaproszona do Dzień Dobry TVN, wraz z reżyserką filmu, Anetą Kopacz. 

- Jak Panią podpisać na ekranie? - zapytała przemiła pani, gdy poddawałam się charakteryzacji - Czy może być "przyjaciółka Joanny"? 
- Hmm. No tak. Chyba tak - odpowiedziałam lekko zmieszana. 

Bo problem polega na tym, że znałyśmy się raptem kilkanaście miesięcy, a przyjaźń się przecież rodzi latami. No chyba że się tych lat nie ma, i się o tym wie od samego początku. Z Aśką wszystko było szybsze, intensywniejsze i bardziej kolorowe. Decyzje podejmowała w mgnieniu oka, a potem najwyżej zmieniała zdanie. Piekielnie inteligentna, cudownie złośliwa, w ważnych chwilach czuła i wrażliwa, wobec najbliższych bardzo wymagająca, a do tego piękna, dobra i silna. 

Kiedy się poznałyśmy, Asia była już chora od dłuższego czasu i wiedziała, że z tego nie wyjdzie. A ja zastanawiałam się, czemu mnie tak do niej ciągnie, skoro wiem, że zaraz jej nie będzie. Nie robiłyśmy planów, nie budowałyśmy nadziei i nie kwestionowałyśmy jej losu. Taka miłość pozwala docenić każdą chwilę. Bo wtedy kocha się nie wspomnienia albo wizje przyszłości, ale kocha się tu i teraz. Lub nienawidzi. Bo przecież Aśka nie była łatwa. Pani dyrektor. Tak o niej mówiłyśmy z dziewczynami w ostatnich tygodniach jej życia. Zarządzała również prosto z łóżka. I tłumaczyła każdej z nas, co powinnyśmy zrobić z naszymi sprawami. Mnie kazała ćwiczyć jazdę na motocyklu na sucho, co by skoordynować ruchy nadgarstków i stóp. 

W ostatnim okresie już nie miała siły na spotkania, choć tak bardzo ich chciała. Porozumiewałyśmy się smsami. Czasami udało się ich wymienić kilka, kilkanaście. Czasami dwa trzy dni milczała i wiedziałam, że jest gorzej. Nie chciała mnie obarczać swoim odchodzeniem. Martwiła się o mnie, o to, że jestem taka wrażliwa. Nie chciała pokazywać się od najgorszej strony. Pisała o tym, że umieranie nie jest atrakcyjne. I że nie potrzebuje widzów. A ja gotowa w każdej chwili do niej pojechać, czekałam na jakiś znak. I pytałam jej męża. Czekałam. 

Ze dwa-trzy tygodnie przed śmiercią, któregoś wieczoru, jej mąż zadzwonił, żebym przyjechała, że jest okienko, może się uda chwilę pogadać, choć Asia czuje się słabo. Wskoczyłam do auta, za godzinę byłam na miejscu, i przez dłuższy czas siedzieliśmy tylko we dwoje w kuchni, bo Asia nie miała siły. Potem przyszła, zrobiła sobie herbatę, kazała się przesiąść do pokoju i zaczęła rozstawiać statywy od światła. Wzięła aparat fotograficzny, opieprzyła mnie, że mam za duży dekolt i zrobiła mi kilkadziesiąt zdjęć portretowych, śmiejąc się, że wyglądam jak dziewczynka. I że mogłabym w końcu schudnąć. Wypytała o wszystkie ważne sprawy, w szczególności o dziecko, wówczas świeżo wyjechane do Ameryki, i wyraziła swoje zdanie. Jednoznaczne, rzecz jasna. I na każdy temat. Potem usiadła na łóżku, zaczęła przysypiać, bo leki przeciwbólowe tak działają, ale aparatu oddać nie chciała. 
"No, to teraz pozabawiaj mnie inteligentną rozmową, a ja będę przeglądać zdjęcia" - powiedziała i w tej samej sekundzie już spała. Ledwo złapałam aparat znad podłogi :) 

Wychodząc z ich mieszkania parę minut później, zastanawiałam się, która z nas dwóch jest słabsza i wymaga większej opieki. Bo jechałam odwiedzić umierającą, a zastałam kobietę, która nawet w takiej chwili potrafiła dać uwagę, czułość i wsparcie. 

Tęsknię, Asiu. 

fot. Joanna Sałyga

środa, 15 maja 2013

111. Czemu pani nie jechała jezdnią?

- Czy ma Pani jakiś dokument tożsamości? - zapytał pan strażnik miejski zajeżdżając drogę mojemu rowerowi i mnie.
- A w jakim celu? - grzecznie zapytałam zdejmując słuchawki
- A w takim, że przejechała Pani na rowerze po pasach wzdłużnie - pan zaparkował auto i z niego wysiadł. ("Całkiem niezły" - pomyślałam).

Godzina 8h30 rano w dzień roboczy to jednak nie jest najlepsza pora na rozmowy z władzą. W szczególności, gdy człowiek się spieszy do pracy i ma niejasne poczucie, że został zatrzymany z braku laku, a nie dlatego, że to rzeczywiście było potrzebne.

- A zatem, pani Mario, czy wie Pani, ile wynosi mandat za to wykroczenie?
- Pewnie między 50 a 500 zł? - strzeliłam.
- 100 zł - odparł pan strażnik miejski.
- No to byłam niedaleko. A czy mogłabym zostać pouczona? Wszak nie była to niebezpieczna sytuacja, chodnik jest szeroki, nie ma na nim ani jednego pieszego i nie jechało też żadne auto - próbowałam się bronić. - Zresztą za chwilę bym wjechała na jezdnię - dodałam.
- No właśnie, czemu Pani nie jechała jezdnią?
- Bo mogę chodnikiem? - odparłam nieco zdziwiona pytaniem. -A tak naprawdę to zamierzałam się włączyć do ruchu właśnie tutaj, bo tam, przed tym przejściem jest kiepska widoczność, tu byłoby bezpieczniej. Ja naprawdę jeżdżę zgodnie z przepisami - dodałam pojednawczo.
- No nie - odparł pan strażnik - właśnie pani złamała przepis i dlatego panią zatrzymaliśmy.
- Ok, niech będzie, nie jeżdżę zgodnie z przepisami, ale jeżdżę bezpiecznie. Nie stworzyłam żadnego zagrożenia, i jest dla mnie oczywiste, że gdybym była na zatłoczonym Nowym Świecie, a nie na pustej Kazimierzowskiej, to bym zsiadła z tego roweru i przeprowadziła go grzecznie przez przejście.
- Gdyby pani tak przejechała w tłumie, to by był wniosek do sądu, bo to by było tworzenie zagrożenia w ruchu ulicznym.
- No ale nie ma pan poczucia, że to zatrzymanie mnie jest nieco ... yyy... - skupiłam się, żeby nie użyć nadmiernego słowa - nadgorliwe? - zapytałam i spojrzałam mu głęboko w oczy. Był przystojny i wytrzymał mój wzrok.
- Nie. - odparł z uśmiechem. - To pani jest nadgorliwa, bo spieszy się pani do pracy.
- Ha. Nadgorliwa? Niech będzie. To mogę zostać pouczona? Wie pan, ja niedawno zrobiłam prawko motocyklowe i jestem całkiem na bieżąco z przepisami. Proszę mi wierzyć, jeżdżę bezpiecznie i wiem, że nie powinnam była przejechać na tym przejściu. Naprawdę!
- Ale pani przejechała i za to należy się mandat - pan wydawał się nieugięty.

..i tak z kwadrans wymienialiśmy się uprzejmościami o tym, kiedy można jeździć rowerem po chodniku oraz o nowym egzaminie na prawko i o tym, że popełniłam wykroczenie i że oni to widzieli.... flirtu w tym za wiele nie było, ale skłamałabym, gdybym stwierdziła, że się przed nim nie wiłam i nie uśmiechałam całą sobą. Aż wreszcie pan strażnik poprosił, żebym poczekała, a on pójdzie do auta podjąć decyzję (z panią strażniczką, która tam siedziała). Wrócił za minutkę cały rozradowany:
- Pani Mario, dzisiaj zostanie pani pouczona, ale bardzo proszę, żeby pani jeździła bezpiecznie i uważnie, zwłaszcza, że od dwóch tygodni straż miejska w Warszawie bardzo kontroluje rowerzystów. Mamy takie polecenie. A poza tym, to pani powiem, że ja często jeżdżę w patrolu rowerowym i niestety nie mam wyjścia, przy każdym przejściu dla pieszych muszę zsiadać z roweru.

No to, Panie i Panowie Rowerzyści, uważamy na przejścia dla pieszych, jeździmy jezdnią i rozglądamy się za strażą miejską. Skoro mają prikaz, to będą nas zatrzymywać.

- A ten rower to ma pasek klinowy zamiast łańcucha? - spytał na odchodne.
- Tak. Z kevlaru - odpowiedziałam uprzejmie i pomyślałam, że może jednak prawdziwa przyczyna tej pogawędki była w urodzie nie mojej, a Stridy.


-----
Wasze liczne wizyty na moim blogu z okazji poprzedniej notki sprawiają ogromną frajdę (chyba każdy autor lubi napisać coś, co się dobrze czyta ;). Przez ostatnie dwa dni patrzyłam zafascynowana w statystyki google analytics. W którym momencie było ponad 100 osób równocześnie. Cieszę się, żeście się wszyscy pomieścili ;)
Jedno pytanie mnie jednak mocno nurtuje - co z moim motocyklem?

niedziela, 12 maja 2013

110. Dziewięć etapów bycia singlem



Pierwszy etap bycia singlem - odczuwasz przerażenie i dojmujące poczucie samotności. Szukasz innych ludzi za wszelką cenę, żeby nie siedzieć samemu w domu. Niedziele są najgorsze, bo to taki "rodzinny" dzień i nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Opróżniasz barek.

Drugi etap bycia singlem - odkrywasz wolność i możliwości, jakie ona daje. Próbujesz wszystkiego. Ze wszystkimi. Jeszcze nie bardzo wiesz, co lubisz, ale przypominasz sobie, co Ci sprawiało frajdę przed związkiem i z czego musiałeś zrezygnować. Przymierzasz się do kupna motocykla.

Trzeci etap bycia singlem - odkrywasz, że takich osób jak Ty jest całe mnóstwo. Zaczynasz się przyjaźnić z nimi i nieraz wchodzisz w krótkie relacje z zapoznanymi osobami płci właściwej (zazwyczaj przeciwnej, ale nie bądźmy homofobami). Na chwilę czujesz się znowu w domu, ale przecież wiadomo, to za szybko i to nie działa. Wieczorami jest Ci źle. W ciągu dnia zapełniasz sobie czas wolny i jogging z nieznajomymi sprawia Ci coraz większą przyjemność.

Czwarty etap bycia singlem - przemeblowujesz dom i zaczynasz przyjmować. Jeśli dobrze gotujesz, to drzwi się nie zamykają. Jeśli nie lubisz pichcić, to przynajmniej kup sobie wygodną sofę - ludzie docenią to, że do Ciebie można wpaść o 23h i wypić wino. Które się samemu przyniesie, rzecz jasna. Liczba znajomych na FB rośnie geometrycznie. Zakładasz konto na portalu randkowym.

Piąty etap bycia singlem - pierwszy samodzielny wyjazd na weekend. Boisz się go jak diabli, a potem okazuje się, że poznałeś tyle fajnych ludzi na szlaku, że nie bardzo rozumiesz, dlaczego była partnerka twierdziła, że jesteś małomówny. Zaczynasz zmieniać o sobie zdanie i chudniesz. A te koszule flanelowe wcale nie są takie ładne. Chyba miała rację. Kupujesz rower, a zaraz po nim również motocykl. A co będziesz się ograniczał. Laski zaczynają same do Ciebie pisać, bo zmieniłeś zdjęcie profilowe.

Szósty etap bycia singlem - w weekendy nie sposób Cię złapać, bo jesteś poumawiany od rana do wieczora. Najpierw bieganie, potem brunch z przyjaciółką (nareszcie możesz się spotykać z kobietami i nie musisz nikomu się tłumaczyć z tego, czy z nimi sypiasz czy nie), później na chwilę do mamy zawiesić obrazek, obiad u babci, po południu na rower, wieczorem impreza, a rano budzisz się w bliżej nieznanym Ci łóżku, ale pamiętasz, że było fajnie. Już wiesz, że nie ma sensu się zakochiwać w tych dziewczynach, ale chętnie się z nimi umawiasz.

Siódmy etap bycia singlem - w piątkowe wieczory zamykasz się w domu, ustawiasz statusy "niedostępny" i smakujesz samotności. Pizzę przywozi pan na skuterze, piwo masz w lodówce, a serial ma jeszcze kilka sezonów. Coraz rzadziej wchodzisz na portal randkowy i zastanawiasz się, czy kiedykolwiek jeszcze z kimś będziesz na dłużej. Jest Ci dobrze. Za dobrze. W weekendy wpraszasz się do znajomych kumpli z dziećmi, karmisz się ich rodzinnością i obiadami domowymi. Wykorzystujesz kartę Multisport na tyle, że firma nie chce Ci przedłużyć na kolejny miesiąc. Myślisz o kupnie małego domku na wsi. Chcesz napisać książkę.

Ósmy etap bycia singlem - w niedzielne popołudnie chodzisz sam do knajpy i nie zwracasz uwagi na te wszystkie rodziny i inne stada ludzi, którzy nie lubią być sami. Z kumplami spotykasz się na sport, z kobietami do kina. W zamian za kurs gotowania, uczysz koleżankę grać na gitarze. Na wakacje jeździsz z ekipą, żeby było taniej, ale raz w roku spędzasz parę dni w górach zupełnie sam, co by nie musieć z nikim gadać. Przyjaciele zapoznają Cię z różnymi dziewczynami i jest to nawet przyjemne. Co jakiś czas z którąś idziesz do łóżka, gdy jesteś pewien, że się nie zakocha i jej nie zranisz. Z byłą partnerką rozmawiasz normalnie. Oddałeś jej kolekcję albumów, o które tyle razy prosiła. Dokupiłeś nawet ostatni z serii, kiedy byłeś za granicą.

Dziewiąty etap bycia singlem - na imprezie poznajesz fajną kobietę. Też jest po przejściach. Boisz się, że to spierdolisz, więc dmuchasz na zimne i zdobywasz ją bardzo powoli. Zakochujesz się. Zaczynacie ze sobą pomieszkiwać, a Ty jesteś przekonany, że za chwilę znowu będziesz musiał uzupełnić barek. Odmawiasz noszenia koszul w szpic i kupujesz seksowną bieliznę. Dla siebie. Ona świetnie gotuje i jest znakomita w łóżku. Zaczynasz nowy etap w życiu.
Odstawiasz więc motocykl i kupujesz wygodne auto.

I tutaj mam krótkie pytanie: czy mógłbyś mi pożyczyć swój motocykl na najbliższy sezon? 

109. Przy niedzieli

Już ponad tydzień temu wróciłam i trochę niestety już się przyzwyczaiłam do Polski. Piszę "niestety", bo wiem, że każde przyzwyczajenie mnie oddala od tej świeżości w postrzeganiu mojego miasta, którą to świeżość miałam jeszcze chwilę temu, a jeszcze bardziej mnie oddziela od tych wszystkich postanowień i marzeń, z którymi przyjechałam.

Dlatego chcę do nich wrócić. Do planów, które sobie wykoncypowałam w drodze. I będę je metodycznie realizować. Nie da się napisać książki bez konsekwencji i regularnej pracy. Przynajmniej ja nie umiem i Masłowską nie jestem. Trzeba zatem zaplanować, ogarnąć konkretne godziny pisania i powoli, krok po kroku, krok po kroczku, wypełniać plan.

Tymczasem przy okazji niedzieli przypomniały mi się dwie nurtujące mnie myśli natury religijnej. Wychowałam się jako katoliczka i przez wiele lat byłam bardzo blisko Kościoła Katolickiego. Ostatnio nam się dość konkretnie rozeszło, ale to nie zmienia faktu, że cały mój bagaż religijny czerpię głównie z polskiej wersji katolicyzmu. Kiedy miałam jakieś 13 lat, fascynowała mnie pewna logiczna nieścisłość. Pytałam pewną siostrę zakonną raz po raz, jak to jest możliwe, że Pan Bóg oczekuje od nas spowiedzi, skoro nie tylko wszystko o nas wie, to jeszcze kocha nas tak bezgranicznie, że i tak nam wybaczy. A także, jak to jest możliwe, że w Starym Testamencie jest napisane, że "Bóg pożałował, że stworzył człowieka" (Rdz 6;5)  - jeśli On jest wszechwiedzący, to w chwili tworzenia człowieka powinien wiedzieć, że kiedyś tego pożałuje i nie powinien go w takim razie tworzyć.
Siostra była nieco skonfundowana i próbowała mi wyjaśniać różnice między dosłownym rozumieniem Pisma Świętego, a wiarą oraz coś mówiła o tym, że Pismo jest napisane przez ludzi i z tego tytułu zapewne pisane nieudolnie. Czy jakoś tak, dokładnie nie pamiętam.

Już jako dorosły człowiek zastanawiałam się też nad niebem i życiem po życiu. "Cwaniary" Sylwii Chutnik mi o tym przypomniały. A mianowicie, jeśli w niebie ma być tak wspaniale, z pełnią i całkowicie, to znaczy, że będziemy tam mieli wszystko to, czego potrzebujemy, o czym marzymy, co jest dla nas ważne. A przecież do nieba idziemy sami, bez przyjaciół, rodziny, najbliższych, którzy zostają na ziemi, gdy nas już zabierze. Czy zatem w niebie nie będziemy tęsknić do tych, co jeszcze żywi, bo nam opcję tęsknoty wyłączą, czy może jest tam zakrzywienie czasoprzestrzeni i ci najbliżsi i tak będą z nami, czy może jest jakaś opcja, której nie ogarniam. Bo tęsknota jest - moim zdaniem - uczuciem, które nie przynależy do nieba. A przyjaciele zostaną tutaj.

I takie właśnie dziwne myśli mnie napadają, gdy idę po trzecie piwo w sobotni wieczór, w miłym lokalu w centrum Warszawy. A potem okazuje się, że pada deszcz.

(zdjęcie zrobione na stacji benzynowej w Teksasie)

piątek, 10 maja 2013

108. Cwaniary i Ursynów nocą.

Uwielbiam Warszawę w ciepłe letnie wieczory. Powietrze jest już przyjemne, ludzie snują się leniwie, niektórzy wracają do domu, inni dopiero wychodzą. Miasto jest powolne i jakby takie skupione na sobie. Lubię wtedy sobie pojeździć, popatrzeć, nawet zapach miasta mi odpowiada.

I trochę właśnie dlatego wróciłam wczoraj z Kabat rowerem na Mokotów, choć pora była co najmniej nieprzyzwoita, bo już chyba po północy. Jechałam aleją KEN, przyglądałam się mijanym sklepom, budynkom i uliczkom i doszłam do wniosku, że jak kto mieszka i pracuje na Ursynowie, to właściwie nie musi z niego wyjeżdżać, wszystko ma na miejscu. Kolejne lokalne usługowe w kolejnych budynkach przypomniały mi trochę te dłuuugie miasteczka i miasta amerykańskie, w których ma się do wyboru mall, gdzie wszystko jest w jednym budynku lub przemieszczanie się ze sklepu do sklepu, a pod każdym spory parking i oczywiście odległości między nimi na tyle duże, że pieszo się nie da. Takie dłuuugie ulicówki, nieszczególnie urodziwe.
Na Ursynowie jest oczywiście o tyle inaczej, że nad każdym sklepem i lokalem jest kilka lub kilkanaście pięter mieszkań, ale z poziomu ulicy zobaczyłam jakieś podobieństwo. Przy czym nie można wykluczyć, że ja obecnie widzę Amerykę wszędzie, nawet w lodówce.

- a nie boisz się tak jeździć ulicą na rowerze?
- no nie boję.
- i tak po nocy?
- no nie.  A powinnam?



Zastanawiam się, czy gdzieś nie uciec na weekend, na jakąś trawkę, do czyjegoś ogródka. Byłoby to prostsze, gdybym miała auto, ale przecież niezmotoryzowani też mają, jak korzystać ze świeżego powietrza. Sęk w tym, że zapowiadają kiepską pogodę, więc pewnie w ramach trawki będzie sofa, a w ramach pikniku zamawianie żarcia na wynos. Przyda mi się trochę nicnierobienia, dawno nie snułam się w piżamie do 17tej.

Tymczasem zauważyłam na treningach kravki, że mam dużo więcej energii niż wcześniej. I że nie wiem jeszcze za bardzo, co z nią zrobić. Dziewczyny się prawie mnie boją ;) Nosi mnie, w weekend muszę koniecznie pójść albo pobiegać albo na basen, albo cokolwiek, żeby się wpierw rozładować, a potem naładować. Nie wiem, na ile ma to związek z tym, że w głowie mam czysto, a na ile ze zmianą diety (brak pieczywa i niemalże bez słodyczy), ale czuję, że mogę góry przenosić. I to dosłownie. Niech no tylko ktoś mnie dostatecznie wkurzy, to dostanie w łeb zanim się obejrzy. Albo w ucho. Uderzenie w ucho jest skuteczne. W tchawicę też, rzecz jasna. I kopnięcie w kolano. Z boku.  

Czytali "Cwaniary"? Niech czytajo. Zrozumiejo.


czwartek, 9 maja 2013

107. Innymi słowy, mam powera

Rozglądam się za motocyklem. Konkretnie się rozglądam. Bo kasy nadal nie mam, nic się od wczoraj nie zmieniło, ale za to już mniej więcej wiem, czego chcę. Albo nawet całkiem szczegółowo wiem. Suzuki GSX600f. Za niewiele pieniędzy. Będzie w sam raz na dobry początek. A im taniej, tym lepsza będzie kurtka motocyklowa, więc muszę się postarać :)

I jetlag chyba minął, bo już nie czuję się jak wampir. Co najwyżej niewielkie zombie.
Vivement le weekend!

Mam też nowe marzenie, ale ono jest trochę nudne, więc nie będę Was nadmiernie zamęczać. Postanowiłam bowiem, że najwyższy czas polubić gotowanie. Bo ja nigdy nie będę panować nad tym, co jem i jak jem, jeśli będę tyle jadać na mieście. A nie gotuję dla siebie nie dlatego, że nie umiem, a dlatego, że zwyczajnie nie lubię. Mam wrażenie, że jest to strata czasu. No więc najwyższy czas to zmienić. Skoro udało mi się wyjechać do Stanów na 5 tygodni, to teraz cały świat stoi otworem i przecież wszystko mogę, prawda?

Z zadań na najbliższy czas - podjąć decyzję, którą książkę piszę najpierw, bo pomysły są dwa, całkiem różne, całkiem niepodobne i nawet sposób ich wydawania będzie kompletnie inny. Przemyśleć kwestię doktoratu i jakoś się podjąć, albo i nie podjąć, ale raczej podjąć. Popracować nad projektem z San Francisco (tak, jest tam projekt, a nawet dwa i zamierzam je realizować). Zrobić porządek w szafie i pozbyć się przynajmniej połowy ubrań. To samo w kuchni, acz tu chyba aż tyle wyrzucać nie muszę. Nie jeść pieczywa (całkiem nieźle mi to wychodzi, wystarczy nie kupować). Chodzić na kravkę i na basen, bo sama kravka to za mało. I więcej czytać, rysować, grać na gitarze oraz pisać. Czyli trochę odpuścić sobie życie wirtualno-towarzyskie na rzecz twórczości.

Wyjechałam z uporządkowanymi zaległościami. To mi daje teraz dużo wolności. W ogóle powiem Wam, że jak człowiek w jednej dziedzinie życia nabierze wiatru w żagle, to jakoś pozostałe nie chcą być w tyle i się całkiem ładnie wyrabiają.
Innymi słowy, mam powera.


środa, 8 maja 2013

106. Jeżdżę rowerem

Od powrotu do Polski przemieszczam się rowerem. Nie mam wszak auta, nie potrafię też podjąć decyzji na temat tego, czy chcę je kupić, czy może motocykl, czy jednak nie, oraz i tak nie obejrzałam jeszcze konta bankowego, więc w sumie zastanawianie się nad powiększaniem dziury budżetowej nie ma racji bytu.

No to jeżdżę rowerem, a właściwie Stridą, żółtą, którą uwielbiam i która wzbudza całkiem spore zainteresowanie. Na ten przykład wczoraj. Autobus linii 507, pani lat 55, sympatycznie jej z oczu patrzyło, piękna i bardzo naturalnie zadbana. Pyta o rower (akurat złożony, bo spieszę się na kravkę, ach, czy pisałam jak cudownie było powrócić na trening? Nie pisałam! CUDOWNIE). Że jej się bardzo podoba, ale że nie wie, kiedy będzie mogła kupić, bo akurat jedzie zaraz na urlop. Więc pytam, gdzie się wybiera i od razu czuję się lekko niezręcznie. W głowie się karcę za gadulstwo. "Tu Polska, babo, a nie jakaś Ameryka i zadawanie bezpośrednich pytań jest niewłaściwe. Szczególnie obcym osobom. Szczególnie w autobusie, przy innych". A tu klops, pani wchodzi w rozmowę. I co się okazuje, w trakcie tej 10 minutowej podróży? (Rondo Waszyngtona - Pałac Kultury).

Pani jest bibliotekarką, przeprowadziła się 7 lat temu ze Śląska. Pracowała tam na uniwersytecie, ale facet ją zostawił ("wybrał sobie młodszą, ale ona teraz go zrobiła w trąbę, ja to nawet się cieszę, że ją wybrał, skoro ona tak go potraktowała. ZASŁUŻYŁ") i musiała zacząć dorabiać piątek świątek w barze. I miała tego dość, więc przeniosła się do stolicy. Ale nie stać jej było na mieszkanie w mieście, kupiła coś w Żyrardowie i tak codziennie dojeżdża. Nie lubi tych dojazdów, no ale co robić, jeździ,  i zresztą Żyrardów lepszy niż Pruszków, bo to już małe miasteczko, rewitalizowane ostatnio. Podoba jej się. Na urlop nie ma pojęcia, gdzie pojedzie, bo jadą z siostrzenicą. A ona pracuje w biurze podróży i będzie kupować wycieczkę na dwa dni przed wylotem, żeby było najtaniej. Pani nie chce do Egiptu, wolałaby do Turcji, bo tam jest przepięknie, ale siostrzenica weźmie to, co będzie najtańsze. W zeszłym roku siostrzenica nie wytrzymała napięcia i kupiła 5 dni przed wylotem, a 3 dni później ta sama oferta była za 400 zł taniej. Więc teraz chcą wytrzymać do końca. Tylko, czy aby nie pękną wcześniej. No i pani by chętnie pojechała do Maroko. Widziała cudną audycję z Gesslerową na temat Maroko i bardzo by chciała. Kolorowo i zapachy. Ale niestety. Siostrzenicę nie stać. Nie w tym roku.

- A słyszała Pani o akcji Warszawa Czyta?
- Jasne, że tak, ale jeszcze tych Cwaniar nie przeczytałam. Muszę poczekać aż wrócą do biblioteki.

Wysiadałam pod dworcem z przekonaniem, że jeszcze tę panią spotkam. Zwłaszcza, że w przyszłym tygodniu ma jakiś jubel w Centrum Kultury na przeciwko mojej pracy. I przez moment wydawało mi się, że wcale nie jestem w Polsce.
Taka otwarta fajna kobieta w autobusie linii 507.


wtorek, 7 maja 2013

105. Dzisiaj jest tak

Tak sobie myślę, trochę górnolotnie, że kiedy człowiek jest w drodze, to właściwie nie przestaje nim być. Czyli, że jak już raz się weszło w tryb poznawania, to się już w nim pozostanie. I nie ma znaczenia, że teraz przez jakiś czas jest to podróżowanie stacjonarne. Widocznie teraz mam zbierać owoce z tego, co zobaczyłam, z tego co przeżyłam tam, żeby za jakiś czas móc pojechać dalej.

Kiedy miałam jakieś 23 lata, kończyłam studia, zaczynałam pracę, niańczyłam niewielkiego wówczas obywatela, miałam niesamowite poczucie, że już wszystko w życiu osiągnęłam. Mam męża, dziecko, pracę, dom, czego chcieć więcej i czy aby to życie mnie jeszcze czymś zaskoczy. No zaskoczyło mnie dość konkretnie, dało popalić i zmusiło do zrewidowania swoich poglądów. Zaczęłam szukać, samodzielnie tym razem, już nie pod wpływem zewnętrznych autorytetów. I zaczęłam znajdować.

Szczyt tego szukania przypada na ostatnie 5 lat, już po trzydziestce. Widzę, że każdego dnia odkrywam nowe lądy i widzę, że jest ich coraz więcej do odkrycia. To była zresztą jedna z moich głównych myśli w Teksasie i Nowym Meksyku. Dlaczego życie jest tak krótkie, że nie ma czasu zobaczyć wszystkiego, co by się chciało. Dlaczego świat jest tak ogromny i dlaczego wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dlaczego nawet ograniczając się do jednego kraju, jednego miasta, nie mamy szans, żeby zobaczyć wszystko. Moja zachłanność czuła się zraniona tą świadomością. I ogromem Stanów Zjednoczonych, które przecież są wielkim kontynentem, zmieniającym się, jak Europa, co paręset kilometrów.

Jechałam więc i czułam równoczesny ból istnienia. Że to wszystko się skończy, że nigdy tu (tam?) nie wrócę i że nie spotkam tych ludzi, nie zobaczę tych kolorów, nie spróbuję tych potraw.

A potem dojechałam do oceanu i zobaczyłam wodę. Poczułam hipnotyczną jego moc. I zrozumiałam, że nie ma absolutnie możliwości, żebym tam nie wróciła. Jeśli gdziekolwiek na świecie jest moje miejsce, to jest ono nad wodą, na słońcu, w wielkich przestrzeniach, niekoniecznie pustych, niekoniecznie zatłoczonych. Jestem dużą kobietą i zawsze mi się wydawało, że nie pasuję. Że jestem brzydkim kaczątkiem wśród pięknych innych. Potem odkryłam, że są takie środowiska, do których przynależę. Teraz już wiem, że tam też jest moje miejsce. Na pewno nie jedyne i na pewno nie na zawsze.
Ale tam mogłam być sobą. Tutaj się w jakiś sposób duszę.

No więc teraz trzeba się zastanowić, co można zmienić w życiu, żeby przestać się dusić. Czasami wystarczy poluźnić chustkę. Czasami wrócić na powierzchnię wody i nabrać oddechu. A czasami trzeba wyswobodzić się z uścisku. Państwo wybaczą te tanie metafory.

Zgrałam zdjęcia.
Dzisiaj jest tak:  


poniedziałek, 6 maja 2013

104. Ja wcale nie wróciłam.

Jetlag trzyma. Wczoraj chciałam go przechytrzeć i poczekać, aż się rzeczywiście zrobię śpiąca. Koło północy zaczęłam się zbierać do łóżka. On był jednak sprytniejszy, więc zasnęłam przed czwartą, a w pracy byłam wszak o dziewiątej. Dzisiaj już nie wiem, jak z nim rozmawiać, czuję, że zaczynam umierać :)

A poza tym, to walizki nadal nierozpakowane, pranie zrobione tylko częściowo, nie mam najmniejszej ochoty przyznawać się sama przed sobą, że już wróciłam. Bo może to tylko sen? Może ja nadal tam jestem, tylko mam jakiś taki przedłużony senny pobyt w Polsce?

Zdjęć nie zgrałam na komputer, co by nie musieć ich obrabiać. Może wcale jeszcze nie skończyłam ich robić? Może zaraz wyjdę na miasto, w wygodnych conversach i będę przemierzać kilometry ulic i innych schodów?

No ogólnie jestem jednym wielkim zaprzeczeniem.

Ale obserwuję też ciekawe zmiany. Domykam różne sprawy. Zajmuję się sobą. Działam sprawnie. Nie boję się dzwonić (!). I w tyle głowy buduję nowe marzenia i plany.

Nie chcę jeszcze podsumowywać, ale widzę, że mi się te generalizacje aż cisną na palce. No to może jedna myśl dzisiaj - nie znalazłam chyba tego, co szukałam, bo "jestę procesę" i szukam dalej. Jestem nadal nienasycona i nadal zachłanna. Tu nic się nie zmieniło. Ale za to wiem, czego potrzebuję do szczęścia. Przynajmniej częściowo.
Więc coś tam znalazłam. Jakąś muszelkę na pamiątkę.

Oraz przejechałam ok. 4500 km samodzielnie i trochę ponad 1000 km z kolegą. Jechałam w sumie 11 samochodami, z czego prowadziłam jeden. I byłam w 7 stanach. Jeszcze nie wiem, ile pieniędzy poszło. Jakoś nie spieszy mi się, żeby sprawdzić.  A, i jakieś 4 kilo zrzuciłam. Bezwiednie.

A na dobranoc piosenka tego wyjazdu.
Jednoznacznie.






niedziela, 5 maja 2013

103. Motocykl wanted

To nie jest tak, że wróciłam do domu i nagle przestanę pisać.
Pisanie jest u mnie funkcją podobną do oddychania.
Kiedy nie piszę realnie, to piszę w głowie. Zawsze.
Obawiam się jedynie, że nie będę miała tylu ciekawych rzeczy do opowiedzenia lub pokazania.
Więc uczciwie ostrzegam.
Ale lumpiata jest nadal w drodze.
I już ma nowe pomysły.

Póki co wymyśliłam, że fajnie by było wybrać jakieś 30-40 zdjęć z tych wielu setek, które zrobiłam, wydrukować, oprawić i gdzieś wywiesić. W jakimś fajnym klubie. I pogadankę zorganizować, opowiedzieć trochę więcej, na żywo. Z lenistwa mi ten pomysł przyszedł do głowy, co by nie musieć się powtarzać. Jak to powiedziała moja ukochana M., "każde pytanie >jak było?< powoduje śmierć jednego kotka". Jeśli ktoś z Was ma pomysł, gdzie taką wystawę zrobić, to jestem biorąca :)

Tymczasem jest w pół do czwartej, obudziłam się po drugiej, spać nie mogę. Jetlag w czystej postaci. Pierwszy raz to przeżywam, w tamtą stronę było łatwiej. Zresztą wtedy miałam dodatkowe bodźce w postaci choróbska, antybiotyku i syna, którego spotkałam po 3 miesiącach niewidzenia. Podobno na każdą godzinę różnicy potrzebny jest jeden dzień. Godzin było 9, więc chwilę mi to zajmie. Oraz że nie ma sensu walczyć z bezsennością. No to nie walczę. Gorzej, że w poniedziałek trzeba do pracy. (ah, już samo napisanie tego zdania zmniejszyło mój psychiczny dobrobyt o jakieś 723 punkty).

