środa, 30 stycznia 2013

40. Kupowanie biletów do USA

Kupiłam.
Proszę Państwa, it's official.
Kupiłam, zapłaciłam i mam.
29 marca lecę do Nowego Jorku, a 3 maja przylatuję z San Francisco!

Do drugiej nad ranem siedziałam i kombinowałam.
Kupowanie biletów wcale nie jest łatwe.  (no wiem, że truizm, wiem)
Zaczęłam już paręnaście dni temu - próbowałam ogarnąć, który z serwisów jest lepszy i daje korzystniejsze ceny. Ale tak naprawdę nie o ceny chodziło, a raczej o połączenia.

Kiedy tak szukałam kolejnych opcji, to czułam się, jak w tej grze logicznej, gdy jest pięć domków, w każdym mieszka człowiek o innej orientacji, każdy ma inny pojazd, lubi inne jedzenie i uprawia inny sport. I na podstawie kilku zdań, trzeba zgadnąć, kto ma czerwoną hulajnogę, a kto wczoraj zdradził żonę w zielonym Porsche oraz gdzie się podział homofob o imieniu Krystyna.

Moja zdania logiczne brzmiały mniej więcej tak:
- Młody musi lecieć United Airlines, bo tylko oni przyjmują niespełna 15-latka bez opieki stewardessy
- ja powinnam być w NYC przed nim, co by odebrać go z samolotu
- fajnie by było więc przylecieć na to samo lotnisko
- bilety nie mogą być za drogie
- do Houston chcielibyśmy polecieć już razem
- z San Francisco chciałabym się wydostać sprawnie
- przerwy między lotami nie mogą być za krótkie, co bym nie została w przysłowiowej słomce

Dosyć szybko okazało się, że polecany przez wszystkich momondo nie ogarnia tak skomplikowanego zapytania (WAW>NYC, NYC>HOU, SFO>WAW). Potem, że różne polskie skyscannery, fru i inne aero nie bardzo sobie radzą z szukaniem biletów na "wiele miast". Najtańsze ich opcje zaczynały się od 4500 zł.
Dziękuję, postoję.

Uratował mnie orbitz. Nie tylko uwzględniał największą liczbę linii lotniczych (a zatem kombinacji), to jeszcze umożliwiał niezłe kombinowanie z lotniskami. (wszystkie lotnistka w NYC, albo wszystkie w HOU). Spróbowałam jeszcze programu azuon.com, za jedne 6 euro za 3 miesiące, uwaga, bo w automatycznej subskrypcji na Paypalu, którą trzeba anulować, żeby nie pobierało dalej. Niestety liczba linii lotniczych w tym systemie jest stanowczo nieodpowiednia na loty do Stanów. A lotniska w Houston w ogóle nie znalazłam. No i musiałam zainstalować ten program na PC-cie, bo na MacOS go nie ma.

Wróciłam do orbitz.com i zaraz wyszło na jaw, że nie ma szans, abyśmy przylecieli na to samo lotnisko. Ja będę na JFK, a Młody na La Guardii. Ni hu hu nie da się inaczej. Tyle że moje stosunkowo tanie loty wszystkie chciały być po 22h w Nowym Jorku, co niestety wyklucza jechanie prosto z lotniska na La Guardię po czekające od wielu godzin dziecko. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przysłać sobie Młodego samolotem dopiero nazajutrz, co by ułatwić sprawę. Wtedy okazało się, że to nie jest szczególnie wygodna opcja dla jego ojca, który chciał też sobie wówczas wyjechać na urlopik.

No to zaczęło się szukanie innych godzin mojego przylotu do Nowego Jorku.
Psim swędem znalazłam na 17h00. Młodego więc posłałam na La Guardię na 20h00. W trzy godziny powinnam dać radę z odprawą, bagażem i zmęczeniem.

A zatem lecę przez Dusseldorf. Chcieli mnie wysłać z WAW o 7 rano, ale się nie dałam i za drobną dopłatą 30 dolców lecę o 9h10. Czekam chwilę w Dusseldorfie i potem Air Berlinem do JFK. Samolot nie będzie najfajniejszy, bo Airbus 330, ale znalazłam na youtube filmik, który pokazuje, że ostatnio wyremontowali te airbusy i są już teraz całkiem znośne. No to może przeżyję. Pomimo długich nóg.

Kolejnym etapem pozbywania się pieniędzy było zaplanowanie naszej wspólnej podróży z Nowego Jorku do Houston. Okazało się oczywiście, że United Airlines nie współpracuje z żadną sensowną linią europejską (poza relatywnie drogimi Austrian Airlines bodajże), więc Młody znowu leci sam, z La Guardii, a ja z JFK, parę godzin po nim. Na szczęście te lotniska nie są tak bardzo daleko od siebie, a La Guardia jest bliżej miasta, więc odstawię go niejako po drodze. Marna pociecha, wiem, no ale nie bardzo mogłam z tym walczyć. On zatem leci ok 16tej i ląduje po 20tej, ja wsiadam na JFK ok 20tej i jestem przed północą w Houston. Czy muszę dodawać, że on ląduje na międzynarodowym lotnisku, a ja na tzw. Hobby? Na szczęście ojciec Młodego i jego żona są elastycznymi ludźmi i obiecali nas zgarnąć. "Skoro już lecisz zza oceanu do nas, to przecież nic nam się nie stanie, jak trochę pojeździmy po mieście".
Dobrzy ludzie :)

Samolot z San Francisco do Warszawy to była już pestka, bo bez dodatkowych elementów maskujących w postaci nastolatka ;) Wystarczyło spytać znajomych na fejsie, żeby dowiedzieć się, że lepiej lecieć na noc (czy ja już mówiłam, że kocham swoich znajomych na FB? Są tak cudowną encyklopedią pełną najbardziej aktualnej wiedzy!). Przez moment była opcja z wylotem z San Jose (polecona mi na FB, oczywiście), bo stamtąd odrobinę taniej, ale miałabym dwie przesiadki, z czego pierwszą w Los Angeles, krótką, a ten krótki lot ma (wedle statystyk orbitz) tylko 52% punktualności. Uznałam, że nerwy mi są zbędne na koniec podróży. Wolę lecieć prosto do Lądka (Heathrow), choć i tak pokibluję tam 3 godziny, zanim mnie wypuszczą do Warszawy.

Przylatuję o 17h20.
Przyjdziecie na lotnisko?  :)

Bilet Młodego chciałam kupić na momondo, bo całkiem nieźle sobie radziło z wyszukiwaniem godzin na trasie Houston-Nowy Jork (uwaga - w Nowym Jorku jest jeszcze trzecie lotnisko, w Newark, i prawie że tam kupiłam Młodemu bilet. Fajnie by było go szukać na La Guardii, podczas gdy on by był kilkadziesiąt mil bardziej na zachód, nie? No i jeszcze pułapka godzinowa - w ostatniej chwili zauważyłam "a.m." obok cyferki 5. Czyli że 5 rano. A miała być 17 ;)
Niestety momondo krzyknęło mi: Halo, halo, ten pan nie ma 15 lat i NIE MOŻE lecieć sam.
Zamarłam na moment, zastanawiając się, które to w takim razie linie lotnicze przyjmują nastolatków bez opieki od 12 roku życia. US Airways? Te nazwy są tak podobne.
Weszłam na stronę United Airlines, odnalazłam odpowiedni zapis, że Młody może, przeklęłam momondo i zaczęłam rezerwować bezpośrednio. Po drodze przeżyłam dwa małe zawały, gdy nie mogłam znaleźć tych samych lotów, które były jedynymi opcjami w naszej układance z czerwonym Porsche i zieloną hulajnogą homofoba. Wystarczyło jednak wpisać właściwe daty i już byłam w domu. Znaczy się w Nowym Jorku ;)

Młodego bilet kosztował 370 dolarów. Za swoje zapłaciłam 1080 dolarów + jakieś 15 dolców, które z niejasnych przyczyn pobrał mi orbitz (odkryłam na koncie karty kredytowej, na razie to jest dopiero blokada, jak się ziści, to będę wyjaśniać). Zapłaciłam kartą visa aquarius, dzięki czemu uruchomiłam sobie ubezpieczenie podróżne (włącznie z leczeniem dentystycznym!) i grzecznie wybrałam miejsca przy oknie na każdym odcinku podróży. (UPDATE - koleżanka na mnie nakrzyczała na FB licznymi wykrzyknikami, więc zmieniłam na miejsca przy przejściu. Bo mam długie nogi. Dzięki, Małgo!)

Czyli ten. Jadę.
"America, watch out!"
Czuję się mnie więcej tak:


wtorek, 29 stycznia 2013

39. Krav maga

W ramach przygotowania do wyjazdu zaczęłam się więcej ruszać.

A to basen, a to zakusy na jogę (ciągle nie możemy z koleżanką dotrzeć, może jutro się wreszcie uda, zwłaszcza, że mam śliczną fioletową matę z poprzedniego zrywu jogowego), a to grota solna (to mój ulubiony sport w ramach karty Multisport), a to wreszcie krav maga.

Zaczęłam chodzić w zeszłym tygodniu, dzisiaj były trzecie zajęcia, ale już wiem, że to strzał w dziesiątkę. Grupa kobieca, w której zasadniczo góruję wzrostem (i wagą pewnie też ;). Kilkanaście sympatycznych dziewczyn z jajem, albo nawet jajami. Prowadzące całkiem fajne, choć jedna to ma taką figurę, że od razu ją znienawidziłam. Moja jałowa i nieuporządkowana część ((c) prof. Krystyna) była zachwycona.

Uczymy się uderzać i pracujemy nad kondycją. Uczymy się skanować otoczenie i wykorzystywać siłę swojego ciała. Uczymy się uderzać precyzyjnie i unikać precyzyjnych uderzeń naszych koleżanek. Na razie to same podstawy, ale już mi się podoba :)

Pierwszy kurs mam skończyć przed wyjazdem. Jeśli nawet nie będę musiała sprawdzać swoich umiejętności w praktyce, to przynajmniej będę pewniejsza siebie. Ciałem. Bo umysłem jakoś daję radę ;)
I może wreszcie nauczę się robić pompki?

Tymczasem wracam do portali samolotowych. Bilety się same nie kupią.

zdjęcie pobrane ze strony:
http://www.westonkravmaga.com/images/krav_maga_gun.jpg 

38. Aretha Franklin

No i stało się. Wydałam pierwsze pieniądze w związku z wyprawą.
Na bilety. Ale nie samolotowe :)

Właśnie kupiłam dwa bilety na koncert Arethy Franklin w Prudential Hall, NY, 30 marca.
Jutro mają polecieć do Houston, gdzie będą czekać, aż Młody przywiezie je z powrotem do NY :)
Słabo? :)

Nie obyło się oczywiście bez problemów technicznych. Najpierw okazało się, że właściwie tylko na stronie NJPAC te bilety mają jakąś sensowną cenę i jest ich rozsądny wybór, a wszędzie indziej są ze dwa razy droższe (dziwne, nie?). Później, gdy już poszłam po rozum do głowy i wybrałam nie te najtańsze i najdalsze od sceny, (acz bez przesady, kupiłam te drugie od dołu), za jedyne 60 dolców, okazało się, że moja przeglądarka Chrome nie bardzo chce gadać z ich systemem zamówień. Niestety Firefox się również wyłożył, a konkretnie to na etapie podawania danych karty kredytowej. Guzik "submit" nie pozwalał mi zatwierdzić zamówienia. Byłam nieco skonfundowana, bo wolałabym, żeby te trzy próby i naście kliknięć, które poczyniłam nie odznaczyły się przypadkowym zakupem sześciu biletów, zamiast dwóch. Albo dwudziestu :)
Napisałam do nich mail.

Najpierw odpowiedzieli pustym mailem zwrotnym.
Następnie jednak kazali do siebie zadzwonić.
Uzbroiłam się więc w skype out, na którym miałam jeszcze jakieś 5 zł z hakiem i zadzwoniłam.
Miła pani nie wiedziała, o co chodzi, ale grzecznie odnalazła moje logi, potwierdziła, że coś nie wyszło i zaproponowała zakup przez telefon.
A ja, jak to naturalna blondynka, oczywiście się zgodziłam. Uznałam bowiem w głowie, że i tak ten ich system nie był sekuryzowanym systemem płatności online, więc jeśli chcieli ukraść dane mojej karty kredytowej, to już dawno to zrobili. I podałam miłej pani wszystkie dane. Przez telefon. Czyli zrobiłam to, czego nie wolno. Podobno.

(no risk, no fun? no ależ, jakże mogliby mnie oszukać, skoro to tak cudowny koncert??)

A ona poinformowała, że jutro wysyłają, podała mi numer zamówienia i nawet dostałam zaraz mail z potwierdzeniem. Na koncie zablokowało mi równowartość dwóch biletów, podatków i opłat za ich wystawienie i na razie nikt nie kupił sobie nowego auta z moich pieniędzy.
No to może nie będzie tak źle, prawda?

To i tak nie ma znaczenia, przecież chodzi o Arethę Franklin. Proszę Państwa, jest dobrze :)




poniedziałek, 28 stycznia 2013

37. Za dwa miesiące wylatuję

Patrzę przez okno na śnieg i czule wspominam fakt, że przez ostatnie dwa dni nie musiałam odśnieżać auta (nie swojego, zresztą), i z rozkoszą wyobrażam sobie ten kwiecień w USA, który w niektórych miejscach będzie miłą wiosną, a w innych całkiem ciepłym latem (jak na moje standardy).

Nie mogę się doczekać!

Biletów samolotowych nadal nie kupiłam. Spędziłam wczoraj wieczór na kombinowaniu i sprawdzaniu kolejnych portali. Każdy z nich podaje mi inne opcje, każdy ma inny przelicznik (część przez dolary, część w złotówkach i jeszcze prowizja za przewalutowanie oraz konieczność kupienia odpowiednią kartą, co by mi się ubezpieczenie podróżne uruchomiło). Ależ to jest skomplikowane!

Pierwszym moim kryterium jest cena, drugim jest godzina przylotu do NYC (nie za późno, żeby Młodego móc odebrać z La Guardii), trzecim poszczególne godziny odlotu (wylatywanie o 6 rano jest mocno kłopotliwe), kolejnym jest możliwość powiązania swojego biletu z podróżą Młodego z NYC do HOU (niechby chociaż to samo lotnisko w NYC, bo niestety szanse na to, żebyśmy lecieli tym samym samolotem są jakieś nikłe). Chyba odżałuję tych kilkadziesiąt złotych i zarejestruję się na http://azuon.com/ co by sprawdzić, co oni mogą mi zaproponować.

Jak sądzicie, ile dni potrzebuję po powrocie do Warszawy na ogarnięcie rzeczywistości przed powrotem do biura?

Prawie udało mi się kupić bilety na koncert Arethy Franklin, ale coś ich system nie działa, jak trzeba. Nie wiem, czy to problem z moją kartą kredytową, czy współpraca z Chrome. Napisałam do nich mail i mam nadzieję, że się sprawą przejmą ZANIM wszystkie bilety z trzeciego balkonu zostaną wykupione.

No i last but not least, stworzyłam sobie projekt w Trello, w którym zaczęłam umieszczać wszystkie linki, informacje, listy rzeczy do wykonania oraz tytuły książek i nieocenione informacje od znajomych. Piszecie do mnie często i piszecie o tym, co powinnam zobaczyć i czego koniecznie nie mogę zlekceważyć. Jest tego bardzo dużo i ja naprawdę chcę te rady wykorzystać, a jeśli je zostawię w skrzynce mailowej albo fejsbukowej, to z pewnością uciekną. Więc piszcie - mam odpowiednie narzędzia, żeby to wszystko przetworzyć i o niczym nie zapomnieć! :)

Dałam dostęp Młodemu i zasugerowałam, żeby dopisał wszystko, co będzie chciał zobaczyć w Nowym Jorku oraz to, co ja powinnam w San Francisco (on tam będzie jeszcze w lutym).  Jak byście mieli dobre rady w zakresie muzeów nowojorskich i innych, to oczywiście biorę wszystko.

Za dwa miesiące jutro wylatuję.
Stay tuned :)




piątek, 25 stycznia 2013

36. Podróżowanie wymaga ciągłych decyzji

- Zazdroszczę Ci tego wyjazdu - słyszę coraz częściej.

I myślę sobie, że przecież nie różnię się nadmiernie od tego, kto mi zazdrości, więc czemu on/ona nie jedzie. A potem przypominam sobie, że sama od wielu lat marzyłam o takiej podróży, a jakoś nie udało mi się zrealizować marzenia. Byłam wprawdzie na trzech wyprawach samochodowych, które trwały ok. dwóch tygodni i 5000 km każda, ale na dłużej i dalej się nie udało.
Dlaczego?

Podróżowanie w wersji samodzielnej wymaga ciągłego podejmowania decyzji. Dzień po dniu, już na wiele tygodni przed wyjazdem, trzeba się zdecydować - dokąd, jak, z kim, za ile, na jak długo oraz po co. A potem każdego dnia trzeba wiedzieć, co ze sobą zrobić. Podejść do swojego własnego czasu kreatywnie i z otwartością. Być świadomym tego, co się lubi i tego, co się chętnie ominie.

Ja na ten przykład świetnie wiem, że jestem zwierzęciem miejskim i że najbardziej lubię łazić pieszo, szukać kontaktu wzrokowego, oglądać zabytki z daleka i odwiedzić kilka muzeów. Ale bez przesady z tymi muzeami. Lubię jeździć komunikacją miejską i posiedzieć w parku, popatrzeć na dzieci, posłuchać ich matek. Nie lubię zaliczać zabytków, stać w kolejkach z turystami, jadać w fastfoodach oraz mieszkać w drogich hotelach. Nie lubię też niczego zorganizowanego. Muszę we własnym rytmie i jeśli nawet przez chwilę idę z grupą (jak np. w czasie jednodniowej wycieczki do Albanii), to za chwilę zmykam, żeby dotknąć danego miasta samotniczo albo z dzieckiem. Wolę czegoś nie zobaczyć niż mieć poczucie, że patrzę na czyjś świat jak na zwierzęta w zoo.

Dotarcie do tej samoświadomości wymagało ode mnie sporej pracy nad sobą. Po pierwsze musiałam się nauczyć, że nic się nie stanie, jeśli nie zobaczę lokalnej wieży eiffle'a. Nie umrę od tego i moje późniejsze wspomnienia i opowieści nie będą od tego uboższe. W dzisiejszych czasach wieżę i inne bigbeny można sobie dokładnie obejrzeć w internecie, więc tym bardziej.

Po drugie trzeba było nałazić się i naszukać swoich ścieżek. Zobaczyć, że wolę ludzi od rzeźb i obrazów. Wolę knajpki od hoteli. Wolę tramwaj od samochodu. Wolę miasto od prerii, gór i wiejskich krajobrazów. Wolę samodzielnie niż z grupą. Wolę przewodnik przejrzeć wcześniej, niż iść z nim i według jego wskazówek. Wolę nie wiedzieć, co jem niż jeść to, co wszyscy. Wolę domyślać się, co do mnie mówią, niż słyszeć ich opowieści specjalnie dla turystów.

Myślę, że robię wszystko, żeby nie być turystą. A jeśli teoria mojego brata o neokolonializmie turystycznym jest prawdziwa, to zrobię wszystko, żeby moja relacja z tambylcem była maksymalnie równościowa, ze wskazaniem na moją niższą pozycję  w hierarchii, bo to ja go nachodzę w domu, a on za to może (ale nie musi) pokazać mi swój świat.

No więc, podróżowanie wymaga ciągłych decyzji, szukania w sobie przekonań, konfrontowania się z cudzymi poglądami oraz otwartości na inność. A podejmowanie decyzji męczy. Stąd tyle biur podróży, zresztą ;)

Bo oczywiście można zwalić na brak pieniędzy, brak czasu i brak możliwości, z powodu trójki nieletnich, dwóch psów, srogiego szefa i dwóch kredytów. Wydaje mi się jednak, że jak ktoś chce, to znajdzie sposób. Gdybym zatem była na Twoim miejscu, zaczęłabym od poszukania w sobie. Co Cię tak naprawdę kręci na tym świecie? Bo może masz to za rogiem i nie ma najmniejszego sensu, żebyś gdziekolwiek jechał daleko.

Mnie kręci zmiana. Po prostu. I człowiek mnie kręci.

Heraklion, Kreta


35. Planowanie Ameryki, amerykowanie planów

"Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było"

Problem polega na tym, że Stany nie są jednorodnym krajem, a sam Teksas jest kilkakrotnie większy od wcale niemałej Francji. I choć parę dni temu podobała mi się koncepcja z wcześniejszym powrotem do Madrytu i zwiedzaniem Barcelony, to dzisiaj już wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Podobnie zaczynam myśleć o jeździe motocyklem. 4000 kilometrów, pogoda w kratkę, bo to kwiecień, zmęczenie, bród, hałas i samotność. A także świadomość, że jestem bardzo początkującą motocyklistką. Czy aby mam na to ochotę?
A gdyby tak ograniczyć motocykl do kilku dni?

Nie bez znaczenia jest fakt, że wczoraj spotkałam się z Dżemilą, która nieco naprostowała moje poglądy na okoliczność podróżowania po Stanach. A Dżemili ufam, bo spędziła tam dwa lata i całkiem sporo zjeździła w tę i z powrotem. Z mężem i dziećmi. Autem.
Oni tak mają ;)

Gryplan wygląda więc następująco - Nowy Jork przez tydzień (z wymyśloną przez mojego braciszka opcją jednodniowej wycieczki nad Niagarę, autobusem nocnym), Houston na parę dni (chyba że znajdę tanie bilety do Nowego Orleanu, to wtedy będzie jeszcze po drodze Nowy Orlean. Ale ci, którzy tam byli, mówią, że owszem, ładne, warto, z tym, że w Europie takich miast jest wiele, i to głównie Amerykanie się cieszą tym, że jedno z ich miast jest inne od pozostałych), następnie wynajmuję jakiś pojazd (motocykl, jeśli się uda i uznam, że to ma sens, albo auto, duże, co bym mogła w razie czego się w nim przespać, kempingów podobno jest w bród) i jadę przez Albuquerque i Las Vegas do San Diego. Po drodze zwiedzam różne takie fajne naturalne, jak np Wielki Kanion albo Death Valley.
W San Diego robię se wyskok do Meksyku (acz tu muszę sprawdzić, jak będzie z wizą), a potem wjeżdżam przez Los Angeles do San Francisco, a nawet jeszcze trochę dalej, bo winnice na północ od San Francisco są podobno niezwykle urokliwe i podobne do śródziemnomorskich.
Właściwie w San Francisco będzie całkiem sensownie wypożyczyć motocykl, ze względu na krótsze odległości. I pojeździć sobie na wycieczki wokół aglomeracji. Czy wiecie, że podobno w tamtej okolicy są 32 strefy klimatyczne w odległości kilkudziesięciu kilometrów? Muszę koniecznie tego dotknąć własną skórą oraz poczuć własną meteopatią i kawochłonnością.

A stamtąd pojadę do domu, do kotów, do cudnej majowej Warszawy i do Was.



Zaczyna to mieć ręce i nogi, prawda? Powoli więc przymierzam się do zakupu biletów. Muszę skoordynować swój przylot do NYC i przylot syna z Houston, a także nasz wspólny lot powrotny. W jedną stronę on będzie leciał United Airlines, bo to jedyna opcja dla samotnego 14-latka, a w drugą zapewne będzie to American Airlines, bo te linie dają mi sensowną cenę za całość. Jeszcze nie wiem, co z tego będzie, zwłaszcza, że moje loty intensywnie mnie kierują na JFK o 21h, co może być wyzwaniem dla młodego człowieka lądującego zupełnie gdzie indziej kilka godzin wcześniej. We'll see :)

Pożyczyłam od Dżemili kilka przewodników. Wypisała mi swoim telefonem nowoczesny rewers (jak poniżej) i wysłała go mailem. Też tak robicie?


środa, 23 stycznia 2013

34

Kiedy jesienią zaczęłam przyglądać się możliwościom dłuższego wyjazdu, wyobrażałam sobie wycieczkę do Ameryki Południowej. Chciałam pojechać do Boliwii, pojeździć tam na motocyklu i wrócić ewentualnie przez Peru. Zahaczyć o Houston, co by odwiedzić osobistego syna i przylecieć ponownie do Europy. Zainspirowała mnie książka Marty i Bartka, "Byle dalej", którą wchłonęłam w czasie urlopu w Czarnogórze. Boliwia została w niej opisana tak pozytywnie, że poczułam natychmiast, że muszę tam kiedyś dotrzeć.

Rzeczywistość zweryfikowała jednak moje plany. Przede wszystkim cena biletów do Boliwii mnie przeraziła (teraz ostatnio znalazłam jakieś tanie połączenia do Peru, a stamtąd autobusem do Boliwii, ale teraz już zmieniłam zdanie). Po wtóre latanie stamtąd do Houston też wcale nie jest tanie, a Houston jest przystankiem obowiązkowym na okoliczność syna. Wreszcie zrozumiałam, że to nie jest tak, że trzeba koniecznie jechać w dżunglę, w góry i do dzikich (co to znaczy "dziki"?) krajów, żeby przeżyć przygodę. Tak po prawdzie to mogłabym równie dobrze pojechać na Suwalszczyznę i spędzić tam cudowny czas z ludźmi całkowicie innymi ode mnie.

Wybrałam Stany. Nigdy tam nie byłam, nie wiem, czy będę ponownie (choć jeśli progenitura zechce tam studiować i znajdzie na to pieniądze, to zapewne będę tam bywać), a wiem, że mieszkają tam ludzie , których nie rozumiem i których zrozumieć nie mogę. Naprawdę nie muszę jechać do dalekiej Azji lub Afryki, żeby dotknąć odmienności. Z pewnością będzie mi łatwiej dogadać się i ogólnie porozumieć, gdyż mówię w ich języku i jestem w miarę zaznajomiona z ich kodem kulturowym, ale to wcale nie znaczy, że ich mentalność, sposób bycia lub reagowania są mi bliskie.

Dla kogoś, kto nie wyjeżdżał dotychczas z Europy (poza krótką wycieczką do Maroko) miesięczny wyjazd do Stanów Zjednoczonych będzie wyprawą jak najbardziej egzotyczną. Chcę mieć oczy otwarte i chcę widzieć to wszystko, co jest inne. A biorąc pod uwagę amerykańską politykę hodowania strachu w ludziach i wykorzystywania tego strachu do wprowadzania coraz to lepszych kontrolujących przepisów, myślę, że tej inności będzie całkiem sporo.

Tak więc, Ameryko, nadjeżdżam. Z pełną świadomością Twojej egzotyczności.


wtorek, 22 stycznia 2013

33

Miałam właśnie otworzyć Evernote, bo to najwygodniejsza dla mnie aplikacja do planowania i robienia  checklisty, ale w sumie mam jeszcze czas i na razie mogę pisać wolnym tekstem.
Zresztą na blogu mogę też odpowiednio otagować wpisy i później odnajdę.

A mianowicie.
Co chwila mi przychodzi do głowy coś, co powinnam zrobić przed wyjazdem. Sprawy rozmaitego sortu - od megaważnych jak wiza amerykańska, po mało istotne, jak zakup zapasu soczewek jednodniowych.

No to zacznijmy.

  • zmienić szkła w okularach na lepiej dopasowane
  • sprawdzić, czy kosmetyki Clinique są tańsze u nas, czy tam
  • dokładne mapy USA, na komórkę, dostępne bez internetu (a może sobie ściągnąć odpowiednią część google maps na offline? przyda się do gpsa) 
  • sprawdzić, czy moja karta kredytowa się przelicza przez EUR czy przez USD i ewentualnie zmienić, jeśli nie będzie to kosztowało majątku
  • wymyślić, co zrobię z kotami
  • przemyśleć sprawę mieszkania pod moją nieobecność. Może dałoby radę wynająć? 
  • kupić przejściówkę do prądu amerykańskiego
  • podciąć włosy w taki sposób, żeby się ładnie układały również bez suszarki
  • iPad czy komputer? 
  • przegląd zębów 

A wieczorem idę na pierwsze zajęcia Krav Magi. Dla kobiet.
Przyda mi się, kurs podstawowy trwa akurat dwa miesiące. Skończę przed wyjazdem :)


poniedziałek, 21 stycznia 2013

32

Planu na weekend oczywiście nie ogarnęłam w całości. Na szczęście wyrosłam już z poczucia, że jeśli planu nie wykonam, to świat się zawali. Zawsze jest inne rozwiązanie i wcale nie zawsze jest kosztowniejsze. Kwestia elastyczności myślenia :)
Zwłaszcza w podróży.

No właśnie. Elastyczność. Trochę poszperałam, trochę poguglałam, trochę pomyślałam i widzę niestety, że wypożyczenie motocykla nie będzie takie łatwe. Zwłaszcza w Houston (a może nie zwłaszcza, ale jakoś tak wyszło, że nic tam jeszcze nie znalazłam, poza dwoma Harleyami za 100 dolców dziennie, za które serdecznie dziękuję, ale jednak nie).  Z pewnością kłopotem jest to, że chciałabym go oddać w San Francisco. Ale może źle szukam. Na razie napisałam do jakiegoś portalu lokalnego, żeby mi poradzili, co można zrobić.
Jak dobrze, że jest internet, nie? :)

Jeśli czegoś się trochę boję w związku z tym wyjazdem, to samotności. I chociaż wiem, że nie mam żadnego problemu z poznawaniem nowych ludzi i w organizowaniu sobie czasu, to jednak jest we mnie lęk, że któregoś dnia wyląduję w obślizgłym motelu u wylotu jakiegoś miasteczka i spędzę w nim idiotyczny wieczór, dwa, tydzień, bo będę się bała pójść do ludzi :) Już samo napisanie tego sprawiło, że widzę bezsensowność tego lęku, ale jednak. I choć zamierzam mieć ze sobą kindla z tysiącami książek i ipada albo komputer (jeszcze decyzji nie podjęłam), co by do Was pisać. I choć jest tyle rzeczy, które chciałam napisać od lat, a na które nigdy nie było czasu. I choć lubię siebie i lubię być sama ze sobą, to jednak boję się.

Myślę więc, że trzeba będzie podzielić te 5 tygodni na okresy spędzane z ludźmi (pierwsze dni na ten przykład z synem) i na te samotnicze. Rekolekcje se zrobię, hehe :) Jak już ustalę marszrutę, zacznę Was męczyć o Waszych znajomych, rodzinę i innych fajnych ludzi, których mogłabym odwiedzić albo przynajmniej zapoznać.

Bo najważniejsze dla mnie to dotrzeć tam, gdzie są najciekawsi ludzie. Tam, gdzie się dzieje. Tam, gdzie tylko lokalsi wiedzą. Tam, gdzie być może nie ma zabytków (z tymi zabytkami w Stanach to ogólnie będzie ciężkawo), ale za to jest historia i energia, a ludzie pamiętają.

Wejść w boczną uliczkę, skręcić w jakieś podwórko, przejechać tramwajem dwa przystanki, poszukać najbliższej knajpki, usiąść na chwilę i zamówić herbatę. Albo piwo, rzecz jasna.
I obserwować.


Update: dostałam numer telefonu do wypożyczalni motocykli w Houston. Wypożyczalni Harleyów. Czy ja wyglądam na Harleya????

sobota, 19 stycznia 2013

31

Nie lubię śniegu w mieście.
Powinien być odgórny zakaz.

Dowiedziałam się wczoraj, że w Helsinkach samorząd zainwestował w podgrzewane chodniki wzdłuż głównej ulicy w mieście (ulica Aleksandra bodajże) i dzięki temu zimą kobiety mogą chodzić w szpilkach. Tu chyba znalazłam zdjęcie z montażu. Podoba mi się ta koncepcja. Ale jeszcze bardziej chciałabym, żeby nad miastami były odpowiednio wielkie balony, które rozpraszałyby śnieg i kierowały go na przedmieścia. Albo miasto w podziemiach - jak system tuneli w Houston , o długości 11 kilometrów, które zamierzam zresztą odwiedzić w kwietniu. Acz oczywiście w Houston to ochrona nie przed śniegiem, a przed gorącem.

Kompletnie się nie nadaję do polskiego klimatu, naprawdę nie lubię zimy i naprawdę potrzebuję słońca, żeby funkcjonować. Dlatego w marzeniach mam kamienny dom w Toskanii,  rower z koszykiem na bagietki oraz cotygodniowy targ ze świeżymi oliwkami. A także drewniany stół na tarasie i fifirifi w powietrzu. A skoro już zaczęłam realizować swoje marzenia, to zakładam, że może i to mi się uda. Sprawdzałam zresztą kiedyś ceny małych domków na południu Francji i porównywałam z cenami mieszkań w centrum Warszawy. Różnice nie są ogromne, wystarczy odrobina dobrej woli, trochę wysiłku, trochę szczęścia i sensowne perspektywy na spłacanie kredytu.

Tymczasem zastanawiam się, jak długo chcę zostać w Stanach i kiedy chcę wrócić do Europy, a także, czy z Madrytu chcę pojechać motocyklem tylko do Barcelony, czy może trochę dalej, aż do Marsylii na ten przykład. Mogłabym odwiedzić znajomych i poczuć wiatr we włosach.
A decyzję muszę podjąć w miarę szybko, bo ceny biletów samolotowych maleć nie będą.



piątek, 18 stycznia 2013

30

Plan na weekend:

1) napisać mail do kilku firm, które mogłyby się zainteresować moim pomysłem podróżniczym. W szczególności do firm motocyklowych. Każde 500 zł się przyda.
2) poszukać lotów z miast europejskich do NY. Obawiam się, że ze względu na wylot w Wielki Piątek, nie będzie mi łatwo znaleźć nic bardzo taniego, ale nigdy nie wiadomo.
3) wypełnić wniosek wizowy
4) dokończyć "Biedną panią Morris" Magdy Dygat i zacząć "Nowy Jork" Kamili Sławińskiej. (swoją drogą, ciągle czekam na propozycje książek i filmów!)
5) poszukać wypożyczalni motocyklów w USA
6) zadbać o noclegi w NY
7) umówić się do internisty, co by zakończyć sprawę NNW powypadkowego - tu również jest jakaś kasa do ugrania.

A tymczasem zaraz idę na basen, potem na randkę (a nawet może dwie, właśnie nie bardzo wiem, jak to zorganizować), a jutro zamierzam się wyspać.

Jeden z moich kotów intensywnie stoi pod drzwiami i miauczy. Niczym pies. Nie bardzo wiem, jak to rozumieć, ale na wszelki wypadek nie przypominam mu, że jest wykastrowany.  

29

Prawie 35-letnia kobieta, singielka, 1 dziecko, 1 kredyt hipoteczny, 2 koty niegdyś płci męskiej. Pół roku temu pozwoliła 14-letniemu dziecku wyjechać z byłym mężem na rok do szkoły w USA.
Postanowiła, że wykorzysta ten nagle odzyskany czas dla siebie.
Na jesieni zrobiła prawo jazdy na motocykl i zaczęła biegać, żeby zrzucić wieczną nadwagę. Zimą przekonała swojego szefa, że firma sobie poradzi bez niej przez miesiąc. W styczniu zaczęła ustalać trasę, zbierać doświadczenia swoich przyjaciół, szukać miejsc, gdzie mogłaby się zahaczyć. Odstawiła słodycze i dorzuciła basen raz w tygodniu, bo kilogramy nie odpuszczają. 

Pieniędzy na ten wyjazd właściwie nie ma, ale wie, że to jest jej czas, więc wyskrobała jakieś niewielkie oszczędności i powiększyła limit na karcie kredytowej. Chce zwiedzić Nowy Jork, Nowy Orlean, Los Angeles i San Francisco, wykąpać się w oceanie, przejechać pół Stanów na motocyklu, podszwendać się z dzieckiem osobistym, pójść na koncert Arethy Franklin, porobić zdjęcia ludziom i poczuć się wolna.

--------

Przyjaciółki mówią, że mi zazdroszczą. Każda czego innego. Niektóre wolności, bo dziecko wyjechało i jestem słomianą matką. Inne odwagi, że je tam puściłam. Jeszcze inne tego, że dostałam 5 tygodni urlopu. Albo że nie boję się jechać sama. I że jestem taką optymistką. Ktoś mówi, że jestem szalona i że lepiej kupić dobre auto zamiast wydawać tyle pieniędzy na podróżowanie. Ktoś jeszcze, że to przecież niebezpieczne i jak ja mogę tak wierzyć, że będzie dobrze. Naiwna! 




A ja czuję, że spełniam swoje marzenia. Że po latach pracy nad sobą przyszedł ten moment, kiedy nie muszę już sobie niczego udowadniać i mogę robić to, co chcę. Nie ma sensu dłużej czekać, trzeba wreszcie zacząć żyć. I choćby to brzmiało jak stek trywialnych i patetycznych stwierdzeń, to naprawdę mam w sobie wiarę, że mogę wszystko i że większość ograniczeń tkwi we mnie samej. 


Wiele lat temu wujek mi doradzał w sprawie zarządzania pieniędzmi. Miałam ich więcej, zastanawiałam się, jakie kupić mieszkanie oraz czy zakładać działalność, żeby zarabiać więcej, ale mniej odkładać na emeryturę. Powiedział, żebym nie odkładała nadmiernie. Że energię na podróżowanie i realizowanie marzeń mam teraz, a na emeryturze już może mi się nie chcieć. Że to teraz mam się bawić i cieszyć i czuć się spełniona. A jeśli zabraknie mi potem kasy, to znajdę nowy sposób na zarabianie. 


Przekonał mnie. 





czwartek, 17 stycznia 2013

28

Kilka osób kazało mi wykupić sobie dobre ubezpieczenie na czas wyjazdu. Że koszty leczenia są w Stanach horrendalne, a dentysta jest słowem, którego się nie wypowiada.

Sprawdziłam swoją kartę kredytową w Multibanku i zobaczyłam, że mam całkiem niezłe ubezpieczenie podróżne na wyjazdy za granicę. Nie zadziałało przy okazji wypadku samochodowego, bo rozwaliłam się w Polsce, ale teraz tak się ustawię, żebym mogła skorzystać z tego ubezpieczenia w Stanach. Wystarczy bowiem, żebym kupiła bilety samolotowe płacąc tą kartą.

Koleżanka mówi, że przy okazji wypożyczania auta lub motocyklu będę musiała jeszcze zapłacić ichniejsze OC, ale to chyba całkiem normalne (?) i nie zamierzam tego unikać.
Zastanawiam się jednak, czy powinnam jeszcze jakoś dodatkowo się zabezpieczyć na okoliczność jazdy na motocyklu - w tym bankowym ubezpieczeniu nie mam żadnych wykluczeń w tym zakresie, ale może to nie wystarczy?

No i przede wszystkim - czy uda mi się wynająć motocykl w zwykłej wypożyczalni. Gdybym była trochę bardziej bogata i miała większy zmysł mechaniczny - kupiłabym sobie coś małego i sprzedała przed powrotem do Polski. Obawiam się jednak, że to może być totalna klapa i studnia bez dna, więc chyba nie zaryzykuję.
Już wystarczy, że syn mnie strofuje:
- Mamo! Ty ledwo co się nauczyłaś jeździć, a chcesz od razu na amerykańskie autostrady? One mają po 7 pasów, przecież to niebezpieczne!

No tak, synu, niebezpieczne. Ale jakże też przyjemne!


27

W ramach lajtowego przygotowania do podróży obejrzałam wczoraj wieczorem film nieszczególnie ambitny, ale w klimacie. A mianowicie "W chmurach" z George'm Clooney'em.

Clooney gra w nim zawodowego "zwalniacza" (z angielskiego "terminator"), czyli osobę, która jeździ po firmach i informuję jej pracowników o wypowiedzeniu umowy. Jego życie toczy się na lotniskach i w tytułowych chmurach, a wynajmowane mieszkanie, z którego korzysta rzadziej niż przez 50 nocy w roku (bo ponad 300 dni spędza w podróży), wygląda jak pokój hotelowy.

Fabuła jest w gruncie rzeczy mało istotna, natomiast niezwykle bliski jest mi klimat lotniska, opowiadanie o najlepszych dealach na okoliczność zdobywania kolejnych "mil" samolotowych na kartach lojalnościowych czy też optymalizowanie czasu spędzonego na odprawach (np. dzięki zakładaniu mokasynów zamiast butów sznurowanych). Zanurzyłam się wczoraj we wspomnieniach z różnych lotów, które odbyłam.

Racjonalna część mojego umysłu wolałaby oczywiście, żeby procedury bezpieczeństwa były uproszczone i zajmowały mniej czasu, ale w gruncie rzeczy bardzo lubię rytm kolejnych etapów zbliżania się do samolotu. Powtarzalność tych gestów ma w sobie coś z mantry, a ja coś z mistyka. Lubię ten moment, gdy siadam w swoim miejscu, zapinam pas i przymykam oczy na czas odlotu. Lubię patrzeć na miasta z góry, w szczególności nocą, gdy światła uliczne tworzą przeurocze sieci powiązań. Lubię też moment wysiadania z samolotu, gdy nareszcie można odetchnąć prawdziwym powietrzem w rękawie lotniska lub na jego płycie.

Nie lubię natomiast tej krótkiej chwili, gdy po oderwaniu się od ziemi, pilot zmienia moc silnika i jest ten prawie niezauważalny moment, gdy masz wrażenie, że samolot zaraz spadnie, bo silniki przestały "ciągnąć".

Kiedy już wreszcie będę duża, chciałabym być pilotem. Albo chociaż kontrolerem lotów. Albo kierowcą tirów. No, w najgorszym wypadku motocyklistką :)


środa, 16 stycznia 2013

26

Opcja nr 1. Zapisuję, żeby jej nie stracić z głowy.

WAW > NYC
NYC > MYS
MYS > HOU
HOU > LA > SFO
SFO > MAD
MAD > BCN
BCN > WAW

część samolotem, część autem, część motocyklem.

Opcja nr 2 zakłada, że wracam szybciej do Europy i jadę jeszcze na chwilę na Bliski Wschód.
Opcja nr 3, że okrążam całość i do domu dojeżdżam koleją transsyberyjską. No, prawie do domu.

Możliwość wyboru jest cudowna. Czuję się jak w największym sklepie z cukierkami.
Mogę wszystko :)

wtorek, 15 stycznia 2013

25

It's official, proszę Państwa, kwiecień 2013 spędzę za wielką wodą.
Mój pierwszy raz. I od razu na 5 tygodni.

Na razie jeszcze szperam i myślę, chodzę i pytam, a przede wszystkim czytam i guglam, ale już wiem, że na pierwszy ogień pójdzie Nowy Jork, na jakiś tydzień, z synem, który przyleci z Houston.
Później może polecę z nim na południe, i gdy on wróci do szkoły po przerwie, ja wypożyczę motocykl i wybiorę się w trasę na zachód, aby przez Los Angeles dotrzeć do San Francisco. To raptem 3000 km.

Ale może wcale tak nie będzie, tylko pojadę z NY wzdłuż wschodniego wybrzeża przez Filadelfię, Waszyngton i Nashville, zahaczę o Dallas i znowu dojadę do Houston, skąd polecę gdzieś tam indziej (do San Francisco mnie jednoznacznie ciągnie).
Nie wiem jeszcze, ani co warto, ani na co mam ochotę.

Budżetu właściwie nie mam, ale wychodzę z założenia, że nie codziennie można sobie bezkarnie wyjąć 5 tygodni i uciec w siną dal. Więc będę miała długi. No chyba, że poznam dyrektora marketingu Hondy albo Yamahy, ewentualnie Suzuki i dostanę w prezencie jakiś fajny motocykl na wypróbowanie. Najlepiej 600-tkę. I opowiem o nim potem wszędzie, a przede wszystkim o tym, jak cudownie się jeździ po amerykańskich drogach. Może w sumie też być dyrektor jakiejś firmy z podzespołami, albo olejowej. Albo bogaty polski dealer.
Anybody?

A wracając zza wielkiej wody może zahaczę o jakieś fajne europejskie miasto, skoro mam czas aż do końca długiego weekendu majowego. Paryż, Londyn, Madryt, Amsterdam? Dawno mnie nie było!

Póki co widzę, że moje osobiste dziecko może do mnie dolecieć do NYC  tylko liniami United Airlines, bo w innych oczekują specjalnej opłaty na okoliczność tego, że nie ma 15 lat. Jedynie 100 USD za każdy odcinek, więc chyba sobie daruję śliczną panią stewardessę do opieki nad nim :)

Muszę zatem załatwić sobie wizę, prawo jazdy międzynarodowe i odpowiednie ubezpieczenie (motocykl oraz OC, żebym w razie jakiejś szkody nie musiała ogłosić bankructwa). Powinnam też zanabyć jakiś strój na motocykl, ale to raczej tam na miejscu - na pewno będzie taniej. Kask już mam :)

I teraz proszę Państwa, wchodzicie Wy.
Z Waszymi dobrymi radami. Z doświadczeniami. Z rodzinami, znajomymi i pustymi mieszkaniami, które ktoś absolutnie chciałby mi pożyczyć na parę dni. Na ten przykład w Nowym Jorku. Może ktoś wyjeżdża na Wielkanoc i ma kotka, którym koniecznie trzeba się zająć? Albo pieska, który nie lubi amerykańskich petsitterek? A może ktoś po prostu mnie lubi i chciałby mnie zaprosić do siebie? Zajmuję trochę miejsca, nie przeczę, ale za to mogę zaśpiewać jakąś kolędę. Albo mogę jej NIE ZAŚPIEWAĆ. Wybór należy do Państwa :)

Potrzebuję też listy książek, które powinnam przeczytać przed wyjazdem. I filmów, które koniecznie muszę obejrzeć (Kill Bill, Grindhouse, Thelma i Louise, co jeszcze?).
Poproszę również o linki do fajnych stron i informacje o koncertach.

Linki do portali z biletami samolotowymi już mam. Jak kupię, dam znać.
Liczę na Was.
W zamian obiecuję relację z drogi.

Lumpiata w Ameryce.
Brzmi co najmniej jak Żandarm w Nowym Jorku.
Stay tuned!


poniedziałek, 14 stycznia 2013

24

Nie umiem i nie chcę pisać recenzji z lokali w Warszawie, bo ani się na tym nie znam, ani nie jestem specjalistką od przygotowania dań i prowadzenia knajp, jednak ostatnio zdałam sobie sprawę, że całkiem nieźle się poruszam w mieście i znam dużo miejsc, które warto odwiedzić.

Kiedyś poznałam jakiegoś zagraniczniaka, który mówił, że jeśli przyjedzie do Polski to raczej do Krakowa albo Wrocławia, bo Warszawa jest za trudna.
- Jak to? - spytałam zaciekawiona
- W Warszawie nie dotrzesz do fajnych miejsc, jeśli ich nie znasz. W Warszawie musisz mieć kogoś wprowadzającego. Nie ma typowego centrum miasta i trzeba wiedzieć, gdzie szukać.

Sama prawda.

Zacznijmy zatem od mojego Mokotowa. I od pysznego śniadania w Śniadaniowni przy ul. Dąbrowskiego. Jasne wnętrze, smaczne pieczywo, cudne kanapki i inne dobroci typu jajówa z kurkami na jesieni, a także dobra kawa i soki wyciskane, a latem przy upale woda z miętą - to przemiły początek dnia. Przesiedziałam tam kilka poranków ze znajomymi, przy stolikach na zewnątrz (to latem), lub wewnątrz i gdyby nie to, że dieta węglowodanowa oraz chleb średnio mi służą, to zapewne byłabym regularnym bywalcem, a nawet bywalczynią (tak, tak, zwalczam w sobie językową skłonność do nazywania siebie męskimi rzeczownikami).

Stamtąd proponuję przejść łagodnie do Lokalnej, na Różanej i posiedzieć w nieco cichszym otoczeniu (Dąbrowskiego jeździ całkiem sporo aut, a Różana jest z tej strony zamknięta i nie ma wyjazdu na Niepodległości). Wnętrze Lokalnej nie jest tak miłe jak Śniadaniowni, ale zewnętrzne fotele są stanowczo wygodniejsze.

Na Różanej są dwie susharnie, obie zaliczyłam, ale nic szczególnego. Znam lepsze w mieście. Jest też winiarnia Żużu, gdzie można świetnie zjeść (świeże owoce morza!), świetnie się napić (bardzo dobre wino w mieście) i porozmawiać z przemiłym właścicielem. Byłam zaledwie kilka razy, ale znam takich, co bywają regularnie.

Na Dąbrowskiego jest jeszcze Relaks, tuż przy Puławskiej, kawiarnia związana ze środowiskiem rowerowym. Dają tam dobrą kawę, nazwy nie pomnę, przelewową, o lekko orzechowym posmaku. Jakaś afrykańska, rzecz jasna. Polecam. (no i widzicie, te moje recenzje są nic niewarte, przepraszam!). Kiedyś latem siedziałam na zewnątrz, w sobotnie przedpołudnie. Słońce świeciło, a ja omawiałam wszystkie najważniejsze wydarzenia z przyjaciółką. Przyjechałyśmy rzecz jasna na rowerach i czułyśmy się tam bardzo u siebie.

Tuż obok - Warburger, modne ostatnio miejsce z hamburgerami. Jeszcze nie jadłam, więc nie wiem, czy polecam. No ale skoro wszyscy tam chodzą, to pewnie i ja się niebawem skuszę. Podoba mi się ich komunikacja na FB - informują, gdy potrawy się kończą danego dnia i jakoś tak mamią. Jako osoba jedząca nieszczególnie dużo mięsa czuję się zwabiona.

Skoro już jesteśmy przy Puławskiej, to warto zajrzeć do Regeneracji. Polecam ich frytki, nie polecam ich lokalnego browaru (jakoś taki bez smaku). Można tam dostać śliwkowy cydr ukraiński, ten co to ma 8% alkoholu, a nie 4,5%. Zazwyczaj jest tam dużo ludzi, bo to w sumie jedyne takie miejsce w tej okolicy. Mile zaskoczyli mnie tym, że Sylwestra w tym roku zrobili za darmo i po prostu. Jako jeden z kilku warszawskich klubów po prostu byli otwarci tego dnia. Gdyby nie to, że byłam świeżo po wypadku, to prawdopodobnie tam bym zakończyła swoje łażenie po mieście.
Regeneracja jest pozytywnym miejscem dla dzieci, w weekend, w ciągu dnia. I choć nie zamierzam pisać o tym, które knajpy są children-friendly, bo zasadniczo nie jestem targetem takich miejsc, to zauważyłam, że tam te dzieci mi jakoś mało przeszkadzają. Być może dlatego, że jest to całkiem spora przestrzeń.

Idąc w stronę miasta z Regeneracji zaraz dotrzemy do Chleb Sklepu. Nowiutkie miejsce, jeszcze mnie tam nie było, ale ich pieczywo na zakwasie mnie kusi. Można tam kupić kanapkę i wypić kawę i są czynni od 7 rano. Jak dotrę, dam znać.

Po drugiej stronie Puławskiej zaraz mamy Dziki Ryż, knajpę z jedzeniem indyjskim i nie tylko. Lubię tę kuchnię, a w szczegóności chlebki naan z czosnkiem oraz koktajl mango lassi, ale wolę chodzić do Mandali, tej na Emilii Plater. Po pierwsze tam porcje są większe, po drugie smak jest jakiś taki bardziej prawdziwy (nie mam pojęcia jak to smakuje w Azji, nigdy nie byłam), a po trzecie ceny jakieś bardziej adekwatne.

Tuż obok, nadal w stronę miasta są dwa lokale, których jeszcze nie znam. Jasny, drewniany i ładnie rozświetlony Bułkę przez Bibułkę oraz Tbilisi. Pewnie już bym tam dawno się zatrzymała, gdyby nie to, że nie bardzo jest tam jak zaparkować w ciągu dnia. A w niedziele zazwyczaj bywam gdzie indziej. (no dobra, wiem, marna wymówka).

Ale wróćmy trochę do południe. Pasta i basta na Odolańskiej. Poprawne, smaczne jedzenie włoskie. Trochę drogie, ale naprawdę porządne. Bywam tam od święta. Najczęściej z synem, rzecz jasna. Mają całkiem niezłe wino, ale i tak zazwyczaj nie mogę się napić. Taki los kierowcy. Kiedyś naprzeciw była miła knajpa o bliżej mi nieznanej nazwie i dawali w niej pyszne placki ziemniaczane z łososiem. Ale to było dawno temu i nieprawda. Teraz już nic nie ma. (i niczego nie będzie, rzecz jasna, parafrazując niedoszłego polityka z Białegostoku).

Na wprost wylotu Dolnej jest Olkuska. Polecam Burger bar. Jadłam. Smacznie. Frytki bardzo poprawne, mięso w sam raz. Jedna z pierwszych burgerowni w tej okolicy.

A potem pójdźmy do Jordanka na Odyńca. A konkretnie do tego budynku przy Niepodległości, gdzie są 3 miłe knajpki, każda o innym zastosowaniu. Najpierw kobieca Biosfeera. Dobre wegetariańskie (po części wegańskie) jedzenie. Polecam w szczególności danie z sałatą i kozim serem (Koza Italiana) oraz naleśniki szpinakowe z serem. A także imbir hot, czyli przepyszny napój imbirowo-cytrynowo-miodowy. Koktajle też niczego sobie. Wygodne siedzenia, miłe wnętrze, doskonałe miejsce na pogaduchy z przyjaciółką albo spotkanie biznesowe.

Tuż obok knajpa turecka, Efes. Od ulicy najlepsze w mieście kebaby na baraninie. (lawasz, średni sos, 13 zł), a wewnątrz całkiem niezła herbata turecka (słodka!), kebab na talerzu i poprawne kofty. Nie za drogo, smacznie, wygodnie, choć trochę zapach zostaje na ubraniu. Mój syn lubi też ichniejszy ajran, ja niekoniecznie.

I wreszcie trattoria - z jednej strony Mood Cafe, z dobrymi bardzo ciastami bezowymi i niezłą kawą, połączone z dobrą włoską trattorią. Mają świetną pizzę (na bardzo cienkim cieście), niestety nie dowożą, ale można zamówić na wynos. Makarony też są ok, ale to ich pizza mnie każdorazowo przyciąga. Obłsuga niestety bardzo taka sobie, szczególnie latem, gdy klientów jest więcej, lub gdy rodzice z dziećmi wylęgną na plac. Ale dobra pizza jest tego warta. Szkoda tylko, że zimą są czynni tylko do 21. W sumie rozumiem, bo o tej porze niewielki już tam ruch, ale i tak wolałabym wiedzieć, że mogę spokojnie się tam spotkać ze znajomymi o 20 i nikt mnie nie będzie wyganiał.

Wracając do Puławskiej można zajść do BanjaLuki na dobre bałkańskie jedzenie. Dla mnie to miejsce jest jednak za duże, za głośne i za dużo w nim dzieci. Nie bez znaczenia jest fakt, że bez rezerwacji bywa tam ciężko o miejsce oraz że muzyka na żywo jest jakaś taka angażująca. Wolę mniejsze lokale, bardziej przytulne, ale polecam tym, co po powrocie z Chorwacji tęsknią za plejskavicą. Jest tam bardzo smaczna.

No i last, but not least, Boston Port na Okolskiej, tuż obok BanjaLuki. Taka buda, pawilon, nic szczególnego, a w środku najlepsze w mieście ryby. Dodatki do nich bywają trochę zbyt barowe, frytki, warzywa bez szczególnej okrasy ani przyprawy, ale ryby są naprawdę smaczne. I jest ich wybór taki, że oczywiście nigdy nie wiem, co zamówić, bo połowy nazw nie znam. Boston Port ma też przepyszną zupę rybną (uwaga, nietypową, bo mączną i bez pomidorów), którą polecam wszystkim zmarzniętym jazdą rowerem po śniegu lub wymęczonym pływaniem na pobliskiej Warszawiance.






23

Lubię jeździć autem.
Prawo jazdy zrobiłam późno, bo jakieś 8 lat temu, ale od tego czasu, kiedy tylko mogę - jeżdżę. Dlatego już następnego dnia po wypadku wsiadłam za kierownicę. Przyjaciółka pożyczyła mi auto, Toyotę Yaris, i kazała jechać. Pierwsze chwile były trudne, zwłaszcza, że byłam w kołnierzu i cała obolała, co nie pomaga w prowadzeniu po mieście, gdzie co chwila trzeba się obracać, żeby sprawdzić, czy jakiś debil właśnie nie pędzi setką po pasie, który chcesz zająć. Dałam radę. Na razie nikt mi nie wjechał w bok i auto jest całe.

Dzisiaj jest już dużo lepiej, szyja odpoczęła, czuję się całkiem znośnie, a i Yariskę poznałam lepiej. Z pewnością jeżdżę wolniej i przy każdym skręcie w lewo boję się kolejnego poślizgu i czuję napięcie.

W piątek zrobiłam sobie "wyprawę" pod Podkowę Leśną, do znajomych, co by przełamać głupi lęk. Dojechałam spocona i spięta. A gdy wracałam, w środku nocy, akurat zaczął padać śnieg i droga była naprawdę śliska - jechałam więc jak ta pańcia w płaszczyku, której mąż zazwyczaj nie pozwala prowadzić i ona nie bardzo wie, jak to się robi. Ewentualnie jak ten dziadek w kapelutku z wąsami. No nic to, dojechałam i wierzę, że jeszcze kiedyś będę się czuła pewnie zimą na drodze.
Bo na razie to trochę walka sama ze sobą.

Świętej pamięci Peugeota sprzedałam. Bardzo mi zależało na tym, żeby poszedł na części i chyba tak będzie. Głęboko w to wierzę, że nikt z niego już nie zrobi auta. To by wszak było tak niebezpieczne.

Przejechałam nim jakieś 140 tys. kilometrów. Był ze mną na Słowacji i w Czechach, w Rumunii, na Węgrzech i w Chorwacji, w Słowenii, w Austrii, we Włoszech, w Niemczech, we Francji, w Monako i w Luksemburgu. Napodróżował się, maluszek. Lubiłam go, nigdy mnie nie zawiódł. Nigdy mi się w trasie nie zepsuł. Jeździłam z nim co jakiś czas do pana Jacka w Piasecznie i wychodził stamtąd jak od kosmetyczki - piękny i blady. Czasami musiałam mu wymienić jakąś część zawieszenia, ostatnio zrobiłam sprzęgło, ale nie sprawiał kłopotu - zwykłe wymiany eksploatacyjne. Był dynamiczny, miał świetnie odejście (dwulitrowy silnik na tak malutkim aucie potrafi czynić cuda, gdy się startuje spod czerwonych świateł), jego przyspieszenie dawało mi poczucie bezpieczeństwa przy wyprzedzaniu w trasie. Był bardzo pakowny (np. tydzień w Berlinie dwóch młodych kobiet z dwoma rowerami składanymi i co najmniej kilkunastoma parami butów), wygodny i miał znakomite nagłośnienie. I last, but not least - miał miękką karoserię, która się łatwo wginała, ale która brała na siebie siłę uderzenia. Myślę, że bardzo się przyczyniła do tego, że wyszliśmy z tego wypadku cało.

Lubiłam go. Porysowany, zazwyczaj brudny, z lekko niesprawną elektryką i włączoną kontrolką od poduszki powietrznej (jednej nie było, ale boczna grzecznie wystrzeliła w czasie wypadku). Dość głośny, bo diesel. Z przesuniętą kierownicą, bo dawno geometrii nie robiłam.
Ale mój.
Moje pierwsze auto i towarzysz drogi.

I choć wiem, że kobiety zazwyczaj się nie emocjonują tak swoimi autami, to ja należę do tych, dla których w samochodzie liczy się silnik, jego moc, liczba koni mechanicznych oraz dynamika jazdy, a także różne udogodnienia, gadżety i automaty.
O kolor się nie pytam.


środa, 9 stycznia 2013

22

Kilka miesięcy minęło od ostatniego wpisu. Życie realne mnie pochłonęło, więc nie bardzo miałam głowę do podróżowania, a już na pewno do pisania o tym.
Ale jestem. Nowy Rok powitałam w Warszawie, na Ochocie i w tzw. 19 dzielnicy (całkiem sympatyczne miejsce, w genialnej lokalizacji dla zwierząt miejskich). Przyglądaliśmy się fajerwerkom z wysokości, miasto żyło, a ja w głowie i w kołnierzu podsumowywałam kończący się rok.

Choć nie było mnie wirtualnie, to jednak przez te miesiące trochę się ruszałam. Byłam w Gdańsku, w Toruniu, w Łodzi, w Białymstoku, we Wrocławiu, na Suwalszczyźnie i w drodze w Beskid Niski. W drodze, bo nie dojechałam. Stąd ten kołnierz. Jak być może pamiętacie 30 grudnia w niedzielę była prześliczna pogoda, pojechaliśmy więc z synem drogą gpsowo najkrótszą, przez góry świętokrzyskie, a nie przez Rzeszów albo Kielce i przy wjeździe do Łagowa wpadliśmy na warstwę lodu, choć temperatura powietrza była około 6 stopni powyżej zera. Był zatem poślizg, kontra, a nawet dwie, rozpaczliwe próby odzyskania kontroli nad autem i niestety rów równie oblodzony jak droga, jakieś fikołki wokół siebie, drzewo oraz betonowy słup i blacha falista jakichś zabudowań gospodarczych.
Auto do kasacji, a my w kołnierzach, szczęśliwi, że nic nam się poważnego nie stało.
Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia.

Brak auta oraz zdany na jesieni egzamin na kategorię A, a także bardzo ograniczony budżet (bo auto nie miało AC) powodują, że poważnie się zastanawiam nad tym, co powinnam kupić i czy aby na pewno to musi być samochód. Tak sobie chodzę i myślę, myślę i chodzę (a nawet leżę) i rozważam wszystkie plusy i minusy. Biorąc pod uwagę, że syn się aktualnie znajduje za wielką wodą i będzie tam jeszcze przez jakiś czas, widzę poważne korzyści z posiadania motocyklu. Wolność, wiatr we włosach, niższe koszty podróżowania oraz brak korków. A większe zakupy przecież i tak robi się teraz przez internet. Jedyny POWAŻNY mankament opcji z motocyklem jest fakt, że nie mam jeszcze całego stroju (na razie tylko kask i rękawiczki), a spodni mam całe dwie pary w szafie.
Ale to jest przecież do naprawienia, nie?

Powoli też zaczynam planować wyjazdy wiosenne i letnie. Wybieram się bowiem do USA, odwiedzić syna i nie byłabym sobą, gdybym nie próbowała tego jakoś rozszerzyć, rozdmuchać i rozwodnić, co by z tygodnia w Houston zrobić przynajmniej miesiąc w tamtej części globu. Kombinuję, liczę, sprawdzam i na razie nic konkretnego nie wychodzi. Ale znam siebie - najpierw trzeba pomyśleć, potem poanalizować, aż wreszcie umysł wypluwa rozwiązanie niczym bankomat kasę.

Lumpiata lubi podróżować. To aksjomat, którego zamierzam się w tym roku trzymać.

 fot. Joanna Sałyga