środa, 27 lutego 2013

49. O marzeniach, czyli Jacek Walkiewicz zdobywa internet

Dziś wieczorem proponuję Państwu lekturę wywiadu, ale przede wszystkim obejrzenie wykładu Jacka Walkiewicza na TEDex.


Wiele z prawd głoszonych przez tego człowieka jest mi bardzo bliskich. Wiele z nich to doświadczenie ostatnich miesięcy, może roku. Uczę się działać mimo strachu. Uczę się podejmować decyzje sercem i przede wszystkim doceniam to, że "rozwój jest dopiero wtedy, gdy wyjdzie się poza sferę komfortu".

Stabilizacja jest zaprzeczeniem rozwoju, nie ma też nic wspólnego z realizacją marzeń.
A marzenia potrzebują odwagi, która wcale nie jest oczywista, bo musi płynąć z samego środa. Musi być ugruntowana i pewna siebie.
Więc droga do realizacji marzeń jest długa. Najpierw trzeba polubić samego siebie, potem poszukać tej odwagi i skonfrontować ją z paraliżującym niemal strachem, a potem działać.

Niestety trochę nadmiernie lubię gadać o tym, co zamierzam zrobić. Z realizacją jest zawsze gorzej.
Ale "marzenia są czymś uroczystym i są nienegocjowalne".
Więc w tym roku będzie inaczej.
Czego i sobie i Państwu życzę.

PS - w piątek wieczorem o 23h w Polskim Radio Czwórka będę się tradycyjnie wymądrzać jako gość u Piotra Galusa. O internecie rzecz jasna. Zapraszam! 

niedziela, 24 lutego 2013

48. Auto czy nie auto, oto jest pytanie

Houston, mamy problem :) 
(nareszcie jakiś, można walczyć, wyjąć zbroję)

Mianowicie przejrzałam wczoraj wieczorem opcje wypożyczenia samochodu. Ha ha i ha. 
Planowałam zasadniczo na 3 tygodnie. Wynająć auto najlepiej kombi, co by móc w nim przenocować, jakby co. Takie mi się to wydawało romantyczne. Miałam jechać niczym Thelma i Louise przez Stany, zatrzymywać się na odludnych stacjach benzynowych, spać w środku buszu i czuć się panią wszechświata. Wiecie, ociekać zajebistością. I wyglądać jak milion dolarów. 

Niestety kalkulacje cen trochę ostudziły mój romantyzm.  Szukałam na kayak i na stronach poszczególnych firm (NationalEnterprise i tym podobne) i za malutkie autko zapłaciłabym jakieś 1200 dolców. Za troszkę większe 1300 USD. No cudnie. 4000 zł ??? Hmm. Plus paliwo, plus noclegi co jakiś czas (no bo w aucie jednak nie ma prysznica ani wygodnego łóżka). Hmm. 

Na razie nie znalazłam niczego tańszego, może źle szukam, ale jedno wiem na pewno - nie chcę wydać 4000 zł na wypożyczenie auta. Już wolę kupić. No właśnie. Znalazłam na ten przykład takie coś. Ciekawe, czy jest sprawne. Za 800 dolców jestem w stanie kupić coś jeżdżącego. Nie wiem niestety, ile wynoszą dodatkowe opłaty, rejestracje i inne takie (anybody?). Ale mam jeszcze chwilę, żeby się dowiedzieć. Miałabym swoje. A potem w San Francisco podjechałabym do jakiegoś sprzedawcy i zostawiłabym za 150 dolców, niech się martwi. Hmm. To by dopiero była przygoda! Zawsze chciałam być mechanikiem samochodowym, poza tym psujące się auto pozwala cudnie nawiązywać lokalne znajomość w najmniej spodziewanych miejscach :)

Bo alternatywa to autobusy i pociągi. Są niedrogie, naprawdę. A tory są mniej więcej wszędzie. Koncepcja wtedy to plecak, busy i pociągi, a w danym miejscu auto na na przykład dwa dni, jak będę chciała dojechać do jakiegoś parku. Albo na zakupy ;) Albo pojeździć po okolicy, żeby poczuć smak i zapach prowincji. Takie rozwiązanie wymaga większych przygotowań już dzisiaj, bardziej dokładnych planów, co chcę zobaczyć i dlaczego, ale nadal mam 5 tygodni i gdyby tak codziennie poświęcić godzinę na planowanie, to miałabym 35 godzin. Powinno starczyć, nie? A obciążeniem nie będzie, skoro mnie to kręci :) 

Jest jeszcze jedna opcja. Mam potencjalnego absztyfikanta w Nowym Jorku. Muszę go podpytać, co by zrobił na moim miejscu. Może znajdzie jakieś rozwiązanie, które mi zupełnie nie przychodzi do głowy. Albo ten. (nie, nie jestem wyrachowana, no skądże ;) ) Ale lubię korzystać z posiadanego kapitału społecznego ;)

Wersja ze sponsorami jakoś odeszła w siną dal, ale w sumie przecież co mi szkodzi napisać do Hertza i innych Avisów w Polsce. Może potrzebują twarzy do nowej kampanii reklamowej, hihi. Czasu mało, trochę zajmowałam się nie tym, co trzeba ostatnio. Ale takie właśnie jest życie. Kiedy robisz siedemnaście rzeczy równocześnie, zawsze przychodzi ten moment, kiedy musisz wybierać, czym się zajmiesz. I resztę odkładasz. A potem jest weekend i chcesz odpocząć. I po prostu leżysz w łóżku i robisz nic. Nauczyłam się takiej wolności dopiero ostatnio. No, najwyżej czegoś nie zrobię. I co z tego. Chcę odpocząć. Chcę się spotkać. Chcę pojechać. Wszystko sprowadza się do odpowiedniego ustawienia sobie priorytetów i umiejętności ich dostosowywania w miarę potrzeb. Swoich i innych, rzecz jasna. 

Jutro prowadzę zajęcia w pewnej podstawówce. Czas zająć się prezentacją. Bo treść mam w głowie, ale trzeba to ubrać w odpowiednie obrazki i słowa. Lubię to. A na popołudnie piosenka, którą dedykuję wszystkim zapracowanym, a w szczególności kobietom. 


wtorek, 19 lutego 2013

47. Spacerkiem po Warszawie

Zupełnie przypadkiem trafiłam dzisiaj w miejsce w centrum Warszawy, którego wcześniej nie znałam. Próbowałam zaparkować na Tamce, ale jest to bardziej niż skomplikowane. Wepchałam się nawet na parking pod Biedronką, ale był pełen, więc pojechałam dalej do góry i skręciłam w Bartoszewicza, gdzie czekało na mnie ostatnie wolne miejsce. Zamiast wrócić naokoło postanowiłam poszukać schodów w dół i w ten oto sposób znalazłam się na uroczej ul. Dynasy, gdzie nigdy wcześniej nie byłam. Kamienice, schodki, różnice poziomów i jakaś stara pracownia krawiecka. Pani z pieskiem. Studenci bez czapek. Gimnazjalista z ogromnym plecakiem. Wszystko zaśnieżone, schody śliskie na tyle, że wizualizowałam już siebie w szpitalu z nogą na wyciągniku albo przynajmniej silnie potłuczona.
Nic z tego. Dotarłam do Tamki jakoś na azymut, między budynkami i szybko załatwiłam to, co chciałam w klubokawiarni Osir. 

Czy Wy też tak macie, że jak idziecie nieznanymi ścieżkami i nie jesteście pewni, czy aby będzie przejście, to ryzykujecie, zakładając, że najwyżej się cofniecie, jeśli dana dróżka zaprowadzi Was na przykład do ściany, a nie na przestrzał? Regularnie daję się wrobić w jakieś dziwne podwórka i inne "cul de sac", ale nie umiem się powstrzymać.
Muszę sprawdzić, czy jest przejście i z niego skorzystać.

Rozsądny człowiek poszedłby ulicą, naokoło, co by nie błądzić i nie nadrabiać drogi.
Faktem jednak jest, że właśnie tak błądząc udało mi się nieraz trafić na niezwykłe miejsca, ciekawe przestrzenie albo schowane kluby lub place. Coś za coś.

Wracałam z tej Tamki w jakimś beznadziejnym korku. Czy stamtąd można się wydostać inaczej niż dołem? Spróbowałam przecisnąć się przez Foksal, ale zapomniałam, że nie ma przejazdu do Smolnej. U góry budowa metra, na Krakowskim jest zakaz ruchu.
Czy ja coś przeoczyłam?

(a piosenka na okoliczność tego, że trochę się ostatnio czuję dzieckiem . A że jutro będę o rok starsza, to trzeba z tej nagle odzyskanej młodości korzystać!)


sobota, 16 lutego 2013

46. Wiza do USA

Zabierałam się do tego, jak do porządków w mieszkaniu - niechętnie, choć z pełną świadomością, że nie uniknę. Nie podoba mi się, że Stany Zjednoczone nadal nie zniosły wiz dla Polaków, więc opór wynikał nie tylko z prokrastynacji, ale był też nieco światopoglądowy.
Kiedy jeszcze przeczytałam na ich stronie, że

"Osoby ubiegające się o wizy nieimigracyjne na pobyt czasowy B-1, B-2 powinny udowodnić, że kwalifikują się do ich uzyskania w świetle zapisów Aktu o Imigracji i Obywatelstwie. Przepisy imigracyjne przewidują, iż każda osoba ubiegająca się o wizę na pobyt czasowy jest potencjalnym imigrantem dopóki nie wykaże, iż: (...)"

to już w ogóle zrobiło mi się przykro. Na wyjeździe mi jednak zależy, więc grzecznie i pokornie usiadłam do kompa w zeszłym tygodniu i zaczęłam czytać oraz wypełniać. Procedura nie jest bardzo prosta. A może inaczej - nie jest opisana w łatwy sposób. Zakładam, że ci, którzy nie są biegli w internecie i nie znają języka angielskiego, rzeczywiście mogą potrzebować pomocy jakiegoś doradcy i nie dziwię się, że wokół wiz amerykańskich powstał cały biznes pomocowy. Ale na etapie wypełniania wniosku nie sądziłam, że ten biznes jest tak rozwinięty ;) 

Najpierw trzeba mieć zdjęcie. Odpowiednie, oczywiście, w stylu "bliskowschodni terrorysta bez poczucia humoru" albo "germańska helga z wałkiem w ręku". Styl ten sam, co do naszych aktualnych paszportów, więc zeskanowałam sobie zdjęcie, które mi pozostało w archiwum z czasów wyrabiania paszportu, zuploadowałam, system zaakceptował i kliknęłam "dalej". 
Potem trzeba zapłacić. Są dwie opcje - naziemna z Bankiem Pocztowym (li i jedynie) oraz internetowa przez taki dziwny system SOFORT, z którym ambasada współpracuje i większość polskich banków na szczęście też. Wszystko odbywa się z poziomu strony tego systemu, więc średnio przyjemnie się czułam wysyłając 512 zł w siną dal i dając dostępy do mojego konta bankowego jakiejś obcej stronie, ale zaufałam. Nie ostatni raz w tej historii, zresztą. 

Przeszłam do samego wniosku. Pytania o zawód i dochody jakoś zdzierżyłam. Napisałam prawdę i o tym, żem blogerka również. A co, niech się boją ;) Rozczuliły mnie natomiast pytania tzw. bezpieczeństwa, gdzie władze amerykańskie próbują się dowiedzieć, czy namawiałam kogoś do sterylizacji wbrew jego woli albo czy zrezygnowałam z obywatelstwa amerykańskiego, żeby nie płacić podatków. Kusiło mnie przepotwornie, żeby odpowiedzieć, że tak, planuję działania terrorystyczne oraz ludobójstwo. Rozsądna część mojej duszy mi jednak wytłumaczyła, że to nie jest dobry pomysł.

Ciekawa jednak jestem, ile terrorystów uczciwie zeznaje, że tak, właśnie, planują, chcą zaatakować Nowy Jork albo Waszyngton i w tym celu muszę wjechać do Stanów i proszą o wizę pod swoim nazwiskiem. Dobrze zresztą, że nie pytają o orientację seksualną, bo chyba bym musiała sobie jakąś wymyślić.
Zeznałam jednak pełne dane mojego byłego małżonka, i to dwukrotnie, bo również jako adres docelowy na miejscu. I zgłosiłam zapotrzebowanie wizy B1/B2 (business tourist), bo uznałam, że jako mikroprzedsiębiorca mogę uczynić intratne kontakty i kontrakty, gdzieś w przydrożnym barze albo motelu w Nowym Meksyku. Nigdy wszak nie wiadomo :)

Na koniec trzeba potwierdzenie złożenia wniosku wydrukować oraz umówić się na spotkanie z konsulem. Zaskoczyli mnie, że terminy takie krótkie, kilka dni zaledwie. Wybrałam 8.30 w piątek, wysłałam to do siebie mailem i uprzejmie przeczytałam, że każą mi zdeponować telefon przed wejściem i nie wpuszczą z dużą torbą. Oraz, że mam mieć ze sobą paszport. Wydawało się proste. A że ja z góry założyłam, że wizę dostanę, to nadmiernie się nie przejmowałam. Doszłam bowiem do wniosku, że jeśli w mojej rodzinie wszyscy mężczyźni w swoim czasie dostali wizy (ojciec, bracia, syn i były mąż), to jakoś nie bardzo widzę, żeby mnie mieli odmówić.

------

W piątek rano zaparkowałam pod ambasadą bodajże Norwegii i skierowałam się do kolejki na Pięknej. Panowie z wąsami (i ulotkami "lot do USA") straszyli, że strażnicy mnie nie wpuszczą z torebką (damską, nieszczególnie ogromną) i że lepiej od razu wyłączyć telefon, jeśli się go w domu nie zostawiło. Nienawidzę takiego gadania, głośnych wypowiedzi do kolejki i robienia show, więc poczekałam chwilę i rzeczywiście - torebka nie przeszła. Zaskoczyli mnie, bo na stronie nic nie było na ten temat, i nie chodziło o rozmiar, skoro panią przede mną też cofnęli, a miała torebkę wielkości ipada mini. Idąc za radą panów z wąsami przeszłyśmy obie przez Piękną w niedozwolonym miejscu, powitałyśmy się z panem bez wąsów, ale za to z brzuchem, który to pan nas wprowadził do klatki schodowej starej kamienicy. Tam otworzył coś w rodzaju schowka na miotły, gdzie stał wieszak. Na wieszaku kilkanaście torebek mniej lub bardziej damskich, a pod nim kilka teczek.
- 10 złotych się należy.
- A jakieś pokwitowanie nam Pan da? - spytałam uprzejmie, lekko przerażona ideą pozostawiania swojej torebki pod opieką tego schowka, bo nie pana - wszak on stał w bramie.
- A po co? Przecież rozpozna ją Pani, jak wróci, nie? - czym zmobilizował mnie do przełożenia wszystkich portfeli i innych dokumentów do kieszeni kurtki. Równie dobrze mogłabym przełożyć bombę, więc jakoś ten system niewpuszczania torebek mnie nie przekonuje.

Wróciłam do kolejki, dostałam się bokiem i wpuścili mnie do kontroli osobistej. Zdejmowanie kurtek, bramka elektroniczna, sprawdzanie kijkiem, czy to fiszbiny tak pikają, zdejmowanie butów i ogólnie miła polska obsługa, próbująca sprawnie wpuścić ludzi na teren ambasady.
Ja ich w sumie rozumiem, są w stanie wojny i niejedna już ambasada na świecie została zaatakowana, choć oczywiście cała ta procedura nie jest przyjemna.

Przeszłam do budynku właściwego, podałam swoje papiery i pan się grzecznie spytał, czy mam ze sobą zdjęcie.
- Tak, oczywiście ...   w torebce - zakończyłam z uroczą bezsilnością.
- Ale i tak musi Pani mieć inne. Bo zdjęcie nie może być starsze niż 6 miesięcy. - odparł urzędnik.
- Ale ... przecież wyglądam tak samo! - powiedziałam przyglądając się sobie w wersji "ciężki przestępca seksualny po kilku latach więzienia" i zastanowiłam, skąd on wie, że zdjęcie jest za stare.
- Zdjęcie jest to samo co do paszportu, a paszport wydany 3 lata temu. Ma Pani czas do 12h00, żeby do nas wrócić, na pewno Pani zdąży.

Zabrałam więc dokumenty i grzecznie wyszłam z ambasady. Po raz kolejny przeszłam w niedozwolonym miejscu Pięknej, weszłam do klatki po schodkach w dół, i za jedyne 30 zł zrobiłam sobie 6 ślicznych zdjęć biometrycznych. Nawet lepszych, moim zdaniem, bo mam na nich lekko wkurwiony wzrok ;)

(- i jak? może być? - spytała pani fotograf pokazując mi podgląd w aparacie.
- jasne, wyszło pięknie - odparłam bez patrzenia
- widzę, że Pani ma poczucie humoru.. )

Wróciłam do ambasady.
(ile jest mandat za przechodzenie przez jezdnię nie po pasach?) .

- Ooo, witamy ponownie - powiedział pan przy bramce elektronicznej.
- No mam nadzieję, że po raz ostatni dzisiaj - odparłam zdejmując buty.
- Za zdjęcie cofnęli? To jeszcze mogą za wniosek. Do zobaczenia! - pożegnał mnie z uśmiechem.

Wniosek jednak przyjęli. I nawet się nie domagali potwierdzenia płatności, choć od ludzi przede mną tak. Kazali zejść na dół do rejestracji. A tam okienka takie jak na poczcie. Najpierw pobrali mi odciski wszystkich możliwych palców (czyli od tego momentu władze USA mają moje odciski, podczas gdy władze polskie ich nie mają, tylko kilka palców przy okazji załatwiania paszportu. Ciekawe, że tak powiem). Zeskanowali nowe zdjęcie. Dali numerek do rozmowy z konsulem i kazali czekać. Konsulów czterech, sala pełna ludzi, krzesła ustawione jak na lotnisku. Na szczęście szło dość szybko, 30 osób przede mną przeszło w jakiś większy kwadrans.
Część odchodzących od okienek była zła, ale niewielka.
Głównie - wybaczcie stygmatyzację - panowie z wąsami.

Moja rozmowa była krótka (i po polsku). Po co jadę, że do syna i ewentualnie biznesowo, czy jego ojciec tam pracuje. Czym się zajmuję w Polsce. Czy może zatem wpisać "konsultant". Oraz w jakich innych krajach byłam. (tu mnie rozczulił, bo jakbym miała zacząć wymieniać ... powiedziałam, że mniej więcej cała Europa i Maroko). Coś tam poklikał, coś wpisał, coś dodał i ze ślicznym amerykańskim uśmiechem okraszonym bardzo prostymi zębami powiedział, że dostaję wizę B1/B2 na 10 lat i że mogę odebrać paszport za 3-4 dni robocze. Na Wiertniczej.
Pogratulowałam mu jeszcze występu ambasady na youtube, ale chyba nie zrozumiał.

Pobiegłam do pracy.
Wcześniej odbierając torebkę, rzecz jasna.
Chyba nic nie ukradli.
Mandatu też nie dostałam.





  

czwartek, 14 lutego 2013

45. Gdzie dom Twój?

Dorosłam do stwierdzenia, że to właśnie poza domem czuję się najbardziej w domu. Miałam kiedyś znajomego, który twierdził, że jego domem jest ulica i dopiero tam się czuje bezpiecznie. Wśród ludzi i hałasów. W przestrzeni publicznej. Mam nieco inaczej, ale jego metafora była dla mnie punktem wyjścia. Ja się czuję dobrze w ruchu, w zmianie, kiedy wiem, że moje ścieżki rysują się przede wszystkim dzięki moim decyzjom i gestom, a nie w wyniku jakichś zbiegów okoliczności lub powtarzalnej codzienności.
W mieszkaniu czuję się oczywiście bezpiecznie, ciepło, kołderka i można nic nie robić, ale to w podróży jestem człowiekiem.  Dom jest wyspą, na której odpoczywam, cała reszta toczy się poza nią.

Być może właśnie dlatego nie odczuwam żadnego dyskomfortu na myśl o tym, że miałabym - choćby w tej chwili - pojechać w siną dal. Lubię swoje rzeczy, ubrania i układ przedmiotów na półce w łazience, ale nie mam żadnego problemu z tym, żeby wytworzyć sobie nowe zwyczaje w nowym miejscu.

Kiedyś próbowałam policzyć, ile placówek edukacyjnych udało mi się zaliczyć aż do matury. Nie mam jakichś wybitnych wyników, ale jednak - dwa przedszkola, dwie podstawówki w Szwajcarii, jedna we Francji, gimnazjum we Francji, szkoła francuska w Wwie, powrót do polskiej podstawówki i liceum, tylko jedno i jakże ważne. Mieszkań też było sporo i pamiętam aż za dobrze, gdy jakieś 4 lata po powrocie do Polski, w połowie liceum, miałam ogromną potrzebę zmiany. Chciałam uciec, zacząć od nowa, bo to, co stare mnie znudziło i wydawało się tak strasznie powtarzalne.
Wytrzymałam napięcie. Za to wyprowadziłam się z domu rodzinnego już rok po maturze (wtedy w jeden rok kalendarzowy zaliczyłam 5 mieszkań, ale to zupełnie inna historia).

Jeśli więc zmiany są immanentną częścią mojego życia, a zachłanność stałą cechą mojej osobowości, to właściwie nie bardzo rozumiem, co ja tu jeszcze robię, bo powinnam być gdzie indziej :) A konkretnie to powinnam iść za sobą, biec za swoimi pomysłami i czerpać z życia garściami.
I chyba powoli nabieram prędkości, czujecie to?

Najpierw było więc prawko motocyklowe, jesień pełna planów i możliwości, nieco gorzka w smaku z powodu śmierci J, potem wypadek samochodowy, który nieco uporządkował moją hierarchię wartości w głowie, a teraz ...Ameryka czeka.
Życie jest stanowczo za krótkie, żeby odkładać do jutra.

I jeszcze piosenka, która przyszła do mnie dzisiaj w mailu i przypomniała mi o swoim istnieniu.
Taka w sam raz na 14 lutego :)



wtorek, 12 lutego 2013

44. San Francisco

Dziecko osobiste ma obecnie tydzień przerwy w szkole amerykańskiej, więc zostało wywiezione (a nawet wylecone) do San Francisco. Relacje stamtąd śle skromne, ale energia pozytywna, która z tych zdań płynie, jest ogromna. Z przyjemnością więc myślę o swojej własnej wyprawie do San Francisco.

O ile Nowy Jork kojarzy mi się z miastem, które nigdy nie zasypia, stolicą świata, jedynym w swoim rodzaju nagromadzeniem dziwnych osób, miejsc i klimatów, nieco dusznym, a na pewno dobrze ubranym, o tyle San Francisco to dla mnie miasto górek i dołków, dziwnej pogody, pięknych zachodów słońca i "kolebki" homoseksualizmu.

Specjalnie napisałam te dwa zdania, żeby po powrocie się z nimi zmierzyć i uśmiać ze swoich stereotypów w głowie. Mam świadomość, że nie wiem jeszcze nic. Tyle co z filmów, z książek. Przewodników jeszcze nie ogarnęłam, dopiero Nowy Jork położyłam obok łóżka i wierzę, że któregoś wieczoru wyloguję się z internetu na tyle wcześnie, żeby mieć siłę na poczytanie. Albo pojadę gdzieś w siną dal, bez dostępu do prokrastynującego facebooka i zajmę się tym, co rzeczywiście interesujące.

Jeśli macie jakieś dobre rady, pomysły, adresy, must-see w San Francisco, to ja bardzo uprzejmie proszę. Biorę wszystko!

Tymczasem wczoraj był basen, 800 metrów, dzisiaj wieczorem krav maga (ostatnio uczyłam się walić łokciem i robiłam to na tyle nieudolnie, że strupki mam po dziś dzień). Wiosna już może przybywać, jestem gotowa. W piątek wizyta w ambasadzie USA. Zakładam, że to formalność.

fot: Zach Milonas

sobota, 9 lutego 2013

43. Chante la vie, chante

Zastanawiam się, jak zrobić z planowaniem i pilnowaniem trasy w trakcie podróży. Mam oczywiście ogromną ochotę pojechać całkowicie w siną dal i zasadniczo nie przejmować się ani kierunkiem, ani miejscowościami, ale przecież tak do końca to nie mogę. Muszę wiedzieć, gdzie jadę i muszę wiedzieć mniej więcej, gdzie dojadę. Bo oczywiście koncepcja z nocowaniem w aucie ma swoją romantyczność, ale jednak to ma być ostateczność, albo zaplanowany gryplan z kempingiem gdzieś w zanadrzu.

Internet w USA jest taki sobie, mówią mądrzy. A GPSy w wynajmowanych autach jeszcze gorsze.
Pewnie uda mi się kupić jakąś kartę pre-paid, ale ponoć internet mobilny to nadal dość wysokie koszty (rzecze syn osobisty), dużo wyższe niż u nas.
Fifirifi na pewno bywa, ale niekoniecznie in the middle of nowhere. Więc ściągnięcie map przez wifi, żeby potem z nich korzystać offlajnowo też może być trudne.

Mogę oczywiście kupić atlas papierowy (i zapewne to zrobię, bo ja zasadniczo lubię mieć mapę papierową, co by sobie paluszkiem po niej wodzić i planować kolejne dni), ale do atlasu potrzebny jest pomocnik kierowcy, a ta moja podróż samochodowa będzie samotnicza - Młody przecież zostanie w domu w Houston, i powinien grzecznie chodził do szkoły.
Lumpiata jedzie sama. Przed siebie.

Muszę poguglać trochę o tym ich mobilnym internecie oraz o mapach.
Bo dopiero wtedy będę czuła się całkowicie swobodnie, gdy będę wiedziała, że mam zabezpieczone tyły na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Uwielbiam być spontaniczna i elastyczna, ale z kartą płatniczą w kieszeni. Albo internetem w komórce.

Czyli better feel safe than sorry.

A na dzisiejsze sobotnie popołudnie proponuję Państwu śliczną piosenkę Michel Fugain o tym, żeby żyć tak, jakby to miał być ostatni dzień życia.


piątek, 8 lutego 2013

42. Z dystansu na siebie

Od kiedy postanowiłam realizować swoje marzenia, mam wrażenie, że świat się bardzo skurczył. 

Oczywiście nie jest tak, że wszystkie moje marzenia sprowadzają się do podróżowania, ale niewątpliwie jest to taki rodzaj celu, który jest z jednej strony wystarczająco atrakcyjny, żebym mogła go mieć praktycznie cały czas przed oczami, a z drugiej  - jest całkiem realny. Z innych dość silnych marzeń to wolałabym mieć kilka centymetrów mniej i kilogramów też, nawet więcej niż kilka, ale to są cele innego typu - mój wygląd nie ma szczególnego wpływu na to, czy jestem szczęśliwa. Może mi poprawiać humor, rzecz jasna, bo uwielbiam wyglądać jak milion dolarów, ale to by było na tyle. Nie jestem wytworem kultury obrazkowo-wizualnej i jakoś daję sobie radę z tym, że z roku na rok zmarszczek jest coraz więcej, a skóra nie jest ani bardziej sprężysta, ani nadmiernie błyszcząca. 

Więc teraz skupiam się na tych marzeniach, które otworzą mi oczy, dadzą wiatru w żagle i pozwolą oddychać pełną piersią. Marzenia-działania, a nie marzenia-stany. Chcę zmieniać siebie i chcę poznawać świat - dość trywialne to stwierdzenie, wiem, ale w gruncie rzeczy mam wrażenie, że prawdy życiowe sprowadzają się do bardzo prostych sformułowań. 
Wiele lat temu mój pierwszy mąż (hehe, kto pamięta stare dobre czasy tamtej Lumpiatej?) się nie mógł nadziwić, że nie potrafię wymienić choćby jednej swojej pasji, a ja czułam się dziwna i uboga. 

Dopiero  sporo czasu później zrozumiałam, że moją pasją jest zmiana. Bycie w procesie. Poznawanie ludzi, miejsc, dróg oraz poznawanie i zmienianie samej siebie. Ja muszę być w ruchu. Ciałem nie zawsze (choć też), ale umysłem koniecznie. Uśmiałam się serdecznie, gdy odkryłam, że moim kabalistycznym aniołem jest Eiael, anioł jak najbardziej powiązany ze zmianą i transformacją. 

Dorosłam więc do momentu, w którym potrafię powiedzieć, że jestem punkcikiem na mapie rzeczywistości, jednym z wielu elementów tego świata. Ale równocześnie wiem, że jestem słońcem swojej galaktyki i inni krążą wokół mnie, na bliższych lub dalszych orbitach (sami będą swoimi słońcami). I to ode mnie zależy, jaki będę wywierać wpływ i jak się dalej będą układać moje własne ścieżki. Jestem też człowiekiem, który potrafi uczynić sobie ziemię poddaną. Więc poznaję, dotykam, przeżywam. I skracam dystans. Stąd to przekonanie, że świat się kurczy. Bo codziennie poznaję nowe jego kawałki. Albo siebie. 
Mikrokognicja staje się makrokognicją. I odwrotnie. 

W jakiś jednak sposób odnajduję pokorę w tej swojej zachłanności świata. Cieszę się, że są miejsca, które dopiero teraz zobaczę. I wcale się nie spieszę do okrążania globu.  Za młodu człowiek przyjmuje nowości jako normalność. Po pewnym wieku (i chyba już to mnie dotyczy) przyjmuje inność zawsze w odniesieniu. Ma to swój urok. Układanka się zapełnia. Ciekawe, czy zdążę ją ułożyć w całości.

Na koniec dnia chciałabym móc powiedzieć, że nie tylko zobaczyłam świat, ale również zadbałam o siebie. Chciałabym usiąść, pomilczeć i poczuć się spełniona. 

Bo jeśli ja o siebie nie zadbam, to kto to zrobi? 


wtorek, 5 lutego 2013

41. Internet czyli swobodny przepływ wiedzy

Gościłam wczoraj rano w Polskim Radio Czwórka na okoliczność 9-tych urodzin Facebooka. Dwa wejścia na żywo, krótka dynamiczna rozmowa, nic bardzo poważnego, ale po raz kolejny wyraziłam zdanie, że nie ma sensu oceniać, czy lepiej jest posiadać trzech bliskich przyjaciół, z którymi zawsze wszystko, no i koniecznie na żywo, bo to prawdziwa i głęboka relacja, czy lepiej kilkaset osób jako znajomych na FB, których w każdej chwili można zapytać o to, czy lepiej wracać z San Francisco nocą, czy za dnia. I dostać odpowiedź w ciągu kilkunastu minut, a do wieczora mieć ich kilka do wyboru.

Mam bardzo dużo znajomych w świecie realnym, mam też wiele znajomych, z którymi widuję się głównie w internecie. Nie odczuwam potrzeby określania, które z tych relacji są bardziej prawdziwe, a które są jedynie jałowe (pozostając w dialektyce sejmowej). Przecież wiadomo, że niektórych rzeczy nie zrobi się przez internet, niektórych rozmów nie poprowadzi na skajpie, a niektórych emocji nie wyrazi pisemnie.

Tak samo jak i oczywistym jest, że internet pomaga w codziennym kontakcie z ludźmi. Z bliskimi, co by być w stałym kontakcie, z dalszymi, co by nie musieć się spotykać. Po prostu ;) Ale prawdą jest, że ja lubię ludzi tylko trochę, więc może dlatego nie przejmuję się nadmiernie tym, że mnie oskarżają o posiadanie setek płytkich relacji zamiast kilku głębszych.
Wszak wiem, jak bardzo się mylą.

Tymczasem duża siatka znajomych pomaga na co dzień. Jest przede wszystkim kapitałem wiedzy. W sieci można znaleźć wiele istotnych informacji, zazwyczaj przetworzonych marketingowo, ale wiedza pochodząca od żywej jednostki, którą znam i której w ten czy w inny sposób ufam, jest wiedzą prawdziwą i pozwala zaoszczędzić czas, a także nie powielać błędów. Jako osoba leniwa z natury, mam rosnącą tendencję do maksymalnej optymalizacji własnych ruchów (i nadwagę, rzecz jasna). Lubię więc zebrać kilka opinii i potem podjąć swoją własną decyzję. Tak na przykład zrobiłam z ustaleniem trasy po Stanach. Oczywiście ona nie jest jeszcze ostateczna ani bardzo dokładna, ale ogólne ramy są określone - Nowy Jork, Houston, San Francisco.

Po co mam sama przedzierać się przez gąszcz informacji, skoro ktoś to kiedyś zrobił za mnie. Po co przejmować się tym, że sama mogłabym opierać się jedynie na przetworzonych informacjach internetowych, skoro ktoś inny tam był na żywo.

Ja również lubię dzielić się swoimi doświadczeniami (vide ten blog), ale jeszcze bardziej lubię być węzłem i kojarzyć ze sobą osoby. Ktoś szuka pracy, ktoś inny pracownika. Ktoś potrzebuje rady, inny ma kompetencje. Chciałabym mieć w głowie bazę danych, która po odpowiednim zapytaniu wyrzucałaby wynik wyszukiwania. Tak jak facebookowy graph search - kto z moich znajomych pracuje w dziale marketingu, a kto niedawno stracił pracę. Albo kto jest prawnikiem, gdy ktoś inny się rozwodzi. Pójdźmy dalej - kto ma dzieci z nartami 140 cm, a kto z takich nart już wyrósł. Kto był w Dallas, a kogo tam jeszcze nie było. Czyja ciocia jest ortopedą. Kto ostatnio kupował obiektyw. Kto ma znajomych w Nowym Jorku i kto może chciałby nas przenocować ;)

Swobodny przepływ wiedzy.
Stosuję to w mikroskali.