wtorek, 7 czerwca 2016

266. Kot Seba Wielki

Około trzeciej obudziło nas miauczenie.
Regularne, ciche, jakby wzywające, ale niekoniecznie na pomoc.
W pierwszej chwili chciałam zlekceważyć, bo nocą koty harcują, ale miauczenie było wyraźnie komunikacyjne. "Wstawaj, Babo, musimy pogadać."

Podniosłam głowę. Kot Seba, nasz ukochany grubasek, który ledwo co jest w stanie wskoczyć na parapet, bo brzuchem szura po ziemi, kot, który ze wszystkich aktywności fizycznych najbardziej lubi jeść oraz spać, kot nie tyle beta, co omega, bo wszystko oddaje bratu, a w szczególności niewielkie pozostałości godności osobistej, gdy pozwala się strącać z najlepszych miejscówek na spanie, wytrącać z najwygodniejszych pudełek i odtrącać od najlepszych kąsków mięsa, kot, który kiedyś nazywał się Kiri, ale Radek postanowił z niego zrobić dresiarza, więc został przechrzczony (kot, nie Radek) i próbuje jakoś sprostać nowemu imieniu, no więc kot Seba czołgał się taktycznie koło naszego łóżka i miauczał z dumy.

W pysku miał ćmę. Wielką ciemną straszną ćmę. Upolował ją pod osłoną nocy. Złapał w chwili jej nieuwagi, na pewno planował ten skok od kolacji, może nawet od podwieczorka, przyglądał się wpierw z daleka, następnie coraz bliżej, i analizował możliwe opcje. Trochę się bał, trochę nie wiedział, jak się do tego zabrać, trochę czuł, że to zadanie go przerasta, ale jednak znalazł w sobie siłę i moc, odnalazł wewnętrznego wojownika, kocura i drapieżnika, i skoczył. Udało się. Ćma była teraz w jego pysku, unieruchomiona, a on, dzielnie ją trzymając, mówił do nas całym sobą: "Zobaczcie! Udało się! Jestem wielkim ninją! Potrafię złapać potwora i przyniosłem Wam go w ofierze! Obroniłem Was przed całym złem tego świata! Jestem najdzielniejszym kotem świata! Chwalcie mnie i głaszczcie, a rano poproszę w nagrodę dwa kurczaki świeżego mięsa, znaczy się może być pół dodatkowej porcji suchej karmy! Czy widzicie, jaki jestem wspaniały? Od dzisiaj mówicie na mnie Lannister. Seba Lannister z Cat-sterly Rock."

Pogłaskaliśmy, pochwaliliśmy, rano też, od razu po wstaniu, dwa razy, siedem, trzynaście razy. W sypialni, w łazience, w kuchni i przy stole. Miauczał zachęcająco-zmuszająco jak nie on. Truchełko ćmy odprowadziliśmy do świata wiecznych ciem. Opowiedzieliśmy głośno historię Seby Wielkiego, jego chwałę i glorię, zwycięstwo nad słabością, ale przede wszystkim podziękowaliśmy mu za to, że nam uratował życie. Wreszcie nadszedł moment uroczystej celebry, siedzimy wszyscy razem przy śniadaniu, trącamy się wodą z cytryną i zagryzamy warzywami, wspominamy tę bogatą w doświadczenia noc i moment, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że mając tak dzielnego kota w domu, już niczego nie musimy się bać.

- Ale Radziu, Ty wiesz, że ćmy nie zabijają ludzi? - wyrywa mi się niespodziewanie.

Następuje długa cisza, w trakcie której kot patrzy na to na mnie, to na Radzia. To na mnie, to na Radzia. Przełyka głośno ślinę, w napięciu czeka.

- Jeszcze wiele książek musisz przeczytać, Mario. - odpowiada Radosław, a kot znowu może swobodnie oddychać.


4 komentarze:

  1. Maryniu, napisz-że jakie opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń
  2. To moja najgrubsza o imieniu Gruba tak łapie cykady i ćmy ze jeszcze żyją i nawet nadają się do uratowania :) kiedyś przyniosła cała podekscytowana i mruczaca pisklę skórki któremu jedno nieuksztaltowane piórko nie spadło z głowy. Już myślałam że adoptuje :))

    OdpowiedzUsuń