sobota, 17 grudnia 2016

275. Co możemy teraz zrobić?

(Przeklejone z mojego facebooka)

- To, w czym wczoraj uczestniczyłam pod Sejmem jest dla mnie totalnie odrealnione. Nie rozumiem tego, nawet chyba nie próbuję. Mam wrażenie, że to jakiś film i że zaraz się obudzimy i okaże się, że jednak nie zaorali nam demokracji, parlamentu i że to nieprawda.

- Mój niepokój o Polskę (tak, wiem, jak to brzmi i wiem, że nie jestem ani polityczką, ani działaczką, ale trudno, czuję, że to są właśnie te słowa), no więc mój niepokój o Polskę wszedł wczoraj na kolejny poziom. Radek mówi DEFCON 2, ja nie do końca wiem, co to DEFCON, więc może wystarczy, że się zwyczajnie boję.

- Przekraczają kolejne granice (jak dobrze, że język polski nie domaga się konkretnego podmiotu, bo nawet nie wiedziałabym, co napisać - "oni"? "władza"? "władza i kilka milionów wyborców"? "PIS"?) i przyzwyczajają nas do coraz bardziej przerażających bodźców. Habituacja. Żaba w garnku podgrzewanej wody. No kurde, tak nie może być! Oglądałam wystarczająco filmików z wczorajszych zdarzeń, żeby wiedzieć, że TAK NIE MOŻE BYĆ. A przecież ich działania de-konstytucyjne i de-obywatelskie trwają od roku i idą coraz głębiej. Prawdopodobnie nie umiałabym wymienić z głowy nawet połowy tego, co powinno mnie szokować i szokuje. A może już nie, bo już się przyzwyczaiłam? Sama nie wiem.

- Bardzo pozytywnie odbieram to, żeśmy się wczoraj skrzyknęli i poszli pod Sejm. Wiele, wiele osób się przewinęło tam od 20.00 do 3.00. I oczywiście, że widziałam oddzielne i mocno rozdzielne grupki ludzi (np. KOD vs Razem vs Obywatele RP), ale przecież to w szerokiej skali nie ma znaczenia. Trochę potrafimy się jednoczyć wobec wrogiej siły, a trochę chodzi o różnorodność i dywersyfikację działań. Nie, nie upatruję w tym większego zagrożenia, choć marzy mi się jedna wspólna siła opozycyjna, pod której sztandarami będziemy mogli się razem zgromadzić. Nawet jeśli poglądy i postawy nie będą jednoznacznie takie same.

- No ale co możemy teraz zrobić? Bo przecież żadne nasze marsze, żadne nasze protestowanie ich nie zatrzyma. Skoro już w tylu sprawach ignorują zdanie społeczne (gimnazja, ha ha ha), to na pewno garstki spacerujących wywrotowych esbeków, których ktoś odłączył od koryta, nie będą stanowić dla nich żadnego argumentu.

- Myślę, że jedynym operacyjnym rozwiązaniem jest sprawić, aby część posłów PIS przeszła do innych ugrupowań. Żeby przestali mieć większość parlamentarną. I choć to rozwiązanie wydaje się naiwne i nierealne (i być może takie właśnie jest), to czuję, że to jest jedyna droga, nad którą warto się zastanawiać.

- CO MOŻEMY ZROBIĆ, ABY PIS NIE MIAŁ WIĘKSZOŚCI PARLAMENTARNEJ? Najchętniej otworzyłabym teraz burzę mózgów, taką klasyczną, gdzie każda odpowiedź ma sens, bo może zainspirować do kolejnej. Taką, gdzie nawet najbardziej absurdalne rozwiązanie może pomóc znaleźć wyjście.

- Wydaje mi się, że nowa siła polityczna, ta, do której część PISu przejdzie, nie może być zbyt odległa od samego PISu. Marzy mi się siła centrowa, o poglądach nawet nieco konserwatywnych, której jednak przekonania dotyczące państwa i obywatelskości są silniejsze niż ortodoksyjne postawy religijne. Bo przecież można być konserwatystą i wspierać laickość państwa. A religijność własna nie musi zamykać oczu na potrzeby i poglądy ludzi niereligijnych.

- Marzą mi się autorytety spoza układu, ale jednak nadal autorytety. Czyli siła oparta na tradycyjnych potrzebach elektoratów (bo tylko taka ma dzisiaj szanse, tak, nie wierzę w partie budowane kolegialnie, bez hierarchii i struktur), uwzględniająca jednak to, że każdy ma prawo do reprezentacji, o ile jego poglądy i postulaty nie naruszają wolności pozostałych członków społeczeństwa obywatelskiego.

- Wiem, to są idealistyczne i być może utopijne poglądy, ale właśnie dzisiaj, gdy coraz bardziej boję się dekonstrukcji naszego państwa, włączam myślenie o tym, co powinno być, żeby wiedzieć, do czego dążę. Bo zadaję sobie pytanie - a co być zrobiła, gdybyś się nie bała?

- W tej chwili nie ma mnie pod Pałacem Prezydenckim, swoje dyżury wykonałam wczoraj w nocy. Jak trzeba będzie, pójdę w miasto ponownie. Bo mi zależy. I chociaż wczoraj zadziało się wiele niedobrego, to zobaczyliśmy też po raz kolejny, że nam zależy. I że jest nas całkiem sporo. I że nie chcemy, aby nami rządzili ludzie sfrustrowani, których głównym paliwem jest resentyment i poczucie krzywdy, a także złość, której nikt ich nigdy nie nauczył wyrażać w sposób akceptowalny.

- Radek słusznie zauważył, że zamiast Prawa i Sprawiedliwości oni wyznają Paranoję i Spisek. I chociaż boję się konsekwencji realnego starcia i boję się, że nas spacyfikują ustawami albo siłami mundurowymi, to jednocześnie bardzo bym chciała, żeby te konsekwencje się działy.

- Bo im trzeba pozwolić mówić i pozwolić działać. Tak najbardziej się odsłaniają i ośmieszają. A nas już nikt nie musi przekonać. Teraz to trzeba przekonać tych, którzy na nich głosowali, i tych, którzy są gotowi skoczyć w ogień na każde skinienie napoleona. Im bardziej będziemy ich ignorować, tym większą uciechę będziemy widzieć na jego twarzy.

- Bo my jesteśmy sumą w miarę niezależnych (więc konfliktowych) jednostek. Oni są coraz bardziej jednolitą armią wyznawców. To jest ten moment, gdy potrzeba redukcji dysonansu i racjonalizacji własnego zaangażowania jest największa. I to również ten etap, gdy władza ma coraz więcej narzędzi, żeby swój elektorat karmić tak pińcetkami jak i bajkami o esbekach. My tego nie mamy i nasza pozycja w grze jest coraz słabsza.

- Chciałabym umieć zaproponować zwolennikom PISu alternatywy dla nich akceptowalnej, która nie będzie tak psuć naszego państwa.
Tylko tyle i aż tyle.

1 komentarz: