sobota, 31 grudnia 2016

276. Z okazji końca roku 2016

Po pierwsze to boli mnie głowa. Nie wiem, czy to od wczorajszego biegania w grubej czapce po słońcu (zgrzałam się jak debilka, #notetoself: kupić sobie coś lekkiego na głowę), czy od spacerowania potem z lekko wilgotnymi włosami po mrozie (tak, wiem, NIE KRZYCZ NA MNIE, ale byliśmy już spóźnieni), dość powiedzieć, że bolała mnie wczoraj wieczorem bardzo niefajnie, a dzisiaj nadal trochę ćmi.

Po drugie to mamy kilka opcji na wieczór i kompletnie nie wiemy, którą wybrać, zwłaszcza, że każda ma plusy dodatnie i plusy ujemne, a do tego mamy lekko odmienne zdania. Ja to bym najchętniej została pod kołdrą, zakończyłabym ten dość intensywny rok w miejscu, które lubię najbardziej, ale R się upiera, że trzeba do ludzi i że jak to tak. Rzuciłam w powietrze opcję, żeby poszedł beze mnie i wrócił mnie wyściskać nad ranem, ale jakoś mu to nie podeszło. No doprawdy.

Po trzecie to jestem zmęczona. Ale tak całościowo. I nie wiem, czy to tarczyca znowu mi daje do wiwatu, bo jesienią miałam bardzo średnie wyniki, lekko podwyższyliśmy dawkę, włosy wypadały, paznokcie też, a może chodzi o to, że zwyczajnie za dużo robię. Może zresztą być i jedno i drugie, bo tarczyca dziwka nie lubi stresu i wtedy strzela focha i działa pod prąd. No i te trzy kilogramy, które mi wpadły nie wiadomo kiedy. Swoją drogą nareszcie zrozumiałam, co miał na myśli lekarz, który mi kiedyś powiedział, że od niedoczynności się nie tyje, tylko od jedzenia, proszę Pani. Miał rację. Nie dodał tylko, że to ta pieprzona niedoczynność sprowadza cię do bycia galaretą. Wiecznie głodną galaretą, która jest w stanie się ożywić dopiero po dobrej dawce kalorii pochodzenia burgerowego lub czekoladowego, de preference. (Czy będzie Pani jadła ten stół?)

Więc zaczęłam znowu biegać, bo od sierpnia nie byłam ani razu. Skoro już muszę żreć, żeby żyć, to przynajmniej spróbuję uruchomić swój metabolizm. Nieco go podkręcić. Regularne picie wody (apka Running mi wrzuca powiadomienie co dwie godziny, że czas na wodę, dear Maria), więcej posiłków, mniej kaloryczności i trochę sportu. A że waga idzie ciągle w górę, to już jej problem, nie mój. No dobra, mój też, dlatego trochę mam depresję na tym tle, bo jakby tak uczciwie przyznać, to tych nabytych od sierpnia kilogramów jest już prawie 5. Zależy czy przed kupą, czy po niej.  

Ale z drugiej strony mam też zajebistą satysfakcję z tego, co robię. Dzień po dniu wstaję z ogromną frajdą i jadę do pracy uśmiechnięta, z przekonaniem, że decyzja o zmianie roboty była najlepszym prezentem, jaki mogłam sobie zrobić. Mam w głowie masę pomysłów i planów, także naukowych. Żebym to nie była taka zachłanna, to bym już wiedziała, czy będę szła w kierunku socjologii internetu, czy też psychologii ekonomicznej, czy może jednak socjologii (i kulturoznawstwa) seksu. Ten seks mnie na tyle kręci, że w ogóle zastanawiam się, czy nie pójść na podyplomówkę z seksuologii. Problem tylko w tym, że tematy są przede wszystkim kliniczne, a mnie interesuje bardziej obserwowanie tego, co się dzieje między ludźmi, a nie patologia lub obrzeża normy.

Postanowienia na 2017 zaczęłam sobie już spisywać w google keep (cudowne narzędzie do robienia list tudusiów, wielkie dzięki tym, którzy mi je podsunęli na fejsie parę tygodni temu). Planuję wielki come back do pisania. I tutaj i na lumpiatej w krainie seksu, i może gdzieś jeszcze, inaczej, na nowo, intensywniej. Bo ja rozumiem, że praca jest ważna i rozmowy z ludźmi są podstawą mojego samopoczucia, ale bez pisania czuję się pusta. Litery i słowa są namacalnym dowodem na to, że istnieję. I jeśli mnie kiedyś zabraknie, to chciałabym, żeby moje słowa po mnie zostały. Jak piosenki, filmy i książki po tych wszystkich, których zabrał 2016. Chyba najtrudniej byłoby mi odchodzić z przekonaniem, że nic za sobą nie zostawiam.

To był dobry rok. Zmieniłam robotę, trochę schudłam (trochę przytyłam, NIC w przyrodzie nie ginie), trochę pobiegałam (trochę poumierałam na trasie), zaczęłam studia podyplomowe z zarządzania szkołą wyższą (i zamierzam je skończyć), przeczytałam kilka książek (nie, nie przeczytałam 52 książek), byłam na Tajwanie, w Atenach, w Szwajcarii, w Genui, nad Jeziorem Bodeńskim i w Mediolanie. Byłam też w Krakowie, we Wrocławiu i okolicach, w Krasnymstawie, w Lublinie, w Kielcach, w Łodzi, na Suwalszczyźnie, w Gdyni, na Kaszubach i więcej grzechów nie pamiętam.

Znowu się czegoś o sobie nauczyłam, i o ludziach zresztą też, bo przecież bywało, że mnie pod górkę ten rok prowadził. Ale nauczyłam się też, że kiedy nie wiesz, co robić i jak się umościć w trudnej sytuacji, to najlepiej jest zająć się sobą. Popracować nad swoim wrednym charakterem, albo niewystarczająco silnym ciałem. Bo w dłuższej perspektywie praca nad sobą zmienia nie tylko Ciebie, ale Twoje otoczenie też. Jakoś tak to magicznie działa, nie wiem, nie pytajcie, może Coehlo będzie wiedział.

No i last but not least: zaręczyłam się!!
(tak, wiem, skończyło się rumakowanie.)

I tym optymistycznym akcentem zakończę to podsumowanie i oddalę się do wywieszania prania, a nawet dwóch. Czy zauważyliście, że im więcej mieszkańców danego domu, tym tygodniowa liczba prań rośnie geometrycznie? Tego też nie potrafię wyjaśnić, zwłaszcza, że przebraliśmy ostatnio skarpetki pewnego pana i z 50 sztuk niepasujących do niczego czarnych przetartych skarpet zostało eksmitowanych (nie że tak brutalnie, podziękowaliśmy im za miły czas spędzony razem, zgodnie z koncepcją Marie Kondo, wyobraźcie sobie zresztą R mówiącego "hej, ziomeczki, fajnie było!", raz za razem. Trochę umarłam. A teraz pewnie dostanę w łeb, że Wam o tym napisałam.)

No dobra, idę już, bawcie się dobrze, i niech nam 2017 łaskawszy będzie.
Wszystkiego lepszego!

Seba i Bóbr. Symbol wielkiej miłości. Czego i Wam życzę! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz