wtorek, 17 grudnia 2013

172. J'aime a nouveau

Stało się. Nie jestem singielką. Taka sytuacja.

I choć bardzo próbuję udawać, że nie zmieniło to nadmiernie mojego życia, to jest to z góry skazane na niepowodzenie. Najlepszym dowodem fakt, że mam totalną blokadę twórczo-słowną i wychodzą ze mnie głównie jakieś motylki i inne kocham, uwielbiam, pragnę, tęsknię. Ewentualnie coś o miłości mojego życia i o tym, że nie wierzę we własne szczęście. Nuda, panie.
Bardzo hermetyczna komunikacja, do zniesienia przez jedną co najwyżej osobę.

Z intensywnej baby twardo stąpającej po ziemi zrobiłam się mięciutką kobietą, dla której każde muśnięcie jest ważne, a przytulenie do męskiego, silnego ciała stało się religią i rytuałem. Gapię się w okno i w komputer, uśmiecham głupkowato do swojego odbicia i czuję się piękna. Albo piszę kolejny sms, nowoczesny znak czułości i z napięciem czekam na dźwięk odebranej wiadomości. Wieczorem lecę pędzę przez pół miasta, a rano wstaję w środku nocy, żeby tylko móc spędzić ze sobą choć jeszcze godzinę.

Znalazł mnie rzecz jasna w internetach. Rozbroił swoim "jaka jesteś ładna!", gdy pojawił się w kawiarni, a potem już poszło gładko. Zapatrzyliśmy się. Zaspacerowali. Zatrzymali. Zakochali. A że był październik i noce były osnute magią i mgłą, to poszło nam błyskawicznie. Właściwie z dnia na dzień.

Więc mam teraz obiadki, gdy przyjeżdżam zmęczona wieczorem po kravce. I szalik własnoręcznie zrobiony na drutach. I kanapki do pracy poprzeplatane czułymi karteczkami. I listy pisane piórem na papierze. Dostaję więcej niż mogłabym sobie wyobrazić i uczę się z tego wszystkiego korzystać. Sama już nie wiem, co trudniejsze. Dawanie czy branie. Zwłaszcza gdy się było zadeklarowaną singielką, dumną ze swojej wolności i samodzielności, i ktoś Cię ujarzmił w kilka dni. Skądinąd po mistrzowsku.

Mamy wiele planów i jeszcze więcej marzeń. Cieszymy się każdą chwilą, nie dosypiamy (to chyba głównie ja) i wymyślamy coraz to nowe atrakcje (to jednak głównie on). Szukamy swoich wspólnych ścieżek i znajdujemy możliwości wspólnego działania. Mówimy sobie tysiące miłych słów i setki tych bardziej wymagających, czasami trudniejszych, ale wiadomo, że zakochanie działa przeciwbólowo. A my tak bardzo chcemy już się dograć, dopasować dźwięki i iść w tym samym tempie.

Już samo mówienie "my" daje mi poczucie przynależności do nowej kasty. Tych niesamotnych.

I może tutaj skończę, bo im więcej słów, tym bardziej kiczowato. O szczęściu pisać umieją tylko najlepsi, a reszta rzyga tęczą. Ja mogę co najwyżej zawiesić się na chwilę, pomyśleć o tym, że życie bywa naprawdę zaskakujące i podziękować komu tam trzeba, że czekałam tylko 35 lat na tego faceta.

- Jejku, jeszcze tyle rzeczy przed tą Wigilią - to ja dwa dni temu. - Stresuję się, kochanie, że coś nie wyjdzie i że jedzenie będzie niesmaczne.
- Spokojnie, Maryniu. Damy radę. Wszystko wyjdzie dobrze, a Ty nie będziesz niczego gotować. Zajmę się tym.








poniedziałek, 18 listopada 2013

171. A Ty, co trzymasz w chmurze?

Wczoraj syn mi przesłał mp3 z jakimś utworem, którym chciał się ze mną podzielić. Chwilę musiałam się zastanowić, gdzie ja mam na kompie inne emeptrójki i czy aby w ogóle jeszcze jakieś mam, zwłaszcza, że komputer służbowy. Od wielu miesięcy nie trzymam już muzyki na twardym, tylko kupuję abonament w spotify i to mi wystarcza. Plus youtube i Polskie Radio Trójka.
Nie potrzebuję jej mieć, wystarczy mi dostęp.

Potem pomyślałam, że filmy też przestałam kupować, nawet w skromnej wersji z czasopismem (nigdy nie wiem, co z takim magazynem zrobić, bo przecież nie mam kominka, a zresztą papier kredowy się kiepsko pali). Oglądam online i zapominam. Z serialami to samo. Po cholerę gromadzić.

Komputer nie jest mój, mieszkanie jest własnością banku, aparat fotograficzny już dawno stracił na wartości i zresztą aktualnie mieszka w Houston. Jak chcę zrobić ładniejsze fotki, to pożyczam od znajomych. IPad ma pęknięty ekran, telefon też. Ubrania kupuję rzadko, bo zmieniają mi się rozmiary i szkoda pieniędzy. Książki są wirtualne na kindlu. Czasopism nie czytam. Wiedzy nie składuję, ani w głowie, ani na półkach, bo wiem, gdzie mam do niej dostęp, w razie czego. Nawet przyjaciele są na wyciągnięcie ręki, w internecie, rozmawiamy sobie na co dzień na fejsie, więc minut telefonicznych nie wyrabiam w żaden sposób. Smsy zastąpiłam aplikacjami.

I tak sobie myślę, że coraz mniej rzeczy mam blisko siebie, a coraz więcej jest ich "w chmurze". Coraz mniej przedmiotów mam na własność, zamiast tego płacę za dostęp i ewentualnie próbuję pamiętać ścieżkę dostępu. Trzymam to wszystko niedaleko, co by było na zawołanie, ale niekoniecznie w torebce, na dysku czy w mieszkaniu.

Na własność mam natomiast głównie wspomnienia, słowa i kinestetyczne doznania. I one się średnio przekładają na materialną stronę życia. Są w głowie. Mogę próbować je archiwizować albo przynajmniej przekazywać dalej, ale i tak całość widzę tylko ja. Wspomnienia tracą wiele w trakcie konwersji na słowa czy też obrazy.

Pamiętacie może taką książeczkę z serii "Poczytaj mi, Mamo" - "Co mam"? Było tam o tym, że "mam 6 lat, mam rodziców i rower i mam siostrę w wózku".

Czasami wydaje mi się, że mam podobnie. I że już (?) nie potrzebuję gromadzić przedmiotów. Nie, nie jestem antymaterialistką, wręcz przeciwnie. Lubię konsumować. Ale dużo bardziej wolę konsumpcję zdarzeń i wrażeń, a znacząco mniejszą mam potrzebę posiadania teraz i tu i dla siebie. No chyba że przedmioty z konotacją emocjonalną. Prezenty. Pamiątki. Acz durnostojek też nie lubię.

I zastanawiam się, na ile to we mnie coś zmieniło, a na ile jest to powszechniejsze zjawisko. Że wszystko umieszczamy w łatwo dostępnej chmurze, na wyciągnięcie ręki, albo żyjemy abonamentami. Po co mi samochód na własność, skoro mogę w leasingu, oddam potem bankowi, wezmę kolejny. Po co mi zdjęcie z Luwru, skoro są ich tysiące w internecie. Po co mi moje własne mieszkanie, skoro wynajmowanie wychodzi taniej. Przychodzę na świat, robię swoje i idę dalej. Nie otaczam się przedmiotami, bo one ograniczają moją mobilność.

Chodzi mi po głowie, że kiedyś więcej się gromadziło, żeby przekazać majątek swoim dzieciom u schyłku życia, bo klasowość i noblesse oblige i lepszy start, gdy pochodzi się z pałacu, a nie z czworaków. I przymioty bogactwa były chyba wyłącznie zewnętrzne. I choć wiem, że dziś pieniądze nadal dużo ułatwiają, to mam wrażenie, że wirtualizacja naszych zachowań społecznych nas niejako oddala od materialnej strony życia i pozwala odczuwać szczęście nawet wtedy, gdy tego pałacu nie mamy na własność, a jedynie raz do roku w ramach cudownego urlopu all inclusive lub wycieczki do zamków nad Loarą. I gdy zamiast opływać świat swoim własnym jachtem, jeździmy w ramach couchsurfingu do obcych ludzi i śpimy u nich na kanapie.




170. Dokąd tym razem

Mam cudowne wrażenie, że w tym roku wszystkie moje marzenia się spełniają, jedno po drugim. Za chwilę zabraknie mi punktów na liście, więc postanowiłam sobie spisać te miejsca, w które chciałabym pojechać niebawem. Skoro Lumpiata jest w drodze, to warto to jakoś zaplanować.
Krok po kroku, krok po kroczku.
(idą święta, wiem, może prądem skurczybyka)


Porządek jest całkowicie przypadkowy i z marszu, tak po prostu, bez głębszej analizy.

1) Rzym. Byłam w tym mieście jako 5-latka. Nic nie pamiętam, poza tym, że w drodze na audiencję do Watykanu zwymiotowałam w taksówce i mama musiała mi kupować nowe ubranie, które zresztą później mi długo służyło. Taki fajny zielony sztruksowy płaszcz ocieplany, bo to były Święta.

2) Barcelona. W mojej głowie jest to miasto zakochanych i obiecałam sobie, że jeśli tam pojadę, to nie sama. Ha.

3) Maroko. Byłam już raz, ale krótko i za mało zobaczyłam. Chcę tam wrócić i nacieszyć się kulturą berberyjską i ich jedzeniem :)

4) Ukraina. Chciałam pojechać parę lat temu na wyprawę samochodowo-wakacyjną z Młodym, ale zabrakło odwagi na samodzielną podróż, zwłaszcza, że języka nie znam. A ciągnie mnie rzecz jasna nad Morze Czarne, więc długa droga. Potem promem do Gruzji, oczywiście. I dobre wino.

5) Sarajewo. Podobno jedno z najpiękniejszych miast Europy.

6) Lizbona. Właściwie nie wiem, dlaczego, ale jestem przekonana, że będzie mi tam dobrze.

7) Chile. Kilka lat temu przeczytałam pamiętniki Passenta stamtąd. Bardzo chciałabym zobaczyć, poczuć, zrozumieć. I pobyć jakiś czas.

8) Różne inne kraje Ameryki Południowej, Peru oczywiście, bo Machu Picchu i inne takie, ale też Boliwia, bo na motocyklu tam na pewno cudownie. Wenezuela też może być. Wiem, im mniej turystycznie, tym łatwiej tam zostać porwanym.

9) Dalszy ciąg Stanów Zjednoczonych + koniecznie Kalifornia ponownie. Najlepiej na dłużej, albo nawet na zawsze.

10) Azja Centralna, a konkretnie to Pakistan i Afganistan. Tak, tak, niebezpiecznie, więc pewnie się nie uda. Ale chciałabym.

11) Syberia. Ale nie zimą.

12) Tallin. Nie wiem, dlaczego mnie jeszcze tam nie było. To poważne niedopatrzenie.

13) Islandia. I koncert Sigur Ros przy okazji.

14) Jakaś część Chin. Nie wiem, jaka, ale im mniej turystyczna, tym lepiej. Z tego samego powodu bardzo chciałabym do Korei Północnej, ale póki co to nie ma najmniejszego sensu.

15) Izrael. Nie wiem, czemu mi się przypomniał dopiero teraz. Izrael chciałabym intensywnie i ekstensywnie. Od góry do dołu. Szkoda, że taki drogi.

16) RPA? Chyba jednak tak, co by zrozumieć, co tak naprawdę się tam wydarzyło i jaka była rola Mandeli. I jeszcze jakieś inne kraje Afryki, ale wiem o niej tak niewiele, że wolę nie pisać, żeby nie popełnić żadnego foyer. Muszę się dokształcić.

17) Do Australii też bym chciała pojechać, rzecz jasna, ale to daleko i trudno i jakoś wydaje mi się to nieosiągalne. Choć z drugiej strony czemu nie? Jeśli to tylko kwestia pieniędzy, to wiadomo, że można to zrobić, wystarczy zarobić :)

18) Bretania. Tyle razy byłam we Francji, tyle czasu tam spędziłam, a nigdy nie dotarłam do Bretanii. Mea culpa i trzeba to zmienić.

19) Jakiś kraj na równiku, żeby doświadczyć tego wrednego klimatu. I wilgotności. I 12 godzinnego dnia i nocy. I zieleni, której nigdzie indziej nie ma.

20) i jakieś wyspy, najlepiej szczęśliwe.

A Wy, gdzie Was niesie? Co Was ciągnie? Gdzie chcielibyście spędzić najbliższe tygodnie, miesiące, lata?




piątek, 15 listopada 2013

169. Warszawa, której nie znam

Ostatnio poznaję na nowo swoje ukochane miasto. Inne dzielnice, inne miejsca, inne pory. Jakoś mi się rozkład dnia rozregulował i musiałam nieco zmodyfikować stare ścieżki. Bywam więc w dzielnicach, które dotychczas uważałam za peryferyjne, a z których przecież można się dostać do centrum w kwadrans. Chyba że jest akurat korek. To wtedy można i jechać godzinę. Ta nieprzewidywalność ma zresztą swój urok. Dobrze, że w telefonie mam playlistę na 450 utworów, to przynajmniej się nie nudzę ;)

Bywam też w kawiarniach z samego rana, gdy miasto kołnierzykowe dopiero się budzi, ewentualnie rozwozi dzieci po szkołach społecznych, a dzielnice peryferyjne już dawno wyruszyły do zakładów pracy i innych sklepów. No właśnie. O 22h nie jestem w stanie znaleźć miejsca do parkowania na wielorodzinnym, wielkopłytowym i wielomieszkaniowym osiedlu, a o 7 rano połowy tych samochodów już nie ma. Gdzie oni są i dlaczego wychodzą z domu wtedy, gdy zwykli ludzie dopiero przecierają oczy i mówią sobie, że za minutę wstaną.



Kawiarnie poranne to jeszcze inna bajka. Jakaś zestresowana 30-tka czyta gazetę od deski do deski. Na kolanach położyła sobie Co jest Grane, a ja myślę, że raczej pasuje do biblioteki niż na koncert Comy. Ale cholera ją wie. Pod czarnobiałym zdjęciem z początku wieku siedzą dwie koleżanki, rozmawiają po angielsku, piją herbatę. Kto rano pije herbatę? Z pewnością nie ja ;) Przy drzwiach usiadł mężczyzna lat 38, może trochę mniej, ale zakola się robią, więc trudno ocenić. Je kanapkę. Łapczywie i wielkimi kęsami. Rozgląda się. Zauważył mnie. Odśmiechnęłam się i wracam do swoich spraw. Przyszedł też pan w garniturze i za dwie kawy i trzy croissanty chce fakturę. Stoi i czeka. Na wynos bierze. Trochę się spieszy, ale faktura o tej porze drukuje się bardzo leniwie. Tymczasem pani w dżinsach i swetrze intensywnie pracuje na komputerze, pije sok pomarańczowy i widać, że wstała już chwilę temu - jest na pełnych obrotach. Dzwoni raz po raz i trochę jej nie ma. Część osób wchodzi tylko po kawę. "Może kanapeczkę? Są w zestawie.". Och, kobieta w płaszczu firmy Desigual. Nienawidzę jej :) Chciałabym taki płaszcz. Te kolorowe wyszywane kwiaty i ptaki i inne zdobienia. I do tego chabrowy szal. Pięknie wygląda. Tylko czemu się wcale nie uśmiecha. Jej krótkie czarne włosy zakrywają połowę twarzy. Niewyspana czy nieszczęśliwa?

I tak właśnie siedzę sobie i otwieram się na poranne miasto.
Rozpędzam się powoli.
Napawam się.
Spokojnie i bez typowego dla mnie rozdygotania.





środa, 6 listopada 2013

168. Kurs tańca w szkole Zbyszka Wardyńskiego

Pisałam parę tygodni temu o tym, że chcę na kurs tańca? Pisałam. Że partnera szukam? Też pisałam.

No to partner się wprawdzie sam nie zgłosił, ale za to ja zostałam namówiona, żeby odezwać się do tej szkoły tańca, a tam się już wszystkim zajęli. Znaleźli mi partnera (a przypominam, że do drobinek nie należę), powiadomili o początku kolejnego kursu i kazali wziąć ze sobą płaskie buty.

Dzisiaj miałam pierwszą lekcję.
Wolno, wolno, szybko, szybko.
Fokstrot, proszę Państwa, walc wiedeński i samba dyskotekowa.
Jestem zachwycona.
Moja koordynacja jest nadal fatalna i zapewne dużo czasu minie, zanim będę mogła wykorzystać cokolwiek w życiu realnym, ale przez półtorej godziny grzecznie pracowałam nad własnymi nogami, ramionami i nad tym, żeby to partner mną kierował. Bo to męska rzecz jest zarządzać tańcem. A ja - jak wiadomo - pokornym cielęciem nie jestem.

Wolno, wolno, szybko, szybko.
Endorfiny podskoczyły o kolejnych kilka punktów. Ostatnio i tak windują bez przerwy, więc aktualnie jestem w trybie "świat do mnie należy" i nie zamierzam się tego wstydzić. Możecie mi mówić "Cesarzowo". Taka karta mi kiedyś wyszła w tarocie i jakoś dziwnym trafem z tym akurat nie walczę.

Nie mam pojęcia, jak wyglądają zajęcia w innych szkołach tańca, ale tu na Polnej jest tradycyjnie, precyzyjnie i w jakiś sposób elegancko. W sam raz dla mnie. Lubię wiedzieć, co mam robić i czy robię to prawidłowo. A że nigdy wcześniej nie uczyłam się tańczyć, to po raz pierwszy mogę spokojnie zrozumieć swoje ciało na okoliczność muzyki, rytmu i drugiego człowieka. Kimkolwiek by nie był.

Jest więc dobrze. Mój cotygodniowy WF zaczyna się stabilizować. Krav maga, tańce i basen. A w sezonie letnim dodatkowo rower. Marzy mi się jeszcze jazda konna i mam już na nią pewną koncepcję.

A na dobranoc virtual insanity, jakoś mi klimatem pasuje. I rytmem.





niedziela, 3 listopada 2013

167. Pogrzeb Tadeusza Mazowieckiego - migawki

O śmierci nie bardzo umiem pisać, a pogrzeby są zawsze trudnym momentem. Nie tylko chwilą zastanowienia się nad własnym życiem i marnością, ale również spotkaniem z sacrum, którego pojąć nie potrafię. Więc tylko kilka migawek z dzisiejszego pogrzebu. Na tyle mnie stać. 

Miało padać. Tymczasem od rana było słońce, potem chmury, a pierwsze krople poczułam dopiero kilka chwil po zakończeniu uroczystości w Laskach. 

Jeszcze przed mszą Lech Wałęsa podał rękę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, usiadł w tej samej ławce. Kwaśniewski go namówił, żeby usiadł tuż obok. Tak już zostali. Obok nich Jose Manuel Barroso i pan Premier z żoną. Parę ławek dalej Jarosław Kaczyński. 

Przyszła większość premierów od czasu odzyskania wolności. Nie widziałam tylko Jana Olszewskiego. Hanna Suchocka siedziała obok Hanny Gronkiewicz-Waltz. Ze strony władz państwowych chyba byli wszyscy. Marszałkowie, ministrowie, prezydenci, premierzy. Cała klasa polityczna w jednym miejscu na raz. 

Jedną z pieśni na wejście była polska wersja Okudżawy, "Dopóki nam ziemia kręci się".  Przy "Panu Zielonookim" się wzruszyłam.  

Pierwsze czytanie miała Maja Komorowska. Perfekcyjnie zinterpretowane. Jak zazwyczaj. Drugie - Hymn o miłości - czytała jedna z wnuczek Tadeusza Mazowieckiego. Musiała przełknąć łzy przy miłości, która nie pamięta złego i nie szuka swego. 

Genialna homilia O. Hauke-Ligowskiego OP. Zaczął od swojego pierwszego spotkania z Tadeuszem Mazowieckim, akurat Żydów wyrzucali z Polski. Opowiedział, w jaki sposób Mazowiecki go uspokoił, gdy wzburzony przyszedł z ambasady Holandii. Dodał jeszcze, że "w Polsce wszystko co, godne upamiętnienia i wspomnienia zawsze albo od Żydów się zaczyna i na Żydach się kończy, a przynajmniej o Żydów musi się otrzeć". 

Liturgia Eucharystyczna w potężnej koncelebrze. Wielu biskupów, których nie poznałam z twarzy, ale też kilku normalnych księży. Ks. Boniecki, O. Zięba, O. Oszajca i - ks. Lemański (!). Wraz z bp Hoserem przy jednym ołtarzu wprawili mnie w osłupienie. 

Znakomita Modlitwa Wiernych, czytana przez rozmaite osoby ze środowiska, w różnych językach. Joanna Święcicka, prezeska KIKu warszawskiego, w swojej modlitwie odwołała się do preambuły Konstytucji, której autorem był wszak Mazowiecki. Żebyśmy się szanowali (piszę z pamięci), niezależnie od tego, czy wierzymy w Boga, czy też nasze wartości czerpiemy z innych źródeł. Pozostałe modlitwy były w wielu językach. Po francusku, niemiecku, bośniacku, rosyjsku i angielsku. Zabrakło mi jedynie hebrajskiego, choć i tak odniesień do Żydów było w czasie pogrzebu bardzo wiele. 

Prezydent też się wzruszył w trakcie swojego przemówienia. Powiedział ładnie, emocjonalnie, osobiście. Przeczytano list od Franciszka. A potem do ołtarza podeszły wnuczki z wnukami i jedna z nich odczytała cudny list-pożegnanie do Dziadka. Nie próbowałam już hamować łez. 

"Boże, coś Polskę" śpiewaliśmy pełnym gardłem i pełnią sił. 

Po mszy przeprawa do Lasek, gdzie nastąpiło piękne połączenie uroczystości wojskowej i kościelnej w cudnym entourage'u drzew, lasu i wyjątkowo prostych grobów. Modlitwy i salwy honorowe, orkiestra i śpiewana litania, prezydent i arcybiskup. Poszczególne elementy nachodziły na siebie, ale nie drażniły odmiennością. I znowu kilka wzruszeń. 

Gdy po hymnie Polski orkiestra zagrała hymn Unii Europejskiej. Poruszyła mnie wtedy świadomość, że bez Niego zapewne nie bylibyśmy w Unii dzisiaj. 

Gdy Prezydent złożył flagę Polski, która leżała na trumnie, na ręce Michała Mazowieckiego, najmłodszego syna. A właściwie wcześniejszy moment był bardziej symboliczny - gdy żołnierze składali tę wielką flagę aż do niewielkich rozmiarów trójkąta. 

Gdy Michał Mazowiecki podziękował wszystkim, zaprosił na wspominki i głosu mu zabrakło, bo łzy poleciały. Podszedł do Prezydenta, żeby podziękować osobiście, a ten go po ojcowsku przytulił. 

Deszcz lunął chwilę później. 





sobota, 2 listopada 2013

166. Primal Move i nie tylko

W ramach dbania o siebie poszłam tydzień temu na seminarium z Primal Move. Przez półtorej godziny machałam nóżkami i rączkami, głównie na czworaka lub pełzając, i intensywnie dbałam o swoje stawy i inne elementy ruchowe. Bawiłam się świetnie, zwłaszcza, że część ćwiczeń była zapodana w postaci zabaw w parach i wyścigów, a ja jak wiadomo miewam rywalizacyjną orientację społeczną, więc mi w to graj.

Primal Move jest sportem nastawionym na wzmocnienie sprawności ruchowej. Jeśli dobrze rozumiem filozofię twórców, to celem jest lepsze, ładniejsze, zgrabniejsze i zdrowsze poruszanie się. Cała koncepcja bierze się z połączenia różnych treningów wzmacniających mięśnie, stawy i płynność ruchu. Część ćwiczeń bierze się też z rehabilitacji pourazowych. Jeśli lubicie zdrowo, bez bólu i bez kontuzji, to Primal Move jest na pewno dla Was.



Ćwiczyliśmy boso, wszystkie ćwiczenia z zachowaniem symetrii. Miałam silne poczucie, że ten sposób trenowania jest niejako uzupełniający do pilatesu. Bo o ile w pilatesie jest się skupionym na miednicy, to w Primal Move chodzi o stawy i symetryczne poruszanie się całego ciała. Ale dynamika jest podobna.

Większość czasu spędziliśmy zatem w parterze. Trener mówił, że na początku bywa trudno, bo opieranie się na nadgarstkach i kolanach (albo samych stopach) bywa całkiem męczące. Ponieważ jednak nasza grupa składała się głównie z kraverów, to tego zmęczenia aż tak nie było widać. Musi, że mamy już jakąś kondycję ;) Co nie zmienia faktu, że spodnie miałam mokre. Od potu.



To nie są ćwiczenia siłowe, choć na pewno z czasem nabiera się większej zwinności i świadomości różnych części ciała, które na pierwszy rzut kamieniem nie są oczywiste. Mnie następnego dnia bolały łopatki i miałam oczywiście siniaki na kościach biodrowych, od przetaczania się po ziemi. No ale tam to ja mam zawsze sińce, ilekroć ćwiczę w parterze. Taka uroda ;)

Jest w tym sporcie koncentracja podobna do jogi, ale nie ma zbędnej ideologii (joginów z góry przepraszam za spłycenie). Jest też poczucie kontroli nad własnym ciałem i poszczególnymi bardzo swobodnymi i miękkimi ruchami. Wyobrażam sobie, że ci, którzy dłużej trenują, muszą być bardzo zwinni, co na pewno bywa przydatne nie tylko na sali sportowej ;)

Wreszcie, jest w tych ćwiczeniach duży spokój. Do tego stopnia, że jak wychodziłam z treningu, czułam się totalnie niedobita i niedoadrelinowana. No bo jak to, trening bez sparingu i kopana w strefę krocza? ;))) Ale mimo to byłam zadowolona i endorfiny się uruchomiły. Tak jakbym na basenie sobie popływała. Łagodnie, intensywnie i z wyczuciem. Bez zadyszki.


------------

Tymczasem dzisiaj leżę na kanapie, napawam się własnym autyzmem społecznym, który mi się włączył na okoliczność Święta Zmarłych i innych takich. Na szczęście nic nie muszę. Nałaziłam się i wczoraj i dzisiaj, jutro też będę na świeżym powietrzu. Napiłabym się wina, bo mam powody do radosnego sponiewierania się. Ale wina brak, a do sklepu daleko. Jakieś 300 metrów. I zimno ciemno. Więc chyba sobie zrobię herbatę i włączę kolejny odcinek Newsroomu.

Przez moment chciałam poćwiczyć robienie pompek. Przez krótki moment. Bardzo krótki.
Moja kanapa jest bardzo wygodna :)


piątek, 25 października 2013

165. Słuchawki antydepresyjne VALKEE

Na początku września miałam doła. Takiego dość konkretnego. Nic mi się nie chciało - ani pisać, ani śpiewać, ani nawet machać nogami. Już wtedy brakowało mi słońca, a może po prostu wyczerpało się to, które nagromadziłam wiosną w Stanach i latem w czasie weekendów. Dość powiedzieć, że czułam się źle. Nie bez znaczenia były też środki hormonalne, które mi zabrały całą radość życia. One tak miewają, dziwki jedne. Albo się od nich tyje, albo się nie chce seksu, albo nawet popada w stupor.  

Postanowiłam działać. Najpierw odstawiłam pigułki. Potem sprawdziłam, czy mi wyniki tarczycowe nie poleciały w dół. Poleciały. Więc pani endokrynolog nieznacznie podwyższyła mi ilość hormonu. A następnie zaczęłam marudzić. Jak każdy prawdziwy Polak lubię marudzić i jeszcze bardziej lubię, jak mnie potem przytulają na tę okoliczność. Ktoś mi wtedy podrzucił link do fińskich słuchawek antydepresyjnych. Za Boga nie pamiętam, kto, a powinnam mu piwo postawić, albo chociaż wino. 



Takie ładne jeszcze do tego. Zgrabniutkie, co najmniej jak ipod albo coś innego firmy Apple. A ja jestem gadżeciarą, prawda? Zanim jeszcze sprawdziłam, jak to działa, już wrzuciłam na fejsie post, że bardzo bym takie chciała. Towarzystwo się rozszalało i wyśmiało. Że w jaki to niby sposób światło świecące do uszu miałoby mieć jakikolwiek wpływ na nastrój. W sumie uważałam podobnie, acz nie do końca. 

Bo już kilka lat temu myślałam o tym, żeby rozkręcić biznes w postaci lamp antydepresyjnych ze Skandynawii. W Polsce są jakieś nieszczególnie ładne i całkiem drogie, a tam można znaleźć nieszczególnie drogie, a dużo ładniejsze. Nisza widoczna gołym okiem. Koleżanka mi wówczas pomogła w researchu tamtojęzycznym, ale nic z tego nie wyszło, jak z większości moich pomysłów na biznes. Co nie zmienia faktu, że miałam ochotę na taką lampę. Bo jesienią i zimą jednoznacznie brakuje mi światła i napawam się każdym słońcem, chodząc po mrozie, jeśli trzeba, byle się nachapać. 

Poczytałam o tych słuchawkach, przeraziłam się ceną (885 zł) i poszłam spać. W międzyczasie jednak przemówiła do mnie idea światła wewnątrz czaszki i obszarów światłoczułych, którym świecenie może pomagać. Mówią, że wystarczy 12 minut dziennie (i na taki czas jest ustawione urządzenie). W porównaniu z lampą, pod którą trzeba sterczeć przez pół godziny i to pod odpowiednim kątem, słuchawki wydawały się znakomitym środkiem zastępczym. Popatrzyłam na badania kliniczne. W jednym badaniu raptem kilkanaście osób, ale inne już na większej liczbie i z zastosowaniem grupy kontrolnej. I wszędzie wzrost nastroju. Może to jednak nie jest aż taki pic na wodę. Zwłaszcza, że udało się udowodnić, że mózg jest wrażliwy na światło. No a urządzenie otrzymało certyfikację CE jako wyrób medyczny klasy II(a). Nie bez znaczenia jest też fakt, że firma uzyskała w tym roku dalsze prawie 10 mln dolarów finansowania

Następnego dnia napisałam mail do polskiego dystrybutora z propozycją przetestowania. Odpowiedź dostałam prawie od razu, że jak najbardziej, czemu nie, który kolor, wysyłają kurierem.  

Słuchaweczki przyszły w pewien wtorek z miesiąc temu. W kartonie z instrukcją i różnej wielkości silikonikami, co by się dobrze trzymały w uchu. Przyszły do pracy, podzieliłam się swoją frajdą z koleżankami, więc rozpoczęłyśmy testy we trzy. Żadna z nas wprawdzie nie ma zdiagnozowanej sezonowej depresji, ale każda z nas lubi narzekać na niedobór światła i brak energii jesienią. Idealny zestaw, nie? 

Pierwsze wrażenia były dziwne. Na pewno nagrzewało uszy. Stwierdziłyśmy to wszystkie trzy. Przy pierwszym użyciu trochę zaćmiła głowa, potem ból minął i więcej się nie pojawił.  Przede wszystkim jednak oczy się zrobiły jakby większe. W sensie bardziej chłonne. Po sesji słuchaweczek miałam wrażenie, że słońce bardziej świeci zza chmur i bardziej mnie razi. Dziewczyny aż tak tego nie określiły, ale wrażenie jasności też miały. 

Tak naprawdę rozmawianie o skuteczności słuchawek jest niezwykle trudne, bo wszystko opiera się na subiektywnych wrażeniach. Skali depresji nie wypełniłyśmy, nie zrobiłyśmy żadnego pre- ani post-testu, więc moja dusza metodologiczna nieco ucierpiała, ale musimy to wszystkie przyznać - nasze nowe Uszy mają na nas dobry wpływ. 

Nagle dowcipnie się w firmie zrobiło. Poważni dorośli ludzie, a tu teksty latają co najmniej dwuznaczne. Latały i wcześniej, ale nie w takiej ilości. Więcej energii mamy, więcej pomysłów, szczególnie w godzinach bezpośrednio po zastosowaniu Uszu. Miło, przyjemnie, pozytywnie. Momentami trudno było uwierzyć, że to jest to samo spokojne i ciche biuro, co dotychczas. 

- Ja tam nie wiem, czy to jest skuteczne - mówi jedna z koleżanek po kilku tygodniach stosowania - ale widzę przecież, że sama pamiętam o Uszach i naturalnie odczuwam potrzebę tego naświetlenia. Myślę o tym rano, jak wstanę i myślę, jak przyjdę do pracy. A wiesz dobrze, jaka zazwyczaj jestem bez energii i nieprzytomna. Podejrzewam, że bym już w ogóle nie była w stanie pracować, gdyby nie Uszy. 

- No a mnie jest całkiem przyjemnie i chętnie bym je stosowała przez całą jesień i zimę - mówi druga i się śmieje od ucha do ucha. 

Tymczasem ja się tak do nich przyzwyczaiłam, że poleciały ze mną do Gdańska i na weekend ze znajomymi. Jakże mogłabym je zostawić. 



Postanowiłam jeszcze wypróbować ich wpływ na jetlag. Akurat miałam dziecko w domu przez 9 dni i zależało nam obojgu, żeby przyzwyczajenie się do polskiej rzeczywistości nie zajęło mu całego tygodnia. O jetlagu się bowiem mówi, że na każdą godzinę różnicy potrzebny jest jeden dzień, a Młody mieszka o 7 godzin stąd. Dopytałam tylko dystrybutora, o której należy założyć Uszy w przypadku jetlagu i zastosowałam je dziecku niemalże przez sen, z samego rana.  

Efekt był rzeczywiście imponujący. Właściwie już dwa dni po przylocie Młody poszedł spać o normalnej godzinie, a trzeciego dnia nie było śladu po jetlagu. A że Młody jest raczej racjonalnym człowiekiem, to jego pozytywna recenzja jest tym więcej warta. Po czterech dniach odstawił Uszy i powiedział, że więcej nie potrzebuje. 
- Przecież ja nie mam depresji, Mamuś - stwierdził rozsądnie, a ja wzięłam je ponownie do biura. 

I tak to. 
Stosujemy Uszy codziennie. Jedna po drugiej. Raczej przed południem. Jest nam pozytywnie i energicznie. Nie mamy pojęcia, na ile to działa i dlaczego, ale jeśli to możliwe, to prosimy, żeby nie przestało. 

Bo jest dobrze :) 

PLUSY: 
- więcej energii 
- lepszy nastrój 
- niekłopotliwe, bo tylko 12 minut dziennie 
- wiele osób może korzystać z jednego urządzenia 
- można ładować przez kabel USB, raz na kilkanaście zastosowań

MINUSY: 
- wysoka cena 
- potrzebne dalsze badania kliniczne - dotychczasowe są jednak na niewielkiej liczbie osób i dotyczą sezonowej depresji, której żadna z nas nie ma zdiagnozowanej 

piątek, 18 października 2013

164. Swiss i jego obłsuga klienta

Pamiętacie, być może, że pod koniec sierpnia byłam w Szwajcarii. Leciałam tam Swissem, do Zurichu i rano musiałam przekiblować nieco na lotnisku w Warszawie, bo mi samolot odwołali. Żadna tragedia wówczas, wszak lotniska lubię. Na szczęście nie miałam nikogo umówionego tamtego dnia, jedynie nad jezioro bodeńskie musiałam dojechać prosto z Zurychu. Poczekałam więc, poleciałam kolejnym samolotem, potem pociągiem jednym i drugim i tylko trochę zmęczona byłam cały dniem w podróży.

Jako świadoma huehue obywatelka UE i krajów z nią stowarzyszonych, złożyłam jednak szybciutko (jeszcze na lotnisku będąc) reklamację i wniosek o odszkodowanie. Szwajcaria nie jest w UE, ale ma podpisaną umowę, zgodnie z którą przestrzega tychże praw podróżników, wujek Google w tej kwestii jest bezlitosny. Sprawa wydawała się raczej prosta, odszkodowanie się należy.

Złożyłam reklamację, poczekałam chwilę, wróciłam do Polski, zaczęłam planować swoje finanse na jesień, więc po jakichś 10 dniach napisałam do nich mail, czy aby już przemyśleli mój wniosek i co tam słychać. Nic nie słychać. A konkretnie to odpowiedzi nie było. Jeden, drugi, trzeci mail. I dupa, nie odpowiadają. Przeniosłam się zatem na ich fanpage na FB, bo czasami takie publiczne machanie rączką jest bardziej widoczne niż pisanie kolejnych maili w czeluściach serwerów.

Zadziałało. Na fanpage'u mnie przeprosili za oczekiwanie, przekazali sprawę dalej, a następnego dnia odezwała się do mnie mailem miła pani z nazwiskiem słowiańskim, acz nie polskim, i oznajmiła, że dostanę 250 EUR i że przeprasza. "Proszę podać numer konta bankowego" - napisała po angielsku, a ja się ucieszyłam, że będę miała kurtkę motocyklową. Podałam.

Minęło kilka tygodni, gdzieś tak pod koniec września zainteresowałam się przelewem, którego nie było. Zaczęłam ponownie pisać do nich, i znowu cisza piękna. A ja naprawdę nie jestem nachalna, nie piszę codziennie, nie wydzwaniam, tylko grzecznie proszę o odpowiedź. Po kilku takich mailach zaczęłam się wkurzać, aż wreszcie zapytałam w temacie (bo zakładałam, że temat ktoś może jednak przeczyta), czy znowu muszę się z nimi komunikować na fejsie, żeby ktoś raczył mi odpowiedzieć.

Zadziałało ponownie. Dostałam kolejną wiadomość mailową od tej samej pani o słowiańskim nazwisku. Że przyjrzeli się ponownie mojej sprawie i że jednak nie mogą mi wypłacić odszkodowania. Mogą ewentualnie dać mile w zamian. Trochę mnie już znacie i możecie sobie wyobrazić moją reakcję. Zionęłam ogniem. A pięści się same układały we właściwy sposób. Kciuk w połowie środkowego paliczka palca wskazującego, rzecz jasna.

Poprosiłam o podstawę tej odmowy. Grzecznie. Pani znowu nabrała wody w usta. Albo w klawiaturę. Napisałam więc po kilku dniach, że zgodnie z wszelką moją wiedzą, Szwajcaria podlega prawom pasażerskim UE, bo podpisała stosowną umowę bilateralną i z tego mi niezbicie wynika, że powinnam dostać odszkodowanie. Poguglałam sobie i odkryłam, że istnieje jakaś instancja odwoławcza, do której nalezy się zwrócić w przypadku odmowy. Zaczęłam szukać swoich biletów i innych potwierdzeń, bo ta instytucja przyjmuje skargi tylko pocztą realną.

Postanowiłam jednak dać im ostatnią szansę. Napisałam ponownie na FB i Facebook po raz kolejny okazał się cudownym naprawiaczem relacji konsumencko-firmowych. Przeprosili, przekazali, obiecali. Dzisiaj natomiast odebrałam telefon bezpośrednio z Bazylei. Pan mnie kilkakrotnie przeprosił za nieprofesjonalne zachowanie ich działu obsługi klienta. Wyjaśnił, że pracowniczka, która się ze mną kontaktowała, popełniła błąd i nie powinna była mi udzielić odszkodowania. Bo lot był odwołany z powodów technicznych, co podlega pod jakąś tam klauzulę tych praw pasażerskich. I że oczywiście możemy sprawę oddać do instancji wyższej, ale to nie ma sensu i on chciałby mi zaproponować zamiast tego odszkodowania voucher na bilet samolotowy o tej samej wartości (300 CHF). Mogę również dostać mile, skoro jestem w Miles and More. I on ponownie mnie przeprasza i dziwi się, że nikt się ze mną nie skontaktował bezpośrednio, bo przecież tak się najsensowniej załatwia tego typu sprawy, wszak każdy ma prawo do błędu, a czasm wystarczy wyjaśnić, skąd się taki błąd wziął.
Bo komunikacja zbliża ludzi.
No rozumiecie, ludzki człowiek. Taki normalny. Z Bazylei.

Wybrałam voucher. Mam go już w swojej skrzynce mailowej. I wraz z nim bezpośredni kontakt do tego pana, na wszelki wypadek.

"Niech Pani da nam jeszcze jedną szansę, proszę gdzieś znowu z nami polecieć i mam nadzieję, że tym razem nie będzie żadnych problemów. Wszystkiego dobrego"

No to ten.
Barcelona? Malaga? Czy może jakiś Bliski Wschód z niewielką dopłatą?
Nawet nie wiedzą, jaką mi frajdę sprawili.


  

czwartek, 17 października 2013

163. Po 100 dniach diety

Krótko i na temat :)

Dzisiaj miałam ważenie i wyliczanie różnych tam czynników.
Z góry wiedziałam, że za wiele to nie schudłam, bo w tym miesiącu jadłam trochę dowolnie. Nie żebym od razu dietę odrzuciła w siną dal, bez przesady, ale było i piwo i wino, i dwa razy pizza i jakieś snickersy po drodze, kanapki też i nawet frytki w środku nocy. I tak też wykazała waga. Tym razem nie schudłam właściwie nic (BMI spadło o 0,1), ale za to wzrosła mi masa mięśniowa o ponad kilogram i spadła zawartość tłuszczu o ponad jeden procent. Jak dla mnie to super, bo mam teraz tyle samo mięśni, co miałam gdy zaczynałam dietę, czyli prawie 100 dni temu, wszystkie zrzucone kilogramy są z tłuszczu (zawartość procentowa wody mi też wzrosła, co - jak rozumiem - jest zdrowe).

Widzę, że moje ciało jest inne, zarysowują się mięśnie pod tłuszczem (na ramionach i na udach), wszak ćwiczę kilka razy w tygodniu po 1,5-2,5 godziny. Jest dobrze. Endorfiny są. Życie mi się podoba, a od kiedy pożyczony samochód złapał dwa flaki jeden po drugim, to jeżdżę komunikacją miejską i napawam się ludźmi. Po wrześniowej depresji nie ma już śladu.

(Ciągle nie mogę dotrzeć do wulkanizacji, bo potrzebne do tego jest drugie auto z jakimś przyjacielem, i nawet jeśli znalezienie kogoś wcale nie jest skomplikowane, to zwyczajnie nie mam czasu, bo po pracy uprawiam sport. No ale coś trzeba będzie z tym zrobić, idą chłody, a i auto lubi jeździć)

Tymczasem wracając do wątku diety, to w planach mam jednak kolejne 10 kilo mniej, więc grzecznie wracam do bardziej restrykcyjnego przestrzegania zaleceń Karoli. Ustaliłyśmy również, że będzie co najmniej 2,5 l płynów dziennie (nie licząc wody na treningach), co najmniej 200 kalorii w warzywach codziennie i co najmniej 100 kcal w owocach. Dostałam dzienniczek do wypełniania, w którym przyznaję sobie punkty np. za brak śmieciowego żarcia albo za regularność posiłków (nie rzadziej niż co 4 godziny). Zobaczymy, czy zadziała :)

Dzisiaj zjadłam:
- muesli (3 garście), 1/3 opakowania borówek, 1 jogurt naturalny
- gruszkę
- makaron z łososiem, kaparami, oliwkami i ćwierć awokado w niewielkiej ilości śmietany 18%
- całą paprykę
- dwa jajka sadzone z 3 pieczarkami i pomidorem
- dwie dachówki z Twoim Smakiem i połową papryki
- 1 jabłko, które właśnie kończę
- 5-6 dużych szklanek wody, 2 kawy, 2 pokrzywy
+ 2,5 godziny ćwiczeń i dodatkowe 1,5 l wody.

* * *
Jeśli chodzi o plany sportowe, to chcę sprawdzić, czy nadaję się na crossfit - trochę się boję o swoje kolana, acz ćwiczy mi się znacząco lepiej, od kiedy założyłam ochraniacze do siatkówki. A za tydzień będzie seminarium z Primal Move - tam na pewno będę. Chciałabym jeszcze zmieścić basen raz w tygodniu, bo pływanie od zawsze sprawia mi frajdę. Tymczasem tańce już mi ktoś polecił, takie właśnie normalne, użytkowe, a nie wydziwnione. Czekam aż się szkoła odezwie, czy mogę dołączyć do grupy, która niedawno wystartowała.

* * *
Próbuję sobie przypomnieć, jak spędzałam swój wolny czas rok temu, gdy Młody wyjechał do Stanów. Na pewno jesień była pod znakiem Chustki i jej odchodzenia, a później zakładania Fundacji Chustka. Robiłam też prawko motocyklowe, co mi konkretnie organizowało poranki (musiałam dojechać na Bemowo na godzinę 7 rano). Zajmowałam się jeszcze pewnym projektem na UW i prowadziłam różne dziwne szkolenia i konferencje. Nie, jak się porządnie zastanowić, to jednak się nie nudziłam. Może tylko byłam trochę bardziej społeczna.
Teraz spotykam się głównie z ludźmi z kravki. Przychodzimy sobie wieczorami do nieszczególnie czystych sal gimnastycznych, przebieramy się w mniej lub bardziej czarne ubrania i zakładamy ochraniacze, a potem machamy nóżkami i rękami i bawimy się w wojnę.

Powiem Wam po cichu, że bardzo ich lubię :)

A takie tam reminiscencje z obozu. Twarz mi schudła ;) 

poniedziałek, 14 października 2013

162. Kto ze mną na kurs tańca?

Ach, mam jeszcze jedno marzenie, które chciałabym zrealizować i to jakoś w nadchodzącym czasie. Kompletnie o tym zapomniałam, a przecież chodzi za mną od dawna.
A mianowicie - chcę nauczyć się tańczyć.

Umiem Ci ja się ruszać w miarę, gdy tańczę do jakiegoś rytmu samodzielnie.
Umiem ruszać bioderkami i zginać nóżki. Umiem nawet machać włosami, gdy trzeba. I skakać w glanach na koncercie. Kiedyś nawet pewien kolega mówił, że ruszam się zmysłowo. Ale on akurat był średnio obiektywny.

Kompletnie natomiast nie daję sobie rady w tańcach w parach. Takich, wiecie, na weselu albo na imprezie, gdy już nie puszcza się "Killing in the name", a raczej skoczne i zgrabne piosenki Abby. Takich dla starszych ludzi. Tańczyć, gdy się ma na sobie sukienkę, a nie glany. Gdy prowadzi Ciebie przystojny mężczyzna i chciałabyś mu oddać cały rytm swojego ciała, ale nogi ruszają się absolutnie nie tam, gdzie powinny, a biodro jest zawsze pół taktu za ramieniem.

Tak, niewątpliwie jest u mnie tak sobie z koordynacją ciała.
I wiem, że można nad tym pracować.

Ostatnio na kravce ćwiczyliśmy naśladowanie. Partner robił jakieś kroki, w pozycji walki, a moim zadaniem było naśladować jego kroki. On w prawo, ja w lewo, on do przodu, ja do tyłu. On dwa małe kroczki, ja dwa małe kroczki. No rany lujek, totalna klapa. I jeszcze nie patrzeć na stopy, ale zgodnie z zasadami na górną część klatki piersiowej.

No więc, chcę na tańce, wtorkowe wieczory mam w gruncie rzeczy wolne. I piątki.
Może znajdzie się ktoś znajomy płci przeciwnej, kto chciałby też, a dotychczas się wstydził albo nie miał z kim?
Chętnie się zaprzyjaźnię tanecznie. Tylko poważne propozycje ;)



sobota, 12 października 2013

161. Tagliatelle z łososiem, bo o dziecku pisać nie chcę :)

15-minutowy eintopf na 4 osoby.

Ugotować 250 gr tagliatelle (u nas to było 5 gniazd).
W czasie gdy makaron się gotuje, zeszklić na patelni 1 małą cebulę, dodać 1 ząbek czosnku, 40 gram kaparów (średniej wielkości), 300 gram świeżego łososia (może być ten z Biedronki, bardzo smaczny) pokrojonego w kostkę, posolonego, popieprzonego i skropionego cytryną. Poczekać aż się łosoś zrobi jasny (2 minuty?), dodać 150 g śmietany 18%. Jeśli sos jest za gęsty dodać ze dwie łyżki wody z makaronu. Na koniec trochę koperku (może być suszony cięty, jeśli jesteście za leniwi, żeby pójść do sklepu. My byliśmy).  Dodać makaron (koniecznie al dente!), ewentualnie chwilę jeszcze potrzymać na ogniu, co by przeszedł smakiem.

Podawać z jakąś kolorystycznie odmienną sałatką, u nas to były pomidory z ciemnymi oliwkami. I z białym winem, rzecz jasna.

----------

A poza tym, to tydzień z dzieckiem minął błyskawicznie. Już jutro rano jedziemy ponownie na lotnisko. Nacieszyłam się nim w miarę możliwości, on mną zapewne też, choć gdy ma się 15 lat, to zapewne cieszenie się rodzicem to rzecz bardzo względna.

Z ciekawych wydarzeń to byliśmy na strzelnicy myśliwskiej i strzelaliśmy sobie z pistoletu, glocka, M4, kałasznikowa i strzelby (ta to dopiero ma odrzut). Mówią, że to zabawa dla chłopców, a ja im mówię, że to znakomity sposób na spędzanie wolnego czasu. Strzelanie bojowe mnie jednoznacznie bardziej kręci niż sportowe, choć umiejętności mam żadne. Trzeba będzie się nauczyć.
Kolejny cel, kolejne marzenie, kolejna droga dla lumpiatej ;)






----------

- Wiesz co - rzecze Młody - nie chce mi się wracać do Stanów.
- Czemu?
- Bo tu jest miasto, tu są ludzie, tu jest ciekawiej. Tu mogę być samodzielny, mogę się zgubić na Sadybie i może mi się telefon wyładować. Tam bym co najwyżej musiał długo iść wzdłuż drogi bez chodnika.
No i tu mam przyjaciół.


poniedziałek, 7 października 2013

160. Tribute to Joanna Chmielewska

Wychowałam się na książkach Joanny Chmielewskiej.

Każda nowa Chmielewska (tak wszak je nazywaliśmy) była czytana przez wszystkich domowników, a przy kolacyjnym stole śmialiśmy się gremialnie z jej bonmotów i innych sformułowań. "Azali były osobie mrowie a mrowie?"

"Wszystko czerwone" było swoistym źródłem emocji ze względu na postać komisarza Muldgaarda, którego poziom języka polskiego przypominał mi każdorazowo, jaki wielki wysiłek rodzice włożyli w naszą edukację językową, gdy mieszkaliśmy za granicą."Lesia" na początku nie rozumiałam i nie doceniałam - może nie byłam w stanie zrozumieć absurdu z polskich biur? O wiele łatwiej wchodziły mi książki z Janeczką i Pawełkiem oraz Okrętką i Tereską, młoda byłam. Uwielbiałam snuć się po ulicach Dolnego Mokotowa, choćby w wyobraźni, i po szlakach mazurskich za dziewczynami.

Klin mnie zafascynował dzwonieniem do obcej osoby. Dzisiaj po południu, jak informacja o śmierci Joanny Chmielewskiej obiegła polski internet, chwyciłam tę książkę, przejrzałam parę stron i zdałam sobie sprawę, że to Joanna Chmielewska nauczyła mnie szukać informacji o ludziach. Ja to robię w internecie, a ona jeździła po całej Warszawie i przekonywała coraz to kolejne osoby, że rzeczywiście dana wiedza jest jej potrzebna.

Kiedy wróciłam do Polski i poszłam pierwszy raz w życiu do polskiej szkoły, do klasy siódmej, książki Joanny Chmielewskiej mnie uczyły pisania. Strasznie się męczyłam nad jakimiś rozprawkami i innymi analizami, dostawałam bardzo średnie oceny, bo mój język był słabiutki i niewyrobiony, jednak któregoś dnia pani polonistka zadała nam opowiadanie. Miało się zaczynać od jakiegoś zdania w stylu: "Kiedy podniosłam głowę, okazało się, że...". Napisałam opowiadanie lekko kryminalne, stylem Chmielewskiej. Nawet chyba śmieszne było, a na pewno zastosowałam jej potoczny język i sposób narracji, w której główny bohater pisze tak, jak myśli. Dostałam wtedy dobrą ocenę, pewnie piątkę. Chyba moją pierwszą na lekcjach języka polskiego. Pani Joanno, dziękuję :)

Późniejsze książki Chmielewskiej czasem do mnie trafiały, czasem mniej. Nie w znaczeniu docierania fizycznego, bo akurat o to, że one będą w domu, nie musiałam się martwić, ale w sensie mojego odbioru. Niektóre były całkiem znośne, ale te, które skupiały się na wyścigach konnych mnie kompletnie nie przekonywały. Swoją drogą widać jednoznacznie, że temat hazardu był bliski autorce - a to kasyno, a to wyścigi konne. Ilekroć przejeżdżam dzisiaj koło hotelu Grand (czy on się tak jeszcze nazywa?), tylekroć myślę o kasynie, które tam jest i w którym nigdy nie byłam, a przecież tyle w nim ważnych zdarzeń miało miejsce.

Tak, na książki Chmielewskiej zawsze były pieniądze. Ojciec zazwyczaj pierwszy chwytał, czasem już miał przeczytaną książkę, zanim wróciłam do domu. Zamykał się w swoim gabinecie i nie należało mu przeszkadzać. Po kilku godzinach (ojciec czyta bardzo szybko) słychać było szuranie krzesła odsuwanego od biurka, otwieranie się drzwi i znowu można było rozmawiać głośniej ;)
- Ja druga czytam! - krzyczałam
- Nie! ja zamawiałam wcześniej! - rozlegało się z sąsiedniego pokoju.

Autobiografię Joanny Chmielewskiej przeczytałam jakoś w liceum, chyba późniejszym już. Nie wkręciła mnie nadmiernie, może byłam za młoda, nie pamiętam. Ale przypominam sobie, że już wtedy mówiono, że autorka jest dość trudną osobą i jej życie w jakiś sposób to ilustrowało. Jako że pochodzę z domu opozycyjnego, zastanawiałam się jedynie, skąd w jej biografii tylu milicjantów i ludzi reżimu. Ta moja nastoletnia czarnobiałość nie bardzo chciała zaakceptować, że ulubiona autorka mogła się sprzedać systemowi. W sumie teraz nawet nie wiem, jak to naprawdę było, nie ma to dla mnie znaczenia. Ani nie jestem już czarnobiała, ani nie oceniam ludzi, a już w szczególności napisanych przez nich książek, przez pryzmat ich własnej historii i wyborów życiowych.

Pani Joanno, dziękuję za Pani dzieło. Z przyjemnością do niego wrócę, na kanapie już położyłam Klin i Lesia. A potem chyba Okrętkę i Tereskę sobie zastosuję, bo one tak fajnie podróżowały. I Boczne Drogi oczywiście wraz ze Studniami Przodków. Dziękuję Pani, i do miłego zobaczenia po drugiej stronie!

"- Halo, Szkorbut! Szkorbut! 
Oczywiście, że Szkorbut, cóż by innego! Byłabym zdziwiona, gdyby mnie nagle zaniedbali. Z uwagi na bliski koniec mojego literackiego męczeństwa, samopoczucie mi się znakomicie poprawiło, a co za tym idzie odzyskałam nieco przytomności umysłu. Czymkolwiek by ten Szkorbut był, nie mogę go wypuścić z ręki, dopóki się czegoś konkretnego nie dowiem. Postanowiłam działać metodycznie. 
- Pod jaki numer pan dzwoni? - spytałam ostro. 
- Cztery czterdzieści dziewięć osiemdziesiąt jeden. 
- Tak jest, słucham. 
- Rejon sto dwa spalony, M-2 odpadł z akcji...
- A M-4? - spytałam w nagłym natchnieniu. 
- W porządku, działa. A-x i B-2 będą w rejonie sto jeden. Zaczynamy o pierwszej. Czy są jakieś polecenia? 
- Nie - odparłam zgodnie z prawdą, bo jako żywo żadnych poleceń nie miałam. Chciałam mu jeszcze tylko zaproponować, żeby do tego rejonu sto dwa wezwał straż pożarną, ale nie zdążyłam, bo się rozłączył." 


(fot. Jan Bogacz/TVP) 

piątek, 4 października 2013

159. Między kravką a lotniskiem

Dzisiejsza prawda życiowa brzmi następująco: po 5,5 godzinach ćwiczeń w ciągu 3 kolejnych dni wszystko boli. I w naturalny sposób ma się jedną nóżkę bardziej. Na ten przykład boli obręcz barkowa od ćwiczenia uderzeń i oba kolana od miękkich (nieudanych, rzecz jasna) padów też bolą. O wewnętrznej stronie ud nie wspominam, bo to nieprzyzwoite trochę.

Kolana są zresztą fioletowe. Jak dobrze, że to mój ulubiony kolor. Założyłam fioletowe rajstopy, co by się nie rzucało w oczy.

Pytanie, które mnie jednak nurtuje, to czy w moim wieku jeszcze wypada tak się męczyć. Wszak 150 lat temu kobieta w moim wieku powoli zaczynała szyć sobie suknię do trumny, czasami jeszcze dzieci wychowywała (choć pierwsze, trzecie i dziewiąte zmarło), ale na pewno nie chodziła się napierdalać do sali gimnastycznej z cudnie wypastowanym parkietem. A ja nie dość, że się na tym parkiecie ślizgam, to jeszcze mam z tego frajdę.

A tak poważniej to myślę sobie, że każdy z nas ma prawo znaleźć ten sport, który będzie mu sprawiał frajdę. Bo nie każdy lubi biegać albo jeździć na rowerze, na co jest ostatnio ogromna presja społeczna.
- Jak to? Jeszcze nie przebiegłeś maratonu? - a w myślach, że jesteś cieniasem.
No nie, nie przebiegłam. Bo nie lubię biegać. Bo bieganie mnie nudzi i sprowadza się do walki o każde kolejne 100 metrów. Bo wczołguję się do domu zmęczona i zmachana, ale bez większej satysfakcji.

Co innego treningi. Wracam totalnie wkręcona i nawet jeśli ledwo się ruszam, a podniesienie się z kanapy jest heroicznym wyzwaniem, to czuję, że żyję i chcę tego więcej. I naprawdę nigdy nie sądziłam, że będę z takim przejęciem i radością opowiadać o tym, jak wielką przyjemność mam z machania nóżkami. Prawie że się tego wstydzę. Wydawać by się bowiem mogło, że intelektualiście (czy ja aby jestem intelektualistką) sport jest niepotrzebny, bo od tego ma swoje zwoje mózgowe, żeby sobie to wszystko zracjonalizować i wytłumaczyć. A jednak.

Wyłączenie raz na jakiś czas mózgownicy werbalnej i włączenie odruchu, instynktu i atawistycznych reakcji jest jak dobry reset komputera. Czyści pamięć, wstrzymuje procesy i pozwala w konsekwencji pracować dużo szybciej.

Gdzieś w tyle głowy pojawia się pytanie, w jaki sposób radzą sobie ludzie, którzy wieczorami mają dzieci do wykarmienia, męża do wyprowadzenia i psa do utulenia. Kiedy oni mogą machać tymi nóżkami i czy aby starcza im czasu i energii. Bo ja to mam luksusowo. Żadnych zobowiązań, tylko dwa koty, które dają radę, nawet gdy karmione o 7h30 rano, a potem o 23h, po przyjściu do domu. Liczba godzin treningowych zapewne spada wraz ze wzrostem liczby domowników, ale na szczęście na razie nie zamierzam tego sprawdzać empirycznie.

Pobawiłabym się jeszcze w lekką psychoanalizę potrzeby kontroli własnego ciała oraz potrzeby kanalizowania złości w akceptowalny społeczne sposób, ale to już może nie tutaj i nie z takim audytorium, no offence.

* * *
Tymczasem dzisiaj po południu, za chwilę, za moment, przylatuje mi dziecko. Na tydzień. Szok termiczny będzie zapewne potężny, bo w Houston temperatury nadal bliżej 30 stopni niż czegokolwiek innego. Zapakowałam do torebki czapkę i rękawiczki. Dam mu na lotnisku. A potem pojedziemy na kebab, bo podobno tam nie dają ich w ogóle i on cierpi.
Nie dziwię mu się, nasz lokalny EFES jest wszak najlepszy.

* * *
 
Miłego weekendu Wam życzę.




środa, 25 września 2013

158. Cywińska w telewizji, czyli o prywatności w internecie

Już mnie to "intymnie" z poprzedniej notki zaczęło straszyć. Człowiek ma wieczorem chwilę kanapowej słabości, o której postanawia się podzielić z całym światem, a potem nie wie, czy tego chciał, czy nie chciał. Ale na wszelki wypadek przesuńmy to dalej, przykryjmy inną notką, poważniejszą. Seriozną niemalże ;) (a na dodatek paradoksalnie związaną z tematem intymności)

Wymądrzałam się bowiem wczoraj w TVP Kultura. Materiał był nagrywany, emitowany ma być dziś wieczorem. Telewizji już od dłuższego czasu nie oglądam, ale chętnie potem spojrzę na to w internecie. Podobno zawieszą w przyszłym tygodniu.

Rozmowa była o inwigilacji i prywatności, również w internecie, a punktem wyjścia była rozmowa-rzeka Lyona i Baumana, Płynna Inwigilacja. Ciekawa dyskusja nam wyszła o tym, czy prywatność jako wartość jeszcze istnieje i czy ma sens jej bronić rejtanem (moim zdaniem, nie ma). Czy władza nadużywa wiedzy, jaką ma na nasz temat oraz, czy na pewno tylko władza to robi, bo przecież firmy też zbierają dane, a mają na to dużo większe środki i możliwości, a prawo ich właściwie nie ogranicza? Czy w internecie ma miejsce inwigilacja, czy może to jednak my sami ten internet zasilamy informacjami na swój własny temat? Dlaczego ludzie umieszczają połowę swojego życia w internecie (a dlaczego nie?)?

Nie mam pojęcia, na ile materiał zostanie skrócony, oby przynajmniej w połowie, całość byłaby wszak nieznośna, ale polecamy serdecznie, ja i mój wewnętrzny narcyz.

Bauman twierdzi (oczywiście teraz cytatu znaleźć nie mogę), że w sytuacji, w której mieszanie się przestrzeni prywatnej i publicznej stało się faktem, można mieć trzy rodzaje reakcji - można z tym walczyć, można się temu poddać, ale można również próbować się z tym ułożyć. Ja próbuję stosować tę trzecią strategię, wychodząc z założenia, że lepiej jest kontrolować to, co się w internecie znajduje, tworząc swój własny wizerunek i swoje życie, niż walczyć z tym, co ktoś inny zamieści. Znajomi często mnie pytają, skąd we mnie potrzeba tak intensywnej obecności wirtualnej. Czy to już ekshibicjonizm? Co ja z tego mam?

Prof. Jan Hartman zwrócił wczoraj uwagę, że prywatność stała się wartością dopiero w XIX wieku i że być może nadajemy jej zbyt wielkie znaczenie, a także, że mleko się już rozlało i że pomieszanie obu sfer jest już nie do odwrócenia. Mówił również o tym, że potrzeba prywatności brała się i bierze nieraz z potrzeby ukrywania części swojego życia i z poczucia wstydu. W dużej mierze zgadzam się z nim.

Dodałabym jeszcze to, że dzielenie się różnymi informacjami na swój temat ma znamiona transakcji. Jedni będą pisać blog w zamian za bycie widocznym (Bauman i Lyon też o tym piszą, o potrzebie bycia widzianym, zauważonym, o lęku przed samotnością). Inni będą kreować swój wizerunek w internecie, żeby zgromadzić wokół siebie kapitał społeczny. W erze informacji, dostęp do wielu osób na raz jest potencjalnym źródłem wymiernych korzyści. Osobistych, politycznych, dziennikarskich, itd, a także konsumenckich (o czym zresztą już niebawem Wam napiszę).

Publiczne życie na powierzchni i swobodne podejście do tego, co wypada ukryć, a co "stanie się udziałem wielu ludzi" można ocenić z zewnątrz jako ekshibicjonizm i bezwstyd. Można też - jeśli się potrafi - spróbować zdjąć filtr prywatności z tej oceny (to wszak bardzo mieszczańska wartość ;)) i wtedy zauważyć, że otwartość, czy to przy komputerze, czy poza nim, może być strategią.

Im więcej osób ma do Ciebie szybki i bezpośredni dostęp, który Ty im podajesz na tacy dzień po dniu, tym do większej liczby osób masz Ty dostęp.
To takie proste.

Ludzie się bardzo oburzali, gdy kobiety zaczęły chodzić bez kapeluszy, wiele lat temu - przypomniał wczoraj prof. Hartman. Bo to takie niegodne. Zwłaszcza, że prywatność jest elementem godności ludzkiej.

Czy aby na pewno?


poniedziałek, 23 września 2013

157. Intymnie

Dziś będzie osobiście. Na tyle, na ile pozwala mi świadomość Waszej obecności. Więc króciutko.

< intymnie >

A zatem. Siedzę sobie na kanapie, nogi podwinięte, na kolanach laptop, oglądam Girls (w wersji oryginalnej, bo na maxvideo od któregoś odcinka nie ma już napisów polskich, a nie chce mi się kombinować). Siedzę więc, wieczór spokojny, nic mi się nie chce poza tym serialem. I nagle atakuje mnie myśl, że mógłby ktoś siedzieć w drugim końcu tej kanapy. Mógłby zajmować się swoimi sprawami, pracować, coś tam kombinować, albo szukać nam taniego hotelu na airbnb na jakiś weekend w Rzymie. Może nogi bym wyprostowała. Albo zrobiłby mi herbaty.

Chętnie przeskoczyłabym od razu do etapu "zadomowiony", "obwąchany", "swój".

Bycie singlem jest cudowne, ale czasami zdarza mi się chcieć czego innego.
Dzisiaj jest czasami.
Potrzeba interlokutora. Partnera. Kogoś.

< /intymnie >




sobota, 21 września 2013

156. Od sasa do lasa

"Czas na miłość" (ang. "About time") jest całkiem przyjemnym filmem w sam raz na jesienny spleen. Tytuł polski nie powala i każe myśleć, że to kolejna pastelowa komedia romantyczna, ale nie jest tak do końca - to film Richarda Curtisa, reżysera "Notting Hill" i mojego ulubionego "Love actually", więc jest w nim sporo angielskiego humoru, dużo wzruszliwych emocji i całkiem przyjemna historia rodzinna i miłosna.
Polecam na randkę, bo nie ocieka ani debilnymi tekstami, ani zbyt dosłownym seksem. Polecam też na rocznicę, bo ma w sobie dużo zdrowej i uczciwej rodzinności. Polecam wreszcie na wyjście z przyjaciółką, jako i ja zrobiłam. Trochę się pośmiałyśmy, a trochę popłakałyśmy. Idealne proporcje.

"Tuk tuk" - nowo otwarta knajpka tajska na pl. Hipstera w Warszawie. Mały lokalik między Karmą, a restauracją wietnamską (w której chyba co tydzień odbywają się wesela wietnamskie, uwielbiam ich folklor). Plastikowe stoliki, półplastikowe stołki, krótkie menu. Ceny wysokie (warzywa z woka - 20 pln, woda stołowa z dystrybutora - nie, nie darmowa, za "jedynie" 3 pln), obsługa mocno taka sobie, ale jedzenie niestety smaczne. Postaram się nie bywać, bo nie lubię drogo i nieprzyjemnie. Ale będzie ciężko, bo lubię smacznie, a w Wwie nie jest łatwo o dobre tajskie.

 Urban market na Koszykach. Aktualna wersja jest dwudniowa. Można kupić węgierskie specjały, dużo ciekawych serów, przetworów i innych smakowitości. Można się też najeść na miejscu, wszystko wygląda pysznie, więc dziękowałam Bogini, że nie byłam głodna, bo wchodzenie w takie miejsca na głodniaka grozi poważnym zaburzeniem diety. Miałam ochotę na maliny, borówki i figi, ale ceny mnie odstraszyły. Te same produkty (prawdopodobnie takie same) dostałam parę godzin później w bramie koło pl. Zbawiciela, oczywiście dużo taniej. Na targu cena byłaby zapewne jeszcze niższa. Szkoda, że takie imprezy miejskie są skierowane głównie do ludzi zamożnych albo bardzo zamożnych. To w pewien sposób dyskryminuje normalnych konsumentów, dla których 9 pln za pojemnik malin to jednak zbyt wysoka cena.

Ostatni odcinek Breaking Bad mnie powalił. Świadomość, jak bardzo się zmienił główny bohater i jak z totalnej, acz inteligentnej ciapy i cipy stał się człowiekiem dążącym po trupach do celu, mnie jakoś przygwoździła. Bo chociaż wiem, że to tylko serial i jego scenariusz, to wiem również, jak łatwo człowiek człowiekowi skurwysynem (pardon my French). I tak sobie dumam nad naturą ludzką i własnymi wyborami życiowymi.
Oraz - uwielbiam seriale, w których trudno polubić głównego bohatera.

* * *

W przyszłą sobotę 28 września będzie dzień otwarty w mojej szkole krav maga. Może ktoś chciałby przyjść i się przekonać, czy to sport dla niego? Ja tam będę prawie na pewno. Każda okazja jest dobra, żeby trochę poćwiczyć, a jeśli można to robić w fajnym towarzystwie, to tym bardziej.
Polecam serdecznie.


środa, 18 września 2013

155. Po 10 tygodniach diety

Dzisiaj mija 10 tygodni, od kiedy jestem na diecie.

Poszłam więc się zważyć i zmierzyć do Karoliny i porozmawiać o tym, co dalej i jak dalej.
Byłam pełna obaw, bo kiedy dwa tygodnie temu zważyłam się na czyjejś wadze, wyglądało na to, że nic nie schudłam przez cały sierpień. Ale nie jest tak źle :)

W 10 tygodni schudłam 8 kilo. Od połowy marca 12 kg.
Masa mięśniowa prawie nie spadła (o 1,2 kg), mam jej procentowo coraz więcej, teraz już prawie 60%. Podobno to bardzo pozytywne, bo ludzie nieraz tracą po równo mięśni i tłuszczu.
Tłuszczu natomiast jest mniej o 4%.
Jakieś 3 tygodnie temu zrobiłam badania krwi i moczu i wszystko jest ok -  ten dobry cholesterol troszkę za niski, ale ja go nigdy nie miałam w normie.
BMI wynosi 27 i jestem już bliżej normy niż dalej.

Ogólnie rzecz biorąc wszystko jest w porządku i mam tak dalej trzymać. 1300 kcal + 200 buforu. Dużo ruchu (ostatnio było go trochę mniej, bo pogoda mało rowerowa, muszę koniecznie coś wprowadzić w miejsce roweru). I nie zapominać o węglowodanach, bo mam do tego tendencję, a potem organizm ma ataki słodyczowe, a ja poczucie winy.

- No i wtedy zjadłam snickersa - mówię do dietetyczki - w ramach tych swoich 200 dowolnych kcal. Ale wiesz, to czysty magnez i czekolada i przecież są w nim orzechy! 
- To nie orzechy, to strączkowe - ona na to.
- Aaaaaa! Czyli snickers to warzywo?

(wiem, wiem, na fejsie już to cytowałam)

Najtrudniejsze jest planowanie posiłków, tych większych (lunch i obiadokolacja), bo nie zawsze mam czas gotować, nie zawsze mam odpowiednią knajpę pod ręką i nie zawsze chce mi się zjeść sushi (6 kawałków) za 12,50 zł. Szczególnie, gdy jest zimno. I szczególnie gdy za dwie godziny mam trening kravki. A już zwłaszcza, gdy o 23h ląduję w domu i nie chce mi się nic, albo ledwo żyję ze zmęczenia.

Najfajniejsze jest poczucie, że dbam o siebie i że nareszcie odżywiam się sensownie. Nie brakuje mi jedzenia śmieciowego, a jak mi brakuje, to zdarza mi się popełnić grzech lub dwa, żeby potem następnego dnia grzecznie wrócić do muesli, owoców i jogurtu. Wolę zgrzeszyć raz a dobrze, niż się męczyć przez ileś dni z rzędu. A krówka ma tylko 40 kcal. Jedna znaczy się.

Powoli też wyrastam z ubrań i wracam do takich, których już kilka lat nie nosiłam. Za moment będę musiała odnowić garderobę. Kasy nie mam na to w ogóle, ale to przyjemna świadomość, gdy znowu możesz kupować koszulki w rozmiarze L, a niekoniecznie XL, które też bywały za małe (szczególnie te azjatyckie).

Myślę, że jestem w połowie drogi. No, jeszcze jakieś 10 kilo bym chciała. A potem utrzymać to. Jest zatem plan. Na najbliższe pół roku.


(moje dzisiejsze menu?

śniadanie: muesli, borówki, maliny, jogurt
drugie śniadanie: bieluch, papryka żółta, sól
obiad: leczo, ryż, dwa pomidory
podwieczorek: jabłko, nektarynka
kolacja: tagliatelle z łososiem i szpinakiem

i to chyba będzie na tyle, bo głodna nie jestem, a już po 21)









poniedziałek, 16 września 2013

154. O pigułce dnia następnego. 3 historie.

Trzy historie, które się zdarzyły.
Trzy opowieści i brak wniosków.
A raczej cały szereg pytań i narastająca potrzeba szumu wokół tego tematu.

-----

1. Kasia

Wcale nie miał być kochankiem. Raczej kumplem, powiernikiem, ewentualnie przyjacielem. Zakochała się bezwiednie. Młoda była, może to ją tłumaczy. Ale miała męża i dwójkę dzieci, więc nie powinna była. On też był żonaty. Spotykali się rzadko, bo służbowo. Trzymali za rączkę. Całowali. Nic poza tym. No i oczywiście tysiące maili. Też się zakochał. Wreszcie zdarzył im się wspólny wyjazd do Paryża. Postanowili pójść o krok dalej.

- Ale ja nigdy nie kupowałem prezerwatyw, wstydzę się - wyznał pod wieczór - Żona zawsze brała pigułkę. Innych kochanek, jak wiesz, nie miałem.

Poszła więc do apteki, trochę się z niego nabijając. Jakoś się dogadała w obcym języku i kupiła opakowanie 12 sztuk. Zastanawiali się potem, na jak długo im starczy. Było w tym rzecz jasna pytanie o trwałość ich relacji.

Mieli trochę kłopotu z nałożeniem gumki, oboje nieszczególnie doświadczeni w tym zakresie. Seks za to był bardzo przyjemny. Adrenalina jej jednak skoczyła, gdy okazało się, że prezerwatywa zsunęła się w trakcie. Dobrze wiedziała, że zaraz będzie miała dni płodne. Nie mogła ryzykować ciąży. Pomyślała o pigułce następnego dnia. W Paryżu powinny być dostępne w aptece. Bez recepty.

- Ale ja nigdy nie kupowałam takiej pigułki, wstydzę się - wyznała nad ranem, mocno zdenerwowana.

Przyniósł jej więc świeże croissanty do łóżka i lek z apteki. Na szczęście nieźle mówił po francusku i nie miał problemu z wyjaśnieniem, o co mu chodzi. Łyknęła, w ciążę nie zaszła. Zastrzyk hormonalny był jednak tak wielki, że minęło pół roku zanim doszła do siebie.

Ich relacja rozpadła się wcześniej.

2. Maria

Wymyśliła sobie długą samotną podróż po Stanach Zjednoczonych. Podeszła do sprawy metodycznie i z kartką w ręku. Wiedziała, że różne rzeczy mogą jej się przydarzyć, także zdrowotne, także niekoniecznie chciane. Wiedziała też, że w poszczególnych stanach polityka dotycząca antykoncepcji wcale nie jest koniecznie tak samo liberalna. Nie chciała ryzykować.

Wybrała się do swojej ginekolożki w Polsce, opisała sprawę i poprosiła o pigułkę dnia następnego na wszelki wypadek. Żeby nie musieć szukać aptek lub lekarzy w Ameryce. Żeby mieć pewność, że nie wróci z małym Amerykaninem na pokładzie.

Ginekolożka grzecznie acz stanowczo jej wyjaśniła, że nie ma takiej opcji. Że pigułka ta jest zapisywana tylko wtedy, gdy jest rzeczywiście potrzebna oraz, że żeby ją przepisać, ginekolog musi się upewnić, że dana osoba nie jest w ciąży. Zaproponowała antykoncepcję hormonalną, łykaną codziennie. Takie są procedury. Takie jest życie. Była w tym jakaś niechęć lekarki, jakby to były fanaberie. Maria uznała, że nie ma sensu walczyć.

Zaczęła więc łykać pigułkę, której wcale nie chciała. Tego samego dnia napisała do kumpeli we Francji. Ta poszła do apteki w trakcie przerwy lunchowej, a potem na pocztę. Po 3 dniach Maria wyjęła ze skrzynki kopertę z lekarstwem, zapakowała do walizki, a przyjaciółce przelała 29 PLN.
Za pigułkę i znaczek. Inwestycja niewielka.

Wyprawa do Stanów się udała. Pigułka nienaruszona leży w jej apteczce.
I dobrze, bo antykoncepcja zastępcza ma dużo nieprzyjemnych efektów ubocznych.

3. Ania

W tym roku zrobiła sobie krótką przerwę od pigułki, co by organizm doszedł do siebie, i przez miesiąc stosowali z mężem prezerwatywy. Trójka dzieci na stanie, kolejnych już nie trzeba. Gdy więc w którąś sobotnią noc prezerwatywa się zsunęła, Ania spanikowała. W niedzielny poranek pobiegła do przychodni i grzecznie poprosiła młodego internistę o receptę. Panu zatrzęsły się ręce, podniósł głowę znad papierów i zapytał grobowym głosem: "Czyli prosi mnie Pani o środek wczesnoporonny?"
Po czym nastąpił wykład o tym, że tak nie wolno i że on nigdy. I że może co najwyżej dać jej skierowanie do szpitala. Na rozpoznaniu napisał, że pacjentka żąda leku wczesnoporonnego.

Pojechała więc do szpitala, gdzie dowiedziała się, że TAKA wizyta jest płatna. 200 zł. Fanaberie, znaczy się. Zgodziła się, co miała zrobić. Pani lekarka uprzejma i wszystko wyjaśniła. Jedyna miła w tej całej historii. Zrobiła jej USG, pokazała jajeczko, udowodniła, że ciąży nie ma i wysłała na obowiązkowe badanie krwi.

- Ja wiem, że Pani nie jest w ciąży, ale procedura wymaga, żebym sprawdziła Pani poziom HCG. To będzie 19 zł.

Odczekała więc swoje przed laboratorium, odepchnęła siłą woli karcące spojrzenie pielęgniarki i poczuła wspólnotę z inną pacjentką w podobnej - chyba - sytuacji. Wróciła do pani doktor i dostała upragnioną receptę. Na lek nowszej generacji.

Tańszy lek, ten za 89 zł, to dwie pigułki, ogromna dawka hormonów i nieciekawe efekty uboczne. Droższy lek kosztuje 150 zł, łyka się go tylko raz i efektów ma mniej. Ale też przecież ma.

Wsiadła w auto i pojechała do apteki dyżurnej. Była to wszak niedziela. Leku nie było. W drugiej pan głośno i dobitnie powiedział, że TAKICH leków to oni nie prowadzą. W trzeciej dostała. Lek wzięła. W ciąży nie jest.

400 zł i 4 godziny jej czasu. Tyle ją kosztowała ta impreza.

A co by zrobiła, gdyby nie miała tych pieniędzy? Gdyby mieszkała w małym mieście z jedną przychodnią i jedną apteką? Dlaczego wizyta w szpitalu była płatna? A gdyby w żadnej aptece dyżurnej jej wojewódzkiego miasta nie było leku? Bo oni "nie prowadzą". Czemu internista nie mógł wypisać jej recepty?

Siedzieli z mężem wieczorem nad kieliszkiem wina i nie mogli się nadziwić tej całej sytuacji.


- Bo ja sobie poradziłam - powiedziała - ale cała rzesza innych kobiet po prostu zaszłaby w ciążę. Niechcianą i wymuszoną. 







czwartek, 12 września 2013

153. Antydepresyjnie

Walka ze złormonami ma w sobie dużo ze zgadywania.

Wyniki badań są zależne od tylu czynników, że właściwie można sprawdzać je codziennie, a i tak będą różnice. Czasami znaczne. Ostatnio dwa razy robiłam tsh, w tym samym laboratorium, o tej samej porze dnia, warunki zewnętrzne maksymalnie do siebie podobne, ze 2 tygodnie minęły między dwoma pomiarami. I co? Raz mi wyszło 2,0, a zaraz potem prawie 2,7. Teoretycznie jedno i drugie w normie, ale o normie na tsh wiadomo coraz szerzej, że jest masakrycznie zawyżona i ja o sobie wiem, że dobrze funkcjonuję, kiedy mam tsh poniżej 2. A gdy zbliża się do 3, to jest ze mną dużo gorzej.

