piątek, 7 kwietnia 2017

283. Kilka myśli z okazji.

Mam dzisiaj w sobie wiele emocji, jestem jakby trochę na wierzchu, przynajmniej dla samej siebie.

Prawdopodobnie powinnam wziąć kartkę, otworzyć plik i zacząć pisać, bo czuję, że słowa są naprawdę blisko, ale jakoś się boję. Nawet wiem już mniej więcej, gdzie jest ta historia, którą chciałabym Wam opowiedzieć, powoli czuję jej smak, przypominam sobie pewne zdarzenia, które będą ją niosły. I szukam w niej tych kolorów, których jeszcze nie ma. Żeby je namalować.

Oglądam "The Affair", taki serial o romansie, widziany z co najmniej dwóch perspektyw. Jego i jej. Albo jego i jego byłej żony. Nie wiem jeszcze, co o nim sądzę całościowo, bo dopiero zaczynam drugi sezon, ale czuję, że akurat to oglądanie jest dla mnie ważne. Rozmawiam sama ze sobą, przyglądam się pewnym odzywkom bohaterów, typowym dla romansów reakcjom i zdaję sobie sprawę, że część tych emocji miałam okazję przeżyć. Bardzo ładnie opowiedziana historia o trudnych relacjach. Albo o relacjach niepełnych. Lub zwyczajnie smutnych.

"Każdy ma w sobie jedną książkę" - mówi jeden z bohaterów, pisarz. "Rzadko kto ma w sobie drugą". Ja tej pierwszej jeszcze nie napisałam, choć gdyby zestawić moje 16 lat blogowania i wiele lat pisania dzienników, to by zapewne było co czytać, ale wiadomo - książka to coś innego. Połączenie fikcji i prawdy. Przeżyć, które gdzieś tam we mnie tkwią i opowieści, które sobie jedynie wyobrażam. Stworzenie postaci, które mają swoje pierwowzory, ale przecież mówią swoim własnym językiem i podejmują samodzielne decyzje, czasami zaskakujące nawet autora.

Wydawało mi się, że nie mam nic do powiedzenia. Bo przecież inni już wszystko napisali, a nawet gdyby, to na pewno potrafią robić to lepiej. "Mało czytasz, to i słownictwo ubogie" - żartował ze mnie R., a we mnie narastała blokada. Jak mam pisać, skoro mam w sobie tylko wspomnienia i emocje? A warsztatu brak.

Ale właśnie oglądając ten serial zdałam sobie sprawę, że ostatnie 20 lat mojego życia to wspaniały punkt wyjścia. Tyle razy zdarzyło mi się mówić przyjaciółce czy kumplowi, że dana historia może się wydawać trochę filmowa, ale naprawdę miała miejsce. Że nie kłamię, nie upiększam. Bo i po co.

Usłyszałam ostatnio, że jestem odważna. Coś tam opowiadałam, historię miłosną z zaprzeszłości. Czy nawet nie miłosną, a seksualną. Odparłam, że to nieprawda. Że moją podstawową emocją jest lęk, tyle że radzę sobie z nim tak, że właśnie wtedy staję się silna i działam pomimo. I że dopiero gdy jestem bezpieczna, pozwalam sobie na chwile słabości. Po tym można zresztą poznać, że jest mi dobrze i stabilnie. Bo dokładnie wtedy staję się słaba.

Ostatnie dwa lata spędziłam z R. Nareszcie poczułam się bezpiecznie. Weszłam do przemiłej - po tylu latach samotnej walki - strefy komfortu, w której słabość jest nie tyle możliwością, ile najlepszym rozwiązaniem. Bo to on jest silny. Bo już nie muszę niczego nikomu udowadniać, co najwyżej pracować nad sobą, żeby nie być taką zołzą. Nauczyć się odpuszczać. Świadomość bycia kochaną daje mi wszystko to, co potrzebne, żeby nie tylko przetrwać, ale też żyć na pełnej kurwie.

W poniedziałek mamy drugą rocznicę. Wiem, data już zapluta i zarezerwowana przez innych, ale przynajmniej małe są szanse, żebyśmy zapomnieli ;) Poznaliśmy się na pewnym zaprzyjaźnionym balkonie na Bemowie. Oboje nietrzeźwi i oboje zainteresowani.
- Czego ode mnie oczekujesz? - rozsądnie zapytał R., gdy już wiadomo było, że z tego balkonu wyjdziemy razem.
- Miłości. Poczucia bezpieczeństwa. I dobrego seksu. - odpowiedziałam bez większego zastanowienia. - I na pewno nie będę Ci gotować.

Siedzę więc sobie sama w domu, R. gdzieś tam w mieście ogarnia swoje sprawy i swoje potrzeby, ja w fotelu cieszę się wolnym wieczorem i gdzieś w głębi serca czuję, że ta miłość, która nam się zdarzyła, pozwoliła mi odbudować większość moich deficytów. Coraz łagodniejsza dla siebie, z atencją i wyrozumiałością. Krok po kroku.

I choć jeszcze długa droga przede mną, to już jestem kompletna. Mogę działać, mówić, tworzyć. I to już nie jest potrzeba, a możliwość. Bo nic mnie nie pcha, nie zmusza, nie zobowiązuje. Bo odpoczęłam od poczucia powinności i zobowiązania. Bo wreszcie mogę być sobą.
Bo wreszcie  l u b i ę  być sobą.

I nie muszę gotować :)


3 komentarze:

  1. teraz się bierz za uwierzenie, że twoja historia jest tylko twoja i takiej wcale nie było i że warsztat masz (nieważne jaki, tylko się nie porównuj do innych, bo to zawsze jest pułapka) i pisz. jak tylko masz czas i dla siebie, a potem dopiero się będziesz martwić czy i kto to wyda :) a co do czytelników, to wiesz, jestem w kolejce, serio, buziaki ll.

    OdpowiedzUsuń