środa, 12 lipca 2017

287. Zapaleniom zatok mówimy stanowcze nie - czyli rok od operacji

Mija rok od operacji, o której ze szczegółami pisałam tutaj.
I muszę Wam przyznać, że to była jedna z moich lepszych inwestycji w samą siebie.

Jak być może pamiętacie - od 10 lat miałam zatkaną zatokę przynosową, zatkaną totalnie i na fest, a dr Norbert Górski przybył na białym rumaku i mi tę zatokę wyczyścił sprzętem o inspirującej nazwie SHAVER (taki karcher do zatok, wedle jego słów).

Sam zabieg trwał króciutko, jeszcze tego samego dnia wróciłam do domu i nazajutrz poszłam do pracy. Z dystansu uważam, że powinnam była sobie odpuścić to wątpliwe bohaterstwo, ale znieczulenie jeszcze trzymało, i naprawdę nie czułam żadnego bólu. Miałam też poczucie winy, że tak z partyzanta poszłam się kroić i nie chciałam sprawiać kłopotu w fabryce. Odrobiłam swoje w robolu, wieczorem dotarłam na jedną imprezę, bo akurat był piątek, następnie na drugą, na Poniatówkę, gdyż koleżanka obchodziła urodziny.  I dopiero wtedy zrozumiałam, że trochę przegięłam - jakby mi ktoś prąd odłączył. W ciągu kilku minut z mega aktywnej Cywińskiej stałam się mdlejącą na miejscu marudną babą. Uskuteczniłam lekką histerię, której ofiarą padł R. - musieliśmy bardzo szybko mnie ewakuować, bo ryzyko, że padnę tam na plaży było za wysokie. A jeszcze północy chyba nie było. Weekend spędziłam już na większym chilloucie.

Przez kilka tygodni od zabiegu regularnie chodziłam na wizyty kontrolne, pan doktor mi wsadzał nieprzyjemne coś z kamerką do nosa, sprawdzał jak się rana goi, czyścił z nadmiernego śluzu i tym samym doprowadzał mnie każdorazowo do płaczu, z czasem więc nauczyłam się przychodzić do niego bez makijażu :) Aż w końcu przestałam go odwiedzać, chyba nawet trochę za wcześnie, ale nadmiar pracy na jesieni nie motywował do wypadów do kliniki. Na szczęście wszystko się dobrze zagoiło.

I nie kłamałam, gdy twierdziłam, że w środę o siedemnastej odzyskałam węch. Zapomniałam jednak dodać, że cały szereg innych rzeczy też.

Po pierwsze zaczęłam lepiej słyszeć. Dużo lepiej. Najwięcej problemów miałam wcześniej w głośnych kawiarniach - moje ucho nie ogarniało, na którym dźwięku ma się skupić. Nieraz łapałam się na tym, że trzymam swoją lewą małżowinę i próbuję ją nakierować na źródło rozmowy. Minęło bezpowrotnie.

Po drugie - i to mi powiedzieli w pracy - zaczęłam ciszej mówić i już nie mówię przez nos. Słuchawkę od telefonu mogę trzymać w dowolnym ręku i nie krzyczę na wszystkich wokół. Mogę też ponownie śpiewać i wprawdzie ciągle brakuje mi na to czasu, ale dźwięk, który z siebie wydobywam jest dużo ładniejszy.

Po trzecie - odzyskałam zapachy. Czuję dużo więcej i dużo bardziej. Czasami aż za dużo, gdy akurat wyłapuję nosem nieprzyjemne odory spoconych letnich ciał lub dziwny zapach szparagopodobny, który unosi się z naszej pralki. Ale wolę to niż brak węchu. Serio serio.

Po kolejne - mój nos zachowuje się inaczej. Przed operacją nie byłam w stanie ani go wydmuchać, ani pociągnąć. Lewy nos był zatkany i nie chciał ze mną gadać. Teraz nie tylko gada, ale czuję, jak powietrze przez niego przechodzi. Odzyskałam pełną kontrolę nad szlakiem nosousznym.

Wreszcie - nie bolą mnie już ani zęby, ani oczodół, ani okolice ucha. A pobolewały. Przy zmianach ciśnienia. Przy migrenach. Albo wtedy gdy za mało piłam. W ogóle mam wrażenie, że przez ten ostatni rok właściwie nie bolała mnie głowa. Ani z choroby (żegnajcie zapalenia zatok!), ani z wysiłku (pamiętam co najwyżej jeden przypadek bólu głowy powysiłkowego, ale zlokalizowany był zupełnie gdzie indziej). Nie miałam też za często kataru (stała wcześniejsza przypadłość), ani zatkanego nosa. A kiedy się przeziębiłam, to katar był zwyczajny. Trwał siedem dni. Czy też tydzień. Nie pamiętam.

Ale zyskałam nie tylko zdrowotnie.

Inaczej mi się biega. Mam teraz poczucie właściwego dotlenienia. Wcześniej z każdego nawet najgłupszego wysiłki robiłam się bordowa na twarzy. Mam wrażenie, że teraz dużo więcej potrzeba, żeby mnie zmęczyć i nadać fioletowej barwy. Jakby mi kondycja się sama z siebie poprawiła.

Lepiej śpię. Budzę się rano wyspana (no chyba że R. chrapie, ale na to też już znalazłam sposób) i budzę się znacząco wcześniej. Tak jakby organizm się lepiej wysypiał dzięki lepszemu dotlenieniu. Mam też wrażenie, że lepiej mi się myśli. Że mózg dostaje to, czego potrzebuje. Że jeśli jestem zmęczona, to bardziej fizycznie niż intelektualnie.

No i last but not least - przestały mi syfy wyskakiwać na policzku w okolicach tej zatoki.
Moja próżność jest zatem też usatysfakcjonowana, zwłaszcza, że piękno jest stanem nie tylko duszy ;)

Wszystko więc na to wskazuje, że mogę odtrąbić sukces :)

Pozostaje juz tylko przestać się bać i umówić się na wizytę kontrolną, coby potwierdzić, że od wewnątrz wszystko nadal piękne i gładkie. Myślicie, że na mnie nakrzyczą, jak zadzwonię i powiem "long time no see"?



Notka powstała we współpracy z Kliniką Głowy i Szyi Optimum w Warszawie. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz