poniedziałek, 27 sierpnia 2012

21

Mijają 3 tygodnie od mojego ostatniego wpisu, a ja znowu pakuję walizkę.
Tym razem wycieczka jest służbowa, ale nad jeziorem Bodeńskim jeszcze nigdy nie byłam, ani w Konstancji, a na lotnisku w Zurichu lądowałam jako niespełna pięciolatka, wiele lat temu, więc nie bardzo pamiętam.

Jezioro Bodeńskie (Lac de Constance) mieści się na granicy 3 krajów europejskich (Niemcy, Szwajcaria i Austria) i całkiem niedaleko Liechtensteinu. Jest to trzecie co do wielkości jezioro w Europie - rzecze Wikipedia - po Balatonie i jeziorze Genewskim. Niech mu będzie :) Trzecie też może być.

Nie wiem, czy wzdłuż brzegu znajdę jakąś fajną ścieżkę do biegania, ale chyba jednak zapakuję buty, bo bieganie mnie ostatnio wkręciło, więc trzeba iść za głosem serca, czy też nóg ;)

Niewiele wiem o Konstancji, jeszcze mniej o Friedriechshafen, w którym mam odwiedzić targi rowerowe. Miasteczka niemieckie i szwajcarskie są zazwyczaj urokliwe per se, więc nie zamierzam się nadmiernie przygotowywać do tej podróży, ale ciekawa jestem ich klimatu. Trochę żałuję, że nie będę miała auta, bo bym przejechała jezioro wokół. Ale tym razem to nie są wakacje. Dobre i to.

Wydrukowałam wszystkie bilety, plany, rezerwacje i sprawdziłam godziny pociągów oraz promów. Wiem, gdzie jest w Konstancji informacja turystyczna i zamierzam ją nawiedzić w drodze do hotelu.

Lubię lokalne biura turystyczne. Zazwyczaj pracują w nich ludzie, którzy są lokalnymi patriotami i naprawdę lubią opowiadać o swojej okolicy. Można dostać mapkę, czasami jakieś dobre kontakty, częściej informacje o imprezach i fajnych knajpkach. Nigdy zresztą nie zapomnę pani w informacji turystycznej w Ljubljanie (Słowenia). Zapytałam o najfajniejszy ich kemping, bo miałam kaprys na luksusowy placyk pod namiot dla mnie i Młodego. Pani spojrzała na mnie nieco dziwnym wzrokiem i odpowiedziała: "Kemping? U nas jest tylko jeden, na północy miasta" i wróciła do swoich zajęć. Nie skorzystałam. Pojechaliśmy wtedy dalej, nad wybrzeże Adriatyku, do Trieste, gdzie znaleźliśmy kemping 5-gwiazdkowy, w którym pan nas woził meleksem od miejsca do miejsca, co byśmy sobie wybrali najfajniejsze. Mina pani z informacji turystycznej mnie wtedy skutecznie zniechęciła.

Tymczasem Konstancja. Ostatni tydzień wakacji. A może u nich już nie? W Niemczech dzieci chyba wcześniej zaczynają rok szkolny. To akurat chętnie sprawdzę. Do miłego! 

niedziela, 5 sierpnia 2012

20

Powrót do rzeczywistości i Polski trwał stanowczo za długo, a autokar nie był już tak wygodny jak w tamtą stronę. Dodatkowo serpentyny wzdłuż wybrzeża chorwackiego mnie totalnie rozwaliły, a może to ten młody kierowca, który się dopiero uczył je pokonywać. Dość powiedzieć, że musiałam w środku nocy poprosić panów, żeby się na moment zatrzymali, co bym mogła pozbyć się reklamówki z nieciekawą, płynną i jeszcze ciepłą treścią. Na szczęście miałam torebkę pod ręką, więc obyło się bez ofiar w ludziach.

Wyjazdy autokarowe są niewątpliwie tanią opcją spędzania wakacji i pozwalają obejrzeć kawałek świata (głównie autostradowy w większości Europy, ale przecież nie tylko). Problem jednak w tym, że firmy organizujące muszą (?) oszczędzać i dość konkretnie eksploatują swoich pracowników. Trochę się znam na przepisach dotyczących czasu jazdy i odpoczynku kierowców (doświadczenie zawodowe sprzed paru dobrych lat), więc po powrocie napisałam mail do Inspekcji Transportu Drogowego, żeby sprawdzili tę firmę. Opisałam, ile godzin jechali, jakie robili przerwy oraz co mówili na temat swoich kolejnych wyjazdów. Nie wyglądało na to, żeby byli w stanie zrobić swoje 8 godzin odpoczynku w ramach 30 godzinnych okresów. Mogę się oczywiście mylić i na wykresówkach wyjdzie, że wszystko jest w porządku. Niech specjaliści sprawdzą. Podejrzewam, że odpuściłabym, gdyby nie to, że panowie ze zmęczenia pomylili drogę w Krakowie i zamiast na Warszawę pojechali na Olkusz, żeby potem wrócić na krajówą 7, co przedłużyło nasz powrót o kolejną godzinę albo i półtorej.  Oni naprawdę byli wykończeni, a w Warszawie czekała kolejna grupa, którą mieli zawieźć do Hiszpanii.

Tymczasem wróciłam już tydzień temu i realność świata zawodowego mnie zaatakowała dość okrutnie. Obrobiłam jednak trochę zdjęć (wywaliłam te, które się do niczego nie nadają), więc będę stopniowo uzupełniać poprzednie wpisy.




piątek, 27 lipca 2012

19

Plan był nieszczególnie skomplikowany, bo ja w czasie podróży nie lubię planować. Podróże to wolność, a planowanie jest jej zaprzeczeniem. Kompromisowo daję sobie prawo do ustalenia tego, co będę robić nazajutrz, ale zawsze pozostawiam sobie margines do zmian. Tym razem plan zakładał wycieczkę do Podgoricy, tam parę chwil, potem pociągiem do Baru, tam również parę chwil i powrót do Budvy, co by spotkać się ze znajomymi. Odległości jedno- czy też dwugodzinne, żaden problem. Sprawdziłam tylko w internecie godziny odjazdów pociągów, bo to nas mogło jakoś ograniczyć, ale spoko, jeżdżą co półtorej godziny do trzech.

Autobus do Podgoricy przyjechał nieco spóźniony, co w sumie nie miało większego znaczenia. Bardziej rozśmieszyło mnie, że w czasie tych 10 minut odjechało 6 autobusów do Herceg Novi. Widocznie w Czarnogórze też lubią jeździć stadami, jak tramwaje warszawskie. Wszystko zgodnie z rozkładem.

Do stolicy dotarliśmy po prawie dwóch godzinach.  Pojazd podobny do tych, które jeżdżą podmiejsko w Wwie - czyli jeszcze jeździ, ale badania technicznego by nie przeszedł. Podejrzewam, że bywają autobusy w dużo gorszym stanie, ale i tak miałam lekki strach, gdy przejeżdżajliśmy serpentynami i hamowaliśmy przed zakrętami.


Podgorica nas przywitała dusznością, luźno zabudowanymi przedmieściami i wieloma napoczętymi budowlami. Bloki wielorodzinne (100-200 mieszkań w każdym, na oko rzecz jasna), budynki przemysłowe i domy jednorodzinne - albo Podgorica przeżywa właśnie intensywny rozwój gospodarczy, albo przepisy są podobne do tych albańskich - tam większość domów ma zabudowane od góry jedno piętro i wystające pręty zbrojeniowe, bo dom bez dachu uznaje się za nieistniejący i nie trzeba płacić podatków. 


Dworzec autobusowy w Podgoricy jest właściwie w centrum miasta, tuż obok kolejowego. Przy wyjściu stoją naganiacze taksówkowi i próbują nas namówić na taksówkę do Baru. Czyżby nie wiedzieli, że pociągowa trasa Podgorica-Bar jest uznawana za jedną z piękniejszych w Europie i że głównie po to tu przyjechaliśmy? Może liczą na naszą naiwność. 


Samo miasto nie jest jakoś bardzo pociągające. Najpierw długa aleja, po obu stronach wysokie budynki, na dole jakieś lokale usługowe. Kojarzy mi się z dowolnym prowincjonalnym miastem w Polsce w latach 90-tych. Wracają wspomnienia, gdy się stało w kolejkach i ciągle spodziewam się Peweksu w kolejnym domu. Dochodzimy do wieży zegarowej (z tego co pamiętam z przewodnika, to jest dość stara, ale jak już wiecie, ja i zabytki...) i zagłębiamy się w nieco przyjemniejszą dzielnicę. Niska gęsta zabudowa, ulice niesymetryczne, kamienne domy, kamienne ulice, w środku mały meczet z białą wieżą przypominającą pocisk (ale one wszystkie tak wyglądają). Wreszcie trafiamy na jedną z sześciu rzek w Podgoricy (chyba największą) i trochę powietrza. Schodzimy w dolinę rzeki, żeby zaraz wejść na górę z drugiej strony - po drodze jakiś kamienny bar i nawet plaża leżakowa nad rzeką. Ładnie tam, tylko pusto. Jest 11ta przed południem. Kierujemy się do ulicy opisanej jako kawiarnianej, która okazuje się być zwykłym deptakiem, z niskimi kolorowymi domami, jakich wiele w Polsce. Nic szczególnego, ale kawiarnie są i dają chwilę wytchnienia przed upałem. I tylko nie potafię zrozumieć, jak to jest możliwe, że po 11tej w kawiarni na 10 stolików zajętych jest 8, z czego tylko przy jednym (naszym) nie ma żadnego mężczyzny w wieku produkcyjnym i reprodukcyjnym. Siedzą panowie, piją kawę, sok i wodę, gadają o pierdołach (przecież to widać, nawet jak się nie rozumie) i przy każdym stoliku jest ich troje, czworo, a nawet sześcioro.  


Stamtąd wracamy już w kierunku dworca, pociąg do Baru mamy o 12h50. Przechodzimy jeszcze przez dwa monumentalne (jak na to miasteczko) place, kamienne, z jakimiś posągami, fontanną i przechodniami, trafiamy zaraz na podgoricką 5th Avenue, gdzie rozpoznajemy niektóre zachodnie marki i nawet wchodzimy do sklepu Crocsa (Crocsy i wielki szklany żyrandol - ładne zestawienie). Już tylko kamienny mostek dla pieszych, parę schodków, jakiś plac w stylu arabskich placów, z taksówkami na środku i brakiem logiki w zabudowie, dwa wysokie bloki z betonowym podwórkiem i jesteśmy z powrotem na alei prowadzącej do dworca. 


Kupujemy bilety w kasie. Pan nie ma rozmienić z 50 EUR, terminalu nie mają (mamy zapłacić 4,80 EUR, ale po dziś dzień nie wiem, czy to było za dwie osoby, czy mój 14-letni towarzysz jechał za darmo). Nie ma rozmienić i nie zamierza się tym przejmować. Pokazuje na migi, że mam rozmienić za rogiem, choć jego koleżanka w drugim okienku właśnie przelicza pieniądze, w tym całkiem sporo banknotów. Nie rozumiem. Idę, rozmieniam, wracam, do odjazdu pociągu na szczęście jeszcze parę minut. Pan się dopytuje o wiek Młodego. Mówię: "Czternaście". Pan nie rozumie. Mówię wiec "Dziesięć i cztery". Pan mówi "Czternaście?". Potwierdzam. 


Trasa pociągowa jest rzeczywiście piękna. Podróż trwa zaledwie godzinę, ale przejeżdżamy przez step czarnogórski (śliczna stacyjka Aerodrom in the middle of nowhere), później wjeżdżamy w małe miejscowości, aż docieramy do jeziora szkoderskiego. Tory prowadzą na nasypie między wodą, jedziemy tunelami, jest uroczo i czujemy się jak w Harrym Potterze. Szkoda tylko, że okna pociągu są tak brudne, że niewiele przez nie widać, a otworzyć da się tylko na jakieś 15 centymetrów. No i ten pociąg pędzi nie wiedzieć czemu tak szybko, że tylko kilka zdjęć wychodzi ładnie. 


W Sutomore jesteśmy już za górami, właśnie zaczął padać deszcz. Jedziemy jeszcze 10 minut wzdłuż morza, deszcz leje, dojeżdżamy do Baru, ale deszcz nie przestaje. Nie jesteśmy z cukru, więc idziemy pieszo do miasta i co chwila trąbi na nas taksówka, bo nie rozumie, jak można tak chodzić, gdy pada. Spotykamy nagle idącą z naprzeciwka Panią, która nas pozdrawia uśmiechem i pyta, skąd jesteśmy. Z Polski. A ona z Macedonii. Śmiejemy się, że deszcz pada, i tylko my chodzimy po świecie. "Bo lubimy deszcz" - mówię, a Pani potakuje, uśmiecha się ponownie i idzie dalej przed siebie. 


Zatrzymujemy się w lokalnym hipermarkecie, bo jednak cukier cukrem, deszcz zrobił się chłodny i zaczyna mi wiać po nogach. Wraz z nami siedzi cała ekipa ludzi, czekających na koniec ulewy, która przedłuża się nie wiedzieć czemu już ponad godzinę. Jakiś starszy pan częstuje wszystkich wafelkami, większość mu dziękuje, ja chętnie biorę i śmiejemy się znowu, że deszcz zbliża ludzi. Siedzimy na murku, czytamy książki (Młody na kindlu, ja na ajpadzie) i czekamy. 


W końcu jednak idziemy przed siebie, chcemy dojść do jakiejś knajpy, napić się herbaty, bo mokre przylegające ubranie nie jest szczególnie przyjemne. Trafiamy do całkiem sympatycznej, mają czaj, nawet zielony, więc jestem zachwycona. Zjadamy spaghetti i po kolejnej godzinie wychodzimy na przystanek autobusowy. Skoro Bar nas nie chce, to i my sobie pojedziemy. Żałuję trochę, bo nie zobaczymy portu przemysłowego i pasażerskiego, a to tam mnie kręciło, ale nie da się zwiedzać w ulewie. 


Na przystanku stoi pan taksówkarz i zachęca nas do jazdy do Budvy jego autem, za 25 EUR. Tłumaczę mu, że wolimy autobusem, a on twierdzi, że te do Budvy wcale tu nie stają, że trzeba się wrócić do dworca. Wysyłam Młodego do knajpy, żeby raz jeszcze dopytał kelnera, czy na pewno stąd pojedziemy do domu. Tak nam powiedział kwadrans wcześniej. W międzyczasie taksówkarz schodzi z ceny do 20 EUR, a na przystanku pojawiają się dwie Rosjanki, które jadą też w tamtą stronę. Do Becici, ale to dwa kroki od nas. Dogadujemy się jakoś. Z taksówkarzem, że pojedzie za 20, z Rosjankami, że każdy płaci po 5. Każdy mówi w swoim języku, ale wszyscy się rozumieją. Młody wraca i potwierdza, że autobus będzie stąd jechał. Ale ja już jestem po słowie :)  Zresztą bilet nie kosztowałby wiele mniej. 


Jedziemy. Jakieś korki po drodze, bo kamienie spadły na szosę w czasie ulewy. I ruch się zrobił, skoro nie można leżeć na plaży. Ale docieramy. Rosjanki małomówne od chwili, gdy dowiedziały się, że jesteśmy z Polski. Mnie jakoś też nie ciągnie do rozmów, bo to były takie raczej dyszobaby ze złotą biżuterią. 
Nie chce mi się. 


Wysiadamy przy plaży, słońce wychodzi, Budva odżywa i nareszcie jest przyjemna temperatura. Można oddychać. 

niedziela, 22 lipca 2012

18

Kotor i Cetinje. Dwa miasta czarnogórskie. Pierwsze niewielkie, nad zatoką kotorską. głównie starówka, ładna i bardzo turystyczna. Kamienne mury, wąskie przejścia, bramy i zaułki, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Kilka mniej lub bardziej znanych zabytków, które skrzętnie ominęliśmy, gdyż z zabytkami jest jak z dobrą książką - jeśli nie masz warunków, żeby ją przeczytać samotnie, wygodnie i bez wkurzajacego i poganiającego towarzystwa, to nie ma sensu się za nią brać.
Usiedliśmy na kawie z dała od głównych szlaków ludzkich, skorzytsaliśmy z internetu i bylo nam dobrze. Urlop jest od odpoczywania, a nie od zaliczania kolejnych punktów programu.
Po południu Cetinje, była stolica Czarnogóry. Obojgu nam sie skojarzyło z podlaskiem - niska kolorowa zabudowa, stosunkowo szerokie ulice, nieszczególnie zaawansowany handel i co kilkadziesiąt metrów knajpach z ogródkiem. zjedliśmy tam obiad, za połowę ceny z Budvy, a przecież to tylko 32 km. Miasteczko bylo prawie puste - wycieczki zorganizowane przejeżdżają zapewne rano. I w miarę chłodne, bo to jednak trochę wyżej i trochę dalej niz gorące wybrzeże. Cudna chwila oddechu.

Pan na przystanku autobusowym powiedzial, ze autobusy do Budvy jeżdżą co 45 minut, dlatego Młody sie rzucił w pościg, gdy zobaczył odjeżdżający nam sprzed nosa autobus powrotny. Kierowca go niestety nie zauważył, a pozostali pasażerowie patrzyli przez okno pełni podziwu, ale nic nie powiedzieli. Chcieliśmy więc złapać okazję, okazja sie jednak nie zatrzymała. Żadna z tych kilkunastu, na które machałam. Być może dlatego, ze staliśmy w idiotycznym miejscu. Zamiast przy szosie do Budvy, zostaliśmy przy przystanku, który był już w mieście, kilkaset metrów niżej. Gdybyśmy jednak poszli na szosę, to moglibyśmy przegapić autobus.
Wróciliśmy więc autobusem, na który wcale nie musieliśmy tak długo czekać.

W porównaniu z Albanią Czarnogóra jest całkiem zielona, co wydaje mi sie absurdem, jeśli przypomnę sobie swoje odczucia sprzed tygodnia, gdy dotarliśmy do Budvy. Tak to jednak jest, ze wystarczy czasem pojechać 150 km na południe, zeby docenić roślinność głębokiej północy, jaka tutaj mamy :) Tak samo, wystarczyło wyjechać troche wyżej, do Cetinje, zeby zdać sobie sprawę, że ten kraj wcale nie jest bogaty, niekoniecznie jest bardzo drogi i nie musi być nieznośny upał, tylko trzeba widzieć, gdzie sie przed słońcem schować. ciekawe, jak nam sie spodoba Podgorica. Wybieramy sie jutro albo we wtorek.

Mój organizm ma już dość mięsa i frytek. kalmarow też juz mi wystarczy. Jutro chyba skupię się na salatkach, bo ryby są jednak zbyt drogie. Zapoznana para wspolturystów zeznała, że ich pierwszy obiad z rybą w tle kosztował 60 euro. Państwo wybaczą, ale wolę takie pieniądze przeznaczyć na coś innego. Na przykład kolejne opakowanie plastrów na odciski. albo nowe buty, które nie będą ani za ciepłe, ani zbyt obcierające, ani zbyt płaskie.

Zapamiętać przed kolejną wycieczką w siną dal: do podróżowania trzeba mieć dobre buty (ważne zwłaszcza w upale), zdrowe stawy i brak kłopotów z krążeniem, bo puchnące nogi w autobusach nie pomagają się przemieszczać po świecie.

17

Kiedyś Albania była nazywana krainą bunkrów. Dwudziestowieczny dyktator Enver Hodża kazał ludziom je budować wszędzie. Twiedzil, ze pozwolą sie obronić przed atakiem wojsk nieprzyjacielskich, który na pewno nastąpi prędzej czy pozniej. Wojska nie zaatakowaly, demokracja nastala, schrony zostały jakos zagospodarowane, więc dzisiaj nie widać ich tak bardzo. Dlatego śmiem twierdzić, ze dzisiejsza Albania jest krajem myjni samochodowych. Przejechalam wprawdzie tylko jakies 200 km wewnątrz kraju, ale na pewno widziałam ich ponad setkę. Napis LAVAZH był wszędzie wzdłuż naszej drogi i nie chodziło o kebaby na cienkim ciescie. (zamieszcze kilka zdjęć, jak uda mi sie pogodzić ze sobą aparat i iPada)

Pierwsze skojarzenia z tym całkowicie nowym dla mnie krajem? Ciepło, sucho, roślinność raczej grecka niz czarnogorska i bieda. Oraz myjnie samochodowe, salony z autami najlepszych marek, wiele mercedesow i bmw na ulicach oraz brak innych zachodnich marek.

Widzieliśmy trzy miasta. Pierwsze to biedne prowincjonalne miasto bez wielkich ambicji. Niedaleko granicy, więc zapewne jakos tą granicą żyje.
Szkodre ma kilka meczetow, jakaś zapewne ładna cerkiew, ale my jakos niekoniecznie lubimy zwiedzać przybytki religijne, i wiele drobnych sklepików wzdłuż gorących ulic. Przeszliśmy sie szybko, bo autokar nas wypuścił na 40 minut, ale na tyle głęboko, ze widać bylo, ze nie wszyscy panowie lubią, jak im sie robi zdjęcia. Szczególnie ci lepiej ubrani.

Nie widziałam żadnej stacji benzynowej znanej mi europejskiej marki. Nie wyszłam niestety do sklepu spożywczego, ale podobno swoich produktów maja większość, choć tez sporo importuja, raczej tanich i niezachodnich produktów. ALbania jest wielkości województwa wielkopolskiego, mieszka w niej ok. 3 mln ludzi, z czego milion w Tiranie. Trzy czwarte kraju to góry, głownie skaliste i raczej niezamieszkane. Gospodarka jest niekoniecznie rozwinięta, do konca lat 80tych xx wieku bla centralnie planowana. właśnie wyczytałem w Wikipedii, ze w 2002 roku bylo zaledwie 59 samochodów na 1000 mieszkańców. Wydaje sie, ze to sie od tego czasu zmieniło, chyba ze prowadzenie myjni jest oznaka statusu społecznego, albo wygodną dziuplą do spraw niekoniecznie legalnych.

Durres, miasto portowe na 250 tys mieszkańców wyglada nieco lepiej niz Szkodre. Tak jakby nowoczesność tam juz dotarła. Zobaczyliśmy je wlasciwie jedynie z góry 15pietrowego budynku, z knajpy na samym szczycie. 40 minut wolnego to za malo, zeby sie zagłębic w wąskie i niekoniecznie bezpieczne uliczki, ktore i tak w ciagu dnia śpią. Tutaj wszystko śpi, gdy słońce świeci. Kawa w każdym razie smaczna, cola wyglądała normalnie, a mlody kelner rozumiał po angielsku i przyjął zapłatę w euro zamiast w lekach. Pewnie po zbójeckim kursie, ale mnie chodziło o wygodę, a nie o precyzyjńy kurs wymiany.

Na Tiranę dostaliśmy dwie godziny. Upał, wielkie betonowe przestrzenie, ktore zostały ostatnio udekorowane drzewami, co daje nieco wytchnienia, ale nie pomaga. Plynelam w crocsach (o obuwiu, odciskach, plastrach i wizytach w aptece jeszcze wAm nie pisałam, prawda?). Poszlismy do meczetu. wydawałoby sie, ze innowiercom nie wolno wchodzić do meczetow. tak przynajmniej bylo w Maroko. Tymczasem tu nie tylko pozwolili wejść, dali szmaty, zeby odkryć nogi (na głowie miałam własna), powiedzieli, ze moge wejść do części kobiecej na gorze i nie robili problemu, gdy dyskretnie zrobiłam komorka zdjęcia. Kobieta obok mnie (lokalna) chwile wczesniej włączyła swoją dzwoniaca komórkę, więc moze to dlatego. Podobno dislam w albanii jest nieco bardziej liberalny niz gdzie indziej. patrzac po kobietach i ich swobodnym stroju, wydaje sie to byc prawdopodobne.

Następnie chciałam pojsc do muzeum narodowego, ale chcieli ode mnie koniecznie leki i nie akceptowali karty platniczej, więc dałam sobie spokój. Podejrzewam, ze ekspozycja byłaby podobna do tego, co mozna bylo znaleźć w przeciętnym muzeum w Polsce w latach dziewięćdziesiątych. duzo eksponatów archeologicznych, opisy tylko w języku lokalnym i brak współczesności. A mnie nie interesuje dawna historia. Tak juz mam.

Poszlismy więc na pizzę, dogsdalidmy sie jakos z kelnerem co do składu, bo albański naprawdę nie jest podobny do niczego i papryka, oliwki, ser oraz szynka brzmią co najmniej tak, jakbym była w Azji, czyli nijako. Zapłaciliśmy w euro. przeliczenik jakis lepszy. Wyszło 10 euro za dwie pizzę i dwa napoje. Pani przewodniczka wycieczki proponowała jakaś swoją sprawdzona restauracje, twierdząc, ze tam bedzie tanio, po 10 euro na osobę. Jakos nie chciało mi sie wierzyć, ze w Albanii musze zapłacić wiecej niz w Czarnogorze za obiad. Kiedy jeszcze dodała, ze w innych knajpach moze być nieświeże mięso, takie jak to, ktore widać z oknem, proszę Państwa, sprzedawane prosto ze straganu, na słońcu, z muchami, i biuro podróży nie będzie ponosić odpowiedzialności za Państwa niestrawnosci... to jednoznacznie uznałam, ze idziemy do knajpy w mieście, a nie do tej sprawdzonej, bo tam na pewno jest jakis układ. Nie lubię takiego szantażu emocjonalnego. Ktos mniej otwarty na nowości przeciez po takim dictum nie pójdzie w miasto i nie zje gdzie indziej, wszak dba o swój żołądek. Bez sensu. Tak sie tworzą bariery miedzy turystami a lokalnymi.

Powrót do Budvy trwał ponad 4 godziny. Nie mam poczucia, zebym jakkolwiek poznała Albanie, ale na pewno liznęłam nieco jej smaku.
Troche gorzko, troche kwaśnie, nieco niedoprawiona i przygotowana z mało dojrzalych owoców. Ale smakowalo. całość ciekawa i wciągająca. Gdybym była górołazem, to bym na pewno tu wróciła, zeby sie powspinac. Gdybym była biznesmenem, wrocilabym inwestować.

Gdybym miała duże i drogie auto, wrocilabym je tutaj umyć.

sobota, 21 lipca 2012

16

Z tymi językami to nie jest prosta sprawa, bo za każdym razem jest inaczej. najważniejsze to wiedziec, jak sie mowi dzien dobry i dziękuje. przyda sie jeszcze przepraszam, ale angielskie sorry jest tak uniwersalne, ze bez przepraszam tez mozna działać. Mówisz dzien dobry w ich języku, mówisz dziękuje jak Ci reszte oddają i od razu masz ich w garści. Taka drobna manipulacja, jakie stosujemy na co dzien, a ktore ja lubię wyjmować na wierzch. Życie sie wszak składa z takiego niewinnego namawiania innych do tego, zeby zrobili to, co nam sie podoba. nie ma sensu udawać, ze jest inaczej.

W Czarnogorze mowi sie [fāla]. Dopiero po kilku godzinach zrozumiałam, ze to jakaś forma polskiego słowa 'chwala'. Serbski (a wlasciwie czarnogorski, ale roznia sie naprawdę minimalnie) jest całkiem łatwy dla nas Polaków. wystarczy odrobina dobrej woli i spokojnie mozna prowadzić nieszczególnie skomplikowane rozmowy z taksowkarzem o tym, ze Wisła wygrała z Podgoricą. I tu dygresja: wcale nie planowaliśmy wracac taksówka z tej najpiękniejszej plazy i grzecznie stanelismy na przystanku autobusowym. Machalam wprawdzie na rożne auta, licząc na okazje, ale nie na taksówki. Pan sie sam zatrzymał, otworzył okno i stwierdził, ze nas zawiezie do Budvy za 7 euro. całym swoim nonverbalem mowilam mu, ze nie chce, nie lubię i niech sobie jedzie, ale powiedziałam mu, ze za 5 euro pojadę. Tyle miały mnie kosztować bilety autobusowe. odparł, ze nie, ze 7. Ja sie uparlam, a on nam kazał wsiadac. Pewnie robił kurs na pusto i nawet 5 eur mu sie opłacało. No więc pogadalismy sobie o życiu, o tym, ze jego dziewczyna tez Maria, ze nie chcemy na dworzec, ani na plaze, ale do grillu Parma. Bo tam podobno smacznie i niedrogo. Opowiedział nam, ze za dnia robi na taksówkę, wieczorami za ochroniarza na disco i ze śpi od 5 do 12. i ze bywa zmęczony, ale jakos daje radę. Dał mi swój numer i gdyby nie mówił o swojej dziewczynie to bylabym pewna, ze mniej podrywa. Zwłaszcza, ze pod restauracja dałam mu banknot mówiąc, ze ok, niech bedzie 6 euro, a on nie dosc ze oddał równo do pięciu, to jeszcze wręczył mi melon, kazał wsadzić do lodówki i zjeść jak arbuza, zimnego i na tarasie wieczorem. hmmmm.

No i właśnie, ja nie znam serbskiego, a on nie mowi po polsku, każdy mówił po swojemu i jakos sie dogadalismy. On mówił wyraźnie, ja uzywalam prostych konstrukcji i jakos to szło. tak samo zreszta poszło godzinę pozniej, z właścicielka pensjonatu, ktora mnie zaprosiła na kawę. A mianowicie inni nasi wspolturysci wychodzili, gdy akurat wchodzilam i spytali mnie, co by tu mozna zjeść. Kazalam im isc do tej Parmy i tłumaczyłem, ze plejskavica, cevapce i inne takie. A oni, z jakiego to jest mięsa. spytałam nasza panią właścicielkę, uroczo mucząc i chrząkając, co by sprawdzć, czy oprócz wołowiny dodają wieprzowinę. Nie dodają. Wszyscy sie uśmiali, tamci poszli, ja zostałam z zakupami i dałam sie zaprosić. Kawa lokalna smakuje wszak inaczej niz w knajpie.

Pani właścicielka tymczasem wypytala mnie o rodzine, męża, wiek, pensje i rodzeństwo. Taka wiecie, grubsza pani z krótkimi czarnymi włosami idącymi ku siwiznie. Z lekko brudna fioletowa koszula bez rękawow, i dużym biustem. uśmiechnięta, ale nie dalaby sobie na głowę wejść czy oszukac. baba z lekkiej jajami i południowym temperamentem.

Potem przybył jej bratanek, licealista, z kolega. chłopiec z Podgoricy, kolega z Kosowa, z Prisztiny. Spędzili właśnie rok w Niemczech, w klasie europejskiej i przyjechali odpocząć u ciotki. Dwa lata do matury, a kolega kosowar wyglądał na ledwo młodszego ode mnie.

JEst tu fajna mieszanka, ktora dobrze robi ma wszelkie stereotypy. wystarczy troche pogrzebać, a na pewno znajdzie się kogos, kto walczył w wojnie dwadzieścia lat temu, albo kogos innego, kto ma rodzine tu i ówdzie, a na pewno w Nemczech.

Wczoraj natomiast wybraliśmy sie do Albanii na kilka godzin. Czy tez kilkanaście. Z wycieczka rosyjska i przewodniczką, ktora w założeniu miała mówić w rownym stopniu po rosyjsku i angielsku. Uznałam jednak, ze skoro z serbskim daje radę, to z mieszanka rosyjskiego i angielskiego tez sobie poradzimy. W końcu Mlody miał kilka lekcji rosyjskiego w szkole, a po angielsku mowi momentami lepiej niz ja. wybraliśmy wycieczkę z miasta, a konkretnie kupiona na promenadzie, bo nie dosc, ze tańsza, to jeszcze zawieźć nas miała do trzech albańskich miast - do Szkodre, Durres i Tirany. w sam raz na pierwszy raz w tym malo znanym kraju o języku niepodobnym do niczego.

Ale o tym następnym razem, teraz chcemy na plaze.

czwartek, 19 lipca 2012

15

to nie organizm sie przyzwyczaił do temperatury, to temperatura była niższa. dzisiaj wszystko wróciło do normy. W cieniu 35. W słońcu chyba nawet nie chce wiedziec, ile.

Jestem na tyle zmęczona, ze nie wiem, czy mam sile Wam opisać, jak to dzisiaj szukaliśmy plazy. ale spróbuje. Blad polegał na tym, ze jakaś fajna para z poprzedniego turnusu zdążyła mi powiedziec przed wyjazdem, ze niedaleko wyspy świętego Stefana jest najpiękniejsza ich zdaniem plaża. wyjaśnili mi bardzo dokładnie, jak tam trafić. Dojechac tam busem, przejść dwieście metrów dalej do kempingu "czerwone cos" i tam wybrać prawa drogę na plaze, bo lewa prowadzi do tej dla naturystow. brzmi prosto, prawda?

autobus był najlatwiejszym elementem tej wyprawy. poszlismy na dworzec, nabylismy dwa bilety za 2,5 eur sztuka ("bilety dla dzieci? A ile on ma lat? 14?" + wzrok taki, ze nie miałam juz żadnych wątpliwości, ze 14-latek nie jest dzieckiem), potem kolejny pan nam powiedział, ze bus z pierwszego peronu i wsiedlismy. przypomniała mi sie wtedy wyprawa w Maroku, z Agadiru do Marakeszu, tez autobusem, w czasie ktorej różni panowie przesadzali nas z busa do busa, a my mogliśmy tylko im ufać, ze nie robią nas w konia i nie wywioza w sina dal, bo napisów żadnych na busach nie bylo, a nawet jakby były, to co nam po arabskich szlaczkach. tu bylo podobnie. niby kierunek właściwy, niby św. Stefan po drodze, ale na bilecie inne miasto, gdzies dalej, a w autobusie nikogo europejskojezycznego. tak naprawdę podróżowanie w obcym kraju wymaga cierpliwości i otwartości na zmiany. "najwyżej wykapiemy sie gdzie indziej" zeznalam Młodemu.

Za chwile jednak dosiadla sie wycieczka młodzieży francuskiej, ktora tez chciała do Św. Stefana więc troche odzyskalam wiarę w to, ze tam dojade. A mówili, ze warto zobaczyc te wyspę, wykupiona pare lat temu prze Rosjan i zamieniona w wyspohotel, polaczony złamiem jedynie waskim dwustumetrowym przesmykiem o szerokosci jednego czy dwoch samochodow. Zeznania ludzi były rozmaite. jedni mówili, ze nie da sie tam wejść, bo wpuszczani są tylko goście hotelowi. Inni, ze wjazd kosztuje 5 eur. Jeszcze inni, ze wpuścić wpuszcza, ale pod warunkiem, ze wydasz u nich przynajmniej 50 eur.
trzeba bylo sprawdzic.

Kierowca nas wysadzil nad miasteczkiem, zaczęliśmy schodzić. Mlody wypatrzył schody miedzy domami i zeznał, ze bardzo mu to przypomina Santorini, gdzie wlasciwie nie ma uliczek tylko takie schody i kamienne domy. brakowało jednak niebieskich dachów, ale nie bądźmy szczegolarzami. zeszlismy do wjazdu na wyspe, podeszlismy do pana ochroniarza i dowiedzieliśmy sie, ze nie ma szans wejść do środka. "can we do something to enter?" zapytałam najładniejszym swoim wzrokiem i uśmiechem.
- NO! - wyraził sie jednoznacznie i sie odwrócił.
ObawiAm sie, ze mając do czynienia z różnymi Madonnami i innymi Angelinami mógł rzeczywiscie być nieco głuchy na moje starania. niektórych progów nie przeskocze, choćbym sie bardzo starała...

Nasi informatorzy mówili, ze z jednej strony wyspy plaża jest hotelowa i nie wolno tam sie kąpać, a z drugiej, lewej, jest miejska i camping tuz za nią. zapomnieli jednak dodać, ze nie należy schodzić do miasteczka, a ja zwizualizowalam sobie te lewa strone jako prawa i dosc długo sie trzymalam tej wizualizacji. Poszlismy więc w prawo. Najpierw była śliczna i pusta plaża hotelowa, z napisem, ze korzystanie z lezakow hotelowych jest obowiązkowe i kosztuje 50 eur. Pozniej był las i ładna ścieżka kamienna, a następnie kolejny hotel i kolejna plaża z obowiązkowymi lezakami. Tym razem za 75 eur. Przy jeszcze następnym hotelu juz nawet nie sprawdzalismy ceny, wróciliśmy na drogę i złapaliśmy autobus powrotny, coraz bardziej przekonani, ze chyba jednak cos mi sie pomyliło. 35 stopni bylo, przypominam.
Drugi autobus z nas zdarl okrutnie, bo az po 1,5 eur za 2 km. Ale są takie sytuacje w życiu, kiedy liczy sie klimatyzowane wnętrze, a nie jego cena.
Zeszlismy ponownie do miasteczka. Dowiedzieliśmy sie, ze camping jest, a jakże, zgodnie z wskazówkami informatorów, po lewej stronie od wyspy. A lewa to jest ta ręka, ktora nie jesz zupy. i ze trzeba wejść z powrotem do szosy, po schodach, i potem dwieście metrów w prawo od przystanku, bedzie big panneau z napisałem camping.

Mlody miał dosc, a ja zaczynałem się śmiać. WEszlismy kawałek, i jeszcze troche, tymi schodami co to jak na Santorini. Kupilismy nektarynki i borowki i ponownie weszliśmy, po schodach. Kilkaset ich bylo, na pewno. wyobrażałam sobie film typu Ronin, w którym byłby pościg na takich schodach. tego jeszcze nie grali, ale być moze to z powodu kondycji aktorów. lazenie w te i z powrotem zabija :)

Big panneau rzeczywiscie stał, gdzie powinien. być moze nawet był widoczny z tego przystanku, prz którym wysiedlismy po raz pierwszy. na wszelki wypadek nie sprawdzalam. Zaczęliśmy więc ponownie schodzić, w kierunku plazy. i oczywiscie, nie znalezlismy drogi w prawo koło kibli i wyladowalismy na plazy kamienistej, wręcz skalistej, z jedna naga panią, ktora z daleka wyglądała jak bardzo gruby pan. zagadalismy ja po angielsku, nie podchodzac nadmiernie, i dowiedzieliśmy sie, ze plaża z lezakami jest troche gdzie indziej i ze trzeba ponownie wejść na górę i zejść droga koło kibli. niech ich szlag trafi z tymi kiblami. zaczęliśmy sie wspinać, i zeby uprzedzić wasze pytania - nie, nie mozna bylo przejść plaża, bo w Czarnogorze są głownie klify i plaze sie ze sobą nie łącza. natomiast ścieżki, ktore do nich prowadzą są strome. Bardzo. szczególnie, gdy sie idzie w górę. 35 stopni, prawda?

wybrałam mniejsze zło i przedarlam sie przez śródziemnomorska roślinność, aby tylko nie musieć wdrapywac sie na górę. nogi mam pocharatane, ramiona tez. Ale zaś to przygoda była ;)

Miałam świadomość, ze jaka by nie była, ta nasza plaża bedzie wybawieniem i nie ruszymy sie z niej przez kilka godzin. "jak leżaki beda po 5 eur to bierz" powiedziałam Młodemu. Zakrzyczeli 8 eur. Podeszlam, zeznalam, ze za 5 weźmiemy i ze my do nich górami i lasami i ze przeciez juz jest tylko połowa dnia. Udało sie. za druga piątkę wzięłam piwo i colę i wszyscy byli zadowoleni. te ceny podaje Wam celowo, a nie po to zeby epatowac swoją rozrzutnoscia. CZarnogora, prosze Państwa, nie jest tanim krajem turystycznym. wręcz przeciwnie. przynajmniej ta nadmorska. Ale wcale mnie to nie dziwi, skoro ponad 90% ludzi żyje z turystyki i usług. A przemysłu nie maja wlasciwie wcale poza jedna fabryka bodajże aluminium, niedaleko stolicy.

Tymczasem zaleglismy na plazy, cudnie cichej, prawie pustej i przyjemnej. Z głośników leciała dosc spokojna Janet Jackson, a potem Jackson five, piwo bylo zimne, woda ciepła, dno morza prawie ciekawe, a książki na kindlu wciągające. warto bylo przedzierac sie nieprzytomnie i lazic z w te i nazad. To dobre miejsce jak na te okolice.

ale jakby kto z Was chciał sie tam wybrać, to niech da znac.
Zrobię rysunek.

a teraz ide na promenade. W związku z jutrzejsza wycieczka do Albanii musimy pojsc pokazać nasze paszporty. Miłego wieczoru zycze. u nas była plejskavica z pomfrit i salate z paradajsow, czy jak im tam. A u Was?

środa, 18 lipca 2012

14

Tak, racje miał ten, kto stwierdził, ze Budva jest imprezownia. Wczorajszy wieczorny spacer pokazał, ze nic nie znam z życia, nie umiem sie ubierać elegancko i nie wiem kompletnie, jakiego rodzaju muzyki sie obecnie słucha. dziewczyny ledwo starsze od mojego syna wyglądały naprawdę wulgarne wedle moich standardow, a mezczyzni w wieku rozrodczym, i pracującym zreszta tez, slinili sie na ich widok. jedni i drudzy chodzili rzecz jasna stadami.
podejrzewam, ze nie jest to cecha charakterystyczna tylko dla tej części Europy, ale w Polsce po prostu w takich miejscach nie bywam.

prawdą zreszta jest, ze odchorowalam 30godzinna podróż autobusem z moimi rodakami. za nami siedziały dwie młode panny w wieku poznopodstawowkowym (12?) i rozmawialy o życiu. My mimowolnie tego sluchalismy i musze przyznać, ze byłam przerażona ich poziomem i wiedza. Najpierw zastanawiały sie, którędy będziemy jechać i bardzo trudno im bylo zrozumieć, ze Słowenia to nie to samo co Słowacja oraz ze Bosnia to kraj, a Dubrovnik miasto. Pozniej czytaly razem Popcorn (nie wiedziałam, ze to nadal sie ukazuje) i przeżywały to, ze ktos tam przefarbowal włosy i ze ktos inny ma starsza od siebie dziewczynę. "o rok niby tylko, ale przeciez tak nie wypada". Wreszcie próbowały zrozumieć, czym jest wiza w paszporcie (nie wiedziały) i czy to, co widza za oknem to jest morze czy ocean. Kiedy tak sobie gawedzily i kopaly nas kolanami, ich tatusiowie pobierali kolejne butelki piwa, wódki, czy czego tam jeszcze. wreszcie jeden z nich nie wytrzymał i zajął toaletę na dłużej. Po jego wyjściu panowie kierowcy musieli toaletę zamknąć na gest, bo nie nadawała sie juz do niczego innego. O białych skarpetkach w klapkach i obcislych dresach pewnie nie musze mówić. One tylko dodają smaku. to taka Polska, ktorej nie znam. Liczylam na to, ze w naszej wycieczce bedzie sporo studentów, ale to zla dla nich pora. W lipcu oni pracują, dopóki we wrześniu sie urlopuja. my dostaliśmy więc w pakiecie kilka rodzinek z byłych miast wojewódzkich. Kilka głośnych rodzinek.

Prawdopodobnie z tego powodu nawet nie przyszło mi do głowy, zeby z nimi pojechać dzisiaj na wycieczkę na Boke Kotorska. Uznalam, ze przejedziemy sie autobusem lokalnym do Kotoru, potem kolejnym do Cetinje i wrócimy do domu. Innego dnia. A oni niech sie bawią na łódce na zatoce i oglądają jaskinię beze mnie. oraz jedyny ponoć fiord Europy Południowej. Niedawno wrócili. Do jaskini nie dało sie wjechać, fala była za wysoka. A fiord lepiej wyglada z góry. Tako rzeczą zapoznani młodzi ludzie, z którymi być moze wybierzemy sie do Albanii. Bo na szczęście udało sie znaleźć kilka innych osob poza glosnymi rodzinkami.

Tymczasem my poszlismy sobie dzisiaj na plaze Morgen (albo cos podobnego, co nie powinno Was dziwić, jesli pamiętacie moja niechęć do nazw własnych). dosc daleko, bo trzeba dojść do portu, przejść obok starego miasta (ładne, kamienne, wyslizgane, z wąskimi uliczkami, czyli dokładnie takie, jak lubię), przejść przez plaze hotelowa, potem długim wyzlobionym w skale chodnikiem, az wreszcie dotrze sie do wąskiej, ale ładnej i co ważniejsze piaszczystej plazy. Lezaki wygodne, zapewne płatne, ale do nas nikt nie podszedł, zeby zainkasowac. dzis plazowalismy więc za darmo.

jeść pojdziemy dopiero teraz, do lokalnej niedalekiej restauracji, ktora codziennie mijamy w drodze do miasta. mam ochotę na plejskavice. I piwo, rzecz jasna. i postaram sie nie myśleć o tych wszystkich pięknych i szczuplych kobietach, ktore widziałam na plazy. tak, to jest trudne - w innych krajach bylo zawsze duzo wiecej ludzi z nadwagą. Tutaj laski są po prostu laskami. i jeszcze te ich długie ciemne włosy oraz ślicznie opalona skóra. Moje bialoczerwone ciało nieco razilo kolorami i kształtami...O tyle dobrze, ze organizm sie juz chyba przyzwyczaił do upału. Chodzenie po słońcu juz tak nie męczy, nogi nie są opuchniete, acz cały czas mam wrażenie, ze zatrzymuje wodę.

a o językach i tym, jak śmiesznie sie tutaj dogaduje, opowiem następnym razem. No bo co z tego, ze znam kilka zachodnich języków, skoro nie mowie po rosyjsku...

vidimo se sutra

wtorek, 17 lipca 2012

13

Na pierwszy rzut oka Czarnogora nie powala. Brudno, bezlładnie, wiele placów budowy. Wjechalismy od polnocy autokarem i bardziej mnie interesowalo to, co w kindlu mi sie dzialo, a konkretnie w krymianle Ch. Lackberg, od widokow za oknem. Niczym sie to bowiem nie roznilo od wybrzeza chrowackiego, ktoremu zdazylismy sie juz przyjrzec przez poprzednich kilkaset km. Budva niewielka, wlasciwie dosc mala, jak na glowny resort turystyczny kraju. Ale z drugiej strony przeciez nasze Miedzyzdroje tez nie sa ogromne.



Mieszkamy w pensjonacie u wylotu z miaseczka, czy tez moze inaczej - niedaleko gor. To nowsza czesc miasta, nowe budynki, niektore w nowczesnej architekturze apartamentowcow. Mlody stwierdzil, ze przypomina mu to miastecko wilanow. I cos w tym jest.

Poszlismy sie przejsc. Plan Budvy byl po 3 eur, ale my nie mielismy nawet tyle, wiec najpierw znalezlismy bankomat (malo widoczne), a potem juz nam sie nie chcialo kupowac planu. Zasadniczo jednak uwazam, ze posiadanie planu miejsca do ktorego sie jedzie, jest dobrym pomyslem. Lubie wiedziec, gdzie mniej wiecej mam isc, i gdzie znajduje sie najblizsza stacja metra. W Budvie niestety metra nie ma i nie ma za bardzo gdzie sie schowac przed upalem. A cieplo jest calkiem konkretnie - dzis jakies 35 stopni w cieniu. Ale w koncu po to tutsj przyjechalam. Zeby nabrac ciepla, slonca i nagrzac sie na caly kolejny rok.

Wiadomo, im dalej od promenady ("jak w Ustce, Mamo, albo na Krecie"), tym taniej. nad morzem kalmary gotowane, podane na szpinaku kosztowaly 9 eur, w knajpce pareset metrow dalej juz tylko 7. Byly calkiem smaczne, z kielizkiem lokalnego bialego wina, rzecz jasna. Mlody wzial plejskavice, przepyszny balkanski hamburger, z frytkami domowymi.



Plaza w miescie jak to plaza w miescie - brudna, zatloczona, pelna ludzi, dzieci, muzyki i sprzedawcow durnostojek i gowienek. lezaki po 5 eur, chyba za komplet, czyli para plus parasol. woda ciepla, dno kamieniste. Rezydentka nam polecila niedrogą przeprawe lodka na wyspe sv. Nikolas, ktora jest rowniez zwana lokalnym hawaii, gdzie plaza miala byc duzo lepsza. Obawiam sie, ze wcale tam nie pojechala, bo na wyspie plaza mocno kamienista, dno malo dostepne z powodu kamieni, lezaki tam samo drogie, a jedzenie i picie drozsze. butelka wody po 3 eur, podczas dy w sklepie bula za 0,80 eur. Wyspeka jest byc moze urokliwa, ale nie o tej porze roku i wtedy, gdy ponad polowa jest zamknieta z powodu remontu (albo czegokolwiek innego, co wymaga dzwigow i koparek). ale wykapalismy sie, nabralismy opalenizny (to Mlody) lub zaczerwienienia (to ja) i poczulismy sie jak na urlopie. Wreszcie.



Za to po powrocie (3 eur w obie strony, platne na brzegu) zjedlismy przemila kolacje w restauracji niedaleko portu. ja tym razem kalmary smazone, a Mlody cevapci. Do tego wypilam kufel lokalnego piwa o nazwie, ktorej teraz nie wspomne. Zaskoczylo mnie - lokalne piwa rzadko bywaja dobre, zwlaszcza na poludniu Europy, a to mialo wystarczajaco goryczki i smaku, zeby cudnie zakonczyc posilek.

Wieczorem pojdziemy sie przejsc i na lody, dzis wszak urodziny Mlodego. Podobno Budva to najwieksza imprezownia w tej okolicy. Czas to sprawdzic. Zajdziemy moze raz jeszcze na dworzec autobusowy. Wycieczki zorganizowane sa bardzo fajne dla kogos, kto sie boi sam jezdzic. Jednak kosztuja duzo wiecej niz wycieczki samodzielne i maja te wade, ze wymagaja socjalizowania sie z ludzmi, ktorych niekoniecznie bysmy zaprosili na kolacje do domu. Dlatego stanowczo wole sama jezdzic. Nawet kosztem przewodnika po polsku. Przewodnik papierowy tez calkiem duzo mowi, a nieraz robi to duzo bardziej poprawna polszczyzna niz ten zywy. Zreszta, skoro juz mamy internet, to grzechem byloby nie skorzystac z tego, co w nim znajdziemy na temat okolicznych miejscowosci i atrakcji Czarnogory.


A propos komunikacji - kupilismy lokalne karty sim do telefonow w tmobile. Za 5 eur jest starter i w nim 5 eur rozmow. I promocyjne ceny smsow - na 5 numerow z Czarnogory lub krajow osciennych mozemy miec bezplatne smsy. dla mnie bomba. jak doladuje karte na kolejne 5 eur to dostane darmowy dostep do Facebooka. Czego to czlowiek nie zrobi, zeby pozostac wiernym nalogowi :)
No dobra, ide sie wykapac, bo morze było calkiem slone i peeling z soli na pewno jest zdrowy, ale kiedys wypada go zmyc. Zdjecia beda, ale raczej po powrocie, bo tu nie bardzo mam jak je zgrac. I wybaczcie brak polskich znakow - jestem leniem i nie chce mi sie uczyc sie pisac z polskimi na ipadzie. Ale pocieszam sie, ze lenistwo jest przymiotem ludzi inteligentnych.

PS - jutro chcemy pojechac na plaze niedaleko wyspy sw. Stefana. Wedle naszego informatora, nalezy wysiasc troche wczesniej z autobusu, przejsc przez kemping o nazwie czerwony costam (lomatko, czemu ja nie umiem zapamietywac nazw i imion?), przy kiblach pojsc w prawo i znajdziemy sie na przepieknej plazy, do ktorej droga prowadzi przez kamienie. uwaga, koniecznie w prawo, bo na lewo jest plaża dla naturysow.
hmmm, we'll see :)

sobota, 14 lipca 2012

12

Reisefiebier w moim wykonaniu jest dość sympatyczne. Wszystko zostawiam na ostatnią chwilę i choć wydawać by się mogło, że nie zdążę z tym, co powinnam zrobić, to jednak jakoś zawsze mi się udaje zapakować auto, plecak albo walizkę i rzadko kiedy o czymś zapominam.
Gdzieś już na tydzień przed wyjazdem zaczynam bowiem o nim myśleć i stosuję metodę kartki, którą zaszczepiła mi moja osobista matka. Ilekroć mi wtedy przyjdzie coś do głowy, co powinnam zabrać albo załatwić, tylekroć zapisuję. Na kartce.
A potem skreślam, jeśli już mam to gotowe.

W obecnych czasach kartkę zastąpiła aplikacja w chmurze (czyli, że mam do niej dostęp z każdego urządzenia), ale zasada jest ta sama.
Spisujemy, skreślamy. Dopisujemy, dokreślamy.



Na mojej obecnej kartce jest:

zgrać książki na kindla i na ipada
kupić 30 EUR
kapelusz jakiś? 
ładowarki sprawdzić 
jakąś grę do autokaru
mata na plażę
ewentualnie coś na spanie do autokaru (czym się przykryję?)
soczewki, pasta do zębów do autokaru
zrobić skany dokumentów i zachować w chmurze 
paszporty
przewodniki
torebka na szyję
czołówka do autokaru
chleb na kanapki
sandały do wody
autoresponder na mailu
umowę wydrukować
pamiętnik 
wyczyścić kuwetę
plecak na jednodniowe wycieczki

Tak. Jutro wyjeżdżam. Autokarem. Do Czarnogóry. 
Stay tuned. Będę nadawać, o ile znajdę jakieś fifirifi. 

środa, 11 lipca 2012

11

Prawo jazdy zrobiłam dość późno. Miałam wówczas 26 lat, dziecko w wieku bodajże zerówkowym i prawie byłego męża na stanie. Kurs zaczęłam wiosną, egzamin zdałam w lipcu - udało mi się za pierwszym razem, z czego jestem bardzo dumna. Pamiętam jak dziś, gdy pan po zakończonej jeździe egzaminacyjnej powiedział mi, że zaprasza za miesiąc ... i ja myślałam, że za miesiąc mam powtarzać. I zaczęłam się z nim kłócić, że przecież można raz popełnić błąd (auto mi wszak raz zakaszlało na redukcji biegów), a on kilka razy spytał, czy ja na pewno usłyszłam, co do mnie powiedział. W końcu przyznałam, że chyba jednak nie, a on powtórzył, że zaprasza za miesiąc po odbiór dokumentu w wydziale komunikacji. Poryczałam się wtedy z radości i wybiegłam z ośrodka jak na skrzydłach. Mój powrót tramwajem do pracy (z Bródna!) był jedną wielką rozmową telefoniczną. Nikt nie chciał uwierzyć, że zdałam za pierwszym razem. 

Auto kupiłam dopiero na jesieni. Wymyśliłam sobie 206-tkę z dużym silnikiem. Niby wiedziałam, że samochodów na F się nie kupuje (fiatów, fordów i francuzów), ale jednak postanowiłam zaryzykować. Najpierw obejrzałam jedno - panowie z serwisu zabronili mi kupować. Potem drugie - powiedzieli, że bite jak stąd do Przemyśla. Przy trzecim też wykryli coś dziwnego, ale pozwolili kupić. Kupiłam. Sama. Pojechałam z właścielem do banku, wyjęłam gotówkę, spisałam umowę i auto było moje. Umówiłam się z facetem, że go potem odwiozę już swoim własnym samochodem do Janek, gdzie czekał na niego kumpel. Gość był bardziej niż przerażony. Byłam świeżynką na warszawskich drogach, ledwo dawałam sobie radę ze zmianą biegów i mocno kaszlałam przy redukcji, ale spoko, dowiozłam go całego, a potem mógł już o mnie zapomnieć. 

Ja o nim nie zapomniałam, bo za trzy tygodnie okazało się, że samochód jednak nie był tak bardzo sprawny i tak mało bity. W serwisie Peugeota, który mi go sprawdzał, trafiłam podobno na tę gorszą zmianę. Tak orzekł pan Jacek z serwisu Citroena, do którego wreszcie trafiłam i od którego już nie odeszłam.  Po dziś dzień. Ale wtedy, w tamtą listopadową sobotę, gdy kupowałam mój samochodzik, jeszcze nie wiedziałam o tym, że komputer wtrysku będzie do wymiany i kilka jeszcze innych elementów po prawej stronie auta. 

Wyjechałam nim w niedzielę. Kierunek Szczecin. Jakieś 560 km, może trochę więcej. Za niecałe 5,5 godziny byłam na miejscu, co przy ówczesnym (2004) stanie naszych dróg było nie lada wyczynem. Teraz z dystansu myślę, że nie było to szczególnie rozsądne. Ale przecież to była moja pierwsza wyprawa, moim pierwszym autem i nie wiozłam nikogo, ani niczego. Odebrałam dziecko od jego dziadków i pojechaliśmy w siną dal. Czyli najpierw był Słupsk, potem Trójmiasto, następnie Suwałki i wizyta u drugich dziadków. Do domu wróciłam po tygodniu. Miałam już 2500 km na liczniku. Swoich własnych. I wiedziałam, że moje auto się mnie słucha. A ja kiedyś będę dobrym kierowcą. 



I tak jakoś wyszło, że najfajniejsze podróże i wyprawy wykonałam tym samochodem. Nigdy mnie nie zawiódł w trasie. Nigdy nie musiałam go holować do "najbliższego warsztatu" (choć nieraz zimą dawał popalić, bo francuzy nie lubią 30stostopniowych mrozów). Faktem jest, że zawsze o niego dbałam (a przynajmniej o jego wnętrzności, lejąc mu dobre paliwo). Używam go nadal i choć jest to już starszy pan, który nie ma ochoty na dalekie wyprawy, to służy mi jak trzeba. Jest zazwyczaj brudny, ale nadal ma dobre odejście spod świateł. Zaskakuje mnie nieraz. In plus. 

Pewnie czas na coś nowego, większego, bardziej bezpiecznego, ale na razie jest Peugeocik. I jeszcze przez chwilę będzie. I to dlatego do Czarnogóry jedziemy autokarem, a nie autem. Co by go nie zamęczyć.   

wtorek, 10 lipca 2012

10

Lubię dworce kolejowe i lubię lotniska. Nie mam żadnego problemu z tym, żeby pojechać wcześniej na pociąg, albo samolot, i posiedzieć trochę na miejscu. Lubię obserwować ludzi, przyglądać się procedurom, porozmawaic z pracownikami. Lubię też - o dziwo - jedzenie dworcowe i lotniskowe. Jest przede wszystkim drogie, ale ma też jakiś smak podróży w sobie. Wiem, to jest tylko w mojej głowie. A jednak lubię ulegać tej iluzji.

Kiedy miałam kilkanaście lat, jeździłam sobie na dworzec centralny i stawałam nad peronami, żeby przyglądać się odjeżdżającym i przyjeżdżającym pociągom. Przyglądałam się też ludziom i podsłuchiwałam rozmowy. Robię to po dziś dzień. Ktoś czeka na babcię z kwiatami, ktoś inny na dziewczynę, która wcale nie przyjeżdża. Czasami cała rodzina przyjechała przywitać gościa z zagranicy. Co jakiś czas jakaś wycieczka, obóz, kolonie - wtedy jest tłum ludzi w klapkach i krótkich spodenkach.

Na dworcach jest wiele emocji, pewnie dlatego lubię tam przebywać. I są one zazwyczaj pozytywne. A przynajmniej intensywne. Czakram ludzkich uczuć.




Myślę, że po prostu lubię być w podróży. Nawet gdy wybieram się gdzieś autem, lubię ten moment, gdy już mogę po wyjeździe z miasta zatrzymać się na stacji benzynowej, zatankować na podróż i wypić pierwszą niesmaczną kawę z automatu. Czuję wtedy, że jestem dokładnie tam, gdzie przynależę. W ruchu, w drodze i w zmianie.

Jeszcze jedno wspomnienie mnie dzisiaj atakuje. Lipiec 1990 r., mam dwanaście lat. Przeprowadzamy się do Polski po kilkuletniej emigracji. Ojciec i ja. Reszta jest jeszcze we Francji, ja się zabrałam tzw. drugim transportem (pierwszy pojechał do domku letniego na Suwalszczyznę, samym ojcem. Drugi jechał do Wwy, zdecydowałam się w ostatniej chwili, zostawiłam z dnia na dzień swojego pierwszego chłopaka).

Podróż odbywała się wiekowym Volkswagenem transporterem.  Z plandeką. Niebieską. Na dachu przymocowaliśmy ikeowski stół sosnowy do góry nogami. (zanim wsiedliśmy do auta we Francji, trzeba było zważyć każde pudło i każdą rzecz, bo ojciec miał prawo jazdy do 3,5 tony i nie mogliśmy przekroczyć tej wagi). Przejechaliśmy całe Niemcy, co jakiś czas dolewając oleju, bo auto - wówczas już chyba pełnoletnie - było ciągle spragnione. Przenocowaliśmy gdzieś na parkingu przy autostradzie. Ja w kabinie, ojciec na karimacie obok auta. Parę kilometrów za polską granicą, którą przekraczaliśmy na północy, chyba w Kołbaskowie, auto odmówiło współpracy. Zostawiliśmy je w jakimś warsztacie, wsiedliśmy w pociąg osobowy do Stargardu Szczecińskiego bodajże, potem przesiadka do Poznania i wreszcie do Warszawy. Wypełnione po brzegi naszym dobytkiem auto zamieszkało w warsztacie na kilka tygodni, z tego co pamiętam. Stół był w każdym razie narażony na deszcz i inne okoliczności pogodowe, ale przeżył. Po dziś dzień służy rodzicom na wsi. 
Ojciec tymczasem zostawił mnie pod opieką ciotki, wsiadł w pociąg do Francji i pojechał po resztę naszej rodziny. 
I teraz to wspomnienie, które zostało na całe życie. Jest środek dnia. Jesteśmy w Warszawie, Wyjechaliśmy z naszego mieszkania na Mokotowie, w którym za parę tygodni zamieszkamy. Ja jadę do ciotki mieszkającej w śródmieściu, ojciec na pociąg. Skrzyżowanie Jerozolimskich i Chałubińskiego. Wysiadamy z tramwaju z Mokotowa, schodzimy do podziemia. Ojciec podprowadza mnie pod schody, prowadzące do tramawaju jadącego w kierunku Wisły. 
- No to dasz już sobie radę, prawda? Dwa przystanki, a potem idziesz w prawo. - mówi
- Tak, oczywiście - odpowiadam nieco skonfundowana. Mam dwanaście lat, niewielki plecak i tak naprawdę nie znam miasta, w którym się wszak urodziłam, ale z którego wyjechałam na wiele lat. - Dwa przystanki, w prawo, a potem dzwonię domofonem pod numer 10, prawda? 
- Tak jest. Pozdrów ciotkę ode mnie i przeproś, że nie przyjechałem - ojciec mnie ściska - Polecę już, pociąg odjeżdża za moment. 


Po wielu latach dowiedziałam się, że mama zrobiła ojcu niezłą awanturę za to, że mnie tak zostawił. A zdała sobie sprawę z tego dopiero po jakichś dwóch dniach, gdy tata dojechał do Francji. 
Tymczasem ja zostałam sama, w wielkim mniej lub bardziej obcym mieście.
I jakoś przeżyłam, jak widać. Takie to były dziwne czasy.  

niedziela, 8 lipca 2012

9

Pierwszy raz wynajęłam samochód na Majorce.

Prawdopodobnie nie zdobyłabym się na to, gdyby nie koleżanka. Zakładałam, że jest to albo bardzo drogie, albo z pewnością będą chcieli mnie oszukać, a ja nie będę wiedziała, jak im powiedzieć, że to zauważyłam. Tymczasem kumpela zapoznana na wyjeździe chciała pojechać na jednodniową wycieczkę ze swoim synem i szukała towarzystwa. Wymyśliła, że wynajmie auto i weźmie mnie ze sobą. Okazało się jednak, że nie tylko ona nie mówi najlepiej w lokalnych językach obcych (pan był akurat hiszpańsko- i niemieckojęzyczny, angielskiego nie lubił), ale jeszcze nie ma wypukłej karty kredytowej i nie bardzo chcą jej to auto wydać.

Wzięłam więc na siebie, zupełnie nieprzygotowana na to, że to będzie takie proste.
Przychodzisz, wybierasz auto, wypełniasz jakiś formularz, zostawiasz numer karty kredytowej i dostajesz kluczyki i dowód rejestracyjny w zamian. Oczywiście warto dokładnie przeczytać, co obejmuje ubezpieczenie (parę lat później, na Krecie np. nie obejmowało szkód, które by się wydarzyły poza asfaltowymi drogami) i ewentualnie zrobić zdjęcia samochodu w chwili pobierania go z wypożyczalni, ale to by było na tyle.

Wypożyczyłyśmy, pojechałyśmy na drugą stronę wyspy, świetnie się bawiłyśmy z dziećmi w jakimś wodnym parku, w drodze powrotnej obejrzałyśmy Palmę de Mallorca (niestety była niedziela, życie zamarło, więc snułyśmy się po pustych wąskich kamiennych uliczkach) i wróciłyśmy grzecznie do naszego hotelu, tankując nieco po drodze, żeby oddać auto z tą samą ilością benzyny. Warto pilnować kwestii ilości paliwa, która ma być w baku w chwili oddania. Na Krecie pobrałam bowiem auto z paliwem nieco powyżej jednej czwartej baku, a oddałam gdy wskazówka była nieco poniżej tej jednej czwartej. Panowie się bardzo pultali, że powinnam dopłacić. Sprawa trafiła do rezydentki i krakowskim targiem zapłaciłam połowę żądanej przez nich kwoty.
Nieprzyjemne, niestety.

W tym roku wybieram się do Czarnogóry, jedziemy autokarem (!), więc prawdopodobnie na miejscu spróbuję coś wynająć na 2-3 dni, co by pojeździć po górach i może wyskoczyć do Albanii (o ile umowa będzie na to pozwalała). Wezmę albo klimatyzowane małe auto, co by niewiele paliło, albo coś większego ze zdjemowanym dachem. Na Krecie było to Suzuki Jimny, z napędem na 4 koła. Ale tam to jest uzasadnione, bo wiele jest dróg utwardzanych, bez asfaltu, które wiodą do pięknych plaż i widoków z klifów.



Czasami jeżdżę na wakacje swoim własnym autem i wtedy wszystko sama organizuję, czasami jednak wolę wykupić wyjazd w internecie i nie martwić się szczegółami. Kiedy wybieram tę drugą opcję, staram się wypośrodkować między ceną a jakością. Najchętniej jest to oferta klasy średniej, aby na miejscu dysponować większym budżetem na wydatki dodatkowe, czyli koszty zmienne. Wolę zresztą kupić wyjazd bez wyżywienia, albo tylko ze śniadaniem (bo rano nie bardzo chce się chodzić do sklepu), zwłaszcza, że posiłki w hotelach bywają nadmiernie monotonne, słabo przyprawione, a w szczególności robione po taniości. Nieraz wystarczy wyskoczyć do najbliższej tawerny i od razu jedzenie zaczyna być przyjemnością, a nie obowiązkiem. Po co więc kupować opcję wyżywienia w ofercie katalogowej, skoro i tak będziemy łazić po knajpach na miejscu. 

No i jeszcze jedno - wybieram takie oferty wakacyjne, za które mogę zapłacić kartą kredytową. Nie dość, że uruchamia mi to ubezpiecznie podróżne (taką mam opcję w swoim banku), to jeszcze w przypadku ogłoszenia upadłości firmy przed datą mojego wyjazdu, mogę zgłosić się do banku o zwrot pieniędzy ze wględu na nieotrzymanie zakupionej usługi.
W kontekście ostatnich wydarzeń z firmą SkyClub to nie jest bez znaczenia.

W tym roku wybrałam poznańską firmę FUNCLUB, głównie ze względu na pasujące mi terminy. Mam nadzieję, że nie będę żałować ;)


środa, 4 lipca 2012

8

Jakieś 12 lat temu chodziłam po paryskich uliczkach, ulicach i skwerach i zastanawiałam się pełna zazdrości, dlaczego we Francji można zjeść śniadanie poza domem, zatrzymać się na krótką kawę, chwycić croissanta i polecieć dalej, a w Polsce restauracje otwierają się o 11. Albo o 13.

Kawę rano można było wypić na dworcu.
Ewentualnie w McDonaldsie albo innej smacznej sieciówce.
O, jeszcze na stacji benzynowej.

Zmieniło się, nie?
Właśnie nadaję do Was z Coffe Heaven gdzieś w mieście. Bywam tu regularnie od kilku miesięcy na poranne spotkania z przyjaciółką. A miejsc, gdzie mogę pójść na śniadanie, potrafię bez zastanowienia wymienić kilka w odległości nie większej niż 3 km od mojego domu.



Odzyskaliśmy przestrzeń publiczną.
Jednoznacznie.
(ale o tym kiedy indziej, teraz zbieram się w drogę. Do biura)

wtorek, 3 lipca 2012

7

W Mariborze byłam dwa razy. Raz latem, w ramach pierwszej wyprawy samochodowej, w drodze z Graz do Ljubljany. Drugi raz zimą, na sam koniec karnawału, w drodze powrotnej z nart we Włoszech. Jest to jedno z miejsc, które pokochałam od pierwszego wejrzenia, choć wcale nie jest najprzystojniejszym miastem na świecie. Bo do Mariboru wjeżdża się od autostrady długą ulicą mocno wschodnio-europejską. Reklamy, szare bloki i inne serwisy samochodowe. Zbyt różnorodna architektura. Może nie wygląda to tak dramatycznie jak wjazd do Warszawy (z dowolnej strony), ale jednak nieszczególnie atrakcyjnie. Potem jednak nagle sie to zmienia. Jeszcze trochę bloków z lat siedemdziesiątych, ale już też mniejsze, węższe uliczki i klimat śródziemnomorski. Nie wiadomo skąd i kiedy. Gdy usiadłam wreszcie na kawie gdzieś na ichniejszej starówce, poczułam się jakbym już była na południu. A to przecież tylko Maribor, raptem 600 km od polskiej granicy i ledwo co za Austrią.

Miasteczko nie jest ogromne, choć chyba drugie co do wielkości w Słowenii. No ale Słowenia ma tylko 2 miliony mieszkańców, więc mariborskie 150 tysięcy to całkiem dużo.

Za pierwszym razem zatrzymaliśmy się na parę godzin, pochodziliśmy po uliczkach tego dnia  targowych i znaleźliśmy niewielką informację turystyczną, w której pani nam wytłumaczyła po słoweńsku (jakoś w miarę łatwo da się zrozumieć), którędy warto jechać, jeśli nie chcemy autostradą do Ljubljany. Że przez góry i że tam nic nie ma. Poza górami rzecz jasna. Wyjasniła nam też, że Słowenia słynie z miodu i że tradycyjną pamiątką jest kawałek drewna, pomalowany prymitywnymi obrazkami ludowymi, który zakrywa przód ula. Taki z niewielką szparą, przez którą wylatują pszczoły. Kupiłam takie małe drewienko, leży w kuchni i przypomina mi naprawdę sympatyczne miasto.

Pamiętam uroczą radość, jaką wywołał we mnie szyld pewnej kancelarii adwokackiej.



To miasto ma zwyczajnie bardzo dobrą energię. Ludziom się tam chce i z pewnością nie są ani zmanierowani, ani zepsuci nadmiarem pieniędzy. Maribor jest trochę panną na wydaniu, ale taką sympatyczną, uśmiechniętą i szczupłą w biodrach.

Druga wizyta w Mariborze była zupełnie inna, bo też w innym towarzystwie. Dojechaliśmy nocą, prosto z Ljubljany, zimno było, jakieś resztki śniegu nad rzeką. Ostatnia noc karnawału, więc ludzie poprzebierani. Trafiliśmy w taką małą uliczkę, w której obok siebie były trzy sympatyczne knajpy. Wedle obsługi hostelu to właściwie jedyne fajne miejsca w Mariborze. Impreza jak to impreza, dużo ludzi, przede wszystkim studentów - ja piłam gównie piwo, oni głównie inne alkohole. Wracałam o trzeciej nad raanem, sama przez miasto i absolutnie niczego się nie bałam. Trochę na pewno zadziałał alkohol, ale miasto samo w sobie też. Przytulaśne i młode.

Gdzieś tam na drugim końcu starówki jest wielki kościół. Podobno warto zwiedzić (nie lubię zwiedzać kościołów, rzadko kiedy co mnie w nich zachwyca, co najwyżej organy albo chociaż złośliwie uśmiechnięte udawane aniołki). Kościołu w Mariborze nie obejrzałam, bo chcieli pieniądze za wejście. Z zasady wtedy głośno acz uprzejmie mówię, co o tym sądzę. W Mariborze to nie była duża kwota, coś mi chodzi po głowie, że 2 EUR (o ile już było tam wtedy euro, czyli w 2007?). W sumie mogłam się skusić i zapłacić.

Tymczasem katedra w Londynie to już koszt 15 funtów. Komuś się chyba coś pomyliło.

O ile dobrze pamiętam, to właśnie w Mariborze zobaczyłam największy napis McDonalds'a ever. Przy wjeździe do miasta stały sobie po lewej i intensywnie do mnie krzyczały - tradycyjne golden łuki McDonaldsa. Być może dlatego Młody mnie potem naciągnął na śniadanie w postaci hamburgerów, już na mariborskiej starówce. Zgodziłam się niechętnie i zapowiedziałam, że w czasie wyprawy zamierzam jeść smacznie i zdrowo. I przede wszystkim lokalnie.

Ale to były nasze pierwsze kroki i pierwsze wyprawy, więc miał prawo nie wiedzieć. 

6

Z tym Londynem problem jest taki, że pojechałam tam za późno. W sensie, że jak na pierwszy raz. Zdążyłam już zjechać większość Europy kontynentalnej i trochę na tym świecie sobie posiedzieć, więc nie mogłam oddać się miastu bez obciążeń. Przyjechałam z oczekiwaniami i stereotypami w głowie. My fault, I know.

Spodziewałam się wielkiej liczby Polaków, ludzi kolorowych i ślicznego brytyjskiego akcentu. Zobaczyłam wiele osób mówiących po angielsku, niekoniecznie brytyjskiego pochodzenia, bardzo dużo białych ludzi (stanowczo więcej niż w Paryżu) oraz różne sposoby kaleczenia języka, przy których mój akcent nie był wcale takie najgorszy. 

Znajoma się śmiała, że to dlatego, że nocowałam w zbyt dobrej dzielnicy. Hampstead jest ponoć trzecią najdroższą dzielnicą. Przyjęłam z pokorą, dlatego zanim dotarłam na miejsce mojego trzeciego i ostatniego noclegu, kazałam się przewieźć przez dzielnice mniej europejskie. Tak, uznaję, w Londynie są ludzie z całego świata, ale będę się upierać, że w Paryżu jest więcej kolorowych. To nie ma rzecz jasna dla mnie namniejszego znaczenia, kolor skóry przyjmuję z taką samą obojętnością jak wzrost albo kolor oczu, ale trochę mnie to zaskoczyło. 

Aż do końca pobytu nie wiedziałam, w którą stronę mam patrzeć przy przechodzeniu przez ulicę, więc na wszelki wypadek rozglądałam się po siedem razy w każdą. Zwłaszcza gdy przebiegałam na czerwonym. Podobno w Londynie przejście na czerwonym nie jest wykroczeniem. Ale w razie wypadku nie dostałabym odszkodowania. Czy jakoś tak. 
I tak przebiegałam. Tak już mam.






Co do pierwszych wrażeń, to przyznam jeszcze, że nie zachwyciła mnie prawie godzinna kolejka na lotnisku, żeby zostać wpuszczonym do kraju. Niby mówili do mnie językami, że jest im przykro i że to ma związek z olimpiadą czy coś tam, ale jednak przykrość była. I nogi bolały :)

Na szczęście mam paszport biometryczny, pochodzę z kraju UE i ukończyłam 18 lat - puścili mnie jakąś taką boczną kolejką do automatycznej odprawy granicznej. Wyglądało to trochę jak kasy samoobsługowe w Carrefourze. Podchodzisz, skanujesz paszport, patrzysz się głęboko w kamerę, przechodzisz przez wąskie przejście i hop, jesteś w Londynie. 
Czy też w Luton. Jeden pies.  

Na autostradzie wiozącej mnie do miasta intensywnie walczyłam ze snem. Pamiętam tylko, że zastanawiałam się, co oznacza "hard shoulder" na znakach drogowych i czyje to ramię jest twarde. Dopiero następnego dnia dowiedziałam się, że chodzi o brak pobocza. 

Ils sont fous, ces Romains. 

5

Górny Mokotów. Okolice Rakowieckiej, Łowickiej i Narbutta. Taka moja mała ojczyzna z czasów nastoletnich.

Tysiące kilometrów z przyjaciółką, która mieszkała na zielonym podwórku. Odprowadzałyśmy się od drzwi do drzwi. Najpierw ja ją, potem ona mnie. A za parę lat to panowie nas odprowadzali, albo łaziliśmy razem po kwadracie. Do Madalińskiego.

Zieleń drzew, to oczywiste. Zapach podkładów tramwajowych na Rakowieckiej. Sklep Abba na rogu Łowickiej. Szkoła rosyjska przy Kieleckiej. I przedszkole dla okularników trochę dalej. Różowe podwórko, nieszczególnie lubiane. Właściwie to nie wiem, dlaczego.

Grywaliśmy w podchody, jak kto wziął kredę ze szkoły. Kilka rozgrywek i trzeba było poczekać na deszcz, bo się strzałki myliły.

We wrześniu, a może trochę później, w październiku, całe podwórko zbierało się pod orzechem. Kilkoro na drzewo (raczej ci zwinniejsi), kilkoro pod drzewem (raczej ci młodsi) i zbieraliśmy. Ktoś potem dzielił (raczej dwa ktosie, żeby było sprawiedliwie) po równo dla każdego. Zawsze się zastanawiałam, czy sądziedzi z góry, czterech dorodnych i przystojnych synów, powinnni dostawać cztery porcje. Przecież ktoś, kto nie miał rodzeństwa, był stanowczo pokrzywdzony. Palce były potem zabarwione przez dobry tydzień. Ale za to orzechy pyszne na święta.

Kościół Jezuitów. Wówczas jeszcze bez śpiewających dzwonów o dziwnych porach. I cukierenka ze średnio smacznymi ciastkami, ale otwarta w niedzielę.
Pewex w bloku za CPNem.

Ogródek przedszkola, do którego wchodziło się wieczorami - płot był na tyle niski, że nie trzeba było się nadmiernie natrudzić. Dzisiaj postawili tam ładną plombę. Mogłabym w niej mieszkać, gdyby mnie tylko było stać.

Boisko przy Bruna. Nie to przy szkole, ale to po drugiej stronie. Dzikie i nieszczególnie przyjemne, bo wylane asfaltem. Kiedyś tam schowali pieniądze w jakimś letnim konkursie którejś rozgłośni radiowej. Siedziałam wtedy na wsi, z bratem i wymyśliliśmy że te pieniądze są akurat tam. Nie mogłam odżałować, że jestem tak daleko.

Piekarnia na Łowickiej. Też już jej nie ma. I zapach chleba w niedzielny wieczór, gdy całe świeże pieczywo w domu już dawno zjedzone, a do poniedziałku tak daleko.

I ogród na tyłach kościoła, pełen pięknych kwiatów, po którym chodziłam wieczorami z siostrą Asumptą, która próbowała mi wyjasnić rozumowo, czemu Pan Bóg chce, żebyśmy się spowiadali.
- Przecież On i tak wszystko wie i wie dobrze, jakie grzechy popełniłam i jakie popełnię. To po co mam o tym opowiadać jakiemuś nieznanemu księdzu? - moja 13-letnia dusza nie chciała pojąć.




No właśnie.
Górny Mokotów.
Mój.

poniedziałek, 2 lipca 2012

4

Najbardziej lubię poznawać miasta. Gdy przyjeżdżam autem, staram się jakoś trafić do centrum. Czasami są to drogowskazy, dużo rzadziej GPS, najczęściej po prostu jadę za wszystkimi i zatrzymuję się wtedy, gdy wydaje mi się, że bliżej już nie będzie. Metoda na czuja ma oczywiście swoje wady - niektóre miasta mają kilka centrów życia i można trafić w zupełnie inne miejsce. Ale tak naprawdę to nie ma znaczenia. Miasta są do siebie podobne i jeśli gdzieś jest targ albo widać jakieś zamieszanie przydworcowe lub nagle pojawiają się parkingi nie wiadomo po co, i to płatne, albo gdy budynki z mieszkalnych robią się bardziej publiczne i zabytkowe - wtedy warto się zatrzymać. Wysiąść, pochodzić, popatrzeć, wypić kawę. I być może pojechać dalej. A być może zostać.
Na zawsze, rzecz jasna ;) 

Nienawidzę zaliczać muzeów, zabytków i ważnych turystycznie miejsc. Zazwyczaj nie planuję jakoś trasy, więc jeśli przypadkiem uda mi się obejrzeć lokalną wieżę Eiffla, to dobrze dla wieży Eiffla. Ale zdarzyło mi się już wyjechać z jakiegoś miasta bez ogarnięcia tego, co w przeciętnym przewodniku opisują jako "konieczne" i "naprawdę warto". 

Miasto to dla mnie byt odrębny. Ma swoją duszę, swój klimat, swoje zakamarki. Może być jednorodne albo całkowicie niepodobne do siebie, odmienne w zależności od miejsca, gdzie się wyląduje. Dla mnie najważniejsi są ludzie i budynki. Zabytki tworzą rzecz jasne jakąś historię na osi czasu, ale są jedynie dekoracją. Jak biżuteria na piękniej kobiecie. Lubię patrzeć na ludzi, posiedzieć chwilę na placu zabaw. Lubię przejść się wąską uliczką i zobaczyć, jak gruba pani w podkoszulcie wiesza pranie. Lubię dotrzeć do portu i poczuć zapach - budowlany lub rybny. Czasami tylko turystyczny. Uwielbiam małe kafejki gdzieś na rogu, w których kawę zamawiają tylko tubylcy i to raczej z okolicznych domów. Nie wchodzę w ich świat, ale lubię sobie zerknąć, czasami uśmiechnąć się do jakiegoś lekko nieświeżego pana. Albo uciec pod jego karcącym wzrokiem.



Niektóre miasta są smutne. Na przykład Bruksela. Smutna, zmęczona, niejako sfrustrowana. A na pewno porządnie ułożona i trochę nudna. Ma oczywiście swoje ładnie miejsca, radosne targi i kolorowe dzielnice, ale nad miastem unosi się dziwna energia, niekoniecznie pozytywna, a na pewno nie motywująca do działania. W Brukseli trzeba się zmuszać. 

Inaczej jest w Londynie. Londyn wydał mi się dramatycznie neutralny. Nijaki. Ani pozytywnie dobry lub radosny, ani negatywnie wciągający w ciemną dziurę. Londyn jest tłem dla wydarzeń. Jest światem zastanym i wcale nie zepsutym. W Londynie można iść przed siebie i czuć się jak w filmie - wszystko jest spójne i kolorowe. Ale nie wystarczająco, żeby wydobyć z tego pasję. 

Berlin jest natomiast miastem o bardzo pozytywnej energii. Nawet gdy pada deszcz, ma się ochotę iść dalej i sprawdzić, co dzieje się na następnej ulicy. W Berlinie ludzie są swobodni i wydają się naturalni. Poluzowali krawat, zdjęli szpilki i idą sobie do znajomych, niespiesznie, bo wiedzą, że nikt im nie będzie miał za złe, gdy spóźnią się parę chwil. Berlin pozwala sobie na piwko wieczorem i czasami pali papierosy, chociaż wie, że to nieszczególnie zdrowe. 

Takie dziwne te moje opisy, prawda? 
Miasta wchłaniam jakąś niekoniecznie racjonalną częścią siebie.


   

3

A moja ostatnia podróż?

Londyn dwa tygodnie temu. Spędziłam tam cztery bardzo intensywne dni i właściwie po dziś dzień nie wiem, co o tym sądzić. Nie o tym, że tam byłam, ale o tym, że to miasto mnie wcale sobą nie zachwyciło. Ukułam nawet teorię na ten temat, że z poznawaniem miast jest jak z facetami. Kiedy jesteś młoda, to zachwycasz się wszystkim i zakochujesz w pięć minut. Z wiekiem nabierasz dystansu, ogłady i klasy i to miasto musi się postarać, żeby Ciebie do siebie przekonać. Bo widziałaś już co nieco, posmakowałaś świata, więc teraz niech ono Cię zdobywa.
Londyn się starał. Ale jeszcze nie wiem, czy mu się udało.
Zresztą która kobieta mówi, że się zakochała po zaledwie jednej randce?



Ale o Londynie jeszcze napiszę, bo wrażenia są.
Niekoniecznie jednoznaczne.  

2

Najwcześniejsza moja podróż?
Właściwie to jej nie pamiętam. Została mi opowiedziana.

Miałam z półtora roku, było lato, gdzieś nad Bugiem. Wiem konkretnie gdzie, ale te tereny nie są moje, więc nie będę Was tam wysyłać. Rodzice kupili dom. Domek. Chatę krytą strzechą z dwiema izbami i studnią. I kawalątek ziemi. Spędzaliśmy tam pierwsze wakacje. Rodzice, starsze rodzeństwo i ja. I nasz kochany pies Cyklop, jednooka znajda o wyglądzie skundlonego podpalanego owczarka. Mama próbowała mieć oczy dookoła głowy i pilnować nas, a szczególnie mnie, najmłodszej, ale jak to na wakacjach - może weszła do domu, żeby sprawdzić, czy zupa się nie przypala, a może na chwilę się zamyśliła nad swoimi sprawami. Nie wiem. Dość powiedzieć, że zdołałam sobie pójść. Wzięłam taczkę taką dziecięcą przed siebie, włożyłam do niej słoik z miodem i poszłam przed siebie. Podobno przeszłam całkiem spory kawał drogi, legenda rodzinna mówi, że prawie kilometr. Podobno znalazł mnie pies - Mama wołała "szukaj Maryni, szukaj!". Podobno było mi dobrze, na tej wiejskiej piaszczystej drodze wśród pól, prowadzącej do lasu, nad Bug i nie wiadomo gdzie jeszcze.



Widzę siebie właśnie taką.
Półtora roczna dziewczynka z taczkami i słoikiem miodu.
Idę przed siebie. Jestem w drodze.
Słońce we włosach i błysk w oczach.
I zapewne śpiewam pod nosem. 

1

Najważniejsze to pisać. Zapisywać chwilę. Dać sobie prawo do tych zdjęć werbalnych. Do opisów, odczuć, które za chwilę okażą się nieprawdzie. Szukać.

foto: Marzka

Chcę jechać przed siebie i chcę to zapisywać. Wydaje się proste.
Ten blog jest dla świata. Tu istotna jestem tylko o tyle, o ile piszę o innych i o świecie mnie otaczającym. I nie ma dla mnie znaczenia, czy to będzie opis Warszawy nocą, Budvy w sierpniu, czy Londynu w poniedziałkowe popołudnie. Ważne, żeby to było w drodze.

Enjoy.