Słucham cudnego Big Harp. Ich pierwszy album jest niezwykle słoneczny i wzbudza ogromnie dużo wspomnień z drogi. Póki co moja ulubiona piosenka to Nadine - pod tym linkiem znajduje się jej wersja urywana. Polecam posłuchanie na Spotify.

I dwa drobne ogłoszenia na koniec. Z radością przygarnę motocykl na ten sezon. Może ktoś z Was niedawno przeżywał kryzys wieku średniego, kupił sobie motocykl, potem jednak wrócił mu rozum, a motocykl stoi nieużywany w garażu? Albo ktoś z Waszych znajomych?

I drugie, bratnie, w sprawie auta. Zanim się zdecyduję, co dalej robić z życiem, chętnie przygarnęłabym jakieś niepotrzebne auto. Wprawdzie brak auta przełoży się zapewne na moją kondycję, ale jednak jestem bardziej leniwa niż prozdrowotna. Stąd to moje bezpośrednie pytanie :)



piątek, 3 maja 2013

102. Warszawa

No to jestem. 

Leciałam przez Londyn, więc na lotnisku w Warszawie była kontrola paszportowa, bo Anglia poza Schengen. Jakiś starszy pan (wąsy, aktówka, spodnie myśliwskie) wcisnął się przede mnie, a właściwie nawet nie wcisnął, tylko przeszedł obok mojej walizki i stanął przed nią. Spytałam uprzejmie, czemu się tak wciska. Zrobił mi awanturę, że on mnie nie zauważył, że czemu się go czepiam i że on nie wie, o co mi chodzi. 

Toż to Polska :) 

(w San Francisco natomiast zabrali mi zielone chili, bo debilnie zapakowałam słoik do podręcznego)

(piję herbatkę, napawam się szarością, zimnem i deszczem oraz zastanawiam się, w którym internetowym sklepie zrobić zakupy na jutro rano, bo lodówka pusta, a ja auta nie mam) 


(i tęsknię)

czwartek, 2 maja 2013

101. Pakuję się.

Wczoraj szwendalam sie po okolicy, ostatnie zakupy robilam, siedzialam na placu zabaw i odczuwalam spokoj wewnetrzny. No jasne, ze moglabym ostro imprezowac w Mission albo poznawac fajnych kumpli w Castro, ale jakos lepiej mi bylo na placu zabaw, niedaleko piaskownicy. Kazdemu jego karma :)

Wieczorem sushi, przepyszne, z urocza japonska kelnerka, ktora przyjechala na 5 lat i potem jej sie wiza konczy i jeszcze nie wie, czy zostanie.

Za kilka godzin bede juz w samolocie. Jutro po poludniu czasu polskiego laduje w Warszawie.
Sklamalabym, gdybym stwierdzila, ze sie ciesze. A na podsumowania przyjdzie czas pozniej. Na razie jeszcze jestem tutaj, choc glowa juz w chmurach i coraz bardziej w Europie.


I'm coming home

środa, 1 maja 2013

100. San Francisco czasami spi

Kiedy wracalam wczoraj pozna noca do domu i jechalam autem przez centrum San Francisco, zdalam sobie sprawe z dwoch rzeczy. Po pierwsze, i o tym juz rozmawialam z K., to miasto ma problem z bezdomnymi. Klimat jest na tyle znosny, ze spanie na powietrzu nie jest az tak uciazliwe, a zima sa rozmaite wywietrzniki dogrzewajace. I panowie kraza. Maja swoje wozki sklepowe z dobytkiem i namioty i hamaki i inne pol-domy. I naprawde jest ich sporo. Z poczatku pomyslalam, ze nie widzialam ich az tyle w Nowym Jorku, bo tam malo chodzilam noca, ale to chyba tez kwestia klimatu. W NY jest zimniej. Czy tez bylo zimniej, gdy tam bylam na przelomie marca i kwietnia.

Druga sprawa to parkowanie. Toz to cala historia. Wczoraj jechalam 20 minut z Mission do Richmond, gdzie stacjonuje, a potem przez 45 minut szukalam miejsca. Powiedzieli mi, zebym parkowala tylko tam, gdzie chodnik niepomalowany (sa biale, zolte, czerwone, chyba, nie wiem, nie wdrazalam sie). Parkowac z zakreconymi kolami, co by auto sie szybciej zatrzymalo gdy zacznie spadac. Nie parkowac od 2 do 4 w co drugi poniedzialek, bo czyszcza ulice. I od 6 do 9 rano w srody, bo zabieraja smieci. Ale po drugiej stronie ulicy juz jest inaczej. A za zakretrm jeszcze inaczej. I pod szkola tez nie, bo busy szkolne musza miec miejsce. A na tym parkingu nie wolno w ogole, tylko rezydenci. Tu jest wyjazd z garazu, a tu wyjazd z posesji. Tu mozna w nocy, ale rano bedzie gorzej, bo to kolo poczty i tylko na pol godziny. Przeparkuj dwa miejsca dalej, to bedziesz mogla godzine. Mowie Wam, masakra. I to wszystko jest napisane na malych srednio czytelnych bialych tabliczkach z czerwonymi i zielonymi literkami. Kocham ich.
Zreszta, chyba jeszcze nie wspominalam o tym, ze jesli ktos nie umie czytac po angielsku to ma niewielkie szanse, aby sobie poradzic na amerykanskich drogach. Wszystkie wazne informacje sa napisane slowami, duzo rzadziej symbolami. Ze dany pas tylko do skrecania. Ze zaraz roboty drogowe. Swiatla. Skrzyzowanie. Przejscie dla pieszych. Zanim nauczylam sie chocby zauwazac te slowa i je jakkolwiek przetwarzac w glowie, sporo mil minelo, a co dopiero ktos, kto nie mowi po angielsku, albo wychowal sie w innym alfabecie i nagle musi prowadzic auto. Szacun!

K mowi, ze z wszystkich europejskich wynalazkow jednego jej brakuje okrutnie. Nie jest to chleb. Ani nawet okna normalnie otwierane. Ani fakt, ze nie mozna tutaj puscic pod prysznicem cieplej wody waska struzka, tylko musi leciec ogromna, bo im cieplej tym bardziej. Nie. Najbardziej brakuje jej sluchawki od prysznica. Bo oni tutaj montuja takie wytryski na stale przymocowane do sciany, pod ktorymi powinnas sie zmiescic. Ja na ten przyklad zazwyczaj jestem wyzsza, wiec plukanie wlosow odbywa sie w wersji zgiete nogi pod kolanami i uczymy sie przechodzic pod lina. Na pewno zdrowotnie wychodze na tym niezle, ale przyjemnosc srednia.

Wczoraj byl dzien moze nie tyle techniczny, ile rodzinno-dzieciecy. Pojechalismy cala ekipa do lasu Muir Woods, gdzie zaprzyjaznilam sie z idea sekwoi, ktore pasuja do mnie wzrostem. Albo ja do nich. Wjazd do parku za 7 dolarow od osoby doroslej. Drogo. Ale w zamian za to wszystko jest wyczyszczone, ustalone, sa tablice edukacyjne, konkretne sciezki, mapki papierowe i zyczliwa obsluga. Czasami chcialoby sie, zeby te nasze parki narowodowe byly nieco lepiej zaopiekowane i wypromowane. Moglabym placic. Pewnie zreszta kupilabym karte roczna. Bardziej by sie oplacalo.
A nastepnie wywialo nas na plaze, na polnocy. Jechalismy brzegiem oceanu, kreta droga, na tyle kreta, ze cieszylam sie, ze to ja prowadze, bo moglabym tego nie zdzierzyc. Na chorobe lokomocyjna bardzo skuteczne jest spiewanie. Wiedzieliscie? Jestem prawie pewna, ze wybrzeze pacyfiku w tej okolicy po raz pierwszy w swojej historii zostalo uraczone glosnymi, a nawet bardzo glosnymi 'Czerwonymi tarczami Poniatowskiego' (tam tadam tadam, tadadada dam, pam)

I znowu sie wykapalam. Cudna woda, zimna, ale cudna.

Wieczorowa pora szlajalam sie po Mission, pilam prawie ze bezalkoholowe piwo (prowadzilam!) i omawialam biznesy. Ja tu jeszcze wroce ;)
Tymczasem siedze w kafejce na Clement street i chlone. Slonce, kawe, ludzi, muzyke i wszystko to, co sklada sie na szczescie.





99. Dzien techniczny

Wczoraj byl dzien techniczny. Dzien dla mnie, w czasie ktorego zrobilam cale dwa zdjecia. Jedno poszlo na fejsa, drugie sciagnelam i nie ma w nim nic szczegolnego.

Wynajelam auto (hertz, blisko domu, hyundai accent, 42 dolary za dzien + 9 za jakies tam ubezpieczenie, juz nie chcialo mi sie wczytywac, tak, zrobilam sie finansowo leniwa, ale przeciez wiedzialam, ze liczyc to ja umiem przed wyjazdem, a w trakcie to mam to w trabie). Pojechalam do Santa Cruz, raz jeszcze droga wzdluz pacyfiku, ktora to droga wjezdzalismy prawie tydzien temu do miasta. Slicznie, niebiesko, malowniczo, romantycznie i wakacyjnie. Santa Cruz potraktowalam w sposob calkowicie wyrachowany. Ma byc plaza. Ma byc cieplo. I najlepiej, zeby nie bylo nadmiernie duzo turystow. I tak wlasnie bylo. Jest tam jakies wspaniale wesole miasteczko, ale zlekcewazylam. Jest tez dlugie molo, municipal wharf, ktore zlekcewazylam podwojnie, bo nawet jakbym byla w nastroju turystycznym, to bym i tak nie miala ochoty zwiedzac czegos tak betonowego. Yelp (czy ja juz Wam pisalam, jak mi yelp, aplikacja na tel, pomogla w tej podrozy? Chyba nie) mowil, ze jest tam jakas dobra knajpka z owocami morza, ale nie, zostalam na piasku. Bylo goraco i kiedy zobaczylam, ze do wody zblizaja sie nie tylko dzieci, to szybciutko sie przebralam (spodnica i podkoszulka sa najlepszym strojem do przebierania sie na plazy, bez zbednych ceregieli) i polecialam do wody. A zatem, prosze Panstwa, it's official, wykapalam sie w Pacyfiku. Ze wszelkimi szykanami, wlosy zamoczone, okularki do plywania tez i nawet zdolalam zanurzyc sie na tyle, ze zobaczylam, ze nic nie widze :) Bylo troche zimno, ale tylko troche. A jakze mi tego brakowalo!

A potem wsiadlam znowu do auta i pojechalam na dalszy ciag dnia technicznego. Gilroy i jego outlety. Przymierzylam dziesiatki ubran, kupilam tylko jedna bluze i jedna koszulke, oraz ... sluchawki. Juz od wielu dni zasadzalam sie na fioletowe sluchawki Beats, ale w internecie nie moglam trafic na te, ktore mi sie podobaly, a w swiecie naziemnym kosztuja duzo za duzo. W Gilroy jest outlet Bose. Przymierzylam, posluchalam i doszlam do wniosku, ze jednak nie musze przeplacac z design. A jakosc wysokich dzwiekow tez ma znaczenie, a te sa lepsze u Bose. Nie kupilam tych najdrozszych, niestety, ale te, ktore mam sa i tak znakomite.

Do miasta wrocilam okrezna droga, przez jakies gorki i winnice, co by jeszcze przez chwile pojechac kolo oceanu. I przy okazji popatrzec na zachod slonca.
Jak ja bym chciala tu mieszkac! I miec to na co dzien. Albo przynajmniej na zawolanie.

Cy wiecie, ze w Kalifornii nie mozna sie opalac topless? Niby tacy otwarci, nie?