niedziela, 31 marca 2013

66. Nogi mnie bolą


Siedzimy wlasnie w kolejnym Starbucksie, tym razem na 6th Avenue, dwa kroki od Central Parku.
Chociaz wiem, ze w Polsce dzis sniezyce i zima trzyma, i ze mam duzo szczescia, ze u mnie wiosna za pasem, to jednak nie jest wystarczajaco cieplo, zeby siedziec na lawce i chlonac. Wiec Starbucks z darmowym internetem. W knajpach nowojorczycy wyszli na swiateczne (?) lunche i rodzinnie zajmuja stoliki, ktore zapewne wczesniej zarezerwowali.
A ja czuje, ze ledwo zyje i zaraz zarzadze powrot do domu i do lozka, wiec tak sobie siedze i dumam,czy to aby juz, czy jeszcze moze chwile dam rade.

Tymczasem fajny tekst o zwiedzaniu Nowego Jorku pieszo. caly ten portal mnie przekonuje, wiec tym bardziej polecam.




65. Aretha Franklin jest krolowa soulu

Mieszkamy w dosc ciemnoskorej dzielnicy, a nosimy sie calkiem kolorowo, wiec w sumie nie zdziwil mnie wczorajszy komentarz jakiegos gniewnego do swojej kolezanki - "god damned, they are lost or what?", gdy kolo 22 wracalismy do domu od metra. Nowy Jork tez jest kolorowy, acz nie wszedzie to te same odcienie. i oczywiscie jest pelen turystow.

A my tak srednio lubimy turystow. No ale najlpierw trzeba zobaczyc troche miejsc zatloczonych, zeby docenic pozniej te bardziej normalne i codzienne. Przeszlismy sie mostem brooklynskim, co w gruncie rzeczy byloby calkiem przyjemne, gdyby nie tlumy wspolspacerowiczow.


Naganiacz chcial nas namowic na wycieczke stateczkiem wokol statui wolnosci, tlumaczac, ze od huraganu Sandy nie wpuszczaja na sama wyspe, ale mozna za to ja obejchac wokol i to niewielkie pieniadze za tak fantastyczna okazje. Grzecznie podziekowalam, usiedlismy sobie w parku i przez jakies 5 minut zmusilismy sie do przeczytania, co nam przewodnik mowi o tych wyspach i wysepkach, ktorymi tak okrutnie wzgardzilismy.

A potem wyszlo slonce i juz nie chcialo nam sie czytac.

Przeszlismy sie obok Ground Zero, poogladalismy potezna kolejke ludzi chcacych zaliczyc WTC Memorial, uznalismy, ze nie jest to nam potrzebne do szczescia, zwlaszcza, ze atmosfera wokol tego miejsca jeśt podniosla i dosc dramatyczna nieżaleznie od tego, czy sie je zwiedza w ramach struktury, czy poza nia. W poszukiwaniu stacji kolejki i tak obeszlismy caly ten kwartal i to czesciowo gora, wiec co widzielismy, to nasze. To miejsce nie ma dobrej energii. Bardzo chcialam stamtad uciec.

Kolejka nas zawiozla do Newark (po 4,5 usd na lebka w oie strony), McDonalds nakarmil (17 dolarow za dwa zestawy), a Krolowa i legenda soulu nas nie rozczarowala. Pytaliscie, czy Aretha Franklin jeszcze zyje. oh zyje, i ma sie znakomicie, pomimo chorob i wieku. Jest krolowa i nie musi tego udowadniac. Koncert byl krotki i dynamiczny, srednia wieku publicznosci chyba wyzsza niz Mlody i ja razem wzieci, za to moc jej 71-letniego glosu i sila jej poczucia humoru polaczonego z lagodnoscia i kobiecoscia moglyby gory przenosic.
siedzielismy na trzecim balkonie, wsrod 'normalnych' ludzi, ktorym nikt raczej nie zaplacil za bilet. I ta nasza publicznosc tak fajnie zywo reagowala na teksty ze sceńy, jak w amerykanskim kosciele, jak przy gospel. 'yeaaaah!' 'right!' Moze jedynie szkoda, ze nie zaspiewala mojej ulubionej 'i'll say a little prayer'.
Z internetu wynika, ze niedawno nagrala kolejna plyte, ktora sama wydala. I ze niestety ma raka trzustki. Podziwiam te babke. Wczoraj pokazala klase i kazdemu zycze, zeby majac nowotwor i 70tke na karku mial w sobie jeszcze tyle do przekazania innym.

Do Nowego Jorku wracalam juz dosc konkretnie zmeczona. i nadal chora.
Bo oprocz milego spacerowania byla tez grana apteka i dobieranie odpowiednich lekow do moich objawow (stanelo na czyms w rodzaju Tabcin). Chyba jest troche lepiej. Dzisiaj w planach parada wielkanocna, ale chyba nie bedziemy sie spieszyc. I moze znowu uda mi sie nabyc troche swiezych owocow. Organizm domaga sie witamin.

Technikalia:
- karta na dowolna liczbe przejazdows metrem lub lokalnym busem na 7 dni kosztuje 30 dolcow.
- internet chyba bede miala w firmie simple mobile. Za 50 dolarow wszystko nieograniczone (rozmowy, smsy, nawet zagraniczne, oraz internet 4g)
- paczka chusteczek w lokalnym sklepiku kosztuje pol dolara.
- nowojorczycy przechodza na czerwonym. My tez.
- a ichniejszym 'jak dojade' jest hopstop.







sobota, 30 marca 2013

64. It's been a hard day's (to)night

11.00
Dusseldorf przywitał mnie śniegiem. Nie jestem jakos bardzo zmeczona, bo pakowanie poszlo dosc sprawnie, ale choroba robi swoje. czuje sie oslabiona i jakby za filtrem goraczki, kaszlu i gardla. Moj organizm ma jeszcze kilkanascie godzin, zeby sie zregenerowac. Wlasnie wzielam ostatnia dawke antybiotyku. Bedzie dobrze, przeciez wiem, ale dawno tak nie wyeksploatowalam swojego ciala, jak bardzo dwuznacznie by to nie brzmialo ;)

Wzielam pomaranczowa walizke. Jednak nie jestem backpackersem, kurde. Za stara? Sama nie wiem, jest we mnie troche mlodej siksy, ktora chce poznawac swiat, przezywac przygody i podejmowac nie zawsze najbardziej rozsadne decyzje, ale jestem przeciez tez calkiem juz dorosla kobieta, konkretnie dzieciata i niejako ustawiona w zyciu. I tak walizka stala sie symbolem mojej niemlodosci. Wzielam oczywiscie za duzo rzeczy, choc i tak sporo ubran odlozylam z powrotem do szafy. Po dlugich negocjacjach sama ze soba. Tej sukienki nie zabralam, bo za ciepla i zalozylabym ja tylko w NY, tamtej spodnicy, bo dzinsowa, i nie ma sensu wiezc drzew do lasu. Ta koszula wcale tak dorbze na mnie nie lezy, a Crocsy sa tak bardzo ograne, ze jednak nie. Mam natomiast na sobie moje ukochane biale martensy w rozowe kwiatki. Zasluzyly na ten wyjazd. Sa wygodne i na tyle nietypowe, ze choc nie pasuja do niczego, to mozna je zalozyc do wszystkiego.

Ciekawe, czy kiedys uda mi sie zapakowac w 40litrowy plecak i miec wszystko, co mi potrzebne. Przez te wszystkie lata obrastania w rzeczy i tluszcz nie nauczylam sie powsciagliwosci.

Lotnisko w Dusseldorfie jest spokojne. Muzyka ze Spotify na uszach, calkiem przyjemny chillout. Jeszcze chwila, a znowu nabiorę energii i predkości. Na razie muszę wylądować po długim biegu. Wtapiam się w tło.

Xxxx
23.00 czyli 4 rano mojego czasu.
Jestem ledwo ciepla, ale dziecko odebralam na czas z LaGuardii i razem juz dojechalismy na Brooklyn do 'domu'. Mieszkamy przy stacji metra Kosciuszko. Bardzo wygodne do zapamiętania. Gorzej jak chcialam sie spytac, jak najszybciej dojechac z lotniska. Moja polska wymowa tego wyrazu nic pani nie powiedziala. Przeciez dla niej to jest [kos-ki-asko street].

Ide spac. Zasluzylam.

czwartek, 28 marca 2013

68. To się dzieje naprawdę :)

Lecę jutro rano.

Na liście 58 rzeczy do wykonania już tylko 3: spakować się, kupić 100 dolarów (na tzw. wszelki wypadek) i naładować kindla do końca.

Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało.
Następna notka pewnie w Dusseldorfie, jeśli dorwę fifirifi, albo już w Nowym Jorku.

Stay tuned.


środa, 27 marca 2013

67. Nie miała baba problemu, to se zachorowała

Już wczoraj wieczorem było dziwnie, jakiś kaszel mnie w gardle łapał. Zrzuciłam na alergię i wzięłam ostrą dawkę wapna na noc (nie lubię sterydów), rano obudziłam się rozgorączkowana, pewnie z 37,5, co jest bardzo wysoką gorączką jak na mnie. Plus katar, ból głowy i kaszel coraz bardziej krtaniowy. Naszprycowałam się wszystkim, co się da i poszłam do roboty. Albo to stres (bo ja na stres reaguję kaszlem), albo jednak coś złapałam. Niech to szlag.

Kurde, kumpela w pracy jest w ciąży, a ja prątkowałam przez cały dzień. Zaliczyłam lekarza, dostałam antybiotyk i różne wskazania i przeciwwskazania, i wróciłam do biura. Założenie jest takie, że do piątku poczuję się lepiej, bo na razie jestem nie tylko mało przytomna, ale też cała obolała. Niech mnie ktoś przytuli!

Siedzę właśnie w centrum handlowym (no dobra, już nie siedzę, ale jak to pisałam, to rzeczywiście tam byłam), czekam aż mi umyją auto, które jutro zwracam przyjaciółce. To cudowne, że mogłam nim jeździć przez te 3 miesiące. Aniu, jesteś kochana! Po powrocie i sprawdzeniu stanu konta spróbuję nabyć coś używanego, tylko nadal nie wiem, czy samochód czy motocykl :)

W ramach uzupełnienia procedur bezpieczeństwa wysłałam wczoraj Mamie informacje o swoich aktywach i pasywach i różne hasła dostępu. Mieliśmy w rodzinie taki przypadek, gdy małżeństwo zginęło w wypadku samochodowym i dzieci (dorosłe) nie wiedziały, jakie są polisy, jakie hasła, jakie numery kont. To mocno utrudnia. I choć nikogo nie namawiam do wypadków, to zachęcam do zaufania choć jednej osobie i spisania wszystkiego. Niechby ta osoba miała tylko hasło do konta mailowego, gdzie całą resztę się umieści. Albo do komputera.

Oraz muszę koniecznie pamiętać o zabraniu jutro paszportu i innych dokumentów do pracy. Chcę je zeskanować i wrzucić w chmurę (pewnie na dropbox.com). W razie kradzieży łatwiej mi będzie udowodnić, kim jestem. Podobno takie skany skaracają nieco procedury konsularne.

Zastanawiam się, czy mam pierdolca na punkcie bezpieczeństwa. Oraz gdzie jest granica między zdrowym przewidywaniem, a lękowym zakładaniem tego, co najgorsze. Kiedyś byłam dużo bardziej beztroska. Pamiętam, jak wiele lat temu pojechaliśmy ekipą na wycieczkę rowerową, z Suwałk do Siedlec, z uroczym dodatkiem w postaci naszego rocznego syna. Teściowie pukali się w głowę, moi rodzice pewnie trochę martwili, a my cieszyliśmy się Biebrzańskim Parkiem Narodowym i innymi pustymi drogami oraz prawie darmowymi schroniskami młodzieżowymi, uruchamianymi wyłącznie w sezonie, w starych drewnianych szkołach. Młody siedział w foteliku, więcej spał niż podziwiał, i z przyjemnością jadł lody, bo lato było akurat gorące. Nauczył się też wtedy pić wodę z butelki półtoralitrowej. Zostało mu to po dziś dzień ;) Pod fotelikiem wieźliśmy zestaw pampersów, bo o to było najtrudniej w wiejskich sklepikach. Tu i ówdzie były pojedyncze rozmiary, pewnie sprowadzane specjalnie dla lokalnych dzieci. Pierwsze urodziny Młodego spędziliśmy gdzieś w lesie, i co jakąś godzinę cała gromada rozbrzmiewała urocznym zaśpiewem "Stooooo lat!!!", a Młody się śmiał z zachwytu.

Nie wiem, czy dzisiaj powtórzyłabym ten wyczyn.
Roczne dziecko? Rowery? 70 kilometrów dziennie, niezależnie od pogody?
Hmm.
Choć w sumie to, co zamierzam też jest dość odważne. Ale w inny sposób. Bezpieczeństwem Młodego nie szafuję, co najwyżej własnym. No i właśnie - czy to moje tworzenie sobie siatki bezpieczeństwa jest w tym kontekście paranoidalne i nerwicowe?
Na szczęście nie mnie oceniać, psychiatrą nie jestem :)

na wieczór Paolo Conte.




wtorek, 26 marca 2013

66. Everybody Pays

Wszystko na to wskazuje, że sprawy zawodowe uda mi się po całości ogarnąć przed wyjazdem. Zostały jeszcze dwa dni robocze, a już większość jeśli jeszcze nie zrobiona, to przynajmniej zaplanowana. I chyba nic niespodziewanego nie wyskoczy. (lubię wyjeżdżać mając czysto na biurku - tym realnym i tym w postaci list "to do"). Wczoraj odesłałam kurierem okrutnie przetrzymane książki i płyty do dwóch koleżanek, a wieczorem poszłam na pocztę wysłać dwie znalezione przypadkiem na półce pozycje z dwóch warszawskich wypożyczalni. Jest w tym taka metodyczność sprzątania, o której samą siebie bym nie podejrzewała.

Dzisiaj jeszcze pranie, może wreszcie wybiorę ubrania, które chcę zabrać. Na szczęście nie muszę opróżniać lodówki, skoro od razu w piątek ktoś u mnie zamieszka, ale przecież są takie produkty, których nie wypada zostawić - na ten przykład lody HagenDazs. Czekoladowe. Wczoraj wykończyłam opakowanie i poczułam się spełniona. To są bez dwóch zdań najlepsze lody na świecie, acz dziecko mi donosiło, że jakaś marka amerykańska też jest niczego sobie, więc z przyjemnością wypróbuję.

Soczewki dotarły, przejściówka do iPada również. Na razie nie udało mi się podłączyć karty SD do iPada bezpośrednio, ale przechodząc przez aparat foto już tak. I nie wiem, czy to przejściówka jest walnięta (moja szkocka natura kazała mi kupić używaną), czy karty zbyt nowoczesne, czy może to jednak mój iPad, który został zdżejlbrejkowany przez dziecko i może z tego powodu ma jakieś problemy z komunikacją. Chyba nie będę z tym walczyć samodzielnie, tylko dziecko zaprzęgnę do roboty w NYC ;)

(wrzucając przed momentem ubrania do pralki stwierdziłam, że spodnie i spodenki letnie, które zamierzam ze sobą wziąć, są dość luźne. Czyli jednak nie ma dramatu. Uff)

Przejrzałam najnowsze recenzje pokoju, w którym będę mieszkać na Brooklynie. Wszystkie są w sumie dość spójne. Facet jest bardzo sympatyczny, okolica ok, sporo sklepów, do metra niedaleko, na Manhattan całkiem blisko, ale pokoje są niesprzątnięte, a pościel nieświeża. Podobno jednak niedaleko jest pralnia. Podobno wszystko da się załatwić. Czy aby jednak nie przesadziłam z tą oszczędnością? Się zobaczy na miejscu i najwyżej będę się domagać zwrotu opłaty za sprzątanie, która ponoć jest w cenie. Będzie to okazja do sprawdzenia, czy airbnb.com rzeczywiście tak dba o swoich użytkowników, jak zapewnia na stronie.

Uruchomiłam też już kontakty na couchsurfing.com. Mam zaproszenia do San Antonio i Albuquerque. W San Antonio jakiś młody Polak, w Albuquerque para, dla której miałabym być pierwszym gościem. To dopiero frajda! Już od dłuższego czasu chciałam kogoś przenocować u siebie, bo od kiedy Młody jest za wielką wodą, to mam na stałe wolny pokój. Ale jakoś się z tym nosiłam, nie mogłam zdecydować, aż wreszcie wygląda na to, że najpierw ja skorzystam z czyjejś gościnności, a dopiero potem się odwdzięczę.

Dostałam dziś rano mailem kupę fajnej muzyki stamtąd. Wprowadziła mnie w znakomity nastrój i kazała zapomnieć o tym, co za oknem. Aż sama nie wiem, co Wam zaserwować. Może zacznę od piosenki cudnie leniwej i gorącej. Czuję, jakbym tam już była. Ktoś jedzie ze mną?

(Big Harp "Everybody Pays")


poniedziałek, 25 marca 2013

65. Zamiast czytać o Nowym Jorku

Zamiast czytać o Nowym Jorku siedzę w mapie południowego Zachodu. (albo południa tout court) 
Houston, Austin, San Antonio, Albuquerque i to, co pomiędzy. 

Ale trochę jest tak, że na miasta mam swoje metody. Idę coraz większymi kręgami. Najpierw najbliższe otoczenie, potem trochę dalej, potem jakieś sklepy, za każdym razem wracam z innej stacji metra do domu. Jeździmy różnymi liniami. Wysiadamy kapinkę wcześniej, wsiadamy kapinkę dalej. Chodzimy. Dużo i długo. 
I zresztą wiem aż za dobrze, że to dopiero moja pierwsza wycieczka do Nowego Jorku. Skoro wizę mam na 10 lat, potrafię sobie wszystko zdalnie zorganizować, to co za problem, żeby znowu tam polecieć za parę miesięcy, gdy znajdę tanie bilety. 

Inaczej sprawy się mają, jeśli chodzi o podróż autem. Szanse na to, żebym drugi raz chciała zobaczyć Grand Canyon albo Death Valley nie są zerowe, ale niewątpliwie niewielkie. Dlatego warto dobrze przyjrzeć się rozmaitym możliwościom i ciekawym miejscom. Ciągle zbieram dane, różni ludzie mi doradzają, co warto, a czego nie. 

Na ten przykład takie Juarez. Jedno z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie. Miasto, w którym zabija się kobiety dużo częściej niż gdzie indziej. Oczywiście, że mnie tam ciągnie. I oczywiście, że moi przyjaciele drżą, żeby mnie tam nie poniosło. A jedna z możliwych tras między Houston a Albuquerque prowadzi właśnie tuż obok granicy meksykańskiej. I kusi mnie. Wyskoczyć na chwilę, na parę godzin do obcego miasta. Porobić zdjęcia, nie dać się zgwałcić ani zabić i wrócić do swojej spokojnej (huehue) Ameryki na noc. Prawdopodobnie tego nie zrobię. Ale kusi. 

Przyjaciel każe mi jechać do Roswell. Do muzeum Ufo. Czy ja wiem? A jeśli mnie porwą i przerobią na konserwy? (no dobra, nie będę udawać, że bardziej się boję kosmitów niż meksykańskich przestępców z Juarez). Może moje niektóre paranormalne umiejętności mogłyby tam znaleźć wyjaśnienie? Się zobaczy. Jeszcze nie wiem, czy będę bardziej miała ochotę na jazdę przez małe amerykańskie miasteczka, czy na zwiedzanie, czy może na spotykanie ludzi i gadanie z nimi. 

W każdym bądź razie moja trasa wygląda mniej więcej tak (fajne to Roadtrippers, mocno intuicyjne, kolega mi podesłał) i mam na to jakieś 8-9 dni. Ambitnie, proszę Państwa, no ale tego można się było po mnie spodziewać. Odpoczywać będę później, na wybrzeżu, już nie sama zresztą. 

Wczorajsze popołudnie poświęciłam na stworzenie playlisty na Spotify. Ponad 400 piosenek, w większości mające jakiś kontekst w moim życiu, na ten przykład francuskie disco z lat 80-tych, pewnie absolutnie nie do zniesienia dla kogoś, kto nie tańczył przy tym na swoich pierwszych w życiu prywatkach i dyskotekach. Uruchomiłam sobie wersję premium, na razie przez 30 dni jest za darmo, a potem niecałe 20 zł miesięcznie, z których w każdej chwili mogę się wycofać. Dzięki temu mam synchronizację na iPadzie i telefonie, oraz mogę sobie te wszystkie utwory ściągnąć do offline. 
No to ściągnęłam :) 




niedziela, 24 marca 2013

64. Niedziela dobrych niusów

Dobra wiadomość jest taka, że mam już cztery auta w Houston. Każde w innej firmie :)  Ostatnia rezerwacja w National jest najlepsza, i w każdej chwili mogę ją anulować bez kosztów (jak i trzy poprzednie), jeśli znajdę lepszą opcję. W tej chwili mam zapłacić ok. 520-550 USD za 9 dni, w tym 250 USD opłaty za to, że oddaję w innym miejscu, ale czekam na jutrzejsze kupony, bo dzisiaj część z nich się skończyła, więc może będzie jeszcze jakaś fajna promocja w sam raz dla mnie.
Podobno wszyscy tak kombinują, rezerwują, a potem zmieniają, ale faktem jest, że przez parę dni mam dość konkretnie zablokowaną kartę kredytową, zanim mi zwrócą pieniądze z tych rezerwacji, które anulowałam.

Równie dobra wiadomość jest taka, że zaczęłam czytać przewodniki po Nowym Jorku, ściągnęłam trello na ipada (bo na trello mam wszystkie linki, dokumenty, przemyślenia, dobre rady), a dzisiaj jadę odebrać karty SD do aparatu (2 x 32 GB powinno styknąć, a jak nie styknie, to na miejscu kupię kolejną).

Rok podatkowy zamknęłam nadpłatą (kocham swoją księgową, it's official), zeznanie podpisałam, a 1% przekazałam na Fundację Chustka (tak tylko piszę, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, komu oddać swoje ciężko zarobione pieniądze, polecam ich bardzo bardzo).

Nieco gorsza wiadomość jest taka, że w Nowym Jorku ma być ok. 10 stopni, gdy tam wylądujemy, więc rozpaczliwie przeglądam swoją szafę na okoliczność pasującej garderoby. Biorąc pod uwagę, że w Houston jest pod 30 stopni, a w Kalifornii zamierzam się wykąpać w Pacyfiku (niezależnie od temperatury), to moja walizka powinna zawierać wszystkie opcje. ALE NIE BĘDZIE. Postanowiłam być dzielna, więc dzisiaj chyba sobie zrobię wieczór przebieranek.

Mieszkanie wynajęłam. Z kotami. Ha! Człowiek nie jest całkiem obcy, mamy 19 wspólnych znajomych na FB, więc wierzę, że wszystko będzie w porządku. A jeśli nawet nie będzie, to przecież nie mam nabożnego podejścia do swoich rzeczy (co w tym wypadku będzie zaletą, bo jednak zazwyczaj bywa wadą, gdy nie nadmiernie dbam o swoje różne takie. Swoją drogą ciekawa jestem, skąd to mam, że przedmioty martwe są dla mnie całkowicie martwe, niezależnie od tego, ile kosztowały. Czy to kwestia wychowania? Nie jestem przecież wystarczająco zamożna, żeby zawsze móc sobie zastąpić coś, co się zniszczy, a jednak nie umiem poświęcać nadmiernie dużo czasu na czyszczenie, naprawianie, układanie i poprawianie).

Jeszcze podjechać po przejściówkę do iPada. Zaprowadzić auto do myjni i oddać je prawowitej właścicielce. Spakować się. Zrobić porządek w domu, co by najemca mógł gdzieś swoje rzeczy położyć. Poprzytulać koty na zapas. Pójść na moduły krav maga. Ściągnąć rozmaite aplikacje na telefon i na ipada (szczególnie mapy offline, bo jeśli dobrze rozumiem, to to, co ściągnęłam z google maps nie ma opcji wyszukiwania po nazwie ulicy, czy to jest możliwe???).  Wykupić leki. Zadzwonić do Mamy. Schudnąć 15 kilo. Zgrać książki na kindla i iPada. Dokończyć playlistę na Spotify. I ogarnąć wszystkie sprawy w pracy.

Dziś po raz ostatni poleguję nieprzyzwoicie długo w łóżku. Następny taki poranek będzie w maju.

I jeszcze piosenka, w której uprzejmie proszę zamienić słowo Monday na Friday ;)


piątek, 22 marca 2013

63. Wypożyczenie auta w USA

(UPDATE na końcu notki)

Zarezerwowałam auto.

Powinnam skakać z radości, a ja potrafię tylko z siebie wydusić, że mam, że coś wynajęłam, że nie zostanę na lodzie. Że cena potworna, choć i tak bardzo niska. I że nie sądziłam, że to właśnie będzie najbardziej skomplikowaną czynnością związaną z moją wyprawą.

A zatem. Zarezerwowałam. W Biliger Mietwagen, które mnie przekierowało do Auto Europe, które mi wynajęło auto w Dollar Thrifty. Ponieważ opłata za podróż w jedną stronę generuje się dopiero po dokonaniu rezerwacji, a w Dollar Thrifty wynosiła 750 USD, to zadzwoniłam Auto Europe przez Skype Out (1,25 zł za 13 minut rozmowy) i znalazłyśmy z panią lepszą ofertę w Alamo, gdzie opłata ta wynosi 500 USD. W Enterprise jest to tylko 200 USD, ale tam chcą jakieś pełniejsze ubezpieczenie ode mnie, albo na wejściu oferta jest droższa, bo panu wychodziło sporo ponad 1200 USD, a teraz potwierdzić tego nie mogę, bo pan się przestał odzywać i już mnie najwyraźniej nie lubi.

A zatem mam auto, za 240 EUR + 500 USD. Na 9 dni, bo tylko na odcinku Houston-San Diego. Potem będę jechała inaczej, potem będę zresztą już w Kalifornii, więc zakładam, że życie będzie piękne, słoneczne i zapomnę na chwilę o tym, co aktualnie mamy za oknem. Na wszelki wypadek napisałam jeszcze do operatora (Alamo) z pytaniem, jaki będzie grand total, co bym nie była zaskoczona, jak podjadę do ich agencji gdzieś niedaleko lotniska i zakrzykną mi jeszcze 500 USD za fakt bycia blondynką. Albo za długie nogi ;)

Na szczęście tę rezerwację mogę bezkosztowo anulować aż do 48 godzin przed odbiorem auta, więc jeśli znajdę jakąś lepszą opcję, to skorzystam z anulacji i będę szczęśliwym człowiekiem. Wzięłam oczywiście najmniejsze możliwe auto, zakładając, że jak będą chcieli, to mi dadzą większe. Spytałam w Alamo, czy są jeszcze jakieś dodatkowe discounty albo inne rabaty. Może jakieś kupony. A może w połączeniu z foursquare mogłabym mieć zniżkę. Albo jak stanę na lewej nodze, a prawą podniosę na wysokość łokcia. (tak, poziom absurdu związanego z tym wynajęciem auta już mnie doprowadził do swoistego wymęczenia tematem).

Wyjazd za tydzień.
Kupiłam soczewki.
Zamówiłam karty SD do aparatu fotograficznego (biorę cyfrówkę przyjaciela, Canona z 20-krotnym zoomem optycznym i stabilizacją obrazu).
W weekend jadę kupić przejściówko-czytnik do iPada (skoro mogę zrzucić zdjęcie na iPada i Wam je tutaj wkleić, to po co mi komputer?).
Mieszkanie wynajęte, na dniach się spotykam z najemcą, równie szczęśliwym jak ja, że udało nam się znaleźć siebie, bo on potrzebuje tylko na miesiąc, jak i ja.
Już wiem też, że bagażu rejestrowanego mam tylko jedną sztukę, do 23 kg, a druga mnie będzie kosztować 60 USD, więc muszę sprawdzić, czy na pewno chcę brać walizkę pomarańczową. Ona swoje waży, gdy jest pusta, więc może jednak plecak to sensowniejszy pomysł, zwłaszcza że w drodze powrotnej na pewno będę miała drugi bagaż. We'll see.
Jeszcze do księgowej podjechać podpisać zeznanie i dowiedzieć się, jak należy dokumentować wydatki tam, żeby je zaliczyć do kosztów tutaj.
I kosmetyczka dziś wieczorem.
I przygotowanie muzyki, książek, przewodników i innych.

Jest dobrze.
One week to go.

A na deser coś na temat. Oglądamy. Od początku do końca :)




UPDATE - napisali do mnie przed chwilą z billiger mietwagen, że te 750 USD za one-way fee to bardzo niekorzystna oferta i National ma wprawdzie trochę droższe auto, ale za to tylko 250 USD tej opłaty. I czy mogę do nich zadzwonić, a jeśli nie, to może mogę im podać swój numer telefonu, to oni zadzwonią, bo przecież ma mi wyjść tanio. Sprawdziłam właśnie na stronie National. Rzeczywiście. Chyba się zmieszczę w 650 dolarach. Kurde, kurde :)

UPDATE2 - Pani z billiger mietwagen zadzwoniła i przebukowałyśmy na National, który bierze 250 USD opłaty niezależnie od długości drogi. Tamte dwie pierwsze rezerwacje zostały anulowane, ciekawe kiedy pieniądze wrócą na kartę. Ale ja poszłam dalej, sprawdziłam na rentalcars.com (partner  booking.com) tę samą ofertę. Wyszło mi o 50 EUR taniej. Zabukowałam zatem czwarte już dzisiaj auto, i napisałam do biligerów, że jeśli mogą mi zaoferować taniej, to ja chętnie wezmę, ale jeśli nie, to bardzo uprzejmie rezygnuję.

To be continued.

czwartek, 21 marca 2013

62. Boli mnie dosłownie wszystko

No więc nie będę pisać o tym, co pada z nieba, bo jestem damą, a damy nie powinny używać brzydkich słów w miejscach publicznych. Ja i tak je stosuję, bo lubię korzystać z pełni swojego języka i uważam je za zwykłą emfazę swoich stanów emocjonalno-werbalnych, ale ponieważ nie znam wszystkich gości tego bloga (małomówni jesteście), to wolę udawać, że jestem kulturalna. A nuż ktoś uwierzy.

Boli mnie dosłownie wszystko. Ramiona. Tyły ud i łydki. Pośladki. Brzuch. Mięśnie pod żebrami. Przedramiona i kark. Wczorajsze moduły na krav maga były znakomite, ale wyczerpujące. Do tego stopnia, że w czwartej części na chwilę odpadłam, bo mi się ciemno przed oczami zaczęło robić. 
Pompek nadal nie umiem zrobić, ale pracuję nad tym. Jak mi się wreszcie uda, nie omieszkam się pochwalić :)

Zastanawiam się, gdzie będę nocowała w San Francisco. Nie wiem jeszcze dokładnie, kiedy tam dojadę i w jakiej konstelacji pojazdowo-osobowej, więc zasadniczo zakładam, że zajmę się tym już na miejscu, ale tak sobie dumam, że jeśli w NYC wcale nie był łatwo znaleźć coś w dostępnej cenie, to może i SF będzie trudnym miastem? Jednoznacznie nastawiam się na wynajęcie auta, motocyklu lub roweru i mam nadzieję, że jakoś poradzę sobie z tymi słynnymi pagórkami, które znam z filmów i gry komputerowej "Crazy Taxi".  Tam pewnie też będę robić zakupy, wydawać resztę pieniędzy (a raczej zadłużać kartę kredytową) i przygotowywać się psychicznie do lądowania w pięknie wiosennej Polsce (no bo jednak nie bardzo wyobrażam sobie, żeby do początku maja pogoda miała pozostać tak cudowna, jak jest teraz).  

Trochę już jestem zmęczona przygotowaniami. Świadomość, ile mam jeszcze spraw do załatwienia przed wyjazdem mnie nieco przygniata do podłoża i choć energii mam w bród, to zwyczajnie chciałabym już tam być. Poczuć wiatr we włosach (i śnieg na głowie?) oraz wiedzieć, że mogę wszystko, a niczego nie muszę. No i za Młodym się stęskniłam okrutnie. (z wszystkich wyzwań na świecie, to chyba jest największym, z którym przyszło mi się zmierzyć. Żadnej matce tego nie życzę. I powiem nawet więcej, żadnemu ojcu też nie). 

Jadłam dwa dni temu w Bordo na Gałczyńskiego. Tak jak bardzo lubię to na Chmielnej i pamiętam jak było malutkim przedzialikiem. I regularnie sprawdzam, że z czasem nie stracili na jakości, zupa-krem z pomidorów jest nadal smaczna, a ciasto pod pizzę cienkie, tak niestety knajpa na Gałczyńskiego nie przemówiła do mnie w ogóle. Pusta, kelnerka taka sobie (siedziałam naprawdę na widoku, a ona intensywnie mnie omijała wzrokiem), a jedzenie bardziej niż przeciętne. Zamówiłam tagliatelle z łososiem i porem. Danie było bez smaku, niesłone, łososia tyle co kot napłakał, porów naliczyłam ze trzy, a biały sos właściwie nieistniejący. mocno wodnisty. Makaron więc leżał na talerzu i nie bardzo miał co ze sobą zrobić. Zjadłam, bo byłam głodna. I poszłam szybko dalej, z przekonaniem, że na razie nie ma sensu tam wracać. 

Tymczasem piosenka, którą chyba dzisiaj wszyscy śpiewają. Ale w wersji oryginalnej, symfonicznej, prosto z albumu Voo Voo



środa, 20 marca 2013

61. Reisefieber

Spotykam się, piszę maile, organizuję swój niebyt miesięczny. 

W pracy ogarniam, po pracy ogarniam, w domu nie ogarniam (mam bałagan taki, że aż wstyd). 
Dziś rano był lekarz, dziś wieczorem sport, a zaraz jeszcze spotkanie z koleżanką, która była niedawno w San Francisco. Sprawy bezpieczeństwa i informowania przyjaciół też już domknięte. 

Nad ranem mi się śniło, że tuż przed wylotem na lotnisku nagle odkryłam, że nie spakowałam do plecaka nic poza dwoma swetrami, bo wprawdzie zaczęłam pakować, ale nie skończyłam. I rozpaczliwie próbowałam kupić Euthyrox (taki lek na tarczycę) oraz soczewki, bo okularów też nie miałam i jedyny egzemplarz jednorazowych oczu na sobie. 

A potem ojciec (też gdzieś leciał) mi powiedział, że właśnie zaczęła się wojna.  

Jeszcze sprzedać opony zimowe, wysłać zaległe pożyczone książki do ich prawowitych właścicieli i przeczytać choć pół przewodnika. Jedzenie dla kotów już mam (10 kilo suchej karmy waży swoje, w sumie ten sport już mi chyba dziś niepotrzebny). Wykupić lekarstwa. Olać prawko międzynarodowe (nie jestem w stanie dotrzeć do fotografa, a co dopiero do urzędu). Zapłacić rachunki i ustawić płatności w kwietniu. Wystawić faktury. Zwindykować długi. 

A potem wsiądę do samolotu, umoszczę się wygodnie na siedzeniu i poczuję się wreszcie na wakacjach. Po 5 minutach zacznę przeklinać ilość miejsca na nogi. Po kwadransie zasnę. A potem zrobię się głodna. Zawsze jestem głodna, gdy podróżuję. Wy nie? 

Lubię ją. W brzuchu ją czuję. 



wtorek, 19 marca 2013

60. Warszawa czyta!

Wszyscy dzisiaj piszą o śniegu i niekończącej się zimie (ja oczywiście też, ale na Facebooku, bo tam się czuję mniej na celowniku), więc zapodam Wam letnią piosenkę, która do mnie przywędrowała aż z Norwegii i ociepliła mi myśli.


Wczoraj już prawie wynajęłam auto. Przez niemiecki portal wychodziło taniej niż bezpośrednio w firmie amerykańskiej, która będzie operatorem tego wynajęcia. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć takich układów finansowych i oczywiście węszę jakieś niedopowiedziane koszty, dodatkowe prawie że nieobowiązkowe ubezpieczenia, które jednak "w Pani przypadku stają się nie do obejścia". Dlatego nie zarezerwowałam, tylko postanowiłam, że zadzwonię do tych Niemiec (albo do ich przyjaciela francuskiego operatora) i się dowiem.

Mieszkanie w Warszawie też jest już prawie podnajęte, na razie za cenę sporo niższą niż zakładałam, dlatego daliśmy sobie czas z potencjalnym wynajmującym do końca tygodnia na decyzję. Czyli szukam nadal! Naprawdę nikt z Was nie chciałby spędzić cudownego kwietnia w Warszawie?

Mam już przewodniki w wersji elektronicznej (courtesy of młodszy brat), co by nie musieć ich targać przez pół świata. Zastanawiam się, czy może skorzystać z okazji i kupić sobie Kindle Paperwhite, a swój stary Kindle Keyboard przekazać potomkowi, ale jeszcze nie wiem. Nie jestem aż takim czytelnikiem, żeby 120 dolarów nie robiło mi żadnej różnicy.

A skoro już o czytaniu mowa, to w ramach zajmowania się nie tylko podróżą, dołączyłam do pewnej znakomitej inicjatywy "Warszawa czyta", której celem jest zamiana miasta w wielki dyskusyjny klub książkowy. W tym roku na tapetę bierzemy Cwaniary Sylwii Chutnik i już na początku maja będzie wiele wydarzeń książkowych (i nie tylko) związanych z tą pozycją. Polecam!

(swoją drogą ja już tak mam, że kiedy mam najmniej czasu i najwięcej zadań, to znajduję jeszcze energię na nowe projekty. Zresztą przecież muszę już planować, czym będę się podniecać po powrocie, nie?)

Dzisiaj wieczorem joga. Jutro tzw. moduły krav maga. W czwartek.. no właśnie, co robię w czwartek? Może z okazji pierwszego dnia wiosny uda mi się pójść pobiegać?


  

poniedziałek, 18 marca 2013

59. W razie starcia bezpośredniego będę uciekać

Otworzyłam ten krótki tekst  o Szwajcarce zgwałconej w Indiach i zastanawiam się, jak na niego zareagować. Czytam po raz kolejny i mam niefajne obrazy przed oczami. A także dużo nieprzyjemnych słów dla policji hinduskiej, która zamiast zapewnić bezpieczeństwo swoim kobietom i swoim turystom, szuka w nich współwiny. Odwieczna dyskusja o tym, czy kobieta w krótkiej spódnicy prowokuje i czy tym samym staje się współwinna gwałtom i innym rozbojom. Oczywiście, że nie. Bo mężczyźni to nie zwierzęta i właśnie po to mają mózg, żeby nie atakować kobiety, nawet gdy ta ma zbyt obcisłe ubranie.
I nie, nie wierzę, że w zależności od kultury, kod komunikacyjny jest odmienny i ci panowie mogą pomyśleć, że dana kobieta zaprasza ich do obcowania płciowego. (a już na pewno nie, że ta para szwajcarskich turystów na rowerach cokolwiek takiego komunikowała).

Tak czy siak, włączyła mi się również wyobraźnia w związku z wyprawą do USA. W jaki sposób zapewnić sobie podstawowe poczucie bezpieczeństwa, gdy podróżuje się samej po środkowo zachodnich Stanach? W jaki sposób informować znajomych, którzy pozostali w Polsce, że wszystko gra, a w jaki sposób dać im znać, że coś przestało działać i zapoznany fajny facet okazał się jednak sprzedawcą prostytutek do haremów na Bliski Wschód. Nie żebym od razu miała o sobie tak wysokie mniemanie, a i zakładam, że dla takiego szejka byłabym z pewnością za wysoka i za wielka, ale jednak warto zadbać o spokój ducha swój i najbliższych.

Umówiłam się z przyjaciółmi, że postaram się dać znak życia nie rzadziej niż co 48 godzin. Uruchomiłam śledzenie urządzenia na iPadzie. Spisałam wszystkie numery telefonów i inne adresy mailowe osób, z którymi będę się widziała i tę listę zamierzam na bieżąco uzupełniać. Będę dawać znać o swoich planach i na pewno komuś wyślę numer rejestracyjny swojego auta, jak już je odbiorę z wypożyczalni. Szczegółów operacyjnych opisywać nie będę, co by nie kusić losu. Ci, co mają wiedzieć, wiedzą.

W razie starcia bezpośredniego będę uciekać. Obiecuję! I nie łudzę się, że przez te dwa miesiące krav maga nauczyłam się chronić samą siebie, co najwyżej wypracowałam sobie umiejętność odruchowego reagowania, jak ktoś chce mnie uderzyć. Już się nie chowam w ramionach, a odbijam cios i nie boję się zaatakować. Na przykład kopnięcie w krocze. Albo z łokcia w szczękę. Niby nic, niby nadal kondycja beznadziejna, a jednak czuję się trochę bezpieczniej. Może powinnam nóż jakiś wziąć ze sobą. Przydałaby się też sól w kieszeni kurtki, ale na południu jest ciepło i wątpię, żebym kurtki nosiła.

A w kontekście tej Szwajcarki, której niezwykle współczuję, zastanawiam się, czy nie powinnam jeszcze przed wyjazdem porozmawiać z panią ginekolog, zwłaszcza, że przejeżdżać będę przez Nowy Meksyk, gdzie miewają dość szczególne pomysły dotyczące prawa zgwałconych kobiet do przerwania ciąży.

(tak, tak, przeglądam również prawo poszczególnych stanów, szczególnie kodeksy drogowe, bo przecież ignorantia iuris nocet)

Shkodra, Albania, 2012



niedziela, 17 marca 2013

58. Miłość to wtedy, gdy kogoś nie potrzebuję

Moje weekendy dzielą się na te spędzone na robieniu nic (czyli leżeniu w łóżku i czytaniu, oglądaniu, słuchaniu) oraz na te bardziej społeczne. Czasami nie chce mi się wystawiać nogi spod kołdry, a czasami ledwo co spędzę kilka godzin w domu, bo mnie nosi.
Ten weekend spędziłam z ludźmi. Z różnymi ważnymi osobami. I nawet mama mail wysłała, czym znakomicie wpisała się w nurt (moja matka jest bardzo internetową osobą, a blog prowadziła zanim to było modne ;)

Impreza, targ, lunch, zakupy, rozmowy wieczorne, obiad rodzinny, rozmowy z synem, zakupy i basen. Same przyjemności. Udało mi się pogadać o wyjeździe z osobami, których zdanie cenię i wchłonęłam trochę dobrych rad i fajnych przemyśleń. Trochę się też pożegnałam (jakbym wyjeżdżała na co najmniej dwa lata), a jeszcze bardziej doceniłam, że mam przyjaciół. Ktoś pożyczył mi aparat fotograficzny (coś pomiędzy lustrzanką a kompaktem), ktoś inny plecak, a ktoś obiecał przejściówki do prądu (Aniu, to do Ciebie!). Dziecko osobiste nadal sprawdza kwestię internetu prepaidowego, a znajomi udostępniają moje ogłoszenie z mieszkaniem (nie chce zapeszać, ale chyba uda mi się je wynająć).

Ciekawa jestem, czy moja sieć znajomych i bliskich byłaby tak intensywna, gdybym nie była singlem. Od wielu lat mieszkam sama (lub z synem), a od pół roku jestem całkowicie wolna, dziecko jest 9000 km stąd, a ja dzięki temu jestem sama sobie sterem i okrętem i zapełniam sobie czas tak, że sama się sobie dziwię, że na wszystko mam energię. Mam znajomych mniej więcej wszędzie, a kiedy ich nie mam, to ich sobie organizuję (co zresztą właśnie ma miejsce w kontekście wyjazdu do USA). Czy to bycie singlem daje więcej otwartości na rozmaite relacje społeczne (z powodu naturalnej i atawistycznej potrzeby kontaktów społecznych), czy to może pozostawanie w związku przymyka dotychczas otwarte furtki, co by więcej działo się w domu i w zagrodzie? Odpowiedź jest pewnie gdzieś po środku.

Dlatego więc bardzo doceniam swoją wolność i staram się ją wykorzystywać do cna. Wiem, że to jest czas dla mnie, dla mojego rozwoju i wiem, że dzisiaj mogę wszystko, a jutro wszystko może się zmienić :) Wiem też, że bycie singlem jest wygodne i przyjemne - daje luksus samodzielnego podejmowania decyzji. A kiedy człowiek polubi już samego siebie i zrozumie, że niewiele fajniejszego mu się od niego samego w życiu trafić może, to taka samodzielność jest bardziej niż kusząca, a wszelkie kompromisy coraz bardziej ciężkostrawne.

Nie trzeba być prorokiem, żeby domyślać się, że za kilkadziesiąt lat będzie dużo mniej rodzin w dzisiejszym rozumieniu, a dużo więcej jednoosobowych gospodarstw domowych, dość płynnie łączących się w związki na kilka miesięcy albo lat. I naprawdę nie widzę w tym niczego złego, bo stoję na stanowisku, że nie trzeba ludzi zmuszać do bycia razem, a miłość to wtedy, gdy kogoś nie potrzebuję i nie muszę z nim być, ale pomimo tej niepotrzeby i tego niemuszenia, chcę z nim być.

I tym optymistycznym akcentem życzę Państwu dobrej nocy i dobrego tygodnia. A na deser proponuję piosenkę Nata Kinga, przy której moje stopy zawsze zaczynają podskakiwać :)


sobota, 16 marca 2013

57. Logistycznie skomplikowana? To chyba ja ;)

W ramach poznawania swojego miasta poszłam dzisiaj na Le Targ, czyli targ slowfood na Saskiej Kępie (ul. Królowej Aldony 5, w kawiarni Szara Cegła i w jej podwórzu). Produkty cudowne, aż chce się jeść, choć musiałam się konkretnie powstrzymywać przed kupowaniem, bo przecież za dwa tygodnie wyjeżdżam i raczej nie ma szans, żebym zjadła wszystko to, na co miałam ochotę. Zwłaszcza, że ja tak często stołuję się poza domem (wiem, to niezdrowo i na pewno nie przyczynia się do prób zrzucania wagi, ale co ja na to poradzę, że nie lubię gotować, a już na pewno nie dla samej siebie). Targ jest otwarty w czwartki i soboty, a w piątki ma się przenosić na Solec 44. Przed świętami mają być w mieście od środy do piątku, ale nie zarejestrowałam, w jakiej lokalizacji. Naprawdę polecam, choć zaparkować tam ciężko.

Jest zdrowo, smacznie i drogo. Mekka hipsterki, ludzi ceniących dobre i smaczne oraz takich lekko zesnobowanych jak ja, którzy niby są normalni, ale lubią pooddychać wyjątkowością ;) Kupiłam pierogi z kapustą i grzybami i mięsem, jaja prosto od krowy, makrelę wędzoną, hummus na ostro, powalający sos galaretkowy z papryki, chleb żytni na zakwasie i kapustę kiszoną. Spróbowałam też białej czekolady posypanej papryką, oregano i czosnkiem. I teraz sobie przypomniałam, że kupiłam też serek grecki w oliwie i przyprawach, ale chyba niechcący włożyłam go do torebki mojej przyjaciółki. Trzeba będzie go odbić :)

Po południu zrobiłam zdjęcia w mieszkaniu i wrzuciłam je na facebooka, bo może jednak ktoś będzie chciał zamieszkać na moment, na tydzień, na miesiąc w moim ślicznym mieszkaniu na Mokotowie. Jak się nie uda wynająć, to koleżanka jest chętna na zaopiekowanie się, więc nerwowo nie jest, ale fajnie by było zarobić parę groszy. (ja w ogóle lubię pieniądze jako takie, bo jakoś łatwiej z nimi niż bez nich  ;)

Za tydzień półmaraton warszawski. Przyjaciółka biegnie i zazdroszczę jej tak kondycji, jak i odwagi. Moje 10-kilometrowe biegi to stanowczo maksimum moich możliwości, a teraz to bym pewnie połowy tego nie zrobiła - ostatni raz biegałam na jesieni, i obawiam się, że wygibasy na krav maga i przyjemne nurkowanie na basenie nie mają bezpośredniego przełożenia na kondycję.

Tymczasem każdego dnia dochodzą nowe szczegóły podróży. Plany się krystalizują. I choć wszystko może się zmienić, to lubię tę świadomość, że jest plan. A zatem już mniej więcej wiem, kiedy dotrę do San Diego. Prawdopodobnie uda mi się popływać po Pacyfiku. Nie uda się wbić na festiwal muzyczny Coachella, bo biletów już dawno nie ma, ale może gdzieś po drodze jakiś koncert się wydarzy? To be decided.

W ramach przygotowania playlisty wykupię sobie chyba Spotify Premium, bo mają opcję ściągnięcia sobie muzyki na trzy urządzenia i słuchania jej offline. Ciekawe, jak głośniki iPada poradzą sobie w aucie. Może wezmę ze sobą kabelek jack jack i jeśli auto będzie odpowiednio nowoczesne, to uda mi się wbić w jego system nagłośnienia?

Już wiem też, że ani AliorBank, ani Citibank nie mają dla mnie odpowiedniej karty kredytowej. Multibank jeszcze sprawdza swoje ubezpieczenia, ale przestałam się łudzić. It's official - wynajęcie auta w Stanach Zjednoczonych jest drogą imprezą i dlatego wiele na to wskazuje, że wynajmę tylko od Houston do San Diego. Tymczasem ściągnęłam sobie google maps z Nowym Jorkiem i z Las Vegas do wersji offline. Chwilę to trwało, szczególnie z Nowym Jorkiem, więc chyba ściągnę też resztę map, póki jestem w Polsce, bo nie chcę potem polegać na zawodnym internecie w miejscach publicznych. Swoją drogą ciekawe, dlaczego mój android ściągał 45 MB map przez prawie godzinę, skoro w domu teoretycznie mam internet z downloadem do 60 Mb/s.

W komentarzu do poprzedniej notki przeczytałam, że moja podróż wydaje się być logistycznie bardzo skomplikowana. Hmm. Może to mój sposób pisania i rozpisywania drobnych szczegółów takie tworzy wrażenie, a może fakt, że choć mam w sobie dużo wolności, to wolę niektóre sprawy mieć pod kontrolą, co by później nie żałować. A tak naprawdę to chyba po prostu mam świadomość, że czego nie załatwię wcześniej, za to zapłacę więcej.
A jeśli zapłacę więcej, to dłużej będę spłacała po powrocie.
A im dłużej będę spłacała, tym więcej czasu minie, zanim znowu gdzieś pojadę :)
Czysta logika ;)

Bardzo, ale to bardzo pragnę wiosny. W tym roku wyjątkowo długo każe na siebie czekać. Więc taka piosenka na sobotni wieczór, trochę romantyczna, ale przede wszystkim słoneczna. Enjoy :)


piątek, 15 marca 2013

56. Przecież Święta za pasem

Przeglądałam wczoraj strony wypożyczalni motocykli w San Francisco. Zastanawiałam się, czy mogłabym po prostu tam przyjechać, wynająć sobie jakąś 600-tkę i pojechać w siną dal, choćby na jeden dzień (bo koszty zacne, nie powiem). Sęk w tym, że ja już wszystko zapomniałam, i jakbym usiadła na motorze i pokazała, co potrafię, to być może skończyłoby się to na grzecznym: "Thank you, Ma'am, but this motorbike is already taken and you can't rent it". Decyzję pewnie podejmę już na miejscu, w zależności od tego, na co będę akurat miała ochotę. Może końcówkę wycieczki będę chciała spędzić nad wodą? (czy aby w tamtej okolicy są ładne plaże? Na pewno są. Swoją drogą powinnam już naprawdę przejrzeć te wszystkie przewodniki, bo to zaczyna się robić niepoważne, droga pani).

Tymczasem weszłam wczoraj do Empiku, zaszłam do działu z przewodnikami i mnie od razu odrzuciło. Po jaką cholerę mam wiedzieć, gdzie są hotele oraz w jakiej restauracji należy zjeść, a także gdzie można zrobić zakupy. Kiedy człowiek przejechał trochę już świata, to takie informacje wydają się kompletnie nieistotne, a kiedy dodatkowo ma dostęp do internetu, couchsurfingu i znajomych miejscowych, to takie informacje są wręcz nieaktualne w porównaniu z tym, czego może się dowiedzieć naocznie i nausznie. (knajpy zazwyczaj wybieram po zapachu i liczbie klientów, a hotele są naprawdę najmniej istotnym elementem moich wyjazdów, byle nie było zbyt brudno i zbyt drogo).

Spojrzałam więc na półkę sklepową, przeszłam do działu z mapami, zobaczyłam, że niczego o Stanach nie ma i poszłam sobie dalej, do muzyki, której oczywiście też nie kupiłam, bo i po co, kiedy mam Spotify. W sumie nie dziwię się, że Empik teraz w połowie swojej powierzchni handlowej ma książeczki dla dzieci, zabawki i artykuły dekoracyjno-kolekcjonerskie.



W ramach ciekawości poznawczej (i wrodzonej oszczędności, rzecz jasna) szukam polskiej karty kredytowej z opcją ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej w przypadku wynajmu auta. Na razie znalazłam tylko mega-drogą Mastercard World Elite (900 zł za wydanie), więc szukam również w ramach ubezpieczeń podróżnych. Wersje najdroższe mają opcję z odpowiedzialnością cywilną, niestety zazwyczaj wykluczają zdarzenia związane z prowadzeniem auta i innych pojazdów mechanicznych. Wysłałam kilka maili, ale jakoś się nie łudzę, że uda mi się to załatwić w Polsce. Tymczasem amerykańscy agenci ubezpieczeniowi, do których napisałam mają mnie w niejakim poważaniu. No ale przecież nie będę załamywać rąk! A może  dam radę wyrobić sobie kartę kredytową w Stanach?

Chyba też już czas zacząć robić listę rzeczy, które zamierzam zabrać. Na ten przykład zastanawiam się nad latarką-czołówką, która w trakcie mojej samotniczej podróży autem z pewnością może się przydać. Podobno odległości w Teksasie i Nowym Meksyku są dość duże, a auta bywają zawodne. Z drugiej strony, po co mam brać coś, co za niewielkie pieniądze mogę nabyć w przeciętnym walmarcie. Nie wiem też, czy brać buty do biegania, czy uznać, że najwyżej będę biegać w converse'ach. Treningi kobiecej krav maga mi się wczoraj skończyły, nie chciałabym stracić tego, co czuję w udach - muszę się ruszać! W Houston ma być dzisiaj 28 stopni. W Nowym Jorku tylko 8. U nas poniżej zera, o śniegu - przez grzeczność - wspominać nie będę. Niech oni się zdecydują, bo nie wiem, czy zapakować rękawiczki inne niż motocyklowe ;)

Czy przystroiliście już choinkę? Przecież Święta za pasem.




czwartek, 14 marca 2013

55. Konwersja marzeń na zadania

Tak sobie myślę, że chyba jednak sobie wyrobię prawo jazdy międzynarodowe. Jeszcze zdążę, a chyba warto. Moi osobiści lokalsi mówią wprawdzie, że można jeździć do 6 miesięcy na naszym zwykłym polskim, a internet twierdzi, że na pewno przez miesiąc, ale pomyślałam sobie o tej opcji "drive away"., czyli że zamiast wynajmować auto, najmę się jako kierowca dla kogoś, kto chciałby swoje auto przewieźć z punktu A do punktu B. A nuż coś mi się w głowie zmieni albo dostanę do ręki możliwość skorzystania z takiego rozwiązania i nagle brak międzynarodowego prawka będzie przeszkadzał.
Zdjęcie, 30 zł i 7 dni - i będę miała sprawę z głowy.

Syn osobisty zamierza zdać prawko latem, jak tylko skończy 15 lat. W Teksasie jest to możliwe, a że on nauczył się zmieniać biegi już dobrych parę lat temu, to wcale mu się nie dziwię. Podobno po powrocie nie będzie mógł jeździć aż do ukończenia 18 lat, ale za to później wystarczy, że zda teorię. Albo jakoś tak. Będziemy się interesować, jak już wróci :) Podobno zresztą, gdyby mieszkał tam na jakimś wielkim terenie, to już od 12 roku życia miałby prawo dojeżdżać samodzielnie do granic ziemi, żeby wsiąść do autobusu szkolnego. Dwunastolatek za kierownicą brzmi przerażająco, gdy się pomyśli o naszych korkach i warszawskim sposobie wciskania się na siódmego oraz przejeżdżania na "głębokim" żółtym, ale tam zapewne wygląda to inaczej. Szczególnie jak nie ma żadnego innego użytkownika drogi w promieniu wielu kilometrów, a auta są wszystkie wyposażone w automatyczne skrzynie biegów.

Dzisiejsze słońce sprawiło, że mam ogromną ochotę pojeździć na motocyklu. Pewnie już wszystko zapomniałam, bo ostatni raz siedziałam na motocyklu w czasie egzaminu pod koniec listopada, ale może uda mi się jakiegoś kumpla namówić, żeby na godzinę dwie mi pożyczył swoją maszynę na jakimś placu, co bym mogła przypomnieć swojemu ciało, co się robi, w jakiej kolejności i dlaczego. Kask ciągle czeka na pierwsze użycie, słońce razi w oczy, nogi aż się pchają do przodu. Jest jeszcze za zimno, wiem i nie mam rękawiczek zimowych, ale i tak mnie ciągnie. A może uda się gdzieś jednak w Stanach wynająć motocykl i pojechać przed siebie. W siną dal.


Choć właściwie równie dobrze to mogą być konie na plaży (nie umiem jeździć konno, raptem kilka doświadczeń jako 10-latka, ale przecież na chwilę, na moment, może się uda?) albo jakaś motorówka. A może windsurfing? Próbowałam ze dwa lata temu w Swornychgaciach i choć więcej czasu spędziłam w wodzie niż na desce, a ramiona mnie bolały przez trzy dni, to chętnie spróbowałabym ponownie. A może coś jeszcze innego mnie zachwyci. Jadę z totalną otwartością na nowe. Insektów jeść nie muszę, ani spać pod gołym, mokrym i zimnym niebem, nie muszę też zaprzyjaźniać się z robactwem nowojorskim, ani z agresywnymi przedstawicielami grup przestępczych. Za to chętnie pójdę na dobry koncert, poznam fajnych alternatywnych ludzi, zobaczę coś więcej niż hotele, muzea i miejsca opisywane w przewodnikach. Posiedzę w knajpie, posłucham ich codzienności, posmakuję uch potraw. No, zwiedzanie egzotycznego świata!

(tak po cichu Wam powiem, że gdyby nie różne zobowiązania finansowe i pracowe, to mogłabym po prostu zamknąć dom i zniknąć. Nie żeby tu mnie nic nie trzymało, bo mam przyjaciół, rodzinę i plany, ale widzę, że od kiedy przeszłam w tryb "jestem panią wszechświata", to przestałam postrzegać życie jako szereg zobowiązań, a zaczęłam systematycznie konwertować swoje marzenia i pomysły na proste zadania i ciekawe wyzwania. Chcesz wyjechać do Nowej Zelandii, żeby hodować tam konie, albo co tam się hoduje? Długopis, kartka, checklista i do roboty. A właściwie bez długopisu i kartki też można, w dobie ipadów i innych androidów. Nie wierzysz? Ja też nie wierzyłam)

Tymczasem tematy otwarte, do jak najszybszego zamknięcia: wynajem auta, plecak, moje mieszkanie, koty i lekarze. Two weeks to go. 

środa, 13 marca 2013

54. The River of Dreams

Jechałam wczoraj mostem Poniatowskiego, z pracy wyszłam późno, już po 18h. Jechałam na zajęcia krav maga i cieszyłam się, że udało mi się załatwić parę spraw w robocie, bo wisiały od pewnego czasu. Padał śnieg, aura dość beznadziejna, a ja nagle - nie wiedzieć skąd - poczułam, że rozpiera mnie uczucie silniejsze niż cokolwiek, co ostatnio mogłam poczuć. Coś z wewnątrz, całkowicie mojego, niewynikające z jakichś ludzi, ich zachowań albo słów. Coś silnie osadzonego w trzewiach. Ciepło, radość, bezpieczeństwo i świadomość, że jestem panią wszechświata. Że mogę wszystko, wiem dokładnie, dokąd dążę i wiem, jak to osiągnąć.

Tak, proszę Państwa, it's official, wczoraj o godzinie 18h15 na moście Poniatowskiego Lumpiata poczuła szczęście.
I na wszelki wypadek się popłakała.

Wizja wyjazdu i towarzyszących mu okoliczności jest już przecież całkowicie realna. Jeszcze kilkanaście dni i będę siedziała w samolocie, gotowa na największą dotychczasową swoją wyprawę. (La grande vadrouille? ;) Być może nie wszystko uda mi się do tego czasu załatwić, być może będę wyjeżdżać bardzo zmęczona ostatnimi dniami przygotowań. Prawdopodobnie będę miała ze sobą listę maili do napisania, spraw do załatwienia, a w szczególności listę terminowych kontaktów i niezapłaconych faktur. Ale teraz już nic mnie nie zatrzyma. Maszyna została wprawiona w ruch i cofnąć się jej nie da.

Tymczasem na treningu dostałyśmy niezły wycisk i dzisiaj ledwo się ruszam. Moje nieistniejące mięśnie brzucha postanowiły się ujawnić, a uda bolą mniej więcej jak po pierwszym dniu nart w Dolomitach (a ja się martwiłam, że w tym roku mi się nie udało pojechać). Na tę okoliczność chyba podjadę na basen wieczorem, co by się dalej rozruszać.

Chcę czerpać z każdej chwili, którą mam. Chcę cieszyć się tym, co mi życie daje i codziennie podejmować dobre decyzje. Dla mnie samej i dla moich najbliższych. I choć jest to bardzo podobne do egoizmu, takie odnoszenie wszystkiego do siebie, to przecież wiem, że im bardziej będę szczęśliwa, tym świat wokół mnie będzie ciekawszy, bardziej dostępny i kolorowy. Liniowa relacja między stanem ducha a realnością. Zabrzmiało trochę jakbym książkę Coelho przeczytała, wiem, przepraszam kurde, ale szczęście ma w sobie coś takiego, że ludziom normalnym wydaje się żałośnie podniosłe, a ludzi depresyjnych wkurza. I nawet tak trochę głupio jest o tym pisać, słów brakuje, przecież o tyle łatwiej się pisze o sprawach trudnych, przykrych i nieszczęśliwej miłości.

A to wszystko dlatego, że postanowiłam realizować swoje marzenia. Zaczęło się chyba od motocyklu, któregoś sierpniowego wieczoru. Zadzwoniłam do firmy organizującej kurs, dowiedziałam się, że najbliższy (i ostatni w sezonie) rusza za dwie godziny i że mogę się jeszcze dopisać. Wyjęłam kasę z bankomatu i pojechałam na Bemowo. Przez kilka tygodni wstawałam o 5h30 rano, żeby zdążyć na jazdy na 7. Chwilę później, jesienią, pewna Joanna zostawiła mi w spadku kawałek siebie. Wzięłam od niej zachłanność i przekonanie, że życie warto przeżyć intensywnie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy się skończy. I że nie zawsze można wygrać, ale jeśli nie spróbujesz, to na pewno przegrasz.
Ona wygrała.

No więc jeszcze niedawno tak wiele mówiłam o tym, jak fajne byłoby życie, gdybym ja albo gdyby inni. Dzisiaj mówię mniej. Dzisiaj żyję. Zachłannie czerpię z tego, co mogę mieć. I każdego dnia podejmuję decyzję, czy chcę nadal być.
I jaka chcę być.

A na deser zostawiam Wam piosenkę, która wczoraj leciała w radiu, gdy jechałam  mostem Poniatowskiego. Dotychczas kojarzyła mi się głównie z przyjacielem z Francji, dzięki któremu poznałam i pokochałam motocykle. Od wczoraj ma jeszcze jeden dodatkowy kolor.
I wcale mnie nie dziwi, że jej tytułem jest "The River of Dreams", co odkryłam przed momentem :)


wtorek, 12 marca 2013

53. USA, I am coming!

Nadal walczę z kwestią auta. To jaki dramat. Dzisiaj dostałam ofertę z całkiem sensownej firmy (Enterprise), od konkretnego człowieka, któremu mogłoby zależeć na dobrym dealu (a nie od bezdusznego systemu internetowego), i niestety, fakt iż jestem z Polski sprawia, że uznają mnie za osobą nieubezpieczoną, więc oferta zamiast wynosi 900 dolarów za 3 tygodnie najmu, wynosi trochę ponad 1800 dolarów.
Pan jednak wymyślił, żebym spróbowała się ubezpieczyć w Statefarm, czyli wykupiła tam oddzielną polisę, i wtedy będzie można wrócić do ceny za 900 dolców. I tak masa kasy, swoją drogą.

Absztyfikant nowojorski też walczy, a właściwie jego sekretarka. Oferty dla firm, oferty dla konkretnych portali, oferty łączone - jest tego taka liczba, że już nie wiadomo, czego szukać.
W ogóle, jeśli chodzi o absztyfikantów, to zaczęłam tworzyć sobie siatkę znajomych wzdłuż trasy. Na razie zaczęłam od serwisów randkowych, bo tam najprościej zadzierzgnąć szybką znajomość, ale za chwilę przerzucę się na couchsurfing, gdy już lepiej będę znała swoją trasę. Skojarzenie z seksturystyką i wyprawami do Tajlandii opisywanymi przez Houellebecqa jest absolutnie niewłaściwe i proszę nie iść tą drogą :) - na portalach randkowych można poznać naprawdę sensownych ludzi i nie wszystko sprowadza się do spraw damsko-męskich. I nie, nie musicie się o mnie martwić. Poznałam już kilkaset  osób przez internet (kiedyś liczyłam, zatrzymałam się na jakichś 140, a było to z 7 lat temu), i staram się zachowywać zasady bezpieczeństwa.

(-A jeśli Cię porwą do burdelu? - pisze przyjaciółka. - MNIE?? - pytam i prycham kawą na klawiaturę)

A poza tym, to fryzjer z poprzedniego wpisu jest już ogarnięty. Przyjechała wczoraj kumpela w drodze z Wrocławia do Białegostoku, kazała założyć ubranie, którego mi nie szkoda, umyć włosy i grzecznie usiąść na krzesłku. Obcięła, co trzeba, i znowu jestem piękna ;) Odkurzałam resztki o 23h, ale podobno dźwięk niesie się w dół, więc mam nadzieję, że moi sąsiedzi mnie nie nienawidzą, skoro mieszkam na parterze.

Kumpel mówi, żebym jechała z pustym plecakiem i wszystko kupiła na miejscu. Plecaka nadal nie mam. Jakoś bezsensownie pożyczyłam swój własny dziecku, gdy leciało we wrześniu i teraz nie mam w co się zapakować. Pomarańczowa walizka jakoś mi nie pasuje. Choć w sumie jeszcze nie wiem, bo jeśli jednak uda mi się załatwić auto oraz, jeśli rzeczywiście będę miała współtowarzysza przygody na części trasy (a na to się zapowiada), to może walizka nie będzie aż tak szokowała. Pomarańczowa. Przynajmniej jej nie zgubię.

Za mało przeczytałam książek, za mało wiem o Nowym Jorku, o San Francisco, a jeszcze mniej o tym, co pomiędzy. Trochę wstyd. Nie wiem, co chcę zobaczyć, choć na przykład wiem, że będzie fajny koncert, w czasie gdy tam będę. Nie tylko Aretha Franklin, ale również francuski gitarzysta, grający gipsy jazz. Ups, właśnie sprawdziłam dokładnie. Stephane Wrembel gra niestety dzień po naszym wylocie do Houston.

Tu natomiast jest nowojorskie Jakdojadę. Jeszcze nie wiem, jak wrócę z koncertu Arethy w sobotę wieczorem, bo chyba musimy pociągiem z Newark (centrum), a potem przesiąść się gdzieś w mieście, ale chyba to nie jest aż takie trudne?

Wczoraj byłam na zakupach w supermarkecie. Kupiłam trzy rzeczy na krzyż, bo większość wydała mi się niepotrzebna na najbliższe trzy tygodnie (nawet nie!). A przecież potem się zepsuje. Czyli tryb podróży już się włączył. Po prostu.

Jeszcze mieszkanie komuś podnająć, zabieram się za to stanowczo za późno, ale przecież obcemu nie chcę, a swój ma gdzie mieszkać. Więc tak jakoś bez sensu. Może kogoś znacie, kto by chciał w Warszawie przez jakiś czas pomieszkać w kwietniu? Za naprawdę rozsądne pieniądze, koty mogą być w zestawie, ale nie muszą!

Do listy spraw do ogarnięcia przed wyjazdem doszła kosmetyczka. Dziewczyny mnie wczoraj przekonały, że to ma sens. A dentystę chyba sobie daruję (wiem, wiem, już słyszę Wasze uwagi na ten temat!), i znając swoje szczęście to akurat podczas tych 5 tygodni coś się wydarzy. Dobrze, że mam usługi stomatologiczne w ubezpieczeniu.

A, no i nie wiem, czy nie wyrobić sobie jeszcze jednej karty kredytowej. Ha. A może któryś bank daje kartę, która zawiera w sobie ubezpieczenie samochodowe w USA. Citibanku, muszę się chyba z Tobą przeprosić.

Czy bardzo Wam przeszkadza moja biegunka myślowa? Bardzo uprzejmie przepraszam. Tryb reisefieber jest w wersji beta i nie wszystkie funkcje działają, jak powinny.
Obiecuję się poprawić i myśleć nieco bardziej liniowo i na temat.






czwartek, 7 marca 2013

52. Trzeba się sprężać!

Nie do końca wiem, gdzie się podział luty, zgubiłam go po drodze, więc zostały mi 3 tygodnie do wyjazdu, a ja nadal w proszku.

Czego nie mam, nie wiem i czego jeszcze nie załatwiłam, kolejność nieistotna skojarzeniowa:
- wypożyczenie auta od 9 kwietnia w Houston,
- plan awaryjny, na wypadek gdy nie uda mi się wynająć auta za sensowną cenę,
- noclegi w San Francisco (i wszędzie między Houston a San Francisco, ale to zakładam, że w wersji z autem będę jednak organizować na bieżąco)
- technikalia w Nowym Jorku (np. jakie bilety kupić, żeby się przemieszczać po mieście)
- plecak (plecak? PLECAK?)
- dentysta
- playlista (w wersji offline, co by nie musieć mieć internetu, żeby z niej korzystać) i słuchawki. Nie mam sensownych słuchawek!
- zestaw audiobooków (czy ja aby lubię słuchać książek?)
- zestaw ebooków (mam ich dużo, trzeba coś sobie wybrać)
- odezwać się do wszystkich znajomych choćby troszkę po drodze, co by zahaczyć bądź nie :)
- decyzje w sprawie ubrań, butów, toreb, sprzętów (komputer czy tylko ipad? lustrzanka czy aparat kompaktowy syna?)
- internet na miejscu (Młody nie znalazł nic sensownego prepaidowego, ktoś coś wie?)
- wynajęcie mieszkania tu, gdy mnie nie będzie (codziennie pamiętam o zrobieniu zdjęć, i codziennie ich nie robię)
- ogarnięcie płatności i spraw księgowych (muszę zamknąć marzec i rok podatkowy ZANIM wyjadę)
- fryzjer
- soczewki
- przemyśleć, jakie leki chcę ze sobą wziąć, a jakie muszę. 

i przeczytać z 7 książek i drugie tyle przewodników.

Chyba czas się przyznać przed samą sobą, że mam reisefieber. Zaczęło się. Budzę się o 5 rano i w głowie kociokwik. Myśli przelatują, pomysły angażują, a emocje są jakoś bardziej wydatne. Zresztą nie tylko te związane z wyjazdem. Mam wrażenie, że mam wszystko na wierzchu.
Jak to się nazywa? Etap manii? :)  


niedziela, 3 marca 2013

51. Nowy Jork - przewodnik niepraktyczny

Czytam właśnie książkę Kamili Sławińskiej "Nowy Jork - przewodnik niepraktyczny". Przyjaciółka mi podrzuciła, jako dobrą literaturę przed wyjazdem. A kiedy brat się mnie spytał parę dni temu, czy już to mam, bo chciałby mi sprezentować na urodziny, to zrozumiałam, że nie ma wyjścia.
Trzeba przeczytać :)

No to będę Was raczyć cytatami, bo autorka pisze o sprawach niezwykle mi bliskich. 

"Wreszcie po kilku latach, idąc któregoś ranka ulicą, nagle uświadamiam sobie, że myślę po angielsku. I kiedy to do mnie dociera, przychodzi mi do głowy, że mieszkanie w jakimś kraju jest przede wszystkim mieszkaniem w jego języku, co niesie ze sobą nieoczekiwane konsekwencje" 

Pamiętam, kiedy wróciłam z Francji do Polski. Miałam 12,5 lat i z pewnością nie byłam Polką. Myślałam po francusku, śniłam po francusku, marzyłam po francusku i nawet śmiałam się z francuskim akcentem, i choć mówiłam bardzo dobrze po polsku i nie miałam problemu z dogadaniem, to brakowało mi codziennych słów, idiomów, a z frazeologią po dziś dzień miewam kłopoty (oraz z biernikiem i dopełniaczem). Tam byłam "tą Polką", tu byłam "tą, co mówi za śpiewnie i niekoniecznie poprawnie". W ogóle stwierdzenie, że "wróciłam" z Francji jest nieco naciągane. Ja przyjechałam. Nie pamiętałam Polski sprzed emigracji, co najwyżej kilka obrazków, zdjęć w głowie i kilka zapachów. Nie było mnie przecież 8 lat. 

Pamiętam aż za dobrze pierwszą klasówkę z biologii w polskiej szkole. Siódma klasa. Dołączyłam do nich już w październiku, po kilku tygodniach w Ecole Francaise de Varsovie. I nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego wszyscy się ze mnie śmieją, że napisałam "produkty zbożne" zamiast "produktów zbożowych". 

"Mimo lat karmienia się wyrafinowaną angielszczyzną "New Yorkera" nie zawsze rozumiem dowcipy. I w języku starego kraju i w narzeczu nowego - żyję w ciągłym pomiędzy, na zawsze jestem cudzoziemką." - pisze Kamila Sławińska, a ja się w tym zdaniu przeglądam i choć mieszkam w Polsce już ponad 20 lat, to nadal czuję się dziwnie, gdy najpierw przychodzi mi do głowy francuskie sformułowanie, żeby opisać jakieś uczucie, jakąś rzecz albo sprawę. 
A ja nie jestem w stanie odnaleźć polskiego odpowiednika. 

Więc dzisiaj piosenka mojego ukochanego Jean-Jacques'a Goldmana, o tym, jak facet chce wyjechać, bo tu gdzie jest czuje się nikim, a tam, nawet jeśli będzie nikim i będzie sam, to będzie mógł realizować swoje marzenia. 
"Je me perds, si je reste la" 



piątek, 1 marca 2013

50. Mam pokój w Nowym Jorku!

Chyba nie muszę pisać, że znalezienie taniego noclegu w akceptowalnej okolicy Nowego Jorku jest bardziej niż trudne. Zwłaszcza, gdy przypadkiem początek Twojej podróży trafia na święta wielkanocne. Niby Nowy Jork nie jest szczególnie znany z porażających dróg krzyżowych albo śniadań wielkanocnych, ale za to na świecie ludzie często korzystają z tego okresu, żeby gdzieś pojechać. I podnoszą ceny, turysty wredne ;) 

Hotele od razu skreśliłam z listy możliwych opcji, 100 dolców za noc mogłabym zapłacić, gdybym tam jechała na weekend, ale kiedy chodzi o 8 nocy, to jednak bez przesady. Hostele na Manhattanie podobno od 55 USD za sale wieloosobową, czy jakoś tak, nawet nie sprawdzałam nadmiernie. Zostało airbnb.com, serwis, w którym każdy może zaproponować innym swój niepotrzebny pokój, mieszkanie, klitkę, ustalić jego cenę, a przyjezdni mogą to wynająć we w miarę bezpieczny sposób, płacąc kartą kredytową opłatę za wynajem i prowizję dla serwisu. Takie allegro, tylko do wynajmowania pokojów i mieszkań. Najczęściej na krótko. Najczęściej z innymi ludźmi. Często ze wspólną łazienką. 

Koleżanka mieszkająca w NYC podesłała mi kilka nazw dzielnic, które powinny być w miarę bezpieczne, w miarę ładne, w miarę niedaleko i w miarę tanie. Taki, wiecie, wybór subiektywny od osoby, której ufam na tyle, że będzie wiedziała, co mi podejdzie i gdzie mi będzie dobrze. A zatem sprawdzałam Brooklyn, a konkretnie: "Clinton Hill, Fort Greene, Park Slope, Prospect Park i Bushwick" - napisała i potem kazała sobie wysyłać już konkretne oferty do akceptacji (fajne mam koleżanki, mówię Wam). Następnie miałam pytać właścicieli o najbliższą stację metra i najbliższe skrzyżowanie, żeby łatwiej było zlokalizować miejsce. 

Jedną ofertę odrzuciła, w drugiej odrzucił mnie właściciel (bo to była taka fajna komuna, zestaw młodych dorosłych z wolnym pokojem, wynajmowanym, co by opłaty im się zwracały i pan się chyba przestraszył perspektywy mieszkania przez tydzień z nastolatkiem. W sumie rozumiem), trzecia była w nieco innej dzielnicy, ościennej do tych wymienionych, więc chwilę trwało zanim zidentyfikowałyśmy, czy to jest ta bezpieczna część, czy niekoniecznie. 

Inna koleżanka mi w tym czasie napisała, że "Na temat Bed-Stuy opinie sa podzielone, czesc osob powie Ci, ze powinnas omijac ta dzielnice z daleka, bo moga Cie tam zastrzelic, a czesc powie Ci, ze to nie prawda, bo wiele sie zmienilo w ostatnich latach i obie strony beda mialy troche racji. To byla jeszcze do nie dawna jedna z najmniej bezpiecznych czesci miasta, ale ostatnio pobudowali tam troche eleganckich mieszkan i sprowadzili sie biali hipsterzy (to byl oryginalnie czarny hood, teraz jest mysle mieszany)."  

Więc rozumiecie, że nabrałam nagle ochoty na ten właśnie pokój. Taka dzielnica brzmi baaaardzo pociągająco :) Dostałam też link do mapy ze statystykami morderstw w Nowym Jorku, Cudowne, nie? :)
Najważniejsza jednak w tej ofercie pokoju była jej cena. 38 USD za noc dla dwóch osób za samodzielny pokój to naprawdę okazja. Długo się nie zastanawiałam, ze dwa dni, zwłaszcza, że pierwotnie wybrany przeze mnie pokój w tym mieszkaniu został zabookowany przez kogoś innego, więc nam został inny, mniejszy, ale jeszcze tańszy (35 USD). 

I, proszę Państwa, tadam, właśnie go zarezerwowałam, dostałam potwierdzenie, dane właściciela i już wiem dokładnie, gdzie wyląduję za 4 tygodnie, w piątek 29 marca wieczorem. 
Brooklyn, Bedford-Stuyvesant, metro Kościuszko. 

Recenzje tego mieszkania są oczywiście zróżnicowane, ale z większości wynika, że jeśli nie jestem perfekcyjną panią domu (oj wierzcie mi, że nie jestem), nie potrzebuję telewizora w każdym pokoju i nie przeszkadza mi, że kuchnia jest tylko kącikiem kuchennym, to powinno nam tam być dobrze. 
Cena czyni cuda, prawda?