To samo dzieje się z antykoncepcją hormonalną. Wróżenie z fusów. Jednej kobiecie podejdzie taki lek, innej inny. Jedna zareaguje bólem głowy i spadkiem libido, druga "tylko" depresją. "No to zmieńmy" - mówi pani doktor. No to zmieniamy. I zamiast depresji mamy przybieranie na wadze. A zamiast spadku libido problemy z krążeniem. Niech no już wprowadzą te pigułki dla facetów, bo to naprawdę niesprawiedliwe, że tylko my możemy się truć i męczyć.
A zatem nie, dziękuję, postoję.

No i tak obserwuję siebie i swoje nastroje, które powinny być kwitnące, a są mocno pod psem. Szafa z ubraniami czeka na porządki już od wielu tygodni, a ja z lubością włączam kolejny odcinek The Killing (rzecz o morderstwie nastolatki, dzieje się w Seattle, ciągle deszcz pada i jest ciemno, sami rozumiecie, że mi w to graj).

Więc zbadam sobie witaminę D3, podobno warto. I będę łykać coś z jodem, bo przecież ostatnio stosuję niewiele soli, to skąd mam ten jod brać. Rozglądam się też za jakąś lampą antydepresyjną, co by sobie światłem poratować samopoczucie. Podobno to działa. Chętnie sprawdzę.

A w międzyczasie rozpaczliwie ratuję swój budżet domowy, chodzę na treningi kravki (bajdełej, ruszają nowe grupy od października, może ktoś ma ochotę dołączyć?) i liczę dni do końca września, bo wtedy ma do mnie przyjechać mój motocykl.
Przyjacielem ma przyjechać.
Z dalekiego Zachodu.

Będzie święto.

Na zdjęciu Romanshorn, jezioro Bodeńskie. Pięknie tam. 



wtorek, 10 września 2013

152. Złormony

W ramach różnych zmian leków i innych takich trafiłam chyba na złą mieszankę, bo mam totalnie zjechane samopoczucie, na granicy nawrotu depresji. Trwa to już od kilku tygodni, ale ostatnio jest gorzej (kolejna zmiana leków u pani od złormonów, tfu, hormonów).

W związku z tym będę, jak będę, bo aktualnie jestem autystyczna i mało przysiadalna.

A że mam parę tematów i chętnie bym się Wam tradycyjnie powymądrzała, to mimo wszystko zakładam, że ta cisza długo trwać nie będzie.

Stay tuned.

wtorek, 27 sierpnia 2013

151. Na niemieckiej klawiaturye

Dojechalam wresycie nad jeyioro bodenskie.

Hotel bardyo cyzstz, wrecy sterzlnz, ale niestetz fifirifi nie maja. Pani mi yapropnowala kabel, ale ja wyielam tzlko ipada, wiec pokayala mi rownie sterzlnz pokoj ds. internetu, tlumacyac, ye nie maja fifirifi, bo to de facto jest sypital. Ynacyz sie klinika. (cyz fifirifi ma ylz wplzw na chorobz ludykie?). No wiec pisye do Was na cudnej niemieckiej klawiaturye, gdyie y i z sa yamienione miejscami i nie moge nic y tzm yrobic. Dacie rade, prawda?

W pociagu y Yurzchu jechal na pryeciwko mnie starsyz pan i roywiayzwal sudoku (to trudniejsye, bo bzlz dwa do wzboru) y lokalnej darmowej gayetz. Jadl batoniki kitkat, takie pojedzncye. Jeden ya drugim. Mial cala pacyke, ye 30 chzba. Nie moglam sie napatryec. I wcale nie mialam na nie ochotz. WCALE.

A u nas na lotnisku pryekiblowalam od 8 rano do 14h30, bo moj pierwotnz samolot mial jakies problemz technicyne. Na sycyescie wcisneli nas do kolejnego. Uwielbiam siedyiec na lotniskach. Obserwowac ludyi. Wkuryac sie na rodyicow, ktoryz nie potrafia uspokoic swojej 3-letniej slicynej corecyki, tzlko cyekaja ay jej histeria ymieni sie w spaymz. Pryzgladac sie parom pryztulonzm, jakos delikatnie wpatryonzm w siebie. Podsluchiwac klotnie i obce jeyzki. Sprawdyac, jak sie teray chodyi ubranzm. Ygadzwac skad kto pryzjechal i dokad jedyie i smiac sie, ye ci co y urlopu jakos maja minz niewaskie.

W podroyz yawsye jem. Dyisiaj probowalam sie powstryzmzwac, bo pryeciey dieta, ale i tak yjadlam troche ya duyo. Kalorzcynie moye nie do konca, w sumie nie wiem, ile wayz taka kanapka y serem i syznka, ale waryzw bzlo w tzm tzle, ile kot naplakal. A ja juy sie pryzywzcyailam, ye jem tone waryzw dyiennie, a sycyegolnie pomidorow. O tzle milo, ye w hotelu jest kacik herbacianz i talery y owocami. Juy wchlonelam jablusyko.

Jako osoba romantzcyna yaywzcyaj wzobrayam sobie, ye kiedzs w samolocie poynam jakiegos pryzstojnego pana i bedyie y tego wielka milosc. Probuje ygadzwac, ktorz bz sie nadawal, a ktorz na pewno jest yonatz. Ten, ktotrz siedyial w tzm samzm ryedyie bzl niestetz grubz i chrapal. I ya starz troche tey. Wchryanil dwa opakowaia lodow (w ramach pocyestunku), swoje i kolegi. I drapal sie po ramionach. Na sycyescie nie smierdyialo od niego.

Jutro jade na targi do Friedrichshafen. Ye dwie godyinz mi to yajmie. Dojayd stad. I dwie godyinz powrot. Ale w sumie ja to lubie. Mam co cyztac, mam sluchawki, mam muyzke. I co y tego, ye desycy pada i jest bardyiej niy wryesniowo. Pryeyzje. Yawsye pryeciey pryeyzwam.

Chzba musye koncyzc, pryed chwila pryesylo dwoch fajnzch facetow kolo pokoju ds. internetu, pani recepcjonistka im robila wiyztacje osrodka. Moglabzm sie y nimi yapryzjaynic, albo co? :)

piątek, 23 sierpnia 2013

150. Jestem facetem?

Ja to chyba jednak trochę jestem facetem.
Ale tylko trochę.

Kręcą mnie motocykle, zaraz będę miała swój własny. Zamiast auta. Auta też mnie kręcą i raczej pytam o silnik i moment obrotowy, a tylko czasami przypominam sobie, że należy też zapytać o kolor, co by stereotypom uczynić zadość.
Chodzę się napierdalać na krav maga. Lubię to. Kręci mnie strzelanie. Z pistoletu, z karabinu, jeden pies.
Lubię też piwo (acz golonki już nie bardzo).

Mam umysł analityczny i nie gubię się w miastach. W lasach zresztą też niekoniecznie.
Nie pamiętam ani imion, ani twarzy. Dużo lepiej pamiętam drogę dotarcia, albo procedurę.
Ewentualnie odczucia i zapachy.

No i jestem rywalizacyjna. Coraz mniej, coraz rozsądniej, ale jednak.

A równocześnie i równolegle uwielbiam swoją kobiecość, emocje, kształty i intuicję.
Ta dwoistość mnie kiedyś zabije :)

Miłego weekendu!


(na zdjęciu ćwiczenia w samochodzie. 
Melon po to, żeby nie uszkodzić sparing partnerki, w tym wypadku G.) 

czwartek, 22 sierpnia 2013

149. Wolę żałować, że coś zrobiłam, niż żałować, że odwagi mi zabrakło

Jeśli chodzi o wyjazdy, to mnie nie trzeba długo namawiać. To już chyba wiecie :)

Miał być spokojny weekend, robienie niczego, czytanie książek i bazarek z warzywami i owocami. Leżenie w łóżku i przytulanie się do kotów. Może jakiś spacer albo co.

Potem nagle się znajomi rozmnożyli z imprezami i zaproszeniami. W piątek jakaś babska nasiadówa pod Wwą, w sobotę kawa ze znajomą i szwendanie się po mieście z inną, w niedzielę piwo z bratem i może przeprowadzanie szafy od nich do mnie, bo to moja szafa i niepotrzebnie tam zajmuje miejsce.

I wtedy odezwała się Dż., że przecież mogłabym z nimi pojechać do Kazimierza, co by sobie na rowerach tam pojeździć i że tradycyjnie mają dla mnie rower i że w ogóle. Na takie dictum wpierw struchlałam, bo ortopeda trochę krzywo patrzył na to moje nadmierne jeżdżenie rowerem, bo i choroba Baastrupa i asymetria kości biodrowych i już nie pamiętam co, ale zasadniczo do rehabilitacji. A potem pomyślałam sobie, że jak mnie będzie boleć, to sobie zwyczajnie pojadę na rynek i posiedzę w słońcu (tak, wiem, ta wizja wymaga słońca i nie, nie hejtujcie proszę - słońce będzie!). I że za parę tygodni już nie będzie jak wyjeżdżać, więc wtedy sobie spokojnie poleżę w łóżeczku. Odpocznę na starość, że tak powiem :)

Więc właśnie ze spokojnego weekendu zrobił się wyjazd na dwa dni z przyjaciółmi. Kocham to.
A potem chwila w domu, jeden dzień w pracy, i wylatuję do Szwajcarii. To też kocham.

* * *

W czasie ostatniego śniadania na obozie przysiadł się do naszego stolika Eyal Yanilov i opowiedział o artykule który go poruszył. Widziałam wcześniej polskie przedruki tego tekstu, ale z przyjemnością wysłuchałam raz jeszcze tych 5 najważniejszych rzeczy, których ludzie żałowali na łożu śmierci.

1. Żałuję, że nie miałem odwagi żyć własnym życiem, zamiast życiem, którego inni ode mnie oczekiwali.
2. Żałuję, że tak wiele pracowałem.
3. Żałuję, że nie miałem odwagi wyrażać swoich uczuć.
4. Żałuję, że nie utrzymałem kontaktu z przyjaciółmi.
5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być bardziej szczęśliwym.

Tak sobie myślę, że jestem na dobrej drodze, żeby tak nie uważać pod koniec swojego życia i to mnie bardzo cieszy. Moje życie jest oczywiście momentami trudne i wkurwiające, jak na przykład ta kwestia stłuczki i zaległego podatku i kasy, której nie mam, a którą muszę jakoś wydobyć. Ale to zasadniczo nie zmienia mojego poczucia szczęścia, bo szczęście, jak wiadomo, jest przed wszystkim decyzją.
Dzisiaj zresztą się trochę wyżyłam na treningu i od razu endorfiny mi skoczyły. M. był na szczęście cierpliwy i napierdalaliśmy się bez zbędnych ceregieli. Państwo wybaczą to rynsztokowe wyrażenie, ale ono pasuje do kravki jak mało które.

* * *

W czasie lunchu rozmawialiśmy o graniu w lotto. Że znowu jakiś facet wygrał, że 11 milionów. I zastanawialiśmy się, gdzie jest bezpieczna granica, w ramach której można ogarnąć daną ilość pieniędzy, a kiedy zaczyna się szaleństwo i murowana depresja. Ja to bym chciała wygrać 2 miliony. Bardzo to sobie zgrabnie podzieliłam na spłatę zobowiązań (swoich i swoich najbliższych), na inwestycje, na drobne zakupy (auto, motocykl, rower) i na podróżowanie (100 000). Oraz oczywiście kapitał stały, którego bym nie ruszała. Na inwestycje poszłoby 200 000. Mały startup. Gdybym wygrała więcej, to kupiłabym być może jeszcze dom gdzieś na południu Francji. No to niech będzie 5 milionów. Ale naprawdę nie więcej.
Po cholerę mi więcej kasy?

* * *

Kwestia motocyklu jeszcze nie jest klepnięta, ale już prawie. Jak wszystko dobrze pójdzie, to przed końcem września będę miała swój własny bolid. I okropny debet w koncie.

* * *