wtorek, 30 kwietnia 2013

98. How weird in San Francisco

How weird faire jest swietem dziwnosci. Nie moglam tego przegapic. Zamykaja wowczas kilka kwartalow, ustawiaja kilka scen z roznymi rodzajami muzyki (od orkiestry detej po elektroniczne bity), kilka stoisk z jedzeniem, piwem i innymi napojami (Polish sausage tez byla) i wtedy przychodza ludzie. Dziwnie ubrani, to najmniej powiedziane. Ale w jakis sposob normalni w tej dziwnosci. Swobodni. Bez napiecia, bez przegiecia, bez nadmiernosci. Obserwowalam, robilam zdjecia (kazdy z frajda sie ustawial) i szukalam tego, co wspolne i tego, co rzeczywiscie dziwne. Bo przeciez dziwnosc jest co najmniej subiektywna.

Slonce grzalo, a ja bylam po trudnej zoladkowo nocy, wiec po jakichs dwoch godzinach ucieklam z tego getta (jednak getta, bo otoczonego siatka i wejsc mozna bylo tylko po okazaniu zawartosci torby) do parku, w ktorym zaleglam na trawie z zupa rosolkiem i prawdziwa Cola. Czyli ideane menu na zmeczony organizm. Poznalam kolejnego insidera, ktory przyjechal do mnie na rowerze i chwile polezal. Umowilismy sie na piwo dzis wieczorem. Tak na marginesie, to w San Francisco jest duzo fajnych, wysokich i przystojnych facetow. Ale to calkowicie na marginesie ;)

A potem poszlam ponownie do Mission, dzielnicy kiedys bardziej hispanicznej, teraz zaatakowanej przez artystow i ludzi, ktorzy lubia byc fajni. Super street art tu i owdzie, ciekawa mlodziez, jeszcze ciekawsi starsi (kiedy seniorzy sie wyrozniaja i bawia razem z Toba, wiesz, ze jestes w naprawde ciekawym mieejscu). Wpadlam do secind handu ubraniowo-meblowego i prawie kupilam sobie kurtke skorzana za 30 dolcow, ale jednak byla za bardzo meska.

Poszlam dalej, 18ta ulica do Parku Dolores, gdzie mlodziez wylegla na slonce i rozlozyla sie na trawniku. kolejka do lodziarni byla za dluga, nie wystalam. Za to grzecznie znowu polezalam na trawie, posluchalam jak jakas mloda dziewczyna twierdzi, ze san francisco jest za male na atak terrorystyczny i ze na pewno nikt nie zaatakuje tego parku. 'za maly' mowila bardzo pewnym glosem, dodajac, 'you know' w ramach kazdego oddechu. Na szczescie nie do mnie tak perorowala.

Wreszcie doszlam do Castro, dzielnicy teczowej. Wsiadlam tam do autobusu, ktory mnie zawiozl do domu. Za mna usiadla para chlopcow, ledwo co doroslych. Jeden byl boso, drugi srednio trzezwy, albo przynajmniej upalony, nie do konca odrozniam. Ten pierwszy chcial jak najszybciej do domu, ten drugi chcial kupic jeszcze szesciopak i tak sobie rozmawiali slodko, tuz nad moja glowa. Ale wzruszylam sie, gdy ten drugi tlumaczyl, ze chce to piwo, bo 'Cie kocham i chce, zebys mial co pic wieczorem'. Milosc wzrusza niezaleznie od tego, czy ktos ma na sobie buty, czy nie.

Ale, ale, mialam tu napisac, przyznac sie. Jestem zmeczona. Moze nie tyle podrozowaniem, ile odkrywaniem nowych miejsc i nowych rzeczy. Juz nie mam w sobie za gram gotowosci na nowe parki, piekne miejsca, wspaniale atrakcje i inne punkty, ktore powinnam koniecznie zaliczyc. Pamiec operacyjna jest zapelniona (pamiec ipada praktycznie tez, z powodu zdjec) i zaczynam nareszcie zyc. Juz nie jestem turystka. Jak jade na plaze (a dzisiaj bylam), to zeby sie nagrzac, a nie zeby robic zdjecia okolicznym zabytkom. Jak ide w miasto, to zeby sie napic, a nie podazac sladem slynnych miedszkancow sprzed 200 lat. Nie interesuja mnie juz muzea. Ani budowle. Nie ciesze sie, ze niedlugo wracam (juz w czwartek stad wylatuje!), i nie ciesze sie, ze nareszcie bede we wlasnym domu, wlasnej lazience (no moze troche), czy tez we wlasnym lozku. Ale z luboscia mysle o tym, ze nareszcie nie bede musiala podejmowac decyzji, co zamierzam zobaczyc, a co jednak zlekcewaze, omine i odpuszcze.

Jeszcze nie czas na podsumowania, ale juz zaczynam wyhamowywac.
i to tez jest dobre.



























niedziela, 28 kwietnia 2013

97. Trzesienie ziemi, porno i wymioty w San Francisco

U mnie niedzielny poranek, powoli wracam do swiata zywych, a tu takie zaleglosci w blogowaniu. Sama juz nie wiem, o czym napisac i po co, bo oczywiscie dzieje sie bardzo duzo.

W piatek pojezdzilam sobie autem z A i jej coreczka E i poogladalam miasto z roznych wzniesien okolicznych. To jest fajne w tym miescie, ze jest trojwymiarowe i mozesz sobie patrzec z gory, z dolu i z boku i za kazdym razem widzisz cos innego. Najwieksza frajde jednak A zrobila tym, ze pokazala mi fioletowy kosciol bogini. HerChurch (http://www.herchurch.org/). Z krzyzem chrzescijanskim na dachu, ale zakladam, ze to nie jest katolicki kosciol. Podobno fiolet jest kolorem lesbijek i to by wiele tlumaczylo :) nie udalo nam sie wejsc do srodka, bylo zamkniete, i chyba otwieraja tylko, gdy maja jakies spotkania, joge albo inne zajecia, ale sama swiadomosc, ze jest bogini i ze mozna sbie do niej przyjsc mnie bardzo ucieszyla. Feministka nie jestem, ale wielbie swoja osobista kobiecosc.

Potem Academy of sciences w parku Golden Gate z mila wystawa o trzesieniach ziemi, wraz z symulatorem i z dobrymi radami, jak przygotowac dom, zeby konsekwencje nie byly zbyt silne. ogolnie podejscie maja takie, ze nie wiadomo, kiedy nastapi kolejne wieksze trzesienie ziemi w San Francisco (bo pomniejsze sa co i rusz), wiec warto byc przygotowanym. To w 1906 roku dosc konkretnie zniszczylo miasto.

Nastepnie byl spacer z K i jej synkiem G. Clemens street jest takim prawdziwym chinatown. Napisy na sklepach czasami wylacznie po chinsku, bo bialy czlowiek i tak nie wejdzie. I bajgla pierwszego prawdziwego zjadlam. bardzo smaczny byl ten z papryczkami jalapeno. K mi tez pokazala archiwum internetu, czym mnie doprowadzila do glosnych okrzykow radosci. Kawa ze Starbucksa w reku, bajgiel w drugim i archiwum internetu. Tez byscie sie cieszyli.

Wieczorem poszlam sie przejsc po takich bardziej kolorowych dzielnicach. Najpierw sama, potem z piewszym insiderem, ktory mnie zgarnal z homoseksualnego Castro i zawiozl do bardziej hipsterskiej the Mission. Pokazal mi tez budynek, ogromny, z czerwonej cegly, ktory kiedy byl bodajze zbrojownia. Artysci bardzo chcieli zgarnac ten budynek dla siebie i porobic tam sobie lofty, ale finansowo to bylo niemozliwe. Pare lat temu budynek zostal zakupiony przez faceta prowadzacego firme nagrywajaca filmy pornograficzne, zwlaszcza BDSM. I w ten oto sposob jednym z lepiej dzialajacych w okolicy biznesow jest ta firma, kink.com (http://en.wikipedia.org/wiki/Kink.com), a czesc artystow poszla tam pracowac, skoro ciagle potrzebowali edytorow wideo i innych tego typu technikow.

Kolejny insider mnie zaprosil do swojego knajpo-baru, gdzie zostalam uraczona dobrym japonskim piwem, i piwem z quebecu i jeszcze takim o nazwie Delirium Tremens. proweniencji czwartego juz nie pamietam, Panstwo wybacza :) Wieczor skonczyl sie pozno, a wlasciwie wczesnie i z przyjemnoscia wracalam autobusem porannym do swoich kochanych gospodarzy.

A potem byla sobota, czyli odsypianie i popoludniowe kino na nabrzezu, film The sapphires, ktory nie żrobil na nas takiego wrazenia, jakby mogl, gdyby byl lepszy. I popkorn i diet coke, ktore mnie doprowadzily do niefajnych stanow zoladkowych. Czy ktos z Was juz kiedys wymiotowal w centrum san Francisco, pod calkiem wygladajacym wejsciem do kamienicy mieszkalnej?
Ha! A ja tak.

Jak dobrze, ze w polskim domu na emigracji jest mieta i kochani ludzie, ktorzy Ci te miete podaja i miske obok lozka postawia. Ja to mam jednak duzo szczescia do ludzi, mowie Wam :)







sobota, 27 kwietnia 2013

96. Przelotem

Tak tylko krociutko, ze mnie miasto wciaglo.
Wczoraj jezdzilam, zwiedzalam, chodzilam, poznawalam, gadalam, pilam i jeszcze duzo innych czasownikow.
Dzis wiec jestem troche spiaca. A nawet bardzo.
Napisze wiecej, jak juz wroce z kolejnego spotkania.
Insider to byl dobry pomysl.


piątek, 26 kwietnia 2013

95. Wchlaniam miasto, a miasto mnie

Polazilam wczoraj po tej bardziej turystycznej czesci miasta, na Lombard street bylam (to taka uliczka niby ze bardzo kreta i pod wielkim katem nachylenia i sobie ludzie przyjezdaja, zeby sprawdzic, czy potrafia zjechac). Duzo wieksza frajde sprawilo mi fotografowanie turystow niz jezdzacych :)

W San Francisco widac duzo Azjatow. K mowi, ze to Chinczycy zbudowali to miasto. W autobusie drugim jezykiem ogloszen jest wlasnie jakis rodzaj chinskiego, jesli dobrze odrozniam. Pogoda jest taka sobie, raczej wiosennie i pochmurno, choc w sumie wczoraj popoludniu slonko wyszlo i bylo calkiem przyjemnie. Ale na dluzsza mete wolalabym miejsce, gdzie cieplo i slonce sa bardziej domyslne. Dlatego byc moze po weekendzie pojade jeszcze na chwile gdzies na poludnie, co by nagrzac sie i poczuc wakacje. Koncepcji jest kilka. Iosemity to tylko ewentualnie pretekst, bo tam za cieplo nie jest, ale w drodze moze byc ok. A moze jednak wrocic na poludnie, tam gdzie bylam pare dni temu? Santa Barbara byla chyba takim granicznym miejscem, po ktorym zrobilo sie bardziej zielono. Jeszcze nie wiem. Troche juz jestem w opcji powrotu. Niby jeszcze tydzien prawie, ale ja juz mysle o Polsce. Ciekawe czy uda mi sie wylaczyc takie podejscie.

Na portalu randkowym odzywaja sie do mnie faceci, ktorzy zobaczyli, ze przyjechalam do miasta. Sama nie wiem. Fajnie by bylo polazic z jakims insiderem. Szczegolnie po klubach i innych tego typu miejscach. Z drugiej strony moja pamiec operacyjna jest juz dosc konkretnie zawalona i malo w niej wolnego miejsca. Powinnam cos zrzucic na dysk zewnetrzny, ze tak powiem dosc metaforycznie.

Tymczasem san Francisco wchlania. Na ile jest to konsekwencja tego, ze jestem u swoich, a na ile to miasto, nie potrafie powiedziec, ale mam duzo wiecej ochoty poznawac ludzi i chodzic byle gdzie, niz zaliczac jakiekolwiek turystyczne miejsca. Tak jakbym przyjechala tu mieszkac. Albo jakbym wiedziala, ze niebawem tu wroce.

Kupilam walizke kabinowke. Fioletowa oczywiscie. Bedzie we wtorek.















94. San Francisco welcome to

No to moze zacznijmy od poczatku. Przywitajmy sie z San Francisco. Przeciez to fajny gosciu i to nie jego wina, ze akurat wczoraj mialam nieco gorszy i bardziej stresujacy dzien, prawda? Zreszta przyjechalismy wieczorem poprzedniego dnia i poszlismy sie poszwendac i z tego szwendania wyszlo ponad 10 km w bardzo szybkim tempie. I juz wtedy czulam, ze miasto jest w porzadku. Liznelam tylko, kilka wzniesien zaliczylam i wrocilam do przemilego hotelu w japonskiej dzielnicy, ktorego wybor zawdzieczam nie sobie. Z 14 pietra patrzylam na miasto i zastanawialam sie, czym sie rozni. Bo jest inne.

Rano miala miejsce akcja Znicz, o ktorej juz pisalam i nad ktora zatrzymywac sie nie ma co, acz warto zauwazyc, ze mnie przyprawila o bol ramion i karku dzisiaj rano. Bo ze mna jest jednak tak, ze w stresie dzialam, zazwyczaj sprawnie, a potem odreagowuje. Tymczasem po kilku godzinach spacerowalam juz w zupelnie innej dzielnicy, podobno zwanej little russia, ale trudno by mi bylo stwierdzic, czego jest wiecej na ulicy - rosyjskich bukw czy chinskich ideogramow, albo przynajmniej azjatyckich. Jest cudnie nieturystyczna, a w sklepie mowia w jezykach, ktorych nie rozumiem. Sushi zjadlam wyborne, owoce kupilam (jej, ale mi brakuje tutsj owocow) i odzylam.

Bylo tez kilka ciekawych rozmow, na przyklad o imigracji. O tym, kiedy jest najtrudniej, kiedy sie zapomina i co Ci kaze wracac do korzeni. Moja wlasna emigracja z Polski byla poza moja wola i bylam na tyle mala, ze nie odczuwalam tesknoty, jednak pamietam az za dobrze to, ze sie wyroznialam. Ze nie pasowalam do szwajcarskich kolezanek w rozowych sukienkach. I ze wstydzilam sie tego, ze rodzice nie mowia perfelcyjnie po francusku. kazdy przez to przechodzi i moje osobiste dziecko zapewne tez wolaloby, zebym nie popelniala tylu bledow wymowy.
A popelniam ich wiele. (wiecie jak sie mowi t-mobile? Wiecie? Ja tez nie wiedzialam)

No wiec rozmawialysmy z K o tym, jak sie tutsj organizuja zony na obczyznie, ktorych mezowie zazwyczaj pracuja w firmach informatycznych. Jak tworza sobie polska rzeczwistosc i rownoczesnie wtapiaja sie w lokalny swiat. O tym, ze przedszkole w Kalifornii to koszt np. 15000 dolarow rocznie. Ze po kilku latach mezowie juz nie chca wracac, bo tu pracuje sie inaczej, docenia sie inaczej i w konsekwencji zyje sie inaczej. A pensje sa akurat takie, zeby zona pracowac nie musiala. Ze amerykanskie mamy upupiaja swoje dzieci i kasta opiekunek nie przyjazni sie z kasta mam. K musiala dlugo pracowac nad tym, zeby moc z nimi rozmawiac. Z opiekunkami rzecz jasna. Ze amerykanskie mamy nie akceptuja tego, ze ona wychowuje swoje dziecko inaczej. i kiedy mlody upadnie, to leca je podnosic. I wymuszaja dzielenie sie zabawkami.

Chyba wybiore sie z nimi na plac zabaw :)

Pralka jest jedna na caly dom, w garazu, przy drzwiach wjazdowych. Wrzuca sie 1,75 usd cwiartkami, ustawia warm albo hot, wrzuca pranie i plyn i fruuu, za pol godziny pranie zrobione, i ubrania podniszczone. Musze przemyslec strategie dzisiaj, czego mi nie zal, a co koniecznie musze miec. Potem suszarka (chce miec suszarke!!!), kolejny 1,50 i najlepiej takie platko-chustki, ktore rozmiekczaja i odelektryzowuja. To akurat know how uzyskany w houston.

Siedze sobie na sloneczku w chyba najbardziej turystycznym miejscu San Francisco, niedaleko pier 39. Jest leniwe popoludnie, turystow nie widze, bo siedze tylem, pije piwo lokalne (wczorajszy zywiec byl o niebo lepszy), jem kanapke z salatka z lokalnych krewetek (taka sobie, szczegolnie dmuchany chleb), ale jest mi calkiem dobrze. Wczoraj przez moment chcialam stad uciekac, przestraszylam sie tego miasta i samotnosci. Stad moze ten pomysl z Hawajami wydal mi sie przez chwile fajny. Dzis przypomnialam sobie, ze jestem stworzeniem miejskim.

Jeszcze moze gdzies pojade, auto wynajme, cos ze soba zrobie, ale przeciez wiadomo, najwazniejsza jestem ja.

Chwilo, trwaj.












czwartek, 25 kwietnia 2013

92. Social media maja moc

O 11.00 dzis rano (u mnie jest prawie polnoc) wiedzialam, ze nie mam noclegu. Chwile pozniej wiedzieliscie o tym Wy, potem moi znajomi na FB. Za chwile ktos zaprzyjaziony szukal opcji na airbnb.com, ktos inny na booking.com, jeszcze ktos mi mowil, ktore dzielnice tak, a ktore niekoniecznie. Ja sprawdzalam couchsurfing, ale ten serwis ma naprawde jakos kiepsko zaplanowana uzytecznosc. Nie bylam w stanie znalezc opcji z 'potrzeba naglego noclegu'. Ktos napisal do znajomego, ktos inny do brata zony, ktory kiedys tu mieszkal. Ktos mi dal kontakt do zaprzyjaznionej duszy. Az wreszcie Adam napisal do Karoliny z klasy nizej w liceum, bo przypadkiem siedzial przy kompie, Karolina do mnie oddzwonila, bo przypadkiem zajrzala na fejsa i za pol godziny juz bylam u niej w domu, odwieziona przez Anie i jej coreczke.

Do Honolulu nie pojade, choc nawet przeszlo mi to przez mysl, bo jednak ceny dosc wysokie. Sam samolot 450 dolcow. W zestawieniu z hotelem to juz 850. Na miejscu jedzenie i bylabym o pare tysi w plecy. Wole je poswiecic na cos innego, zwlaszcza ze San Francisco juz na pierwszy rzut oka wydaje sie byc ciekawym miastem, i jakze przyjemnym.

Jutro ide sie poszwendac. Energia wrocila. Rano bylam potwornie zestresowana i zaskoczona. I zla na siebie, ze lepiejnie zaplanowalam pobytu w SF. Bo nawet jak Ci mowia, ze wszystko bedzie ok i ze przejmuja stery, to nalezy zawsze miec plan B.
A ja przez pare dni zajmowalam sie czym innym. Soba.

Tymczasem obiecane zdjecia.































środa, 24 kwietnia 2013

92. Emergency!!!

Mialam dzisiaj zamiescic zdjecia z naszej drogi z Cambrii do San Francisco. Same zdjecia, taki byl plan, bo zrobilam ich wiele, a bylo tak pieknie i slicznie, ze slowa wydaja sie zbedne. Podroz spokojna i swawolna. Slonca wprawdzie nie bylo, ale niskie chmury dodaja uroku. i Leonard Cohen w tle.

No ale dzisiaj rano moj wspoltowarzysz podrozy stwierdzil, ze musi z nagla a niespodziewanie (przynajmniej dla mnie) wracac na poludnie. Zaskoczyl mnie tym totalnie, bo zakladalam, ze przez pare dni jeszcze pobedziemy razem tutaj. Nawet jakis koncert dzisiaj wstepnie planowalismy. Nie, nie obrazil sie na mnie, ani ja na niego.

Zostalam wiec na przyslowiowym lodzie, sama z wielka pomaranczowa walizka, reklamowka pelna butow, plecaczkiem i torebka, ktora wczoraj kupilam w napentha. Kolega probowal mi jeszcze jakis hotel zalatwic, ale grzecznie podziekowalam. I po prostu sobie poszlam. Posiedziec na murku i popatrzec w sina dal. I wylogowac sie z trybu kabrio-slonce-hotel w tryb nieco bardziej samodzielny.

A zatem - potrzebuje taniego noclegu, pomyslu na najblizszy tydzien i dystansu do porannej rozmowy. Torbe na buty przywiozla mi przed momentem Ania, wierna czytelniczka bloga, z przeurocza coreczka Ewa, ktora to Ewa wlasnie siedzi na przeciwko mnie w japonskim centrum handlowym. i je bajgla. (swoisty wzrusz, musze Wam powiedziec, jak ludzie reaguja w trybie natychmiastowym, gdy poprosic o pomoc. 'gdzie jestes?' padlo pytanie. Po prostu).

U Ani jednak nocowac nie moge, wiec mam dzisiaj jeszcze pare spraw do zorganizowania.
Jesli wiec ktos z Was ma jakas koncepcje na dalszy moj pobyt tutaj, to ja bardzo chetnie.

Planowalam jeszcze dwa trzy dni poza miastem spedzic, do iosemita pojechac, i pewnie to zrobie. ale trzeba to ogarnac. Jak juz obudze sie z lekkiego oslupienia. I znowu zaczne dzialac.

Mail wisi na prawej kolumnie bloga. JAKBY CO. Pomozecie?

wtorek, 23 kwietnia 2013

91. Cambria. Raj na ziemi. Moj raj.

(dodalam zdjecia do poprzedniej notki)

Kiedy dzisiaj jechalismy przed siebie autostrada numer 1 North, myslalam, ze nie bede miala za wiele do napisania. Bo przeciez jazda sama w sobie nie jest jakos bardzo atrakcyjna, nawet w kabriolecie :)

Lunch w miejscowosci o zgrabnej nazwie Ventura, podwieczorek w postaci solonych ciastek maslanych w Cayucos, kolacja... no wlasnie. Kolacja miala byc juz w Big Sur, a zostalismy w Cambrii. W tak zwanym miedzyczasie zmienil nam sie klimat. Z goracego i suchego zrobilo sie zielono i na tyle zimno, ze poprosilam o zamkniecie dachu, a potm jechalam po prostu przykryta gruba czarna marynarka. Dojechalismy do Cambrii i zrozumialam, ze to jest wlasnie moj raj na ziemi. Tu chce zostac. To wroce i tu bede. Pojechalismy dalej, ale po kilku milach postanowilismy zawrocic. Bo takich spraw sie nie lekcewazy. Jesli raj, to trzeba go zaznac. Moja komorka nie ma tutaj zasiegu, ocean jest po drugiej stronie ulicy, foki plywaja, ludzie biegaja, zycie tli sie dosc niepostrzezenie. I ja tez tu jestem.

Poszlam sie przejsc, co by sobie pomyslec. Bo czas mija nieublaganie. Siedzialam na grubym konarze na plazy, patrzylam na coraz to wieksze fale i ustalalam swoje priorytety. Co chce, czego nie chce i z czym czas sie pozegnac. Albo przywitac. Wrocilam do hotelu biegiem, nagle mi se zachcialo joggingu.

Kolacje zjedlismy w lokalnej pizzerii, prowadzonej przez Meksykanina, ktory kilka lat pracowal jako mechanik w Chicago, i wynajmowal tam pokoj od Polki. Z pewna Polka tez sie zwiazal i prawie sie oswiadczyl. - ale za mlody bylem, zeby sie zenic - powiedzial.
Potem wyniosl sie do Kalifornii, zaczal uprawiac ziemie. 10 lat temu wynajal czy tez wykupil ten lokal, po trzech latach rzucil rolnictwo. Jest mu dobrze, czeka na emeryture. A to wszystko opowiedzial nam przy winie, ktore nam przyniosl, bo jestem z Polski. I w ogole.

Chce tutaj wrocic. I bardzo prosze wszystkie moce na ziemi i w niebie, aby to bylo mozliwe. To jest moje miejsce. Ja tu przynaleze.