sobota, 13 sierpnia 2016

271. Zapalenie zatok, SHAVER, dr Norbert Górski i ja.

O siedemnastej we wtorek straciłam węch.

Wprawdzie to nie był wtorek, i na pewno nie siedemnasta, ale Radek mi powiedział, żebym w ten sposób zaczęła, to będzie bardziej kafkowsko. A ja mu wierzę, w końcu to narzeczony.

Tak naprawdę to straciłam węch jakieś 10 lat temu, gdy pracowałam na 29tym piętrze pewnego warszawskiego wieżowca i w przerwie obiadowej chodziłam popływać do pobliskiego hotelu. Pośpiech, woda, podmuchy wiatru, mokre włosy i klimatyzacja to najprostsza recepta na zapalenie zatok. Dodajmy do tego moją ówczesną dezynwolturę w temacie zdrowia i efekt był murowany. A raczej zatoki. Zamurowane na fest. A konkretnie to ta lewa. Węch jakiś tam pozostał, ale mocno ograniczony. Z czasem straciłam zresztą też słuch, bo lewe ucho zaczęło syczeć i skrzeczeć, jak stara baba na bazarze. 

Po jakichś 5 latach zatkanego nosa i nawracającego bólu zatok wybrałam się do pani laryngolog i dowiedziałam się, że zatoka jest zatkana i należy ją zoperować. Ale przez nos będzie prawdopodobnie niedokładnie, za to przez szczękę może się nie udać, bo mi zęby zaczną wypadać. Czy jakoś tak. Trochę żałuję, że posłuchałam wtedy tej miłej pani doktor i nie skonsultowałam tego z kimś innym, bo może zaoszczędziłabym sobie kilka lat niewydolności i niedotlenienia.  

Trzeba było kolejnych 5 lat i wielu całkiem bolesnych zapaleń zatok ("czy możesz podnieść ten papierek za mnie? nie mogę się schylać."), a także uświadomienia sobie, jak to moje niedotlenienie wpływa na możliwość uprawiania sportu, żebym wreszcie się wybrała do sensownego lekarza i ponownie się zajęła tym, czym tłumaczyłam wszystkie swoje niemożności. ("nie no, ja nie jestem w stanie więcej z siebie dać, MAM ZATKANĄ ZATOKĘ.) 

Ale zaraz moment. Jeszcze zanim dotarłam do Kliniki Szyi i Głowy (fajna nazwa, nie?) był rezonans magnetyczny zupełnie gdzie indziej na okoliczność jakichś dziwnych zmian w moim mózgu. To był drugi rezonans, bo pierwszy, zrobiony z pół roku wcześniej w trakcie badań naukowych, okazał się niepełny i nie pozwalał stwierdzić jednoznacznie, czy już bardzo umieram, czy tylko trochę, czy też może te dziwne ślady są oznaką obcych kultur w mojej głowie i należy mnie zamknąć w szpitalu dla psychicznie chorych. Albo w zakaźnym. Przy czym na badania naukowe zgłosiłam się sama, bo kolega koleżanki szukał chętnych, a ja uwielbiam takie śmieszne historie, zamknęli mnie w tej wielkiej maszynie, dudniło gorzej niż w najgłośniejszym dubstepie, pokazywali mi obrazki i musiałam naciskać odpowiednie guziczki. 

A ponieważ z logiki miałam trójkę z plusem, to pozwolę sobie teraz zauważyć, że jeśli nie chcesz operować sobie zatok, to lepiej nie zgłaszaj się jako ochotnik do badań naukowych. A jeśli jednak chcesz, to istnieją nieco szybsze metody i mogę Ci o nich opowiedzieć. Serio serio. 

Tymczasem wróćmy do mojego rezonansu. Przeleżałam wówczas godzinę w afroamerykańskiej ciemności i lekko dramatycznym hałasie (jeden z rytmów mi przypominał wstęp do piosenki Muse, kto zgadnie do której?), przemyślałam całe swoje życie, i bezpośrednio po wypuszczeniu dowiedziałam się, że to jednak nie jest żadna obca kultura, tylko taka uroda mózgu. Szlaczków i kwiatuszków mu się zachciało, to wyrysował. 

- Ale zatokę szczękową to ma Pani kompletnie zawaloną. - stwierdził pan nadzorujący badanie. 
- Wiem, wiem, od 10 lat już taka jest. 
- To może już czas coś z tym zrobić? 

No to zrobiłam. 

O siedemnastej w środę postanowiłam odzyskać węch.  

A u mnie tak często bywa, że na pierwszy krok trzeba poczekać 10 lat, ale jak już go w końcu zrobię, to nie mogę przestać iść do przodu, czy nawet biec, aż osiągnę cel. Co mi przypomina, że wiszę Wam historię o tym, że właśnie zmieniam pracę i że się zaręczyłam, ale to już będzie kiedy indziej, bo dzisiaj przyszłam napisać o zatoce. I o Doktorze Górskim. (zatoka, góra, he he he, wiem, nie wolno się śmiać z nazwisk, ale to silniejsze ode mnie). 

Doktor Norbert Górski jest otolaryngologiem i chirurgiem z Kliniki Głowy i Szyi Optimum. Poznaliśmy się rzeczywiście w środę wieczorem, a dobę później już leżałam na jego stole operacyjnym. To była szybka randka. Trudno powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony tym przyspieszeniem - zakładam, że najbardziej zdziwiony był ten mój biedny polip choanalny (R się bardzo śmiał z tego słowa, mam wyjątkowo dojrzałego narzeczonego), który miał podobno wielkość jajka i który rękami doktora został zesłany do świata wiecznych polipów. 

Ale nie uprzedzajmy faktów. Póki co jestem w gabinecie pana Doktora. Siedzę na fotelu, mam wszystko w nosie, a konkretnie to kamerkę, i jednym okiem widzę na ekranie, że moja zatoka szczękowa mnie bardzo prosi o litość i skutecznego czyściciela. A Pan Doktor mi wyjaśnia to wszystko, czego nie zdążyłam jeszcze przeczytać w internecie. 

- Wie Pani, ja bardzo lubię, gdy pacjenci googlają o swojej chorobie - powie za chwilę, gdy już uwolni mnie od kamerki, a mnie z tego wrażenia będzie się wydawało, że się przesłyszałam, gdyż przecież lekarze nienawidzą doktora gugla. - Dzięki temu wiem, że pacjent przyjdzie przygotowany i mniej się będzie bał. Każdemu daję swój adres mailowy i w okresie przed operacją każę zadawać pytania. Bo to ja jestem tym profesjonalnym elementem weryfikującym. Więc im więcej pacjent czyta, tym łatwiej mu będzie wyjaśnić, co się z nim będzie działo. Moją rolą jest mu powiedzieć, co z tego, co przeczytał, jest prawdą. Pacjent świadomy jest pacjentem nieawanturującym się ;), proszę mi uwierzyć. 

A potem nagle okazało się, że w Klinice mają wolny termin na operację następnego dnia. I niech mi ktoś kiedyś spróbuje wmówić, że mam problem z podejmowaniem decyzji. Dopytałam Doktora o rozmaite efekty uboczne (głównie o te pozytywne, przed operacją nie należy się wszak denerwować), on mi opowiedział, jak będzie wyglądał zabieg i jaką metodą będzie wykonany i pochwalił się, że mają dobrą narkozę i że jeszcze tego samego dnia mnie wypuszczą, a na twarzy nie będę miała żadnych siniaków. 

Uwierzyłam mu, przeliczyłam budżet i zaczęliśmy działać. Bo do zabiegu trzeba się przygotować. Najpierw konsultacja endokrynologiczna, bo przecież Hashimoto. Potem badania krwi i różne inne, bo to podstawa. Z Kliniki wyszłam późno i totalnie oszołomiona. Trochę jakbym przyszła do sklepu po kredki, a wyszła z wymarzonym rocznym abonamentem na lekcje malarstwa i rzeźby. 

Ogarnęłam sprawy osobiste (- Kochanie, czy możesz mnie odebrać ze szpitala wieczorem? - ŻE CO?), zawodowe (- Szefie, muszę wyjść chwilę wcześniej dzisiaj, bo idę się zoperować. - Ale jak to? - Spokojnie, jutro będę w pracy) i formalne (- Pani Aneto, czy wyniki badań już doszły do Kliniki i czy wszystko z nimi w porządku?). Dowiedziałam się, że nie muszę brać ani szczoteczki do zębów, ani ręczniczka, bo wypuszczą mnie po kilku godzinach. Wałówy też nie, bo przed operacją nie wolno, a po niej coś dostanę. Zastanawiałam się, czy powinnam zmyć lakier z paznokci (poprzednim razem, gdy mnie usypiali, tak właśnie było), ale uznałam, że najwyżej mi dadzą zmywacz i pięć minut. Nie dali. Najwyraźniej nie było takiej potrzeby. 

W Klinice się zalogowałam ok. 16.30. Podpisałam co trzeba, porozmawiałam z panią anestezjolog, pocierpiałam z głodu i pragnienia i ok. 17.00 dostałam zielony fizelinowy strój ufoludka. Grzecznie spytałam, czy mogę zrobić zdjęcie sali operacyjnej jeszcze zanim mnie podłączą pod aparaturę, bo potem mogę być nieco nieprzytomni kielce. Z 5 osób się kręciło wokół mnie, całkiem to przyjemne było, w takich chwilach zdaję sobie sprawę, że minęłam się z epoką i powołaniem. Kazali mi opowiadać o pracy, więc im powiedziałam, że właśnie zmieniam, i że zamie...

I wtedy zgasło światło. 

W czasie gdy ja płynęłam nad przestworzem oceanu, pan Doktor, niczym fachowy czyściciel, zakasał rękawy, założył rękawiczki, coby śladów nie zostawiać, wziął do ręki broń, odbezpieczył ją, ustawił odpowiedni tor i nacisnął na spust. A tak konkretnie to użył nowoczesnego urządzenia, które ma wiele mówiącą nazwę SHAVER i jest takim odkurzaczem z niewielkim ostrzem na końcu. Najpierw wyciął polipa, potem wyczyścił zatokę ze wszelkich zmian zapalnych. SHAVER - wedle słów Doktora - powoduje bardzo ograniczone uszkodzenie błony śluzowej, jest praktycznie nieinwazyjny i znacząco poprawia precyzję operacji. O ile oczywiście jest używany przez specjalistę, bo w niewprawnych rękach może być dość niebezpieczny. 
- To taki karcher do zatok, Pani Mario, z wirującym nożem na końcu - opowiedział mi potem, gdy próbowałam zrozumieć, jak mi te zatoki wyczyścili. 

Czyściłabym. 

Przebudzenie było dość krępujące. Kiedy Pan Doktor dał znać ekipie, że można już kończyć, został zamknięty dopływ leków anestezjologicznych (o nich powinnam napisać oddzielnie, dość powiedzieć, że trochę rozumiem Michaela Jacksona, że się uzależnił), a że one się szybko metabolizują, to zaraz przestały działać usypiająco. Pani anestezjolog poczekała, aż się obudzę i zacznę oddychać samodzielnie. Wtedy wyjęła mi rurkę z intubacji i sprawdziła, czy jest ze mną kontakt słowno-logiczny. Następnie zostałam uruchomiona, samodzielnie przeturlałam się ze stołu operacyjnego na wózek i zostałam odwieziona na salę pooperacyjną. 

A jak to wyglądało z mojej strony? 
Spałam sobie w najlepsze, gdy nagle zdałam sobie sprawę, że te głosy są naprawdę i że to nie jest sen, za to ktoś mi intensywnie grzebie w nosie i jest to mocno nieprzyjemne. I że oddychać za bardzo nie mogę. A już na pewno nie jestem w stanie ich ostrzec, że się przebudziłam. Więc pewnie zaraz umrę. I nie mogę się ruszać. Noga nie działa. Palce też nie chcą się ruszyć. Głosu wydać nie mogę, bo mam rurę w ustach. Przez krótki moment (pewnie kilka sekund, a miałam wrażenie, że co najmniej dwa lata) odczuwałam to, co spotyka ludzi kompletnie sparaliżowanych, zamkniętych we własnym ciele. Na szczęście zaraz głowa drgnęła i już mogłam dać znać, że nie śpię i że jak mi zaraz nie wyjmą tego świństwa z gardła, to będę musiała ich zabić. Wyjęli. A ja ich prawie wyściskałam, bo załączył mi się ponarkozowy stan euforyczny i radość moja była wielka.  

Była 18.00. Narkoza trwała 45 minut, przy czym sam zabieg jakieś 7 minut, reszta to była kontrola i sprawdzanie pod endoskopem. 

A zatem o osiemnastej w czwartek węch odzyskałam.

Cywińska 5 minut po przebudzeniu. 

Tu jeszcze przed imprezą. Po minie wcale nie widać, że się boję. WCALE. 

Tak wygląda sala operacyjna, gdy nie ma zabiegu. 


A tak wygląda tuż przed tym, jak pan Doktor wziął broń w swoje ręce. 
Założyłam tłumik. W szpitalu nie należy się głośno zachowywać. 

Ta maszyna pikała. Jak w serialach. 
A to jest SHAVER. Ten u dołu. 

A to pan Doktor Norbert Górski.
Mówi, że nie trzeba się go bać.




Notka powstała we współpracy z Kliniką Głowy i Szyi Optimum w Warszawie. 

2 komentarze: